Zapraszamy już dziś o godzinie 18:00!

O zmroku wieśniacy, a nawet część mieszczan, ruszyli w umówione miejsce. Pojedynczo, tak by nie przyciągnąć przypadkiem uwagi inkwizycji, podchodzili pod tylne drzwi starego, drewnianego domostwa, gdzie umówili się z sędziwym Walistrem. Gospodyni dbała natomiast, by wpuścić tylko tych z zimowitem przypiętym do płaszcza – ten jesienny kwiat był tegorocznym znakiem rozpoznawczym.

Tuż po dziesiątej Walistr wyciągnął ze stojącej w kącie izby klatki żywego szczura. W blasku świeć przeniósł go nad małą wanienkę, chwycił sztylet i rozciął mu szyję, – krew zaczęła zaczęła zeń szybko spływać, a wszyscy zebrani znieruchomieli w niecierpliwości. Choć od lat już (w strachu przed inkwizycją) bez ognisk, głośnych śpiewów i tańców, rozpoczęły się Dziady!

Pierwej była haruspicja – wróżenie z wnętrzności, raczej ku uciesze gawiedzi, niźli jako gusła. Potem polano wina, wszak jakoś trza było jakoś ugościć guślarza. Prawdziwe prawdziwe obrzędy zaczęły się dopiero po północy.

Walistr rozłożył czaszki po całej izbie, rozpalił kilkanaście dodatkowych świec i kazał wszystkim zebrać się koło stołu. Chwycił dzban wina, i cienką strużką rozlał je na drewnianą podłogę chaty, tak by przekupić dusze zmarłych. Potem ugryzł kawałek udka kurczaka, przeżuł i wypluł, by po chwili cichym głosem rozpocząć śpiew mający przywieść duchy.

-Śmierć, zaraza i zdrada… Niebawem… Jeszcze dziś… Czasu już nie ma…

Wszyscy to usłyszeli, ale kto to powiedział?