Polnocny Wiatr

Zaczęty przez Mortimer, 2008 05 15, 16:07:02

Poprzedni wątek - Następny wątek

Michak_

Noc spokojna a gwiazdy unosiły się na niebie. Jaszczur na nie spojrzał i syknął. Przebudziła w nim się dusza inna, jakby z przeszłości ale oderwał szybko wzrok. Zaczął kierować się  stronę Vesper. Już wtedy zobaczył ogień i stada dziwnych postaci. Usłyszał okrzyki bojowe kobiet. Spojrzał w sakiewkę. Był jeden grzyb. Zjadł go krzywiąc się nieco. Jego oczy zaświeciły się niczym dwa rubiny i zaczął głośno syczeć. Ruszył na swoim ostardzie. Po chwili znalazł się na polu bitwy. To były amazonki. Potężny atak amazonek. Jego wierzchowiec deptał ciała. Była rzeź. Zagapił się a włócznia już celowała w jego kościaną tunikę. Złapał ją i uśmiechnął się do przeciwniczki. Szybkim szarpnięciem wyrzucił jej broń i chwycił za własną. Lecz nie. To był tasak. No tak kroił mięso. Głośno syknął i oderżnął łeb. Bitwa trwała długo. Strażnicy Vesper w tym sam Władca walczyli dzielnie. Jaszczur miał z tego świetną zabawę. Gdy wszystko miało się ku końcowi pojawił się Ogr. Dorwał się do mostu próbując go zarwać. Jaszczur podbiegł i już miał zadać cios. Ogr skontratakował. Był silniejszy niż te zwykłe. "Nie ma sensu" - pomyślał i zniknął w przestrzeni drzew.

Bolek

Pojawił się znikąd, jak gdyby wyłonił się wprost z cienia. Swą nagłą materializacją zaskoczył wszystkich obecnych w pomieszczeniu, którzy jak jeden mąż westchnęli głośno na widok zwierzęcia. Potężny wilk kroczył dumnie po banku, skupiając na sobie zdumione spojrzenia. Jego czarna, niczym bezksiężycowa noc, sierść lśniła w świetle pełgających leniwie płomieni świec. Władca Miasta podszedł ostrożnie do zwierzęcia. Węgle ślepi zbadały jego postać, prześwietlając ją niemal na wylot, pełzając po karku nieprzyjemnym  mrowieniem. Murinus odwzajemnił spojrzenie i postąpił kilka kroków naprzód, zatrzymując się dopiero na wyraźne warknięcie stworzenia. Łeb zwierza ponownie zakreślił szeroki łuk po banku, po czym gardłowy skowyt wypełnił pomieszczenie. Wilczur zerwał się nagle, mięśnie jego zagrały jeszcze blaskiem sierści po czym wyciągnięty jak struna zniknął za oknem w mroku nocy.


- Gdzieś tutaj, widzę ślady, przed chwilą tędy przechodził - wyszeptał Meahius przedzierając się przez gęste poszycie lasu. Pomimo panującego jeszcze półmroku bezbłędnie odnajdywał ślady obecności wilka, czy to odcisk łapy widoczny w miękkim mchu, czy kępki sierści pozostawione na ostrych gałęziach krzewów, czy w końcu połamane gałęzie roślin, które stanęły na drodze rozpędzonego zwierzęcia.
- Szybko, naprzód - gorączkowo popędzał Vernin - zaraz go dogonimy - podekscytowany szarpał uzdę prowadzonego wierzchowca. Drużyna mieszkańców miasta oraz przypadkowych obserwatorów, których ciekawość prowadziła w gęstwinę, rozproszyła się nagle. Każdy, w  miarę możliwości szukał ukrycia, jedni padli plackiem na ziemie, drudzy powskakiwali w krzaki, inni skryli się za drzewami. Niektórym sztuka ukrywania sie była zupełnie obca i Ci stali tylko jak wryci, zaskoczeni faktem ponownego pojawienia się wilka. Po chwili trwającej kilka uderzeń serca, postaci sprawiające wrażenie marmurowych posągów zaczęły szukać wzrokiem Władcy Vesper. Odziany w pełną płytową zbroję, gramolił się z krzaka, widok był wprost komiczny, przywodzący na myśl odwróconego na grzbiet żuka, rozpaczliwie próbującego stanąć na nogi. Stękając i machając rękami w poszukiwaniu punktu zaczepienia warknął zniecierpliwiony
- Pomoże ktoś czy będziecie dalej wlepiać we mnie gały jak szpak w złotą monetę? - otrząsnąwszy się z zamyślenia Meahius wyciągnął opancerzoną dłoń i chwycił pewnie przedramię Murinusa.
- Wstawaj Byku - rzekł z przekorą. Gdy stanął wreszcie na nogi i otrzepał płaszcz z listowia rozejrzał się bacznie w poszukiwaniu celu wyprawy. Dostrzegł go, stojącego na polanie usłanej pieńkami drzew, pozostałością po ciężkiej pracy miejscowych drwali. Nie starając się  choćby zachować pozorów skradania, wystąpił pewnym krokiem z gąszczu. Reszta poszła za jego przykładem i po chwili mężny oddzialik stał już w kupie kilka metrów od wilka. Zwierze nie zwracając uwagi na przybyłych lekko przeskoczyło po pniakach i znalazło sie na samym środku okrągłej polanki.
- Uwaga ludzie to pułapka, do koni! - wiedział, że to niemożliwe, jednak mogłby przysiąc, iż wilk uśmiechnął się, a był to uśmiech paskudny, złowieszczy. Zbrojni natychmiast rzucili się do wierzchowców, w tym samym momencie czarny stwór zawył przeciągle, postać jego zamajaczyła delikatnie, kontury rozmyły się aż w końcu zniknął w szarówce świtu. W miejscu, w którym jeszcze przed momentem się znajdował, powietrze zafalowało dziwnie i rozerwało z trzaskiem pod naporem magii. Owal portalu rozbłysnął błękitnym światłem i  wypluł z siebie hordę wojowniczek. Jakby tego było mało ze wszystkich stron na polane ciągnęły kolejne przeciwniczki. Wojownicy błyskawicznie zareagowali na polecenie Murinusa i oddalili sie od ściany lasu unikając w ten sposób walki w gąszczu. Pomimo, iż broń drzewcowa amazonek znacznie lepiej sprawdzała się na otwartej przestrzeni, to liczna piechota wyciełaby w pień złapanych w potrzask, wykorzystując przewagę porośniętego terenu. Spodziewając się bezładnego ataku męzowie zbili sie w ciasny krąg osłaniając  plecy od zdradzieckich ciosów.
- No dalej sucze pomioty - warknął Vernin uderzając styliskiem topora o tarcze.
Pierwsza uderzyła piechota, dzikim zaśpiewem dodająca sobie odwagi. Ostrza włoczni brzęcząc odbijały się od tarcz, zgrzytając ślizgały  po wypukłościach pancerzy, trzaskając łamały się drzewce pod uderzeniami broniących sie wojowników. Pierwszy atak nie dał, poza  kilka draśnięciami, żadnego efektu. Pobudzeni tym mężczyźni rozszerzając krąg rozbili pierścień okrążenia wycinając w pień wroga. Rozdzierające zawodzenia i zwierzęce wrzaski ginących kobiet wstrząsnęły lasem. Nad polaną krążyły już czarne kruki, skrzecząc niecierpliwie oczekiwały zakończenia bitwy i coraz bardziej zniżały lot...
   
Dysząc głośno Meahius otarł o płaszcz ociekające czerwienią ostrze katany
- Zacieśnić krąg! - krzyknął- nie rozdzielać sie! Murinus poprawił się w kulbace i rozejrzał oceniając liczbę przeciwniczek i szansę na ujście cało z potrzasku w jakim się znaleźli. Kopyta koni mlaskały w krwawym błocie, z trzaskiem miażdżyły ciała poległych wojowniczek. Parujące wierzchowce ponownie zbiły się w gęsty krąg. Hałłakując, amazonki spięły konie do szarży...

   ... wciąż słyszał dźwięki walki, chciał się poderwać , zeszklonymi oczami szukał przeciwniczek, wodził wokół niedostrzegając nikogo z towarzyszy. Widział za to niebo...  błękitne, jaśniejące, piękne lecz mażące się. Chciał walczyć, nie mógł jednak podnieść się z wysokiej trawy. Uniósł z trudem głowę i spojrzał na pancerz. Z trzewi sterczała wbita głęboko włocznia. Zajęczał cicho i uchwycił drzewce dłońmi. Ból targnął ciałem i wydarł się rykiem z jego gardła. Gdy ocknął się ponownie szczęk żelaza był praktycznie niesłyszalny, nie wiedział czy powodem było uchodzące z niego życie czy też walka dobiegała końca.
- Trzymaj się przyjacielu - usłyszał przytłumiony głos Meahiusa - już niedaleko, wytrzymaj jeszcze trochę. Czuł przyjemne i kojące kołysanie, chciał spać, był bardzo zmęczony, powieki ciążyły mu okrutnie
- Dajcie Wody! Nie może zasnąć - warknął niosący go na skleconych naprędce noszach Vernin - Musimy szybko zanieść go do uzdrowiciela, życie praktycznie już z niego uszło...

   ...Było mu już wszystko jedno, otaczający świat przestał mieć jakiekolwiek znaczenie, poprostu już go nie czuł, nie widział, nie słyszał. Zasnute mgłą oczy powoli zamknęły się, z ust cichym westchnieniem uszedł, zdawałoby się, ostatni wydech...

   ...ostatnie wydarzenia powróciły w jego głowie wspomnieniem, ponownie usłyszał wielki harmider, ponownie znalazł się na polu bitwy. Brzęczące z pretensją żelazo, wiżdżące konie i cała seria wrzasków, ryków, potępieńczych zawodzeń oraz cichych jęków konających otoczyła go ze wszystkich stron. Rozejrzał się w okół i spiął wierzchowca do szarży. Jej celem była przywódczyni zdradzieckiego napadu. Siedziała w siodle dumna, z wzniesioną głową. Z zadowoleniem przyglądała się coraz bardziej słabnącej obronie mieszkańców Vesper. Zauważyła go. Wyprostowała się i usadowiła wygodniej. Spojrzała wyzywająco na szarżującego nań wojownika. Murinus uniósł tarcze przygotowując się na przyjęcie impetu uderzenia włóczni i zamłynkował obuchem. Koniec włóczni zadźwięczał na tarczy nieomal wyrzucając jeźdźca z siodła, cios był na tyle skuteczny, iż udaremnił cały efekt ataku. Wstrzymany koń targnął łbem, wrył kopyta w ziemie i zawrócił. Amazonka błyskawicznie rzuciła się do kontrnatarcia. Błyskawicznie wyprowadzane uderzenia włóczni odbijały się od blach pancerza. Młot świszczał wokół napastniczki za każdym razem mijając ją jednak o grubość włosa. Kobieta uwijała się w siodle niczym żmija unikając kolejnych razów sama odgryzała się wyprowadzanymi z niezwykłą zwinnaścią ciosami. Pokręcił z niedowierzaniem głową i wycofał o kilka kroków.
- Trzy - wyszeptał licząc wyprowadzone w mgnieniu oka uderzenia
- Były trzy - nadal nie dowierzał szybkości przeciwniczki. Oddychając ciężko wycofał się ponownie. Kobieta uniosła broń nad głowę i uśmiechnęła się brzydko.
- Teraz zginiesz - szczeknęła. Grot włóczni zabłysnął w słońcu, rozjarzył sie jego blaskiem. Dostrzegając swój błąd Murinus zasłonił się tarczą. Ciśnięta broń przecięła z sykiem powietrze. Wydawało się, że zdoła się osłonić, jednak pocisk mijając tarcze zdmuchnął  władcę Vesper z siodła i cisnął nim z hukiem o ziemie. Zdezorientowany leżał nieruchomo w głębokiej trawie. Usłyszał szelest kroków, chciał się poderwać jednak ból sparaliżował go ponownie. Amazonka pochyliła się nad nim i wyciągnęła rękę w kierunku tkwiącej w jego ciele włóczni.
- Teraz już nic was nie ocali - wymruczała ochryple - właśnie zdobyłam to po co zostałam wysłana - zamachała mu przed oczami niewielką fiolką wypełnioną jego własną krwią. Nie mówiąc już nic więcej wstała i odeszła. Powoli tracił przytomność, uspokajające ciepło promieni słonecznych sprawiało, że powieki ciążyły coraz bardziej i bardziej...

   ...tylko sen i ciepło, przyjemnie mrowiące, rozchodzące się po całym ciele, płynnie, falowo. Tylko to się teraz liczyło, miało znaczenie. Chciał aby trwało i był pewny, że tak właśnie będzie. Z błędu wyrwało go nagłe uszczypnięcie zimna w okolicy rany, potem  kolejne i następne dotkliwsze. Poruszył niespokojnie głową i rozchylił lekko powieki. Czyjaś postać zamajaczyła przednim niewyraźnie, chciał coś powiedzieć, spytać jednak nie miał na to sił.
- Śpij spokojnie, zaśnij. Już nic Ci nie grozi - usłyszał znajomy głos i zasnął.

Bolek

- Witaj Wodzu – Murinus wraz ze świta skłonił głowę okazując szacunek Przywódcy Dzikich plemion – chyba domyślasz się co nas do Ciebie sprowadza.
- Wiedzieć i cieszyć się, że się zjawiacie, to być złe czasy dla nas – odpowiedział Szaman – Wy pomóc nam, my się odwdzięczyć, my razem zniszczyć wroga. Podłe Kobiety nas nękać, wielu młodych zginąć.
- Doskonale Cię rozumiem – zamyślił się na chwilkę wojownik – doszliśmy do wniosku, iż Amazonki w takiej sile nie mogą pojawiać się z nikąd, nie jest możliwe aby czyjakolwiek magia była w stanie przetransportować je w takich ilościach. Muszą gdzieś na półwyspie posiadać obóz. Chcemy go odnaleźć i zaatakować póki się tego nie spodziewają.
- O! ja pomóc, zwiadowcy moi odkryli obozowisko, jednak ja nie mieć sił na atak. Ja wam powiem gdzie one być...


- Dopracowany perfekcyjnie plan ataku okazał się jednak... hmmm – pomyślał kronikarz - nie tak doskonały – uśmiechnął się do siebie. - Efekt zaskoczenia został osiągnięty i na tym skończyła się wcześniej nakreślona wersja wydarzeń – mruczał pod nosem raz po raz nurzając pióro w inkauście - Pomimo, iż faktycznie na początku Amazonki nie radziły sobie zbyt dobrze, to w bardzo krótkim czasie zdołały się przegrupować i skompromitować całą grupę napastników... - ponownie się zamyślił - którzy bardzo szybko zaczęli uciekać w popłochu w kierunku miasta – dokończył ostatnie zdanie i zamknął ciężką okładkę pisanej kroniki.

Bolek

-A co mnie obchodzi, że to nie Ty wydałeś rozkazy!? Co z tego, że to Twoi podkomendni? Nie moja wina, że nie masz posłuchu wśród sług. – wykrzykiwał zdenerwowany władca Vesper. Czarny Wilk słuchał tylko w skupieniu, nie zdradzając niczego wyrazem twarzy, czy choćby najmniejszym gestem.
- Będę rozmawiał tylko z Elfką, nic z tego nie rozumiesz – pokręcił głową.
- Wytłumacz mi więc i nie traktuj jak kmiota po tym jak prawie zniszczyłeś mi miasto, krew moich ludzi nadal spływa rynsztokami – tracił cierpliwość.
- Rozkaz ataku na miasto spowodowany był tym, iż zabiliście posłańca, którego wysłałem by prosić o pomoc... nie rozumiem więc Twych oskarżeń – kontynuował spokojnie.
- No trzymaj mnie Xavio bo nie zdzierżę – rzekł do barda – Czy Ty to słyszysz?? Pomoc! Żądanie pięćdziesięciu tysięcy sztuk złota tygodniowo?! Kpisz Wilku? – Tym razem na twarzy Czarnego rycerza zarysowało się zdziwienie – Ah tak. Znowu zostałeś zdradzony przez własnych ludzi? – zauważając to stwierdził z kpiną w głosie.
- To niemożliwe – kręcił głową Wilk – to jakieś wielkie nieporozumienie.
- Puszczę to mimo uszu, iż zadajesz mi kłam, posłuchaj jednak zdania Cameron skoro tak bardzo Jej wierzysz. No Cam powiedz jak wyglądała prośba tego Zbója – machnął młotem w powietrzu. Elfka jedynie skinęła lekko głową.
- To prawda, wszystko wydarzyło się tak jak powiedział Murinus –potwierdziła.


   - Zniszczcie Go proszę dla mnie, niech zadośćuczynieniem będzie to, iż powiem Wam gdzie stacjonuje oddział tego zdrajcy. Obiecuje ponadto, że z mojej strony nic nie będzie Wam już zagrażać, sam już nie wiem w co zostałem wplątany – spuścił oczy, w których widoczny był wielki smutek i pretensja. – Nazywa się Wężowy Język, jest nekromantą, zabijcie Go proszę, wraz ze swą najbliższą świtą rozbił obóz na Cmentarzu pod miastem – odwrócił się i przybrał postać Wilka by po chwili rozpłynąć się w powietrzu. Murinus jeszcze raz zerknął w przekazane Mu listy. Były wśród nich rozkazy i raporty przekazywane pomiędzy Czarnym Wilkiem i Jego ludźmi. Raporty nie zawierające ani odrobiny prawdy, zakłamane i spreparowane tak aby myślał, że wszystko układa się zgodnie z planem.
- Nawet mi Go szkoda – wskazał miejsce, w którym zniknął Rycerz – Chyba musimy kogos odwiedzić... Ruszajmy! Xavio? Cameron? – odczekał chwilę na potwierdzenie i ponaglił wierzchowca uderzeniem pięt.

   Atak był tak niespodziewany i sprawny, iż cała walka trwała dosłownie kilka chwil. Oddzialik z Vesper w połączeniu z siłami Czarnego Wilka zgniótł zdezorientowanego wroga w proch. Sam nekromanta nie zdąrzył nawet zareagować gdy wystrzelony przez Xavio bełt rozpruł jego gardło. Zaskrzeczał tylko cicho wypluwając czarną maź. Zapadła niemal całkowita cisza przerywana jedynie pojedynczymi wrzaskami dorzynanych przeciwników. Zadowolony z rozwoju wydarzeń Murinus poszukał na polu walki przyjaciół. Zaczęło świtać, mgła nad zatoką Vesper, gęsta niczym mleko, przepuszczała jedynie zamazane obrazy odpływających okrętów. Nikt nie wiedział skąd się tam wzięły jednak wszyscy cieszyli się nadzieją na to, iż więcej tu nie powrócą.

Bolek

- Czy to nie jeden z ludzi Wilka? - spytała Cameron owijając się ciaśniej długim, puszystym szalem.
- Psia mać! Nic nie widzę przez tą zawieruchę, po cośmy tu przychodzili, jakby nie było przyjemniejszych miejsc - odburknął Reef.
- To na pewno on, teraz widzę wyraźniej, co robimy Mur? - widoczne z pomiędzy zwoi szala oczy rozbłysły na chwilę.
- Sprawdźmy czego tu szuka, a potem zajmiemy się tym po cośmy tu przybyli - odparł Murinus i podkłusował ku Pustelnikowi.
Mężczyzna wyglądał na mocno podenerwowanego. Rozglądał się na wszystkie strony obracając głowę to w jednym to w drugim kierunku. Chmury wydychanego na mrozie powietrza zdradzały jego zmęczenie. Zaalarmowany zbliżającymi sie jeźdźcami uniósł tylko bezradnie dzierżony kostur i cofnął wierzchowca i kilka kroków.
- Jestem mocno osłabiony, miejcie odrobinę honoru - przekrzyczał zawieruchę. Drobiny lodu osadzające się szronem na Jego brodzie i wąsach, nadawały Mu jeszcze bardziej żałosny wygląd.
- Nie bój się, nie mamy złych zamiarów - Głos Murinus przedostał się przez zamieć - nie pamiętasz nas? spytał
Wędrowiec przyjrzał się uważnie postaciom i odetchnął z wyraźną ulgą - No tak, walczyliśmy razem z nekromantą, dzięki Bogom, że to na Was trafiłem.
- Coś Cię trapi? - spytała Cameron osłaniając twarz przed kłującym zimnem.
- Potrzebuje pomocy, zostałem wysłany na poszukiwanie pewnego artefaktu, namierzyliśmy go i obawiam się, że znajduje się w łapach lodowych demonów, które ostatnio sie tu rozpanoszyły. To sprawa życia lub śmierci, muszę go odzyskać a jak widzicie sam nie jestem w stanie tego uczynić.
- No to lecimy skopać parę zamarzniętych tyłków - Krzyknął Reef zanosząc się śmiechem z żartu, który tylko jemu wydał się śmieszny...

... Pustelnik wyciągnął rękę w stronę paszczy leżącej bestii. Wszechobecne zimno niemal od razu zmroziło zabitego stwora. Mężczyzna uchwycił zdecydowanie dolną żuchwę demona i oderwał ją z trzaskiem. Potwór wyglądał teraz jeszcze bardziej przeraźliwie, jednak nie zraziło to pustelnika do wsadzenia ręki w jego gardło aż po łokieć. Manipulując wewnątrz gardzieli poszukiwał czegoś w skupieniu. Lekki uśmiech rozpromienił na chwile oblicze wędrowca, wstał z klęczek dzierżąc w dłoni wydobyty z bestii artefakt...

Fontein

Słychać już było szum pobliskiej rzeki, góry Ishenar odprowadziły ich tuż na krawędź lasu. Cameron z wolna zatrzymała ognistego rumaka zwracając go w stronę przyjaciół. Dwóch braci pochłoniętych radosną rozmową zmierzało w jej stronę. Na sama ich widok jej oczy pojaśniały zaś usta ułożyły się w uśmiech. Odruchowo wyciągnęła niewielką księgę, przewertowała jej strony zatrzymując się na jednej. Przesunęła po niej palcem czytając znaki zapisane tam. Pod jej dotykiem zaczęły one jaśnieć błękitem unosząc się ponad stronę i obejmując jej postać tworząc błękitne przejście. Cameron nie zdążyła dokończyć inkantacji gdyż jej uwagę przykuła postać wynurzająca się w oddali z lasu. Skierowała tam swe złote oczy poważniejąc. Dostrzegł to Murinus i podążył za jej spojrzeniem, lekko szturchając Reefa, wskazał mu nadchodząca osobę. Postać zbliżała się powoli jak by oceniając siłę napotkanych wędrowców. Murinus wyszedł na przód za nim podążył jego brat. Cameron zatrzasnęła księgę obserwując cała sytuacje z dalszej odległości. Ów nieznajomy przedstawił się jak Derios – Opiekun Smoków. W trakcie rozmowy wskazał na góry i oznajmił ze zagościł w nich demony hordy pod przewodnictwem dość osobliwego Wielkiego Demona – przywódcy niesfornego stada. Wpierw jedynie ostrzegł podróżników by zważali na to gdzie chodzą... Lecz mierząc po raz wtóry posturę zarówno Murinusa jak i Reefa zaproponował dość dziwny układ.
- Widzę żeś doświadczony woj, wprawiony w boju, obserwowałem was podczas niedawnej walki. Dopełniacie się... - Wtem przerwał mu donośny głos Murinusa -
- Przejdź że do rzeczy, szkoda nam trwonić czasu na pochlebstwa, znamy swą wartość –Mężczyzna jedynie się uśmiechnął  
- Masz racje tak naprawdę nie doceniam chyba przed kim stoję – na jego twarzy znów ukazał się ten sam lekki uśmiech – Jak już wspomniałem proponuje wam układ, pomóżcie mi przegonić te demon w zamian będziecie mogli wziąć wszystkie skarby jaki skrywają tam ze sobą – Reef jako pierwszy powiedział to co każde z nich myślało – A co Ty będziesz z tego miał? - W odpowiedzi jedynie usłyszeli – Już ja coś tam dla siebie znajdę...

Po dwóch dniach monotonnej walki z demonami przyszło im stanąć przed ich przywódcą. Rozjuszony, rzezią swych podwładnych, opętany chęcią zgładzenia wojowników skierował swe przelewające się tłuszczem ciało w stronę czterech postaci stojących nieopodal na niewielkiej polance. Biegł z takim impetem że byłby w stanie staranować sam niewielki garnizon. I choć pierwszy jego atak z ledwością został odparty, niebawem jego cielsko spoczęło na zielonych trawach Ishenar. Chwile po tym jak wyzionął swego ducha, opiekun skierował się w jego stronę, rozciął gardło bestii i wyciągnął z niego cos dziwnego, zanim można był sobie zdać sprawę co to tak naprawdę jest, zniknęło w jego kieszeni.

Bolek

Kolejny artefakt wydobyty został z trzewi stwora. Zabłyszczał przez chwile odbitym światłem pochodni i zniknał w polach płaszcza wysłannika... zwłoki stwora zalewały posadzkę czerwoną mazią. Głowa bestii leżała obok ciała wpatrując się w swe truchło zeszklonym wzrokiem... wojownicy stali wokol oddychajac ciezko, napiersniki zbroi wznosily sie i opadaly ukazujac ich zmeczenie... Cameron z trudem łapiąc powietrze trzymała za lejce ognistego rumaka, który wykorzystując chwilę chciał uwolnić się spod mocy właścicielki. Towarzyszący wyprawie Likantrop zawarczał gardłowo wbijając szpony w ciało martwego przeciwnika. Głębokie bruzdy pozostawione po pazurach spozierały z klatki piersiowej bestii. Ziejąca wen dziura po bijącym jeszcze przed chwilą sercu raziła pustką. Wilkołak zawył przeciągle, krew kapała z jego pyska zdobiąc posadzkę komnaty karminową czerwienią. Kropla za kroplą rozpryskiwały się na podłodze... nim ostania zdarzyła dotknąć ziemi wysłannik zniknął ściskając w ręku wydobyty przedmiot...

Darogan

Jego oczy zabłysły.. był już tak blisko.. tak blisko by zdobyć je wszystkie , krzywy uśmiech zakłóciła tylko pamięć.. Bolesna pamięć... I klątwa nad nim ciążąca..

Mortimer

ROZDZIAL II

"I stalo sie, ze poznalismy znaczenie slowa wojna, poznalismy czym jest klamstwo, zdrada zas stala sie naszym udzialem..." - Darius Starsong, nadworny bard Cesarstwa Gwiazd

Niebo przybralo cudowna barwe czerni, cienie wydluzyly sie, badz zlaly w jeden wiekszy, kiedy Jackee Green spacerowal wsrod drzew zastanawiajac sie czy cienie faktycznie szepcza do niego, czy zglupial juz totalnie. W pewnej chwili stanal w miejscu zlewajac sie niemal z ciemnoscia, kiedy z pobliskich zarosli dalo sie slyszec rzenie konia. Wykorzystujac swe osobliwe zdolnosci przekradl sie do miejsca skad dochodzil dzwiek, kiedy zas don dotarl oslupial. Z ust malca wyszlo tylko kilka slow, przesiaknietych zachwytem:
- Na bogow jakiz piekny ! Czemu ze mnie taki kurdupel ...
Przed nim stal niesamowitej bowiem, zlotej masci rumak, leb jakby wykuty z piaskowego marmuru, pelne gracji ruchy umiesnionych konczyn, grzbiet o idealnych proporcjach. Zwierze nie zwrocilo uwagi na niziolka w przeciwientwie do swego pana, ktory wykorzystawszy moment nieuwagi zaszedl Greena od tylu.
- Kim jestes malenka istoto ? - odezwal sie niezwykly glos zza plecow niziolka, ktory odwracajac sie, i jednoczesnie odskakujac w tyl wiedzial doskonale, ze popelnil blad przed ktorym Veris ostrzegal go setki razy mowiac, iz nawet dziesiata czesc sekundy moze stac sie ostatnia, jesli nie potrafi sie patrzec i widziec wszystkiego wokol siebie. W momencie jednak kiedy stanal wyprostowany dwa kroki od nieznajomego, pelen zachwytu dla owego jegomoscia, rzekl ze znana Greenowska pewnoscia siebie i odznaka straznika w reku:
- To ja tutaj zadaje pytania ... - glos jednak szybko stracil na sile, kiedy niziolek przyjrzal sie dokladniej istocie przed nim. Byl to jegomosc wysoki na blisko 7 stop, odziany w blyszczaca zlotem i piaskiem zbroje, o twarzy tak szlachetnej, iz nawet Dzieci Gwiazd z Dolennost wygladaly przy nim zaledwie jak sludzy stolu. Zza lewego ramienia widac bylo ostrze laski jakiej uzywaja magowie wladajacy magia nie gorzej niz owa bronia.
- Doprawdy ...? - glos niesamowitego przybysza zmienil sie, zas zlociste oczy rozblysly gniewem, niczym gwiazdy na nocnym niebie. Niziolek cofnal sie nieco przelykajac glosno sline, kalkulujac czy lepiej powierzyc swe cialo cieniom, czy moze ostawic je na pastwe losu przy owym tajemniczym nieznajomym. Znana jednak wszem i wobec ciekawosc niziolcza zwyciezyla i Jackee Green drzacym glosem, lecz z blyskiem we fiolkowych oczkach ciagnal:
- Jestem no straznikiem tej wyspy no ... - oddech - i w sumie to wlasnie ja powinienem pytac ... - ciezszy oddech - no chyba ze ktos ma ponad dwa metry wzrostu zas w barkach jest szerszy niz ja dlugi ... - trzy ciezkie oddechy wraz z koncem monologu.
Przybysz usmiechnal sie lekko, z gracja tancerzy wskoczyl na swego rumaka i pognal na poludnie. Niziolek westchnal tylko probujac zapamietac z najdrobniejszymi szczegolami wszystko co mu sie przytrafilo, do momentu kiedy zacznie sie przechwalac reszcie swych braci i siostr. Stal zatem jak wryty patrzac tepo w dal za odjezdzajaca postacia, kiedy zdal sobie sprawe ze nie udalo sie wylegitymowac owego podroznika. Podciagnal krotkie spodenki po czym pobiegl ile sil w nogach za piaskowym magiem bitewnym...

Setki mil dalej, w miejscu gdzie tylko ksiezyc Sosarii zagladal:
- Tak wlasnie historia zatacza krag moi szlachetni przyjaciele - odezwal sie glos w duszach 6 Gwiazd - to co dzialo sie przed 11 laty powraca by rozblysnac na niebie nasza kleska, badz zwyciestwem. W tym maluchu drzemie sila o ktorej on sam nie wie, a cienie naprawde don szeptaja ...
Wilk ulozyl sie wygodnie na tronie wykutym w gwiezdnej skale i przymknal slepia czuwajac ...
cdn

Mortimer

Szybkim marszem, badajac slady podkow dotarl do granic miasta, gdzie zapytal znajomego straznika dokad pognal piaskowy mag.
- Ty! Jackee tam zem go widziol, w strona portu jechol. Zapieprzal jak moja stara na targowisko jak jej zold oddaja. - rzekl brodaty, barczysty w polowie krasnolud. Niziolek nie chcial wiedziec do ktorej z ras przynalezala jego matka. Nigdy zatem nie pytal o rodzine, bal sie poprostu, ze nocami bedzie snil koszmary o kobiecie z broda ... Kiedy wpadl na przystan wysoka kochanica Magnusa spojrzala na Greena z nieukrywana troska, wyobrazajac sobie najgorsze rzeczy, ktore tym razem na miasto mogl sprowadzic malec w zieleni.
- Taki gosc ... - zaczal dyszac ciezko - wielki jak nasz bank i prawie tak szeroki w barkach jak ja, ubrany w zbroje o barwie pszenicy, widzialas go zlotko ?
- Coscie niziolki tym razem zmajstrowaly - odrzekla nie kryjac obaw - czerwony jak burak jestes, jezor wywieszony masz jak u tego kundla od Saniego co to z innych swiatow ponoc jest hmm ? Wulkan zbudziliscie na ktorym Ocllo zbudowane ?
- Zabciu, nie nie - odpowiedzial z usmiechem - ino zem zapomnial wylegitymowac owego jegomoscia ...
Kobieta wskazala odplywajacy okret wojenny. Na wypchanych przez wiatr zaglach widac bylo nawet z tej odleglosci szlachetna sylwetke czarnego wilka. Wyszyty na tkaninie obraz sprawil ze Jackee westchnal tylko wspominajac swa niebieska matke - Lune.
- No i zem go nie wylegitymowal ... - burknal pod nosem niziolek, po czym chwiejnym ze zmeczenia krokiem ruszyl ku karczmie Chlopakow Bernera. Kiedy dotarl na miejsce zastal Magnusa pykajacego fajeczke przy kominku. Mag siedzial wygodnie z owlosionymi stopami wyciagnietymi w strone ognia, wzrokiem utkwionym w jednym punkcie jakby owo miejsce w scianie bylo niezwykle interesujaca rzecza. Trzymajac fajke w ustach niziolek w jasnej todze, rozcieral znak hebanowej laski na swej dloni. Nie zwrocil wogole uwagi na fakt, iz ktos wszedl do sali. "Znowu to samo" - pomyslal zmartwiony Jackee, po czym zaryzykowal i przerwal zadume najdrozszego z przyjaciol.
- W morde jeza stary co ja zem widzial to sie w pale nie miesci ! - zawolal jakby zapominajac, iz zaledwie przed kilkoma sekundami obawial sie o stan psychiczny Magnusa Thorngage. Teraz dopiero wyrwany ze szponow ponurych mysli czarodziej usmiechnal sie szeroko i odpowiedzial rownie glosno:
- Jackee cholero najdrozsza jak ty ... ? - spojrzal tepo na drzwi - jakzes ... no kruca nic zem nie slyszal.
- Niewazne. Sluchaj, spaceruje sobie myslac zem postradal zmysly, az tu nagle jak nie uslysze rzenia konika. No to sru w cienie by bydlaka nie sploszyc. Ide cichutko jak myszka, odsuwam jakies krzaki czy inne marchewki i mnie normalnie zatkalo jak nigdy !  Wiesz przeca ze non stop gadam, nawet jak sam jestem to mowie i pewnie gdybym mogl to samemu sobie nie dalbym dojsc do slowa. Ale w tym momencie na grob mamuski przysiegam zaniemowilem ! Zloty, blyszczacy kon tak cudny ze, hoho ! No i dobrze ze panocka Verisa tam nie bylo, bo przez to zem tak zaniemowil i stanal jak slup soli to mnie zaszedl od tylu pewien jegomosc - niziolek urwal wzdychajac z tesknota - kon to przy nim bylo nic ... Mowie ci wiekszy niz nasza karczma ! W barach ino ode mnie nieco wezszy - dodal jak zwykl to czynic Jackee - taka laska piekna blyszczaca znad ramienia mu wystawala, glos jakby nie  z tego swiata. Chcialem go zapytac kto on, ale chyba sie mnie wystraszyl, bo wskoczyl na konia i uciekl do portu. Pognalem za nim, to zem prawie go przescignal tak nogami przebieralem, ale mnie z rytmu wybila twoja kochanica w porcie bo miala taka krotka spodniczke, wygladala dzisiaj ze hej ! Jak jakas ... - w tym momencie urwal blednac nieco na twarzy i szeptem wtracil - Jest moja Perelka tu ?
Magnus wybuchnal smiechem tak gromkim, ze ptaki z Kopca Sallmona wzbily sie w powietrze przerazone.
- Nie martw sie nie ma jej tutaj. - rzekl wreszcie ocierajac lzy i powstrzymujac sie od dalszych wybuchow smiechu.
- Kontynuuj bajania. - odrzekl z szelmowskim usmieszkiem mag.
- Myslisz ze zmyslam ? - oburzyl sie Jackee
- Alez skad drogi przyjacielu - odpowiedzial ironicznie niziolczy mag. Jednak Green juz dawno uodpornil sie na ciezki zart przyjaciela, chociaz wielu twierdzilo, ze to maly rozumek niziolka nie jest w stanie pojac czym jest ironia.
- Czarny Wilk! - skwitowal opowiesc straznik Ocllo
- Jaki znowu czarny wilk gamoniu. O czym ty do mnie mowisz ?
- No statek, taki wojenny jakis co na zaglach mial wyszytego wilka. Musimy go odszukac ! Tam pewnie jest ten pan zloty. Bede go mogl zapytac co robil w Ocllo.
- Ale po co nam to ? Przyjezdny jakis, zwiedzal pewnie...
- W zbroii ? Z taka laga na plecach ? Zwiedzal ? - przerwal Jackee
- Moze do Horsta przybyl o magii pomowic ...
- Horsta nie ma od tygodni dobrze wiesz.
- No to moze na Ettiny i Ogry zapolowac przybyl ...
- Ubrany tak gustownie ? Na takie padalce by polowal ? Ja mysle ze to szpieg i trzeba ...
- Dobrze, dobrze, no juz koniec ... - westchnawszy gleboko rzekl Magnus. Wiedzial ze osiol to wyjatkowo ugodowe zwierze przy upartym Jackeem - pojdziemy i poszukamy okretu z czarnym wilkiem na zaglach.
Niziolek w zieleni usmiechnal sie szeroko zacierajac raczki.

Gdy byli juz daleko od karczmy w jej okolicach rozlegl sie potezny wilczy skowyt. Ptaki ktore wrocily do swych gniazd na Kopcu Sallmona, ponownie wzbily sie w pod rozgwiezdzone niebo. Okiennice w karczmie poruszyl nagly podmuch nienaturalnego wiatru. Zdawac by sie moglo, iz liscie drzew zaszelescily, zas dzwiek ich ulozyl sie w szept: "Szukajcie..."

Papa Smerf

Hehe więcej musisz pisać Mort. Rewelka :D
"Feel the burn of the mists. Master them. They will devour your enemies"

WsC


Prorokpl

Kurde Morti dawno się tak nie uśmiałem. Czekam na więcej, szacun.
:wink:

Darogan

Postawić żagle ! – krzyknęła pani kapitan
Kurs na Nujelm, tam zaczniemy szukać, miasto ma rozlegle nie zbadane podziemia – odrzekł ten w złocistej zbroi.. i popłynęli do miasta piasków..
Zastanawiające czy odnajdą tam to czego szukają.. co los przyniesie im..

W tym samym czasie.. w innym miejscu gdzieś daleko na północy.. bramy na nowo otworzyły się..
Na zielonym jak trawa wierzchu , wyjechał niby mag , rozejrzał się uważnie, uśmiechną parszywie, w myślach swych widział już ślad.. nowy knuł już on zdradziecki plan....
Obok pojawił się on...
Tak mój władco – zapytał ze strachem w oczach
Znajdź mi w tych krainach źródło... z którego czerpać moc można , znajdź mi miejsca, w których się będzie można ostać.. i w końcu.. znajdź ludzi, którzy bogactwem zaślepieni, wypełnią mą wole.. – machną ręką po wydaniu rozkazów
Tak mój panie.. Twój rozkaż mą wolą się stanie – i ruszył przez krainy szukając.. swego władcy.. Zielonego Maga , wole wypełniając..

Mortimer

- Dobrze ze przynajmniej noc sie skonczyla nie ? - zapytal Jackee Magnusa opierajacego sie o grotmaszt.
- Co racja to racja ...
- Cos ty znowu taki zamyslony, co jest ostatnio z Toba ?
- Eee tam, nic sie nie dzieje, poprostu ... - niziolczy mag spojrzal na fale, ktore w swietle wschodzacego slonca przypominaly ulepione ze zlotych ziarenek piasku - poprostu ... - ciagnal, nie potrafiac dokonczyc, jakby walczyl z soba gdzies w zakamarkach zranionej duszy - no ...
- Po prostej to wal jak brat do brata - skwitowal krotko Jackee wahanie przyjaciela - przeciez wiesz, iz nie ma rzeczy, ktora mogla by nas poroznic. A juz napewno nie porozni nas zadna kobieta. Przeca my razem nawet chedozyli te same.
Magnus odwrocil sie plecami do niziolczego zwiadowcy uciekajac od jego spojrzenia i rzekl posepnie:
- To nie o kobiety chodzi tym razem Jacus ... napewno nie o nie ...
Przez reszte podrozy jedynym co laczylo oba niziolki bylo ponure milczenie, a trzeba przyznac, iz oboje byli tak uparci, ze milczeli bez mala  przez dwanascie dni rejsu. Cisze przerwal silny powiew wiatru znad gor okalajacych od poludnia, zachodu i polnocy niewielkie, acz urocze Cove, oraz slowa Magnusa, ktoremu najzwyczajniej w swiecie zrobilo sie zal przyjaciela:
- Cove na horyzoncie kapitanie ! - zawolal, probujac obalic mur, ktory stawial od jakiegos czasu pograzajac sie w mroku swej duszy. Jackee slyszac namiastke radosci w glosie maga, ozywiony owa zmiana, odpowiedzial:
- Ah tak szczurze ladowy ! Patrzaj zatem jak sie lajba steruje gniocie ! - rozbrzmial wsrod fal zachrypniety glos Greena, doskonale nasladujacego kapitana korsarzy Ocllo - Ramireza Popedliwego. Niziolek chwycil prawy foka szot, sprawdzajac naciag i wychylajac sie niebezpiecznie - Bosman ster lewo na burt ! - rozbrzmial ponownie zachrypniety glos komicznie wygladajacego Jackeego. Magnus poczal smiac sie jak dawniej, na co w skrytosci serca liczyl drugi niziolek.
- Kapitanie coz zatem moze zrobic taki pospolity szczurek jak ja na tej zacnej lajbie, na tym postrachu morz i oceanow ... - glos Magnusa nabieral mocy, by wykrzyczec nazwe w strone brzegu do ktorego zamierzali przybic - Na Merry Green III !
- Wypompowac zeze ! - krzyknal Jackee wczuwajac sie chyba za bardzo w role. Jego kompan spojrzal krzywo na przyjaciela. Spojrzenie owo wystarczylo ...
- Taa ... no dobra jestes moim pierwszym oficerem nie musisz tego robic pasuje ? - zapytal z nadzieja w glosie chcac powrocic do doskonalej zabawy.
- Aj, aj Kapitanie !
Posrod huku fal rozbijajacych sie o skaly w zatoce Cove wplywali do portu, Jackee dumnie stojac na dziobie, Magnus wsparty z szerokim usmiechem o reling. Niczym prawdziwi korsarze zeskoczyli z trapu na keje, wrzeszczac:
- Rumu i kobiet dajciez nam zaraz ! Albo krwi upuscimy tym ktorzy sprzeciwiaja sie slowom kapitana Jackeego Bezbrodego i jego oficera Magnusa Zebowybija.
- Najstraszliwszych posrod korsarzy ! - dodal srogim tonem niziolczy mag.
Nie musieli dlugo czekac na odpowiedz "szczurow ladowych", straznik wartujacy dotad spokojnie podszedl teraz spiesznym krokiem stajac nad niziolkami ze sroga mina. Jackee przelknal sline, Magnus poszedl w jego slady ...
- No jeny ... - glos Greena brzmial jak wtedy, gdy Perelka przylapala go z dlonia na udach uroczej bankierki Ocllo - my sie ino bawili nie ...
Straznik pogrozil palcem, lecz nie wyciagnal tym razem konsekwencji, najwyrazniej znajac specyficzne poczucie humoru niziolczej spolecznosci.
- No ... - zaczal mag poprawiajac faldy togi - to by bylo na tyle jesli chodzi o groznych piratow. - oboje poczeli chichotac - znajdzmy jakiegos przewoznika i zapytajmy o okret z Wilkiem na zaglach.
Jackee skinal w odpowiedzi. Szukajac wzrokiem kapitanatu.
- O tam stoi jakas piekna mlodka co to jej nie sa obce fale i wiatr biorac pod uwage rozwiane wlosy, oraz sejmitar wiszacy u pasa ...
- No to chodzmy - ponaglil Magnus.  Szybkim krokiem podazyli w strone urodziwej panny. Zalujac, iz nie maja czasu na zwiedzanie. Kiedy znajdowali sie jakies 5 metrow od kobiety, ta zlozyla dlon na rekojesci broni usmiechajac sie uroczo. Piersi jej rytmicznie unosily sie i opadaly, podkreslone przez obcisla koszulke z duzym dekoltem. Uda odsloniete, umiesnione i doprawdy idealne odslonila widzac wzrok mezczyzn. Oboje jekneli w tym samym momencie, myslac zapewne rowniez o tym samym.
- Witamy urocza wacpanne, ktorej wlosy niczym ogien z dzial "Iskry", zas usmiech jak jutrzenka. - zaczal Magnus Thorngage ze znana sobie latwoscia w nawiazywaniu kontaktow z plcia przeciwna.
- Usta, co na mysl rozy kwiat przywodza, i cialo jak trzcina wiotkie, jakby wykute przez boskiego artyste - dokonczyl Jackee, z  nie mniejsza latwoscia.
- Czy ty przypadkiem nie masz zony w Ocllo niziolku ? - zapytala wprost kobieta
- Pff... css... szzz... - odpowiedzial Green wkladajac dlonie do kieszeni zielonych spodni i obracajac sie na piecie. Magnus stlumil usmiech. Po pewnej chwili odrzekl:
- Szukamy okretu o zaglach niczym snieg i czarnym wilkiem na nich widniejacym. Czy wacpanna nie widziala owego gdzie, nie slyszala o takowym ?
- Czarny Wilk ... cos mi to mowi ... historia sprzed 11 laty, ale wiecej wiedza w Minoc i Vesper, tam sie udajcie po odpowiedzi. - Kobieta spojrzala na naburmuszonego Jackeego, po czym szeptem zwrocila sie do rozmowcy: - Czy on sie obrazil ?
- Nie, nie. On tak czasem ma, zaraz mu przejdzie. Skad wacpanna wie o slubie, jesli wolno spytac ?
- Naprawde nie widzisz podobienstwa cny niziolku ? - zapytala z tajemniczym wyrazem twarzy.
- Podobienstwa ... - podrapal sie po glowie mag - Yyy... Hmm... Czyzby ? - oczka mu rozblysly - Jestes krewna mej pani z Ocllo ? - Ta, ktora nazywali wacpanna usmiechnela sie szeroko odpowiadajac:
- Pozdrow siostre ode mnie.  
Mag usmiechem odpowiedzial kobiecie po czym zawolal swego druha mowiac o wszystkim czego sie dowiedzial. Po kilkunastu minutach, oboje siedzieli juz na pokladzie "Merry Green III". Jackee, ktoremu najwyrazniej chmurny humor przeszedl machal wlasnie do straznika i uroczej zeglarki. Ponownie nasladujac Ramireza Popedliwego zawolal:
- I zapamietajcie nasze imiona szczury ladowe ! My tu jeszcze wrocimy !
Dwojke przyjaciol odprowadzal usmiech ludzi z Cove, lecz nie tylko on. Chmury zaslonily slonce w zenicie. Rozbrzmial ryk wzburzonych wod. Nienaturalny wiatr zerwal sie nagle popychajac lodz zaglowa w strone ujscia zatoki, jakby niebo pragnelo pospieszyc dwojke niziolkow. Magnus i Jackee spojrzeli  z przestrachem. Lecz juz po chwili dziekowali za wiatr, ktory powodowal, iz gnali ku swemu celowi z niezwykla szybkoscia. "Zabawa w piratow" teraz nabrala barw i kolorow morza. Krzyki Jackeego Bezbrodego, oraz jego pierwszego oficera Magnusa Zebowybija, sprawialy iz bosman i oni sami naprawde uwijali sie w pracy na pokladzie z niezwykla starannoscia i szybkoscia. Podroz tym razem minela bez krepujacej ciszy i niedomowien. Juz drugiego dnia pod wieczor wplywali do olbrzymiego portu Vesper. Ogromne ramiona portowych zurawii sterczaly nad pokladami dziesiatek mniejszych i kilku wiekszych jednostek. Pracownicy portu jak pszczoly w ulu biegali noszac skrzynie, toczac beczki, obslugujac transporty wielu dobr, naprawiajac uszkodzone okrety, czy tez jachty. Odziani w dlugie togi celnicy wraz z obstawa strazy wloczyli sie nie robiac nic pozytecznego, procz tego, iz hardo wznosili swe glowy nad herbem Vesper wychawtowanym na ich szatach. Pomruki niezadowolenia towarzyszyly wszystkim ktorzy mijali tych tlustych, obnoszacych sie ze swa wyzszoscia urzednikow. Niziolki staly chwile oniemiale z zachwytu, bowiem byli przekonani, iz port w ich rodzinnym Ocllo jest gigantyczny, ale to przeszlo ich najsmielsze oczekiwania.
- Widzisz ... - zakwiczal z zachwytu Magnus.
- Mhm - odpowiedzial Jackee w sposob jaki okreslal dokladnie jego stan ducha. Wychodzac ze swej "lupinki orzeszka", jak opisal swa lajbe w myslach, o malo nie wpadl do wody. Na szczescie reakcja Magnusa, ktory opamietal sie znacznie szybciej spowodowala, ze nie doszlo do wypadku. Green podziekowal bratu, po czym oboje ruszyli w strone kapitanatu. Gmach owego znajdowal sie naprzeciw stoczni, ktora rozmiarami przewyzszala dwukrotnie te z Ocllo. Przed drzwiami budynku stalo dwoch straznikow, widzac niziolki jeden z nich zmruzyl oczy i zagrodzil wejscie ostrzem wloczni:
- Dokad ! - rzekl nieprzyjemnym tonem. Miesnie twarzy drgaly w ten specyficzny sposob, ktory charakteryzuje oblicze kogos, kto wlasnie zlapal na goracym uczynku przestepce.
- My no popytac ino - odpowiedzial szczerze Jackee.
- Taa... - warknal zbrojny - juz my wiemy jak niziolki pytaja ! A pozniej nasze sakwy swieca pustkami ! Male, paskudne dranie ! - krzyknal.
- Ze jak !? - staral sie bronic Green - My ? Zlodziejami ! Noz to obled ! Potwarz, kalumnie i klamstwa ! - dokonczyl glosniej
Drugi ze straznikow probowal zalagodzic sytuacje, wyraznie zaniepokojony zajsciem.
- Szanowne Niziolki wybacza koledze, malo spal, duzo wypil ...
- Ze co ! - przerwal ten pierwszy - Jeszcze stoisz po ich stronie ! Toz to plaga jest rabusiow i zlodzieii ! Male, wredne pasozyty - ciagnal, wlocznia wciaz zastawiajac drzwi. Kompan zachowujacy wstrzemiezliwosc w wyrazaniu swych mysli, odprowadzil ich grzecznie na bok, po czym rzekl:
- Wybaczcie prosze, nieokielznany balwan z niego. Moge w czyms pomoc ? - Przyjaciele patrzyli z gniewem w oczach na gestykulujacego, oraz krzyczacego "balwana" przy drzwiach, jednak zimna krew tym razem zwyciezyla w malych istotach.
- No w sumie moze pan pomoc, szukamy informacji na temat Czarnego Wilka. - straznik zbladl nieco na dzwiek tych slow, rozejrzal sie uwaznie, po czym szepnal:
- Stary alchemik, zaraz przy polnocnym moscie. Idzcie tam, jego pytajcie. - glos mu drzal - teraz musze wrocic na posterunek. Wybaczcie. - spiesznym krokiem odszedl w strone drzwi. Gdzie ten pierwszy - niemily, wciaz cos krzyczal. Niziolki oddalily sie spiesznie by nie dac sie czasem wyprowadzic z rownowagi temu gburowi. Kiedy zwolnili kroku na moscie laczacym wyspy Vesper, Jackee wyjal sakiewke o brazowej barwie. Z paskudnym usmiechem poczal ja podrzucac.
- Skad ona ? - zapytal Magnus domyslajac sie odpowiedzi
- Wypadla temu rasiscie z gaci kiedy podskakiwal jak ciulik w moich portkach, gdy biegne. - oboje wybuchneli smiechem
Noc zapadala szybko. Ksiezyc w pelni rzucal srebrne swiatlo na mroczne zakamarki ulic, gdzie latarnie nie swiecily z roznych powodow. Green poczal szeptac slowa modlitwy do Luny, oraz Raydila - swych boskich rodzicow, jak zwykl ich nazywac. Magnus wiedzial, ze w tym momencie lepiej nie przeszkadzac przyjacielowi, bowiem moze i czasem wykazuje sie brakiem rozumu, lecz wiara przerastal on nie jednego z kaplanow bostw Sosarii. Szli milczac w strone polnocnej czesci miasta wskazanej przez straznika. Bylo pozno, oboje lekali sie, iz moga nie zdazyc na czas do pracowni alchemika. Vesper pograzalo sie we snie, budzily sie natomiast cienie. Przyspieszyli kroku. Wokol panowala cisza i spokoj, przerywany jeno odglosami, ktorych zrodla lepiej nie dochodzic po zmroku. Minela niecala godzina marszu kiedy dotarli do duzego bydunku z cegly, na ktorym lopotal szyld wskazujacy na pracownie alchemiczna. Ku radosci obu swiatlo z pomieszczenia na parterze wskazywalo na to, ze alchemik jeszcze nie spi. Podeszli do drzwi i zapukali niezbyt glosno, by przypadkiem nie rozproszyc ciszy. Zza drzwi po chwili odezwal sie starczy glos:
- Kogo licho niesie o tej porze ?
- Jackee Green i Magnus Thorngage, urzednicy z Ocllo, my z zapytaniem o Czarnego Wilka. - w odpowiedzi uslyszeli cichy pomruk,  po czym niemal szept:
- Idzcie stad ... ta historia to przeszlosc.
- Lecz my musimy panie - ponowil prosbe Jackee blagalnym tonem - widzielismy jego okret w porcie Ocllo ! - tym razem odpowiedzia bylo westchnienie pelne obawy, oraz dzwiek klucza w zamku. Lewe skrzydlo podwojnych drzwi rozwarlo sie. Cieple powietrze, wraz z zapachem ziol, perfum, alkoholu i dziwnych nieznanych mikstur uderzylo ostroscia zapachow w nozdrza niziolkow. Magnus usmiechnal sie szeroko. Jackee rowniez, czujac gdzies na lewo rocznikowy rum.