Zachód Słońca

Zaczęty przez Kruk, 2006 01 11, 02:00:27

Poprzedni wątek - Następny wątek

Kruk

...

Zatańczyły wiatry śpewne.
W ruch kołowrót dziejów wszedł.
Zatańczyły ognie Prawdy;
znów prastare duchów tchnienia
na swych plecach poczuł człek.

Ot i w tan ruszyły dawny
przyrzeczenia, złorzeczenia.
Znów na ścieżkę weszły cienia
słowa co uwięzły w gardle.
Słowa śpiewne,
słowa rzewne.

...

Kruk

-...jeszcze chwilę temu widziałem na rynku tę cudaczną maszynkę, a ty, mój drogi mówisz mi, że rzemiosło upada?
Twarz kapłana skrzywiła się.
- To miasto schodzi na psy. - przerwał druid.
- Taaa...źle się tu dzieje - zasępił się jeszcze bardziej mędrzec.
Nim młodzik zdążył wtrącić jeszcze trzy grosze, cała trójka posłyszała świst. W karczmie zmaterializowały się dwie szydercze postacie.
- Ot i żer dziś będzie obfity - chrapliwy rechot zatrząsł mosiężnymi kandelabrami.

*

Świadomość wróciła mu na stole uzdrowiciela.
- Nie tak szybko. Twe ciało wymaga jeszcze opieki. - szepnął medyk.
Młode oczy pacjenta pospiesznie obiegły pomieszczenie. Szybka koncentracja. Powodził wzrokiem za swą torbą. "Nie ma?!..."
- Możesz już iść. - ponury głos lekarza pożegnał młodziana.
Wybiegł. Biegł szybko. Nigdy chyba jeszcze tak szybko.
Zauważywszy znajome twarze zdołał ledwie wykrzyknąć:
- Są? Czy cokolwiek się ostało? - głos mu prawie w gardle uwiązł.
- Przeszukaj zwłoki, choć mało pewnie w nich znajdziesz. - zmęczone oczy kapłana zdawały sie tylko potwierdzać ostateczne przypuszczenia.
Wpadł do karczmy. Na wprost drzwi on - jego oprawca, kontemplujący wieczorną ucztę. Jego towarzysz zdawał się przetrząsać salę. Młodzian przystanął wpół biegu. Niepewnie podbiegł do zwłok. Pamiętał gdzie padł. Nachylił się nad martwym ciałem. Chwila niepewności...Pióro. Tylko pióro. Gardło zacisnęło petlę wokół szyi. Myśli bełkotały mu w głowie. Księga, gdzie jest księga...Tak, pomyślał.
Po chwili tarzał się w spazmach przed swym katem.
- Panie....zabierz wszystko! Wszystko! Tylko nie księgi!
Mężczyzna spojrzał na niego z ukosa. Bez mrugnięcia przeżuł następny kęs.
- Zaklinam i błagam cię panie! Wszystko, weź wszystko tylko nie księgi!
- Skończone. Czas się zwijać. Otwórz portal. - zakomenderowała druga postać.
Oczy żebraka zaszkliły się niemocą.
- Masz! - rzucił mu niedbale sakwę i zniknął w błękitnej poświecie.
Młodzieniec zachłannie począł przeszukiwać zwartość. "Gdzie ta księga, gdzie ona?." - myśli kołatały po mózgu gdy niebieska świetlistość poczęła znikać.
- Nieee... - przenikliwy jęk rozproszył się po izbie - ...to nie ten worek !...- rzucił się w stronę znikającego portalu. W głowie mu zaszumiało.

Inne miejsce. Zapach lasu... I smród miasta w jednej przestrzeni. Chłopak omiótł wzrokiem plac, domy z bali, koryto dla zwierząt. "Tu" - spojrzał w stronę sporego gmaszyska. Intuicyjnie podszedł do drzwi. Bank - "to musi być tu". Niepwenie pchnął drzwiska.
Kat stał przy kontuarze. Pakował skrzynie. Bankier pomagał...
- Miłościwy. Wybacz..- niepewny głos młodzika z trudem przebił się wśrród łomotu wiek. -Pomyliłeś się...nie moją sakwę mi dałeś...- żałosna mina błagającego wpatrywała się z napięciem w twarz mocarza. - W niej nie ma żadnych ksiąg...
- Ksiąg...- burknął - musiały tam być.
- O wielki, nie... miłościwy mój panie.
Posturny mężczyzna skrzywił twarz w grymasie. Przeszukał kufer, wyjął pakunek i podał żebrakowi.
- Starczy? - wycedził.
Oczy nędznika aż zapłonęły w zachwycie. Jest! Ukradkiem ucałował grzbiet księgi.
- O wspaniały! Wdzięczność ma jest nieskończona. Proś kiedykolwiek a dam jak będę umiał - słodził swemu katu.
- Wystarczą garście pereł. Jak ich za dużo mieć będziesz - szyderczy rechot rozniósł się po izbie. Chłopak skłonił się wylewnie i podszedł do kontuaru drugiego z urzędników.
- Bankierze! Pragnę otworzyć depozyt!
Po chwili stosowny pojemnik leżał przed nim.  Schował skarb. Zatrzasnął
wieko. Ukradkiem spojrzał raz jeszcze na przestępcę. "Zadziałało. Litość zawsze dzaiła" szepnął uspokojony w myślach. Uśmiechnął się dyskretnie. "Nie te ręce, nie ten czas" zadumał się na chwilę. "Już niedługo..."

- Więc gdzie się znajduję, moja pani? - odmieniony zagadnął siedzącą nieopodal karlicę.
- W Yew, mieście gwałtów i łotrzyków. - roześmiana pyzia spojrzała mu w oczy.
- Zatem cóż moja droga tu porabia? Gwałci czy łotrzykuje?
Radosny śmieszek wypełnił pomieszczenie.


***
Rozochocony niedawną sceną, bankier nie mógł poskromić ciekawskich oczu. Zajrzał młodziankowi przez ramię. Wzrok przykuła zmurszała księga. Powilgła okładka głosiła: "Przekleństwo czasu".
"Phi!" - pomyślał - "i o ten śmieć tyle krzyku? Takimi chłamami dzisiejsza młodzież się karmi". Zawiedziony zajął się po cichu rejestrem.

Xynd

Bardzo ladny styl. Swietnie opisane.

Siwy6977

Zgadzam się z Xyndem. Dobrze się czyta. Neologizmy w stylu "posturny" i "pyzia" tylko dodają smaczku.

Alvor_Lucard

popieram, swietnie sie czyta
*Mlask Mlask* Zastanawiasz się jak ciesze ryja kiedy płaczesz mi na PW o PK? - popatrz na Awatar :)

quendin

Brawo... świetne opowiadanie, dobrze się czyta
Brazylijscy naukowcy wykryli, że ludzie z niskim poziomem IQ czytają posty na forum trzymając rękę na myszce


nie... już za późno na zdejmowanie :)

Kruk

Spakował mysi dobytek do bankowej skrzyni. Zawsze tak robił, gdy droga długa. Tym razem przyszła mu w udziale piesza wędrówka z Yew do Stolicy. Wyszedł za miasto. Przy pierwszym rozstaju bełt przeszył mu czaszkę. Padł. Duch oddzielił się od ciała.

* * *
Uniosło się z ziemi. Rozejrzało. W rozmytej barwie nie dostrzegało twarzy, ni konturów drzew. Dźwięki lasu przeszywały na wskroś.
Błądziło - "co począć, gdziem jest".
Wiatr poniósł, rozniósł dalej. Rozwiał w śnie. Śniło świat. Pustka. Puste lasy, puste miasta, puste domy. Obrazy bez wyrazu, księgi nie przeczytane, księgi poprzeszywane zapomnieniem.
Sen krwią popłynął. W krwawym splocie uwięzione dusze na wieki. W pustym dzbanie krwią przebranym...
"Krew ropą zatoczyła mrok
w komnatach podziemnych gdzie wzrok
w togach czerni
szukał śmierci"
Znalazło łoże. Czy ciało poczuło? Czy z ciałem złączyło...usnęło.


* *
Przy bulgocącym w parze kotle krzątała się pogodna twarz kucharza. Woń duszonej mandragory wypełniała izbę gęstym aromatem. U końca ławy siedziała koronkowa kobietka. Skubiąc nerwowo wierzch dłoni, snuła wywód perlistym głosem.
-...czemu Aron? Czy matka najadła się wilczych jagód nim decyzję podjęła? Przecież to niedorzeczne! Ten chłystek ledwie pianie koguta wytrzyma bez gdakania o zeszłorocznych hemoroidach! - delikatny głosik przebijał tysiącem igiełek opary gotowanej mandragory. Siedząc w kącie izby, przysłuchiwałem się osobliwemu monologowi.
- Czyż, na Krew Britishów, nie ma lepszych kandydatów? – oburzone lico strzelało piorunami w kierunku paleniska.
- Najtajniejsze posłannictwo potrzebuje ludzi zwyczajnych, moja mała.
Ciepło, para i kuchenny zaduch koiły me zmysły. Kobieca kibić kołysała moje oczy do snu o marzeniach. Ciepło, para, woń mandragory. Kropelki pary, kropelki potu...woda. Wielka woda...morze. Odcięcie od lądu, od marzeń. Sam. Samotność, wilgoć, ziąb, wiatr. Ciepło, para, woń kobiety...morze. Ryby na przystani, wśród ruin stolicy. Ciepło kobiety, woń mandragory. Lewa powieka uniesiona w górę. Po chwili dołączyła prawa. Łoże z baldachimem. Cudze.

Pospiesznie ubrałem się w togę. Wyszedłem z otwartego domostwa niezauważony. W bagiennym mieście ciało raz jeszcze padło. Wskrzeszonym ocknąłem się na karczemnym narożniku. Osunąłem się z dachu na ziemię. Ostatni upadek. Podniósłszy się, usłyszałem z wnętrza karczmy śpiew niziołka:

,,Hej panienko bladolica
czemuż błyszczy potylica
twa ilekroć spytam cię
czy ty ze mną zżenisz się?

Hej milusie me cudeńko,
Weź ode mnie to puzderko.
Ilekroci wspomnisz mnie
Ono błyśnie światłem w mgle."

Kruk

Usiadł ciężko na stołku. Rozejrzał się po wnętrzu. Menzurki, fiolki, proszki, w dali rozżarzony piec igrały kalejdoskopem barw, kształtów, znaczeń, łącząc ciężkie myśli z otaczającą rzeczywistością.
Był zmęczony.
Od upadku stolicy nie przestawał się martwić. Widząc jedyną i niepowtarzalną okazję nie miał siły, by podjąć zdecydowane działanie.
Powiódł podkrążonymi oczami po pomieszczeniu. Był sam. Cały czas sam... z jednym, ukrytym celem. Nie mogąc choćby zwierzyć się komukolwiek, czuł jak jego misja zaczęła ciążyć u szyi, jak mosiężny medalion. Myśli stawały się nieznośnie gęste. Duszącym węzłem zaciskały się na zwykłym, ludzkim pragnieniu kobiety, dziecka i domu. Pozbawiono go marzeń.
Gdy w wieku 7 lat po raz pierwszy przestąpił próg Studium Elementarum mówiono do niego: "Dziś początek twego przeznaczenia. Twoim przeznaczeniem jest utrzymać bieg Prawdy. Służysz Prawdziwym Dziedzicom, Prawej Krwi."
Krew, krew..."Ciągle o krwi mówisz! Mówisz o niej jakbyś..jakbyś był wampirem!" wciąż pamietał zrozpaczoną twarz sędziwego mędrca, któremu zdecydował się wyjawić swój sekret. W jego oczach dostrzegł, że zaiste - stał się wampirem - wyssał z tego starczego serca resztki życiowej siły. Stał się setną łzą goryczy zawiedzenia jego zwiędłego ciała.
Krew. Przed oczami stanął mu żywo obraz cudownej kaligrafii:
"Fortuna kołem się toczy
Jedna moneta przez miliony pomnożona
Jedna kość w pył przemieniona
Jedna krew, jedno życie"
Więc li tylko igraszką fortuny jest? Westchnął cicho przyglądając się smugom zachodzącego słońca na posadzce. Ociężałe myślami czoło zmarszczył jeszcze mocniej. Ważył. Ważył. Ważył myśli, czyny, zamiary, plany. Nie mógł się pozbyć natrętnych zwodniczek umysłu. Jakże długo nie medytował w spokojnym cieniu drzewa oświetlany tylko zachodzącymi  za horyzont wstęgami światła....
Zaczął odwiedzać  świątynie, rozmawiać z bogami w nadziei, że choćby oni tokiem myśli powiodą. Lecz...cisza. Pustka.

"Nadchodzą" pomyślał, usłyszawszy odgłos na dworze. Pomylił się...to szczęk strażniczego oręża wydobył go z zadumy. Usłyszał kroki...pukanie...to Czas wzywa do służby...

Kruk

Oparł się o parapet okna. Wyjrzał na złota łunę zachodzącego słońca. Niebo było czyste, a ziemia szkliła się kobiercem śniegu. Uśmiechnął się do siebie pogodnie.

Koło Historii zatoczyło krąg. Nowy czas. Odetchnął. Misja wykonana.

Gdzieś w późniejszym czasie młody alumn otworzył podręcznik na słowach pieśni:

"W pełni światła, w mroku słów,
w ciszy krzyku, pośród snów
skryta tajemnica Czasów.

Pośród zgiełku i w nieładzie,
w sercu tłumu, na świeczniku
w sekrecikach, w zawołaniu
ukrył tajemnic bez liku."


Dzięki za chwilkę dreszczyku bogom i herosom szardu ;) Kłest dobiegł końca.  Cała historia spisana w książce "Zachód Słońca" wyd. Własnakasa 2006 . Dostepna tylko w najlepszych księgarniach i salonach EMPiK na najniższych półkach ;)