Przebudzenie

Zaczęty przez Gofer, 2006 01 15, 13:03:01

Poprzedni wątek - Następny wątek

Sul

Świadomość powoli wlewała się do odrętwiałego ciała. Otworzył oczy, z trudem poruszył głowa, rozejrzał się. Ciemności lekko ustąpiły, zobaczył przed sobą niewyraźną sylwetkę wyciągającą w jego kierunku swoje szpony.
Chrzęst przyprawiający o ciarki.
Zimny dotyk.
Skulił się, wzdrygnął, próbował zmusić odrętwiałe kończyny do działania, nic z tego.
Spojrzał śmierci prosto w oczy.
Już po wszystkich przyjacielu. – rozległ się znajomy głos.
Ciemności ustąpiły. Stał przed nim elf bandażując jego rany.

                  ****

To pierwsza z trzech rzeczy, które ci odebrano. – odezwała się demonica zimnym głosem, wskazując na leżące na ziemi ciało. To miejsce bez czasu, włada tutaj pajęcza królowa, musi cię nienawidzić skoro zabrała cześć twego imienia.

Elf schylił się nad martwym ciałem. Coś w jego twarzy, przyciągało wzrok, coś znajomego...

Jesteś Elfem, - kontynuowała Boltien – Stąpasz drogą, którą z reguły chadzali członkowie najwyższego z rodów. Masz cos o czym zapomniałeś,  a jest ważniejsze dla Elfów a niżeli cala Wyspa.

Uniósł głowę, słowa demonicy nie przemawiały do niego. Myślał o ciele, o tym co przykuwało jego uwagę. Ta twarz, widział ją już tyle razy. Jego twarz...

Dzisiaj spotkasz strażnika. – zawiesiła głos – O ile dotrwasz... – dodała nieprzyjemnie. – On wiele ci powie i wiele zagadek postawi.

Ciche pstryknięcie...

                  ****

Stali w długim, ciemnym korytarzu...

Aion

Demonica, która stała przede  mną zdawała się po prsotu wisieć w powietrzu. Wpatrywała się to we mnie to w Elfa...
Jej skrzydła poruszały się delikatnie gnajac ku mnie lekki wietrzyk niosący ze sobą zapach odrazy i zgnilizny. Zapach lęku i przerażenia...
W ustach znowu poczułem znajomy metaliczny smak, skuliłem sie w siodle tłumiąc wyrywający się kaszel. Krople krwi zastygły w kącikach warg. Elf stał już na nogach a moje bandaze, którymi z taką dokładnością owijałem jego rany, powoli nasiąkały krwią.
Początkowo nie słyszałem nic, jedynie ostre fale bólu, które wraz z lodowatą krwią płynely przeze mnie.
Zastanawiaelm się sam kiedys nad ważnością poszczególnych spraw. Nad priorytetami, które kierują naszą drogą. Nad tym co jest naszą predestynacją... Spojrzalem na swoje niemal białe dłonie, na których zmrozona skora zdawala się po prostu lezec. Tuz pod nią, gesta, niemal czarna krew, powoli tłoczyła się w skutych lodem tkankach. Podniosłem oczy... poczułem jeszcze jak cienie powoli snują sie po mojej todze.. tak znajomy dotyk , który przenikał całe ciało... przyprawiając o mdłości i strate rozumu...
Kolejne uderzenie lekkie... gdzieś z lewej strony.
- Mellonamin... - powiedział elf wpatrujac sie we mnie. Jego mroczna maska zdawala sie wpatrywac osobnym wzrokiem, mrocznym i złowrigim. Delikatnie pulsowała tą czernią przed moimi oczyma, niemal szydząc z mojego bólu. - Ruszajmy.
Skinąłem ponaglając uderzeniem kolan; koszmara. Szkarłatny dywan zakrecał w prawo. Elf jeszcze zdąrzył rzucić zaklecia, które tak mi potrzebne wzmocnijły mnie... kiedy nagle pojawił się On..
jakże podobny... niemal jak złudzenie, halucynacja spowodowana nadmierną iloscią picia krasnoludzkiego spirytusu. Stanął. Po prostu stanął przed nami.
Jakże normalne i podobny w swej nieopisanej nieprawdopodobności.. z pazurami, które niczym w mrocznych kocich łapach, nagle wysunęły się, ociakajac ciemnąposoką.
W ciszy jaka nastałą przez moment słychać tylko było dudnienie mojego serca i to przeraźliwe, jakże obleśne kapanie...
KAP.. Kap.... kap...
krople z pzurów miarowo opadały na posadzkę.
I oczy... któe nagle tak mroczne jak cienie, które pojawiają się w zakmarkach duszy, noca przeraźliwie wykrzywiając wątrobę i serce. Po prostu patrzyły.
Atak nastąpił tak nagle, że nim moje ostrze całe wysunęło sie z pochwy, pazury otworzył ogromne rany na moim udzie a nagła fala piorunów jaka we mnie uderzyła niemal zrzuciła mnie z koszmara...
Zacisnąłem dłonie aż knykcie pobielały od dotyku stali, przygryzłem wargi starajac sie opanowac zdezorientowanego koszmara...
stay low move fast, kill first die last. one shot one kill not luck just skill

nullum magnum ingenium sine mixtura dementiae fuit

Sul

[...] Mae Nin Meldir – powiedziała melodyjnym głosem postać, siedząca na
spowitej rosą trawie. Drzewo zaszumiało liśćmi przebudzonymi do życia
przez poranny wiatr. Elf o zielonkawych dłuższych włosach, spiętych w
kucyk na ramieniu. Uśmiechnął się lekko w stronę starego już drzewa.
- Racja, racja ludzie niedostrzegają waszego piękna...- urwał nagle, przesunął
ręką po mokrej trawie w stroną kostura. Twarz mu lekko spochmurniała.
Drzewo znów zaszumiało.
- Mae widzę... – z cienia rzucanego przez pobliskie gałęzie wyszła postać.
Skrzydła na plecach zatrzepotały w powietrzu. Kobieca sylwetka oderwała
się od ziemi i podleciała kawałek w stronę elfa. Szaman zacisnął mocniej
palce na kosturze i dźwignął się na nogi. Oparł lekko głowę na drewnianym kiju i
począł mówić.
- Czemuż zawdzięczam twą wizytę Pani? – zapytał grzecznie melodyjnym
głosem.
- Twój towarzysz prosił bym cię wezwała. Podobno jesteś o tym
poinformowany – rozległ się skrzekliwy głos w głowie elfa.
- Ahh... no tak mówił mi coś mój brat o podróży... – urwał, spojrzał na
demonice. – A więc prowadź nie ma co tracić tak pięknego dnia – uśmiechnął
się. Kobieta wyszeptała inkantacje czaru. Przekreśliła powietrze pionowo a
za jej dłonią obraz zaczął się zakrzywiać i rozmywać. Kiwnęła ręka i wleciała
w bramę. Szaman długo się nie zastanawiał, ruszył ciężko w stronę zakrzywienia.
   Nagle z pięknej polany usłanej zieloną trawą przeniósł się w ciemne
wilgotne miejsce. Ledwo utrzymał się na nogach. Śliska podłoga wytrąciła go
z równowagi.
- Jaskinia... – pomyślał – nienawidzę jaskiń... – urwał, poczym zaczął inkantować
czar – In lore! – ciemność ustąpiła, oczy powoli zaczęły ogarniać otoczenie.
Był w ciasnym korytarzu, woda kapała z wiszących stalaktytów. Grzyby
porastały kamienie pod nogami tworząc je śliskimi jak lód. Korytarz prowadził
w głąb mroku. Elf ruszył powoli podpierając się kijem. Po chwili do uszu
Szamana zaczęły dochodzić odgłosy walki. Przeplatane inkantacjami czarów.
- Poznaje ten głos... – pomyślał, i przyspieszył kroku. Korytarz
zakręcał w prawo. Odgłosy ucichły.
- Ajjj – zaklął po elficku – zaczął powoli biec. Po chwili wyłoniły się z za
zakrętu dwie wysokie postaci stojące nad ciałem. Szaman spróbował się
zatrzymać. Czarne buty jeździecki poślizgnęły się na kamieniach. Elf stracił
równowagę i poleciał jak strzała. Huk rozległ się po korytarzach. Postacie podbiegły
do leżącego niedaleko ściany od której odbił się elf.
- Gdz... gdzie jestem? – rozejrzał się dookoła przewracając oczami.
Postacie ryknęły śmiechem.
- Eza! – krzyknął znajomy głos – jak zawsze rychło w czas – powiedział z sarkazmem.
- Nin gwador? – zapytał szaman, elfa w masce – tak to musisz być ty nikt inny nie ma tak żałosnej maski. – zaśmiał się - O... jak cię dawno nie widziałem Suilad Aionie. – powiedział do stojącej obok postaci od której biło chłodem.
- Suilad Eza – powiedział elf w zbroi płytowej – wstawaj – podał rękę. [...]


------------------------------------------------------------------------------------

P.S Wklejam za Eze bo on mowi ze nie potrafi :D (jak dla mnie sie wstydzi)