Werewolves - Reinessance

Zaczęty przez Tinerot, 2006 03 16, 01:11:27

Poprzedni wątek - Następny wątek

Tinerot

Tinerot powoli wstał i otrzepał szatę z kurzu. Ujął w garść kostur, po czym spojrzał przez oczodoły hełmu na Las otaczający jego siedzibę. Wdychał powietrze niespiesznie, z umiarem, rozkoszując się nadchodzącą chwilą. Dziś zostanie złożona ofiara...

Drzwi zamknęły się za Nim bez zgrzytu, z trzaskiem wywołanym uderzeniem zimnej stali o bezwzględny kamień, codzienne krótkie starcie, w wyniku którego kiedyś któreś z nich przegra...

I będę musiał sprowadzić ślusarza.

- Dziś. Czas.. - mruknął do siebie, omijając instynktownie największe leśne skupiska.

---------------

- Chcesz się dowiedzieć więcej o Twoim Ojcu? - zapytał wprost, jak zwykle. Nie przywykł do owijania rzeczy, lubił nagą prawdę. Była taka piękna...
- tak - odpowiedział Wyjec. Tinerot z jego wyrazu twarzy niewiele mógł odczytać. Za krótko Go znał...
- Pójdziesz więc za mną - i, nie zważając na reakcję, zaczął kroczyć, podpierając się laską, w stronę starego cmentarza Cove.

Nie mylił się. Prawie nigdy się nie mylił w tych sprawach. Już nie był sam.

----------------

Przyjrzał się dokładnie przybyszowi. Był nieufny, ale znał Wyjca. Chyba. Podszedł niespiesznie, łapiąc w postrzępiony płaszcz niesforny podmuch wiatru. Wciągnął głęboko powietrze blisko człowieka, powąchał wręcz go.

- To Likantrop. - zmrużył oczy - znasz go?

Uzyskał potwierdzenie. To wystarczyło...Nie wyjaśniał. Nie tłumaczył, nie przedstawił się. Kontynuował.

----------------

- Witaj, Szaleństwo - uśmiechnął się minimalnie Likantrop, ogniskując wzrok na, jak zwykle, dbającym o higienę własnego futerka kocie.
- wraaaaaaaaaaauu - odpowiedziało Szaleństwo, nie przerywając pracy, może jedynie na chwilę zaszczycając Go spojrzeniem.
- Co robisz tak daleko?... - nie zakończył, chociaż wiedział, że kot zrozumiał aluzję. Zawsze byl gdzieś, gdzie mogły być żywe istoty, albo chociaż jedna.
- Wiesz, że we wszystkim mam swój cel. Czekałem na Was - wreszcie doczekał się zaszczytu dłuższego spojrzenia. Wykrzywił wargi w dziwnym grymasie pod hełmem i odwrócił się.
- Przedstawiam i siebie - spojrzał na nieznajomego - i Jego. Tinerot. To na razie wystarczy... - dodał ciszej, z namysłem - i Urocze Szaleństwo.

Kot zaczął mrukliwie tłumaczyć, że Urocze Szaleństwo nie jest dobrą nazwą dla jego enigmatycznej egzystencji w tej ramowej rzeczywistości, ale Likantrop nauczył się, aby za długo nie sluchać tych skomplikowanych wywodów. Kot nie mówi tego, aby to rozumieli. Zastanawiające jest, po co to mówi...Ale nie przejmuje się, jeśli nikt nie pojmuje jego słów.

----------------

- To miejsce, gdzie Ojciec przestał być Jednością. Gdzie zginął dwukrotnie, miejsce, gdzie My go opłakaliśmy. Tutaj świadomość spłynęła na ówczesne Dzieci. Umarł ten, którego kochaliśmy, bo w każdym z nas jest odrobina Furii, cytując Grajka. - mówił spokojnie, wolno, zdając sobie sprawę z tego, że może nie używa enigmatycznie aforycznych zwrotów, to i tak niełatwo jest zrozumieć naturę i historię Praojca. Chyba on sam tego nie rozumiał do końca.

- Ku Pamięci... - szepnął do siebie, rozrzucając powoli wilcze jagody wokół posągu Gaverina.
- To ci, którym nie udało się zmiażdżyć Twoich dzieci! - warknął z mocą, rzucając na każdy kamień otaczający Posąg po jednej z głów, starannie wybranych. Byli tylko ci, którzy naprawdę zawinili, nie przypadkowych ofiar. Nie wierzył, żeby to mogło pomóc...Ale lepiej było być pewnym.
Po ofierze ludzkiej czas było na Życie. Siłą dociągnął łanię do posągu, podniósł ją i spojrzał na posąg. Po sekundzie skręcił kark zwierzęciu szybkim, mechanicznym ruchem, specjalnie partacząc dobre zabójstwo - krople krwi spłynęły na oblicze Praojca.

Wydawało mu się, że posąg błysnął.

Kroki do ołtarza...Księga. Intrygowała go. Pojawiła się, tak po prostu...Nie pamiętał jej. Zmrużył oczy.

-------------------

- Szaleństwo, kto wyrwie duszę z Miasta Umarłych? - zapytał poważnie, nie oczekując rewelacyjnej odpowiedzi. Ogromna trudność...Czekało na niego wyzwanie, jeśli chciał Go wreszcie zobaczyć, usłyszeć.

- Nekromanci?
- Masz jakiś inny pomysł? - mruknął kot, zataczając kręgi ogonem w powietrzu, to pocierając nim wręcz erotycznie o swój kark.
- Miałbym. Ale nie wiedziałbym, co robię. On będzie wiedział... -

------------

OK, to sam początek. Może opisze ktoś dalej? ;) Jeśli nie, to znowu wyedytuję i dopiszę.
(18:42:51) Dhagt: asylum
(18:42:53) Dhagt: gral w ogole w uo?

Aruv

Oki, ja się dopiszę jak dokulam się ze szkoły do domu 8)

krewetek

Tańczący upadł na ziemię. Czuł się słabo, wiedział jednak że coś się święci. Jego serce przepełniała radość i nadzieja. Podniósł się powoli, spojrzał na rozciętą nogę i na ranę z której sączyła się krew. Wiedział że o coś się potknął, jednak nie to było ważne. Rany już prawie nie było.

Spomiędzy drzew nagle dobiegło wycie kilku wilków. Zew...

Zerwał się na równe nogi i nie odczuwając już słabości, popędził między drzewami w stronę z której dobiegło wycie. Czuł się potrzebny, tam, na miejscu...


ja na razie mało bo dotarlem na miejsce dopiero po jakims czasie. ale niedlugo wrzuce screeny.

Alkus

Przecisnal sie przez teatralna gre kolidujacych ze soba cieni. Nachodzily na siebie, w bezkresnym wrazeniu kopulacji. Jak o kopulacji mowa.. chmury przeciskaly sie, nachodzac na siebie, leniwie lewitujac pod powierzchnia nieba. Para wiaterkow, przeplatajaca sie jak kokardka, wcisnela swoje ogromne paluchy w ich pulchna, smietankowa egzystencje, ukladajac sie do nalezytego snu. Przy okazji jak jestesmy przy snie, to kolejny raz sen rozdraznil granice rzeczywistosci i swoimi barwnymi pejzazami skruszyl na piach regularny swiat. Jemu to, co realne, czasem ulatywalo, ustepujac miejsca niespozytej wyobrazni, ktora ze swoja sila budowala atroficzny swiat rzeczywistosci magicznej.
Bardziej rzeczowo opisujac, znalezli sie na niewielkiej polanie. Cla zasiana byla galazami, ktore natomiast oplataly swoiste bluszcze, tworzac swoje wlasne metropolie. Kamienie odwzorowywaly  mape gwiazd, tworzac swoje wlasne konstelacje, miedzy ktorymi przeciskal sie wiatr. Niektorzy mowili, ze wrozyl on z nich samych jak z kart, imitujac niepewnego tarota.
Wcisnal sie w niewielka poduszeczke ze slomy. Wylozyl sie na grzbiet i poczul jak trzcina z uczuciem nieustajacego dyskomfortu wbija mu sie pomiedzy siersc. Pomimo tego uczucia furorycznymi ruchami zaczal podrzucac swoj wlasny ogon, ktory mowiac miedzy nami zyl wlasnym zyciem...
Budowal swoja wlasna egzystencje, bedac ogrniczonym swoja dlugoscia i swoista "przyczepnoscia" do zadku kota. Jednak ich relacje miedyz soba byly dosc klarowne i przyjacielskie. Nie musieli rzucac niepewnych slow, bo w miejscu, gdzie powinni rozmawiac, slowa mialy swoje wlasne ksztalty, budujac calkiem inne znaczenia. To tam spieraly sie ze soba dziwaczne plaszczyzny i rodzily zjawiska, zreszta calkiem podobnego do jego samego. Niektorzy nazywali to miedzywymiarem, inni chaosem kontrolowanym. Jedno bylo pewne. Tamtym swiatem nie rzadzily w zadnym wypadku jakiekolwiek prawa, a zetkniecie sie z koniecznoscia oddychania, czy potega czasu, moglo doprowadzic do swoistego szoku nowonarodzonych znaczen.
Powracajac do ogona. Zbudowal game swoich nietypowych gestow i mimik calego "ciala". Oplatal on dolna czesc kota i w zaleznosci od tego, od ktorej strony zaczynal, delikatnie masowal konkretne czesci ciala. Spiralnymi ruchami od lewej oplatal jego lewa lape i konczyl na grzbiecie, delikatnie masujac go, przejezdzajac po calej rozpietosci, we wrazliwych miejscach wbijajac delikatnie swoj koniuszek.
To powodowalo mruczenie.
Od prawej strony, ogon oplatal prawa lape i koniuszkiem wbijal sie w krocze kota, delikatnie pocierajac jego przyrodzenie. Swoista masturbacja.
To powodowalo chrapanie.
W kazdym razie... kot wbil sie w poduszke ze trzciny i bawil sie z ogonem, podbijajac go do gory lapkami. Ten, w czasach nieuwagi kota, jak jastrzab pikowal w dol i wciskal sie w objetosc trzcin. Kot mruzyl charakterystycznie oczy, ktore tym swoim hipnotyzujacym blaskiem odpieraly zachcianki rzeczywistosci nawet w dzien, blyszczac.
Szalenstwo nie mial szczegolnej ochoty na bawienie sie z ludzmi, ktorych nawet cenil, choc wielokrotnie laczyl obrazy wlasnych zachcianej z ewidentna szaroscia zycia. Jego kompletna suita, ktora usypiala go, byl obraz spadajacej po niekonczacych sie schodach czaszki. Z kazdym stopniem, czaszka coraz glosniej swiszczala, probujac wydac resztki swojego oddechu. Przynajmniej Szalenstwo tak chcial. Chcial ogladac, jak szkliste, biale jak marmur kosci przebijaja zrogowaciala od uderzen skore. Lubil patrzec jak babelki bolu poprostu pekaly, podrazniajac fioletowe podraznienia siniakow. I wkoncu dwie, krystaliczne, perfekcyjne kuleczki, ktore wpadaly do srodka coraz bardziej kulistej czaszki i obijaly sie o jej konkretne ksztalty i scianki.
Ale teraz wolal pobawic sie z cieniami, przenikajac miedzy swiatami.
Lubil Dalurvitha.
Dalurvith mial niespotykany dar, nakladania swojego cienia na inne cienie, stwarzajac wrazenie dominacji. Przynajmniej Szalenstwo tak chcial. Tak musialo byc. Albo przynajmniej tak mowila jego wlasna improwizacja rzeczywistosci. Dla niego dialogi byly zwykla, egoistyczna wymiana monologow. Dlatego potrafil wmieszac sie w ich nienamacalna konsystencje, patrzac na nieokreslony ksztalt, oczekujac, ze wiatr wypelni go i COS, KTOS, GDZIES albo KIEDYS wcisnie sie w ten swiat by choc przez chwile podroczyc sie z kotem.
Szalenstwo byl egoista.
Szalenstwo byl skurczybykiem.
Strasznym...


Ale mu ufali.


mam nadzieje, ze nie wyszlo to najgorzej, zwracajac uwage, ze jest to preludium tego wszystkiego... sprobujemy nakrecic jeszcze wiecej wilkkow. Moze wkoncu wskrzesimy stado... :]
the only thing worse than evil is apathy.

krewetek