Saga Silin'aerl

Zaczęty przez Zyzio, 2010 11 09, 21:33:51

Poprzedni wątek - Następny wątek

Zyzio

Silin'aerl: cz. I - "Ofiara"

   Struzka potu splynela po skroni drowki, gdy wirowala z dwoma kryssami w dloniach. W domu panowala absolutna cisza, nie liczac echa spadajacych gdzies w oddali kropli wody. Wykonala trzy szybkie podwojne pchniecia i wyprostowala sie w udawanym krzyzowym parowaniu. Powoli przeciagnela ten ruch siegajac za glowe i wkladajac adamantytowe kryssy do pochew zawieszonych na plecach
Plynnym krokiem podeszla do stojacej obok kamiennej lawy i siegnela po zwinieta tkanine. Wytarla w nia twarz i rozejrzala sie po sali treningowej, ktora miescila sie na gornej kondygnacji domu. Pare krokow dalej znajdowal sie przestronny balkon z ktorego rozposcieral sie widok na cala dzielnice Silin'aerl. Podeszla do krawedzi balkonu i w oddali zauwazyla cieply ksztalt na tle chlodnych kamieni. Postac zblizala sie spokojnym i ostroznym krokiem, ale dosc pewnie jak przedstawiciela konkurujacego domu. Wkrotce samiec przeszedl pod balkonem mimo iz bez watpienia widzial stojaca na nim drowke. Zgodnie z etykieta podszedl jednak do drzwi i polozyl na nich dlon. Cieplo jego ciala na powierzchni drzwi wywolalo ciche wibracje w powietrzu, znak oczekujacego goscia.

Uploaded with ImageShack.us
Ranlyl'freghym Xivreth'ynrae
- Pierwsza Corko, matka opiekunka domu Silin'aerl cie wzywa - odezwal sie donosnym glosem Ranlyl'freghym Xivreth'ynrae. - Domaga sie, bys niezwlocznie stawila sie w swiatyni miasta.
Mezczyzna oparl sie o balustrade przy drzwiach, kiedy Shynt'afae ubierala lekka koszulke kolcza o krotkich rekawach i wciagala na siebie obcisle spodnie z czarnej skory. Dwa kryssy zostawila na stojaku, a do schowka w bucie z przyzwyczajenia wlozyla waski sztylet. Na plecy zarzucila piwafwi i spiela je pod szyja brosza w ksztalcie pajaka. Wychodzac z budynku wyjela na wierzch koszulki insygnia domu, choc nie bylo to potrzebne bo i tak kazdy w miescie kojarzyl doskonale pierwsza corke wiodacego domu. Ranlyl' poklonil sie drowce zgodnie z przyjetymi zasadami, choc bez szczegolnego entuzjazmu. Drowka ruszyla przed siebie nie czekajac na mezczyzne, wiedziala jednak ze ten nie spusci jej z oczu. Mial wykonac rozkaz najwyzej polozonej osoby w miescie, gdyby Shynt'afae z jakiegos powodu nie dotarla do swiatyni, prawdopodobnie przyplacilby to zyciem.

Obraz w portalu wybrzuszyl sie, gdy Pierwsza Corka wkraczala do swiatyni Lloth. Natychmiast uderzyl ja slodki, mdly zapach kadzidel, ktore stosuje sie jedynie przy wazniejszych swietach ku czci Pajeczej Krolowej. Wkroczyla pewnym krokiem w mury swiatyni, gdzie przy bladym swietle ogni faerie stala jej matka. Ubrana w odswietne ceremonialne szaty Averill Silin'aerl byla pograzona w modlitewnym transie, a w kacie pomieszczenia stala opiekunka swiatyni, ktora obserwowala ceremonie z wiecej niz przelotnym zainteresowaniem. Shynt'afae podeszla do oltarza i poklonila sie posagowi przedstawiajacemu pol-kobieta pol-pajaka, nastepnie poklonila sie matce opiekunce domu Silin'aerl. Stanela w milczeniu, czekajac az Averill przemowi. Kaplanka wyprostowala sie powoli, a napiecie z jej twarzy zniknelo zastapione przez charakterystyczne nieodgadnione spojrzenie.

Averill Silin'aerl
- Dlugo kazalas na siebie czekac, corko - przemowila melodyjnym glosem Averill Silin'aerl. - Zadanie, ktore mam dla ciebie jest naglace i nie ma czasu na zwloke. Bedzie jednoczesnie najwazniejszym, jakie kiedykolwiek otrzymalas.
Mloda drowka nie zmienila wyrazu twarzy, nie poruszyla sie nawet o cal. W jej purpurowych oczach pojawily sie jednak ogniki swiadczace o zadowoleniu z kolejnego wyzwania.
- Kto bedzie moim celem tym razem? - spytala Shynt'afae - Jesli jest takie wazne, to czemu pozwalasz na przysluchiwanie sie tej rozmowie pomniejszemu zabojcy? Nie potrzebuje pomocy zadnego mezczyzny, wiesz ze pracuje sama, matko.
Ranlyl'freghym usmiechnal sie nieznacznie na ten wyraz dezaprobaty, jednak Averill wciaz wpatrywala sie w corke.
- Nie bedziemy teraz mowic o szczegolach - uciela krotko dyskusja kaplanka. - Zapewniam cie, ze tam, gdzie planuje cie wyslac udasz sie sama. Teraz podejdz, czeka nas wazny rytual. Bez niego Pajecza krolowa moze nie poblogoslawic naszych poczynan, a na to nie mozemy sobie pozwolic.
Shynt'afae bez oporow podeszla do oltarza czekajac na wprowadzenie ofiary, gdy matka opiekunka skinela w strone mezczyzny z trzeciego domu miasta Har'oloth Videnn. Otworzyla relikwiarz i wyjela z niego karbowany sztylet z adamantytu, ktory swiecil stlumionym blekitnym blaskiem. Podeszla do corki trzymajac w obu dloniach ostrze zdobione grawerunkiem pajeczyny. Shynt'afae pochylila z szacunkiem glowe i wyciagnela przed siebie reke, by przyjac rytualny sztylet. W tym momencie poczula na swej delikatnej szyi chlodna stal.

- Przyjmij te oto ofiare z mojej pierworodnej, pani wszystkiego co pod powierzchnia i na niej - zaczela melodyjny zaspiew matka opiekunka. - Pozwol mi na zglebienie arkanow demonicznej magii krolowej tajemnic w zamian za zycie tej oto twojej wiernej sluzki. Dusza mojej corki niech bedzie godziwa zaplata sluzbe twoich demonich slug, bysmy mogli dzieki ich mocy i sile mej wiary zadac decydujacy cios niewiernym, niosac na ustach imie twe, Pajecza Krolowo, Lloth...
Oczy Shynt'afae rozszerzyly sie tak bardzo, ze wydawaloby sie, ze zaraz wypadna z oczodolow. Szarpnela sie w pierwszym odruchu, jednak silny uchwyt mezczyzny nie pozwolil jej na ruch nawet o cal. Matka opiekunka zblizyla sie ze sztyletem w dloni, w momencie, gdy Pierwsza Corka chwycila za nadgarstek skrytobojcy. Ofiara musiala zostac zlozona przez wysoka kaplanke, wiec ten nie odwazylby sie jej zabic.
Mloda drowka utrzymala nieruchomo dlon skrytobojcy, i wykonala delikatny skret nadgarstka bolesnie naciskajac na kciuk drowa i sprawiajac, ze ten upuscil bron. Przez lata byla mistrzynia akademii skrytobojcow i sytuacja ta, choc niespodziewana, nie pozbawila jej samokontroli. Shynt' uwolnila sie z uchwytu  zwinnym obrotem wykonala szybkie kopniecie kolanem. Doswiadczony skrytobojca bez wysilku odskoczyl w tyl przed atakiem i niemal natychmiast wybil sie ponownie naprzod trzymajac w dloni drugie z blizniaczych ostrzy i celujac w tetnice szyjna drowki. Markowany cios kolanem byl jednak jedynie ulatwieniem dla siegniecia do ukrytej w bucie pochwy. Drowka wyrwala z niej sztylet i tym samym plynnym ruchem wykonala pchniecie wprost w serce mezczyzny naprzeciwko. Cios zatrzymal sie kilka cali przed sercem skrytobojcy, gdy miesnie drowki zastygly w bezruchu powstrzymane magicznym rozkazem jej matki. Dwojka skrytobojcow stala naprzeciw siebie kilka sekund z ostrzami na krawedzi smiertelnego ciosu, ktory ich oboje pozbawilby zycia. Mezczyzna usmiechnal sie paskudnie i odsunal na bok. Shynt'afae stala w sparalizowana w pol kroku przy oltarzu z reka wyprostowana do ciosu wpatrujac sie w drzwi, ktorymi weszla do swiatyni. W chwile pozniej na linii jej wzroku stanela Averill Silin'aerl.
- Decyzja juz zapadla i naprawde byloby dla ciebie latwiej, gdybys nie stawiala oporu... - dodala cicho kaplanka i kontynuowala cichy zaspiew magicznej inkantacji. Serce Shynt'afae bilo jak oszalale, gdy starala sie wyrwac z magicznego zaklecia. Jego dzialanie urwalo sie dopiero w momencie, gdy chlodne adamantytowe ostrze przebilo jej koszulke kolcza, a nastepnie piers, gdy zaglebialo sie w pulsujacym sercu. Z jej oczu odplynelo czerwone swiatlo infrawizji zastapione przez lekka mgielke gdy osunela sie na powierzchnie oltarza w kaluzy krwi.
***<Kap^^> kto nie gral w uo ten nie zna zycia***
KANDYDACI NA DROWA:
http://dm-uo.pl/forum/index.php/topic,18495.msg306994.html

Zyzio

#1
Silin'aerl: cz. II - "Odrodzenie"

***
Mimo iż był środek dnia wokół panował półmrok, gdy dwie zakapturzone postaci przecierały się przez gąszcz. Odziana w lekką zbroję młoda wojowniczka prowadziła. Gnała wzdłuż znaczących drogę śladów krwi na ziemi i okolicznej roślinności. Tuż za nią biegł mag z okazałym podwójnym ostrzem, a na jego zwykle pozbawionej emocji twarzy widniało zacięcie i żądza walki. Kilkanaście kroków za nimi niespotykanie cicho przemieszczała się ciemnoskóra kobieta, a jej sylwetka w nienaturalny sposób zlewała się z otoczeniem. Gdy gąszcz ustąpił miejsce polanie serca przodujących postaci zabiły szybciej.
- Widzę go! - krzyknęła Iliv'dril zmuszając wierzchowca do szarży - Koniec twojej drogi, Inkwizytorze...
Obie postaci skrzyżowały ostrza z głośnym, metalicznym szczękiem. Altharis mimo kilku wcześniejszych ran od strzał i ostrzy odparował atak i już przymierzał się do kontry, gdy powietrze przeszył ogłuszający huk. Błyskawica rozdarła przestrzeń oślepiając na chwile dwa mroczne elfy i dając ułamek sekundy inkwizytorowi. Wojownik przedarł się między przeciwnikami w dymiącej i poszarpanej zbroi i ponownie ruszył w kierunku zarośli by zgubić pogoń. Nim jednak zrobił choć kilka kroków powietrze przeszył cichy świst, a on sam nie czuł już nic poza powiewem powietrza, gdy ziemia ruszyła mu na spotkanie. Na kilka uderzeń serca czas dziwnie zwolnił, po czym istniała już tylko cisza...

***
- On jest mój - Shynt'afae odezwała się po raz pierwszy, od czasu, gdy ruszyli pogoń. Gdy tylko zeskoczyła z wierzchowca ten rozpłynął się w szarej mgle. Drowka uklęknęła na chwilę przy paladynie wyrazem twarzy kogoś, kto obudził się z długiego snu. Jak dziecko obserwowała ruch własnych dłoni, nad którymi wciąż jeszcze nie panowała. Szybkim szarpnięciem wyrwała zwróconemu twarzą do ziemi inkwizytorowi strzałę z pleców. Po chwili gwałtownym ruchem odwróciła zwłoki i bez pośpiechu wyjęła zza pasa zdobiony w pajęczynę sztylet. Zarówno Ilivdril jak i Ugen nawet nie mrugnęli, gdy kapłanka wbiła nóż w klatkę piersiową przecinając zbroję i odnajdując serce...
***
Świątynię przenikała nienaturalna cisza, gdy Shynt'afae Silin'aerl przekroczyła próg portalu. Bez słowa stanęła przed ołtarzem, ku zdziwieniu stojącej obok najwyższej kapłanki. Wyciągnęła przed siebie rękę, a na jej końcu trzymała za włosy odciętą głowę inkwizytora. Kilka kropel krwi uderzyło cicho o ołtarz. Wtedy właśnie po raz pierwszy od wielu lat poczuła bicie swojego serca...
***<Kap^^> kto nie gral w uo ten nie zna zycia***
KANDYDACI NA DROWA:
http://dm-uo.pl/forum/index.php/topic,18495.msg306994.html

Zyzio

#2
Silin'aerl: cz. III - "Odkupienie"

Drowka siedziała na szczycie iglicy największego miasta w Podmroku i pustym wzrokiem wpatrywała się w pozornie tętniące życiem miasto. Tętniące życiem - jak na standardy świata pod powierzchnią - pełne dyskretnych spojrzeń, urwanych szeptów i ambitnych planów idących za prostym pchnięciem w trzewia. Oparta o chłodny kamień władczyni w przenośni i dosłownie znajdowała się na szczycie - dekady planów, setki poświęconych istnień doprowadziły ją do miejsca w którym chciała znaleźć się każda kobieta Har'oloth Videnn. Unicestwiła dom Teken'duis, pozbyła się wszystkich wrogów zapewniając sobie stabilną pozycję i nieograniczoną władzę. Shynt'afae patrząc w dół na pajęczynę intryg czuła jedynie pustkę.

***

Siedziba domu Silin'aerl była bardziej cicha niż zwykle. Insygnia domu noszone na piersi drowki zawibrowały cicho, gdy przez myśl przewinęły jej się strzępy wspomnień o jej starszym bracie Elemmirze, fechmistrzu domu, który uczył ją pierwszych pchnięć włócznią. Coraz słabiej pamiętała również drugiego brata Raissa, który zginął gwałtowną i spodziewaną śmiercią. Każda śmierć w tym mieście jest spodziewana, każda jest gwałtowna. Jej też była.

Wspomnienia wracały, medalion był głodny. Kapłanka spojrzała z rosnącą niechęcią w lustrzane odbicie i zawiesiła wzrok na insygniach domu od których była uzależniona. Jak przez mgłę pamiętała błysk sztyletu w dłoni własnej matki, gdy była krępowana na ofiarnym stole. Następne dekady jawiły jej się jak sen, jednak ostatnie miesiące były brutalną pobudką. Śmiertelna blizna na sercu przypomniała jej, że jej dusza była złożona Pajęczej Królowej, zaś ona sama przemieniona została w nieumarłe narzędzie do zabijania. Zin-Carla, bo tak nazywało się widmo zrodzone z obrzydliwej ceremonii, miała tylko jedno zadanie - wyciąć serce ze sztywnego ciała inkwizytora Altharisa.

Niemal uśmiechnęła się na myśl o tej potyczce. Nie było w niej honoru, równych szans, czy epickiego pojedynku. Otoczony przez grupę pościgową inkwizytor zginął od strzały w plecach. Gdy przyniosła jego serce do świątyni Lloth powinna była zginąć - taka była nagroda za ukończenie rytuału. Rada kapłanek zdecydowała jednak, że ostateczne unicestwienie niezawodnej zabójczyni jest... nieopłacalne. Gdy poczuła pierwsze uderzenia swojego długo martwego serca wraz z powrotem wspomnień przyszło zrozumienie. Nie posiadając duszy utknęła między światem żywych i umarłych podtrzymywana przy życiu przez artefakt - insygnia pochwycające strzępy dusz jej ofiar. Gdyby nie ten przeklęty przedmiot to pusta skorupa nie mogłaby funkcjonować.

Była też druga strona medalu - pomyślała drowka wkraczając do swych prywatnych komnat - gdy medalion nie "jadł" przez długi czas to do głosu dochodziły wspomnienia z poprzedniego życia. Próbowała zignorować obrazy, które coraz intensywniej przebijały się przez zwykle niewzruszoną ścianę jej dyscypliny. Dotknięta przypadkiem srebrna włócznia, którą dzierżyła otoczona przez immortha w ich własnym zamku, a nastepnie podczas starcia z Thiassem - swego czasu śmiertelnym wrogiem, który dziś nie budził już żadnych emocji. Odruchowo sięgnęła po leżący na stole dziennik z własnymi notatkami odnośnie punktów witalnych na ciałach humanoidów. Znała go na pamięć, jednak przypomniał jej o jedynym abbil jakiego miała - niziołku Jackeem Greenie... przynajmniej do czasu aż nie wbiła mu włóczni w gardło.

Wrzuciła do sakwy dwa bliźniacze krótkie miecze oraz maskę, której kiedyś użyła by wtopić się w elfią społeczność podbijając przy tym... serce lodowego rycerza Aiona. Zatknęła za plecy szczęśliwą włócznię, której użyła przy obu zwycięskich starciach z Wilian - to ostatni nierozwiązany problem, jednak zostawiła go jakim jest z sentymentu. Nieznacznym gestem wezwała widmowego jaszczura i na jego grzbiecie przemierzyła ostatni raz kwatery domów Ol'oth i Xivrethynrae, a następnie ruiny dawnego domu Tekenduis. Opuściła miasto nie oglądając się za siebie.
***<Kap^^> kto nie gral w uo ten nie zna zycia***
KANDYDACI NA DROWA:
http://dm-uo.pl/forum/index.php/topic,18495.msg306994.html

kwiatek


Zyzio

#4
Silin'aerl: cz. IV - "Narodziny"

Powietrze wibrowało cicho w otoczeniu siedzącej ze skrzyżowanymi nogami drowki. Choć w pomieszczeniu panował półmrok, baczny obserwator z pewnością zauważyłby, że ani ona sama, ani nawet jej płaszcz w kolorze idealnej czerni nie dotykają posadzki. Kobieta unosiła się kilka cali nad ziemią, a jej piwafwi i włosy falowały lekko, jak gdyby znajdowała się pod powierzchnią wody.

Raczej symbolicznym źródłem światła w przestronnej sali były małe, purpurowe płomyczki tańczące na szklanych prętach przymocowanych do ścian komnaty.  Były one zdominowane przez pulsujący, błękitny blask medalionu na szyi kobiety. Z każdym rozbłyskiem ciche szepty w powietrzu przybierały na sile. Udręczone dusze zawodziły coraz głośniej, by w końcu zlać się w jeden przeraźliwy krzyk wraz z ostatnim rozbłyskiem naszyjnika.  Gdy drowka otworzyła oczy w pomieszczeniu ponownie zapanował półmrok i nastała niemal kompletna cisza.
(...)
Shynt'afae weszła do niedużego przedsionka, w którym były tylko jedne wrota, nie licząc tych, którymi się tu dostała. Pomieszczenie wypełnione było najrozmaitszą bronią, jednak drowka odruchowo wyciągnęła bron po spoczywającą na stojaku - wykonaną na zamówienie włócznię z tytanium. Prosta broń z drzewcem dostosowanym do jej wzrostu oraz paskudnie ząbkowanym grotem zdobionym wyżłobieniami o wzorze pajęczyny.

Sama kobieta odziana była w lekką i cienką kolczugę z adamantytu, znacznie lżejszą od zbroi, w której zwykła walczyć i zdecydowanie wygodniejsza od płytowych pancerzy charakterystycznych dla wojowników z powierzchni. Jej klatkę piersiową przecinała szarfa w barwach pierwszego domu Har'oloth Videnn, a na plecach tradycyjnie ,,płynął" czarny płaszcz, który obserwowany pod niektórymi kątami ukazywał wzór pajęczyny.
(...)
Kobieta weszła bezszelestnie do przestronnej Sali, w której rozbrzmiewał rytmiczny dźwięk metalu uderzającego o metal. Na środku areny odziany w płaszcz z kapturem mężczyzna walczył z młodym drowem. Zakapturzony wojownik manewrował oburęczną kosą tak lekko, jakby ta była jedynie krótkim mieczem. Wykonywał ruchy stosunkowo wolno, ale tak precyzyjnie, że nie zostawiał nawet odrobiny otwartej przestrzeni w swojej gardzie, czym wprawiał w irytację walczącego z nim młodzieńca.

Elemmire zawirował kosą ponownie zmuszając młodego Teb'zara do odskoku, co ten skwitował pełnym frustracji warknięciem. Mógłby, co prawda, grać na czas i wyczekiwać by w niekończącej się ofensywie Elemmire popełnił błąd, jednak jego nieśmiertelna natura nie pozwalała mu się zmęczyć. Młodzieniec nie miał co się łudzić, że jego mentor osłabnie i pomyli się.
(...)
Shynt'afae uchyliła się przed kosą i wykonała kilka drobnych kroczków w tył, gdy Elemmire zawirował z drzewcem kosy przełożonym za głową równolegle do linii barków. Po kilku obrotach pozwolił kosie wysunąć się z dłoni tak, że obiema rękami trzymał rękojeść oburącz przy samym jej końcu. Mając tak duży zasięg i wciąż wirując przykucnął zmuszając siostrę do wysokiego skoku. Ta obróciła się w powietrzu przez ramię i wylądowała przykucnąwszy, oparta o włócznię skierowaną grotem do ziemi.

Wirująca kosa uderzyła z pełnym impetem o opartą włócznię, jednak ta nie poruszyła się ani o cal. Drowka ruszyła do przodu i końce obu broni wirowały ocierając się o siebie, jednak tym razem to mężczyzna się cofał. Ostatnie pchnięcie z pełną siłą odrzuciło Elemmire'a w tył, po czym przykucnął on po wylądowaniu kilka metrów dalej. Immortha syknął donośnie ukazując śnieżnobiałe kły, jednak niemal w tym samym momencie musiał uchylić się ponownie, gdy bełt kuszy minął o cal jego twarz i wbił się głęboko w filar przy ścianie komnaty. Kącik ust drowki uniósł się, podobnie jak blade usta Elemmira.
(...)
Teb'zar zgodnie z rozkazem rodzeństwa przyłączył się do walki stając po stronie fechmistrza domu Silin'aerl. Miesiące wspólnych ćwiczeń dały owoce i ich skoordynowane ataki stopniowo zmuszały drowkę do cofania się. Ataki dwóch synów Silin'aerl uzupełniały się wzajemnie spychając Shynt'afae do obrony, jednak w dalszym ciągu nie mogli znaleźć luki w defensywie siostry.  W miarę postępu walki naszyjnik kobiety pulsował coraz jaśniej, jednak gdy zawirowała wokół własnej osi czarny płaszcz przysłonił jej sylwetkę, zaś ona sama rozpłynęła się w szarej mgle.

Teb'zar przetarł oczy ze zdumienia i powiódł wzrokiem po pomieszczeniu, ponieważ swojego mentora także nie mógł dostrzec. W tym samym momencie poczuł ciepły oddech na swoim karku i usłyszał ciche brzęknięcie. Odwrócił się w zamachu włócznią, jednak Shynt'afae bez szczególnego wysiłku chwyciła drzewce pod grotem własną dłonią. Młodszy z braci był pod wrażeniem siły uchwytu starszej siostry, jednak podziw ustąpił miejsca zaskoczeniu, gdy za jej plecami dostrzegł materializującego się Elemmire'a w wymachu ze swoją potężną kosą.

Grymas ten nie uszedł uwadze drowki, które obróciła się trzymając brata jak osłonę przed uderzeniem kosą. Ten drobny fakt nie powstrzymał jednak fechmistrza, który rozpłatałby ich oboje, gdyby Shynt'afae nie pociągnęła Teb'zara za sobą robiąc unik.
- Jesteś bezwartościowy jako tarcza – mruknęła drowka do młodszego z braci i odepchnęła go z jednoczesnym przewrotem w tył. Rozwścieczony zachowaniem mentora szósty syn domu rzucił się w jego kierunku z włócznią, jednak immortha spokojnie odbijał ciosy. Ponownie do walki wkroczyła jednak drowka i we dwójkę konsekwentnie spychali najstarszego z braci w róg sali. Gdy oboje wykonali skoordynowane pchnięcie włóczniami, ten odskoczył do tyłu wybijając włócznię z ręki Teb'zara i rozpłynął się w chmurze szarawej mgły. Po krótkiej chwili ciszę na sali ćwiczebnej rozproszył trzepot nietoperzach skrzydeł, co wzbudziło cichy śmiech Pierwszej Córki Domu Silin'aerl.

Drowka odwróciła się od zacienionego narożnika sali i stanęła idealnie naprzeciw młodszemu z braci, celującemu do niej z ręcznej kuszy z odległości kilku cali.
- Nindyn vel`uss kyorl nind ratha thalta elghinn dal lit alust – wyrecytował jak mantrę stare przysłowie drowów młody wojownik mierząc w twarz siostry. Shynt'afae przekrzywiła głowę, a blask jej naszyjnika stopniowo przygasał.
- Powinieneś się zastosować do własnej rady, braciszku... gdybyś to zrobił nie mierzyłbyś teraz do mnie z bezużytecznej kuszy – skomentowała kapłanka.
Teb'zar rozszerzył oczy ze zdziwienia spoglądając na przeciętą cięciwę, po czym na jego twarzy ponownie zawitał wyraz obojętnego spokoju, gdy przypinał ją z powrotem do pasa.
- Myślę, że jesteśmy już gotowi na pierwsze polowanie – dodała Shynt'afae.
***<Kap^^> kto nie gral w uo ten nie zna zycia***
KANDYDACI NA DROWA:
http://dm-uo.pl/forum/index.php/topic,18495.msg306994.html