Święcenia

Zaczęty przez Imidar, 2011 01 11, 22:22:17

Poprzedni wątek - Następny wątek

Imidar

"Choćbym kroczył drogą śmierci,
Młotem swym karcąc heretyków
A Ciebie Cromie bym nie miał
Ze wszystek części duszy byłbym wyzuty.

Choćbym świat znany mi przemierzył
Łamiąc kości tym, którzy mnie skrzywdzili
A w Twoim zamyśle bym nie działał
Nikim byłbym Cromie.

Choćbym kroczył ciemną doliną
Bogactwa wszelkiego się wyzbywając
A Ty Cromie byś mnie nie prowadził
Zbłądziłbym w otchłań się staczając.

Dlatego dziękuję Ci Cromie
Ze wszystkich sił swoich
Gdziekolwiek bym nie był
Tak wielka bowiem jest twa łaska.

Ty, który dajesz mi miecz i tarczę
I dłońmi jako skrzydłami okrywasz
Bądź pochwalony po wsze czasy
Tako rzeczę ja...
Sługa Twój serca pokornego."




Było dość chłodne popołudnie. Całe Złote miasto opustoszało jakby ktoś przykrył je całunem wmawiając prostym umysłom
jego mieszkańców, iż jeszcze nie czas na to, by pracować i gdyby nie kowal harujący w pocie czoła nieopodal świątyni Donara, uznałbym zapewne, że dzieje się coś niedobrego. Czyżbym aż tak szkaradnie wyglądał jadąc u boku pobożnego brata Dernhelma? Pewne było natomiast jedno- Trinsic wyglądało na wyjątkowo opustoszałe tego dnia i śmiało mogę rzec (jako wasz pokorny sługa) że czułem się wówczas bardzo niekomfortowo.
- Tutaj- rzekł po chwili mój towarzysz wskazując spojrzeniem pokaźną świątynię upstrzoną w rzędy potężnych czaszek.
- A więc dotarliśmy- pomyślałem masując obolałe od ciągłej jazdy kolana po czym zsiadłem z wierzchowca.
Choć próbowałem, nie byłem w stanie ogarnąć swymi oczyma tego, co widziałem... a głową własną ręczę, że było tego wiele. Cała budowla wyglądała jakoby sięgała błękitu nieba będącego nad nami, zaś poszczególne kondygnacje wyrzeźbione w litym piaskowcu dawały pokaz kunsztu architektonicznego, którego nie mogliby się powstydzić najwspanialsi artyści stąpający po tejże ziemi. Od świątyni aż biło ciepłem. Na miecz i berło pana mego, przysięgam wam ja, wasz pokorny duchem (i sercem- wszak jak mogłoby być inaczej!?) sługa, że gdyby nie mój pobożny brat Dernhelm, stałbym tak dalej osłupiony przez wielkość potęgi Croma przedstawioną za pomocą tak znamienitego dzieła jakim była owa świątynia.
Przekroczyliśmy próg.
Pobożny brat Dernhelm natychmiast po stanięciu przed ołtarzem padł na kolana wymawiając głośno imię Donara- zaprawdę powiadam wam, bogobojny był to człowiek i pozbawiony skrupułów jeśli chodzi o walkę z herezją. Był dla mnie wzorem do naśladowania. Ja zaś nie poczekawszy na jego dalsze postępki ruszyłem natychmiast za ołtarz chwytając za kadzielnicę w miedzy czasie również odczytując liturgię, która jak wiadomo jest nieodzownym elementem modlitwy każdego szanującego się kapłana Croma. Daruję wam jednak jej cytowanie albowiem wątpię byście cokolwiek z niej zrozumieli bądź poważnie ją potraktowali...a szacunek należy wobec liturgii zachowywać. Wyciągnąłem z torby inkrustowaną złotymi nićmi stułę i delikatnie ułożyłem na swojej szyi- zaprawdę powiedzieć mogę, iż tak wielkiej dumy nie czułem od czasów kiedy sam mistrz mój zwany Abracusem przed swoją śmiercią rzekł do mnie "synu wiary". Za jego zresztą przykładem zwykłem zowić tak każdego męża napotkanego na mej drodze jakiej by wiary nie był (rzecz jasna ignorując w tym ścierwa Daywadosa).
Nim się obejrzałem, kadzielnica buchała gęstym dymem wydobywającym się z jej wnętrza, ja zaś kroczyłem powoli wokół ołtarza błogosławiąc duszę swoją oraz mego towarzysza, który sprawiał wrażenie tego, który czuwa nad wszystkim. Zupełnie jakby wszystko wiedział dając mi przy tym niesamowite uczucie bezpieczeństwa jakiego nie czułem od dawien dawna. Nagle, wszystko stoczyło się w ciemność, którą niespodziewanie rozbiła świetlista łuna przypominająca człowieka. Przerażony prawie upuściłem kadzielnicę, lecz ta, jakby przywarła do mych dłoni.
- Rad jestem, że Cię widzę..Kanoniku- postać zaśmiała się donośnie a jej głos zadrżał w posagach (o ile tak można było określić otaczający nas mrok)
Przez chwilę nie wiedziałem co rzec po czym nieco drżącym głosem odpowiedziałem.
- K..kim jesteś?- postać jakby posmutniała.
- Jak to..to ty nie wiesz?
W tym samym momencie pojąłem- miecz zawieszony u pasa, kielich na szyi...w tym samym momencie z pleców mocarnej, świetlistej postaci wyrosły skrzydła. Oślepiające, białe światło buchnęło w moją stronę. Padłem na kolana ściskając dłonie tak mocno, że wrzynały się boleśnie w uchwyt kadzielnicy.
- Panie...ja..ja nie wiedziałem...
Duch położył prawą dłoń na mym ramieniu. Jej ciężar zapamiętam do końca życia.
- Dobrze się spisałeś synu.
- Panie..ja nie zasłużyłem.
- Zasłużyłeś Kanoniku- słysząc te słowa poczułem jak gorące łzy spływają mi po policzkach niczym rozżarzone ogniem zdroje. Pokręciłem głową. Czułem jak potężne, przyozdobione w  srebrne pióra skrzydła tulą mnie do mego Pana.
- Wiesz co jest najważniejsze mój sługo?
Ponownie pokręciłem głową jeszcze mocniej zaciskając dłonie na kadzielnicy.
- Synu.. nieważne, że nie umiesz jeszcze walczyć jak należy, nieważne, że Ci, którzy kroczą po ziemi Cię nienawidzą, nieważne, że jesteś jeszcze słaby ciałem Kanoniku. Wiara jest w Tobie wielka- i to jest najważniejsze.
Drżałem przelewając łzy- nie ośmieliłem się spojrzeć w oczy Cromowi.
- A teraz idź...i głoś moje słowo.- Pokiwałem głową nie mogąc zdobyć się na silniejszy gest w obliczu potęgi jakiej służyłem.
- Tak Panie.
Ciepło jakie mnie otaczało, nagle zanikło, ja sam zaś odzyskałem świadomość chwilowo nie wiedząc co robiłem przez czas rozmowy z moim opiekunem. Dernhelm cały czas klęczał przed ołtarzem. Kadzielnica zaczęła dogasać. Stałem przez chwilę jak głupi myślać co by tu zrobić. Wyciągnąłem wiec buteleczkę z wodą i przelałem do kielicha w celu owej wyświęcenia myśląc w między czasie co tak na prawdę miało miejsce... i dziękowałem w duchu Cromowi, że obdarzył taką łaską mnie, zwykłego człowieka.
Kanonika Elifiasza- od dnia dzisiejszego, również inkwizytora.