Wilhelm z rodu British

Zaczęty przez Coen, 2006 05 03, 02:07:55

Poprzedni wątek - Następny wątek

Coen

Wilhelm oderwal wzrok od ksiazki i zgasil swiece. Polozyl sie na swoim poslaniu w opszczonej chacie w gorach. Patrzyl teraz na rozgwiezdzone niebo.
- Ojcze... - powiedzial na glos. Przywykl juz do tego, ze przemawia do ojca na glos. To pewnie cecha samotnosci, mowil sobie.
- Ojcze juz 25 rok mija odkad jestem posrod tych gor. Ukryty przed wzrokiem ludzi. Nie znalem Cie Ojcze, nie znalem Cie Matko. A teraz gdy nie zyjecie tylko opowiesci opiekunow przyblizaja mi Was. Wiem juz jak byc prawym i dobrym, wiem jak rzadzic, wiem jak walczyc, jak przemawiac... Ale oni mowia, ze jeszcze nie czas, jeszcze za wczesnie. Kiedy bedzie Ten czas, Ojcze?
Na pogodnym nocnym niebie mrugaly gwiazdy.

***

- Wstawaj! - Wilhelma obudzil glos pieknej elfki, jego opiekunki. - Wstawaj przyjechal jakis czlowiek z Trzeciej.
- Co? - odpowiedzial zaspanym glosem Wilhelm. - Kto o tej porze... Co?! Ze Strazy?! - zerwal sie na rowne nogi i zaczal ubierac, gdy tylko dotarlo do niego, ze mowa o Trzeciej Strazy Nocnej.
- Chodz chlopcze - rzekl od progu mezczyzna wygladajcy na straznika Wezowej Twierdzy, jak ocenil po zbroi i broni Wilhelm. - Wybila Twoja godzina. Obys byl wart tych lat poswiecen, krwi i smierci... Obys byl wart.

***

Wjezdzali do miasta od strony gor. Wszedzie panowala cisza, bramy nie byly strzezone, choc zostali uprzedzeni o jego przybyciu. Cala trojka Dotarla do rynku. Zsiadl z rumaka i wstapil na podwyzszenie. Zamknal oczy i nasluchiwal gromadzacych sie tlumow. Zaraz przemowie. Zaraz sie zacznie...


------------------------

Quest zaczal sie gdzies tak troche przed atakiem i zdobyciem Brit. Teraz znalazl swoj... hm... nie tyle koniec co koniec pewnego etapu ;) Historia bedzie sie toczyc dalej.
Dziekuje za pomoc Dzikiemu, Gofrowi, Daltarowi, Aeternusowi i calej reszcie. Tym razem udalo sie jako tako przeprowadzic to przedsiewziecie ;) Oplacily mi sie godziny przygotowan i snucia intrygi.
Gratuluje swietnej postawy graczom, z ktorymi przygody prowadzilem. Mam nadzieje, ze wasze opisy uzupelnia sie i dojrzycie prawde za ta skomplikowana lamiglowka z wykorzystaniem iluzji, szpiegow i tajnych organizacji :) Licze na ladny opis Kruka. Zywie rowniez gleboka nadzieje, ze ten quest natchnal was do dzialania i do przygotowania gruntu pod zblizajace sie ksiestwa... Niech zyje krol!

------------------------

Jesli ktos ma jakies zazalenie, pretensje, czy grozby, to prosze kierowac je na pw. Jesli musza one z was uleciec i musicie mi pojechac to prosze pisac W INNYM temacie, a adminow prosze o moderowanie tego.

------------------------

Dziekuje za uwage i Zegnam.

Alvor_Lucard

Siedzial w podbitej Brytanii, drow polubil to miasto - wszedzie zgliszcza, swiadectwo triumfu Netherila oraz armii nieumarlych, ktora prowadził.

Uslyszal łomot przed bankiem, wyszedl aby dokladnie przyjzec sie glupcowi, ktory smial zaklucic mu jego medytacje.

- co ty marna ludzka istoto sobie wyob...?
- panie, nie zabijaj, jezdzcy! chca odbic Brytanie! *seplenil zdyszany wojownik*
- jestes pewien? *drow nie mogl uwierzyc, kto bylby tak glupi aby rzucac sie na przewyzszajace sily broniace miasta w dzien i w nocy*
- tak panie! kolo swiatyni jada od polnocnego-wschodu.

Drow pospiesznie wsiadl na rumaka, rozeslal kruki do swych uczniow, jak i nekromantow Rady. Zastanawial sie jak wielu przybedzie na wezwanie mistrza rady.

Dlugo nie czekal, rozmaite pomioty chaosu zaczely sie zjezdzac, wiedzac juz o ataku, zaczeli formowac szyki, wszystko przebiegalo sprawnie mimo iz nie bylo ani Lorda Blackthorna ani Generala Vorstera Variel.
Wiele czasu tez nie minelo az pojawili sie nekromanci, nie w takiej sile jak zwykle, lecz musialo to starczyc.
*pokiwal glowa w strone Erenena i Shirru*
- witajcie Bracia
*pokiwal rowniez glowa w strone swego ucznia*
- witaj Quarionie, widac Pan znow stawia przed nami zadanie do wykonania. Wszyscy wiemy iz syn Britisha zostal zlokalizowany w tym miescie, nasze informacje mowily nam iz jest poteznym magiem, tak tez uwazajcie gdyz na nas moze spasc zadanie obezwladnienia go.
*wszyscy pokiwali glowami w milczeniu, nie wiedzac jak bledne mieli informacje*

zaczela sie bitwa, wszedzie migotaly barwy inwokacji czarow, sluchac bylo szczek oreza oraz jeki rannych. Poleglych nie slyszal nikt poza nekromantami. To przeklenstwo, do ktorego juz sie przyzwyczaili.
Walka byla ostra, Drow slyszal w chwilach przerwy miedzy bataliami iz sam Wilhelm prowadzi atak, wraz z jakims przyjacielem machaja mieczem i wlocznia oraz to iz nikt nie jest w stanie ich powstrzymac, czary sie ich nie imaja a bron nie zadaje ran.
Renegat musial sam sie o tym przekonac, czyzby to bylo mozliwe? to bezsens nikt nie posiada takiej mocy - jedynie bogowie, ale ci nie ingerowali bezposrednio w walki smiertelnikow. Jesli to jest prawda, ktos na gorze zlamal zasady rozejmu. *Poraz kolejny drow nie wiedzial iz sie mylil*
- Corp Por! niechaj porazi cie sila potegi Netherila!
slyszal inne czary wywolywane przez pobliskich sojuszniczych magow oraz towarzyszy nekromantow.
- to bezsens! nic sie go nie ima! *krzyczal jakis mag obok*
Drow popatrzyl na niego z obrzydzeniem i szybko regenerowal zasoby energii magicznej aby znow moc rzucac czary - wszystko ze spiewem na ustach ku chwale swego pana, ktory go nigdy nie zawiodl.
Walka byla ciezka, wojownicy swiatla przypierani przez przewyzszajace znacznie liczebnoscia sily chaosu, trzymaly sie jedynie dzieki niesmiertelnosci syna Britisha oraz jego kompana na ostardzie.
Widzialem jak jednym ciosem ten demon Wilhelm zabijal najsilniejszych wojownikow, a cala wataha sempow za Britishem rzucala sie na cialo, nie interesujac sie walka.

Jednakze, wygrana byla po naszej stronie - wygnalismy agresorow z miasta do dawnego zamku Britisha.
Niestety zamek okazal sie nie do zdobycia, a armia zaczela sie rozchodzic, wowczas tez przybyl Lord Blackthorn. Wyjasniwszy sytuacje zarzadzil abysmy probowali wywazyc bramy zamku. Gdy nasze proby zawodzily, informacja dotarla do Blackthorna iz jeden z magow cienia naznaczyl runo w Minoc - miejscu gdzie zbiegli agresorzy - nie moglismy pozostac bierni na zniewage i atak jaki nastapil. Wkroczylismy w Brame, wszyscy, tlumnie, dumni i wierni idei. To co czekalo na nas po przekroczeniu bramy, napewno zaden z nas sie tego nie spodziewal.
Mase jednostek walczacych w swiatyni, istoty ludzkie uciekaly, wygrywalismy kiedy nagle zaczelismy umierac. Najpotezniejsi magowie, wybitni wojownicy chaosu, championi swych bostw, jeden po drugim padal razony bzdurna moca boska, sama swiatynia wedle zapewnien Kaplana Netherila, zostala splugawiona a arcykaplan przyjal dar od wyznawcy netherila. Skad ta moc w tej zbeszczeszczonej swiatyni?
Nie moglismy sie ruszyc
padalismy jeden po drugim
z usmiechem na twarzy widzialem umierajacych wyznawcow Daywadosa
z modlitwami na ustach widzialem umierajacych wyznawcow Netherila
z krzykiem przepelniajacym strachem slyszalem wyznawcow Ylotha

moglbym mnozyc to co tam sie dzialo, i wiele slow przelac na ten papier. Nikt z nas nie rozumial co sie stalo, W tej chwili Netheril opuscil swoich wyznawcow, kiedy jedno bostwo zabijalo jego slugi.

To co nastapilo pozniej pozostawiam do rozmyslenia dla uczestnikow tej masakry, kiedy swiat ogarnela szarosc, widzialem dzielnych wojownikow swiatla dopiero wtedy wjezdzajacych do swiatyni, kiedy chaosyci padli od mocy piorunow. Ktos tego wieczoru stal sie bogaczem, a ktos nie pomyslal nad swymi poczynaniami.

Drow udal sie do Swiatyni swego pana gdzie przez cala noc modlil sie o wytlumaczenie i sprawiedliwosc... zadna odpowiedz nie nadeszla, Pan go opuscil... moze czas aby on opuscil pana ?
*Mlask Mlask* Zastanawiasz się jak ciesze ryja kiedy płaczesz mi na PW o PK? - popatrz na Awatar :)

Aion

Wilhelm skonczyl przemawiac. Slowa padajace nie byly specjalnie wyszukane, jednak dobitnosc i zasadnosc ich tresci nie podlegala zadnej  dyskusji. Nie wzbudzal konsternacji fakt wiejskich glupkow probujacych zaklocic mowe.
Stalem tedy sluchajac uwaznie, raz po razposlgadjaac na piekna Strazniczke Tol En Estel stojaca u boku Wilhelma, niemal na znak przymierza, usmiechnalem sie w duchu. Kirin wiezgnal lekko kopytami zdezorientowany wsrod tlumu, niopodal mnie Yenoth w glebokiej zadumie sluchal slow mowcy.
Kiedy mowa dobiegala konca, wsrod okrzykow Spalic Delucje, Zrownac Papue - Wilhelm odezwal sie swsoim niskim tonem znakujacym lata krzyku rozkazow wsrod zgielku walk. Na jego twarzy zmeczonej a jednak pewnej pojawil sie usmiech.
- Chcialbym udac sie do grobu ojca i pomodlic tam!
- Na Brittanie! - ozwaly sie kolejne krzyki
- Na kon! Smierc Szubrawcom i pomiotom!
Wilhelm wskoczyl na kon nie odpowiadajac nic. Ruszylismy, 30 meza, rowno.... wolalbym pominac choas w jakim znalezlismy sie tuz za bramamai Minoc, niesieni entuzjazmem pognalismy w storne portalu... do Britt dotarlismy juz w grupie szesciu meza, jednak i tam wsrod strachu spiacych mordercow zaczelismy bladzic bez celu. Wilhelm przepadl, straz przepadla... i nagle zostalem sam, wsrod jeku i zawodzenia wiatru, probujac przebic wzrokie ciemnosci. Cos poruszylo sie pod kopytami Kirina, ogromny szczur patrzyl na mnie szyderczo. Wyciagnalem ku niemu zmrozone ostrze. Moj lodowaty oddech zaswistal w powietrzu.
- Gin szczurze... - syknalem.. wtedy nadszedl atak.... gdzies z lewej, bardzo szybko, Quarion wysunal sie z budynku, w dloniach juz widzialem ogromna moc skieorwana we mnie, uswiadomilem sobie ze nie jestem w stanie sie poruszyc - uderzyla mnie ogromna fala przeszywajac do cna, zabierajac oddech i rwac wnetrznosci, slaniajac sie przyglnalem do grzywy kirina, ktory ponisol mnie do przodu, Quarion ruszyl za mna, w jego mrocznych oczach widzialem pustke a w nioej zgube, szykowal sie dokolejnego ataku. Ostatkiem sil zadalem na oslep cios trafiajac Quariona w bok. Mag przystanal.. ta chwila uratowala mnie. Pognalem przed siebie widzac z oddala nadciagjacych mordercow.
Minelo kilkanascie minut zainim mikstury zaczely dzialac a rany zasklepiac sie.
Musialem dostac sie do grobu. Spojrzalem na miasto... wiatr zaiwal mocniej z polnocy niosac ze soba odglos rozpoczynajacej sie bitwy.
Wstal swit zalewajac horyzont krwawą luną. Nadchodził dzień, a którym zło stawało w szran ki z dobrem. Nie będzie litości...


---------------------------------------
jak mi sie jakas chec zbierze wszystko napisze ladnie ;) i do konca.. lacznie z dluuuuuuuugimi negocjacjami ;D
stay low move fast, kill first die last. one shot one kill not luck just skill

nullum magnum ingenium sine mixtura dementiae fuit

Aion

dobra niech bedzie ROZDZIAL II

Przymknal oczy czujac jak w jego zadkiej krwi adrenalina zaczyna przyspieszac dzialanie narzadow. jego blada, zlodowacila skora stala sie jakby zywsza, pojawily sie pod nia cieniutkie nitki niczym nici demonicznego pajaka snute w razacym blasku slonca.
SLyszal odglos konskich kopyt. Rany zasklepily sie, byl gotowy. Wyciagnal miecz, azurytowe ostrze zalsnil. Obserwowal most. Wilhelm stal tuz za ksiezycowa brama,wierzchowce wyrywaly sie do rpzodu gnanen podswiadomym instynktem, czujac krew wpadaly w szal.
Wsrod tego tumanu dojrzal pierwsze sily zla. Gavin i Alvor jechali na przedzie, oboje jakby przytlczeni...  poczatkowo zastanawialem sie skad na ich twarzach wyraz trwogi i zmecznia, chwile pozniej jednak zrozumialem, obaj konczyli inkantacje czarow, tak poteznych ze nawet z odleglosci sila ich byla zatrwazjaaca, ziemia nagle zadrzala pozbaiwajac rownoagi konie, ktore poczelu zrzucac z siodel jezdzcow.
Wilhelm uniosl miecz! a bramy rozstapily sie...
Tenten i krzyk uniosl sie w powietrze. Poczulem w ustach smak krwi, ktory krwista mgla uniosl sie wraz z wiatrem. Czerwona rzeka rozlala sie pod stopami walczacymi wtedy dopadlem do nich. Wylonilem sie zza zalomu budynku kiedy niemal wpadl na mnie Shinnok goniony przez Ak'zzara , zaskoczylem go. Shinnok zatrzymal i obrocil w miejscu Rumaka moj cios spadl niespodziewanie na Ak'zzara, jego wierzchowiec zakolysal na boki, mroczny rycerz  chwycil obiema rekoma za lejce zeby nie wypasc z siodla, kolejne ciosy zasypaly go. ak'zzar szybko wycofal sie.
Most zalegl cialami rycerzy. Powietrze elktryzowalo magią a sam odor nekromantow przyprawial o mdlosci. Z ziemi unosil sie smrod tratowanych cial, z ktory poczelu uchodzic gazy przyprawiajac o mdlosci.
- Za most! - rozlgel sie niski glos Wilhelma.
stay low move fast, kill first die last. one shot one kill not luck just skill

nullum magnum ingenium sine mixtura dementiae fuit

Coen

Prosze chaosnikow o niewypowiadanie sie - probowaliscie zepsuc tylko sama koncowke questu, wiec prosze zalozyc sobie inny tematn o psioczeniu na mnie, a tu pozwolic rozwinac skrzydla tym, ktorzy wiedza wiecej. Prosze nie prowokowac.

Edycja: I druga strone tez prosze o nie skupianie sie na walce. Udowodnijcie, ze nie tylko PvP wam w glowie. Na quescie to byl tylko nieporzadany epizod, z ktorego musialem jakos wybrnac nie dajac sie zabic, ani nie dajac pozabijac sie wzajemnie graczom [mowa o Brit - swiatyni nie komentuje]. Niech na mnie klna, ale prosze nie skupiajcie sie tylko na PvP o_O Tam bylo sporo wiecej fabuly...

Gofer

prosze o uspokojenie sie i nieoftopikowanie...

szczegolnie wobec siebie,,,

topik balansuje na granicy dobrego smaku
życie za krótkie aby się denerwować innymi, po za tym jak się denerwujesz, to Ci się ręcę trzęsą, oddech masz urywany i muszka ze szczerbinką gorzej współgra

jestem przyjaznym GM-em - powiedziałem i rzuciłem 150 graczy na pożarcie Panu Smoków - najadł się
@Aqe " bo kobieta to tez czlowiek"

Dziki

Zamykam na godzinke, az wszyscy ochlona. Bez watpienia przyda sie to wielu osobom po obu stronach barykady.

Panowie, to tylko gra. Mamy tak duzy serwer, ze od gry roznych rzeczy oczekuja rozni ludzie. Nie da sie w jednym przypadku zadowolicz wszystkich. Czasem placze order, czasem chaos. Jedni lubia PvP i chca by to przekladac na fabule, drudzy lubia rpgowanie i upieraja sie, ze to jest wazniejsze. Ciezko jest naraz zadowolic wszystkich.
A jesli te trudnosci naloza sie z roznymi wypadkami losowymi, brakiem koordynacji (wszysktich stron), to czasem nie do konca wychodzi super efekt.

Kazdy z nas ma jakies zale. W dodatku w 90% przypadkow wina lezy po obu stronach. Dlatego namawiam wszystkich by sie wyluzowali i okazali troche wyrozumialosci wzgledem siebie. To napewno nikomu nie zaszkodzi.

Coen

Nie wiem czy to dobrze, czy zle, ze nie widzialem co tu pisaliscie, ale mam jedynie nadzieje, ze zostawicie ten temat w spokoju i bedziecie klocic sie gdzie indziej.

Prosze o wypowiedzi JEDYNIE uczestnikow questu, ktorzy brali w nim udzial rowniez POZA walkami PvP [np. ten defetysta w Minoc]. Prosze moderatorow o nagradzanie ostrzezeniami/banami wszelkich odstepstw od tej zasady i o kasowanie tych niepotrzebnych postow.

Chcecie sobie pojeczec, to dorga wolna - zalozcie osobny temat i tam opisujcie proza [jak Alvor] wasze przygody na czesc PvGMowej questu :roll:

Aion

Bramy do zamku wolonily sie rownie nagle i niespodziewanie. Choas ruszyl z kopyta... pogon trwala zaledwie chwile. Ulamki sekund trwalo przerzucenie sil. Sekund ktore jednak byly wiecznoscia.
Straszna trwoaga i rozpacz wdarla sie w nasze serce bo oto ksiezycowa brama stala zamknieta....
Drewniany mostek glucho zaskrzypial pod naszymistopami.
Bylismy sami,, wredy pojawil sie oddzial morderow, szyderczo powoli zblizyl sie. Z konskich chrapi sciekala krwawa posoka.
Magowie uniesli dlonie inkantujac zlowieszczo...
...bramy pozostaly zamkniete...
stay low move fast, kill first die last. one shot one kill not luck just skill

nullum magnum ingenium sine mixtura dementiae fuit

Deavonere

Był zmęczony, poważnie zmęczony. Od kilku tygodni nie zajmował się
niczym innym, jak tylko potajemnymi spotkaniami i nawet w jego
zacisznym domu nachodzili go, by naradzić się jaki będzie następny
krok. Ciągła walka nie służyła mu, a miasto którym się opiekował coraz
bardziej zmieniało się w cmentarzysko.
Jego Pan, Opiekun Minoc, przymykał oczy na conocne ataki na miasto.
Nie widział też tak wielu próśb, jakie składano do Niego, by wspomógł
walkę o spokój. Nie zareagował także, gdy popełniano największy grzech
w jego własnym domu, gdy niszczono mechanizmy błogosławione do ochrony świątyni.

Prawdziwym ciosem była jednak śmierć w męczarniach jaką dopuszczono
się na jednym z jego wiernych sług, gdy stał przed obliczem Pana.
Czy kapłan zwątpił ? Nie, nie zwątpił, lecz widział strach i zmęczenie
w oczach swych wiernych, a to napełniało go smutkiem. Zespolenie
kostura jakiego używał akolita było tylko drobną namiastką reakcji
Boga, a jednak ten symbol poprawił wątpliwe morale mieszkańców miasta.
To co zawsze dziwiło kapłana, to równie wielkie oddanie mieszkańców
dla Araknasela, co oddanie kapłanów, którzy gorliwie wierząc w lepsze
jutro starali się wciąż Tworzyć. Pomimo przeciwności, wciąż Wierzyli i
oczekiwali wsparcia, które i tak wypracowywali własnymi rękami.
Gdy nastał nowy dzień, a gardło zalał miód pitny kojąc zszargane
nerwy, kapłan przywołał tamtą chwilę. Pamietał mrowienie na karku, gdy
tuż za nim otworzyło się przejście płodząc wrogów w niespotykanej
liczbie. Raz tylko ujrzał prawdziwy Gniew Arknasela, gdy w Jego domu i
przed samym Jego obliczem, w miejscu gdzie jego kult był
najsilniejszy, ktoś ośmielił się popełnić największy grzech - Niszcząc
jego przybytek i mordując jego dzieci. Wznosząc modły w obliczu tego
bluźnierstwa kapłan i mieszkańcy zwrócili wreszcie na siebie wzrok ich
Opiekuna i uchronili swe dusze prosząc o pomoc.

***

Kapłan orientował się jak przebiega cała sprawa związana z następcą
tronu, chociaż była to gra równie pokrętna co umysły szaleńców. Sieć
szpiegów i doradców co rusz podawała wieści, czy to o fałszywym
Wilhelmie, czy też o różnych jego losach. Bardziej jednak interesowała
go wieść jakim jest człowiekiem i cóż pocznie, jeśli w końcu się
ujawni. Jego przyjaciel wspominał mu o tym jak prawym człekiem jest
książe, jednak kapłan musiał sam przekonać się o tym na własne oczy.
Watpliwości rozwiała prosta z goła sytuacja, gdy po bitwie w Britain
Wilhelm powrócił i schylił się przed prostym żołnierzem lecząc jego
rany. Kapłan wiedział już, że nosiciel bodaj najpotężniejszego
artefaktu o którym czytał w jednej z tajemnych ksiąg, jest godny
dzierżenia tej broni.

Dziedzic powrócił.

When the scabbards are broken, we can no longer hide our swords.

PS.
Nie wszystko musi sprowadzać się do PK.
Świątynia Araknasela nigdy nie została splugawiona (mam na to dowody).
Jeśli ktoś nie zna całości fabuły a jego gra sprowadza się do
rozwiązywania wszystkiego przez PK, nic na to nie poradze.
Moc Bogów rośnie tam gdzie jest ich dom, a domem Netherila, Daywadosa,
czy innych mrocznych Bogów nie jest Minoc.
Najechaliście nie tyle Minoc co świątynię, więc nie dziwcie się, że
zdaje się, że może nawet najliczniejszy kult wyznawców Araknasela
został przez Niego ochroniony.
Zdarzyło się to pierwszy raz, chociaż Minoc będące pod Jego opieką
jest bez przerwy atakowane.
Podajcie miasto chaosu, lub główne miejsce Kultu mrocznego Boga, które
było najeżdzane w czasie gdy przebywali w nim zarówno wierni jak i
główny kapłan.
Nie ucz pure craftera jak grac pure crafterem, nie opowiadaj niestworzonych rzeczy o jego mechanice. ;)

Kruk

Araknasel w odmętach swej Pasji zwrócił oko w stronę rąk kapłańskich, wznoszących dzieło równie kunsztowne co ohydne. Zerknął niedbale w jego kierunku. "Cóż ten maluczki człek znów chce ode mnie, że śmie przerywać moją pracę?" Oderwawszy się od swej pasji przysłuchał się jego paplaninie:

- Tak oto Pan wznosząc Formę i nadając jej kształt umiłował kreację. - odrzekł kapłan do swego akolity kontynuując obrzęd ofiarowania - Nie lękał się destrukcji gdyż znał potęgę Przemiany. Czy zatem destrukcja może rodzić Kreację? - zapytał retorycznie swego pomagiera - Nie jest mi dane decydować o Twojej własności, Panie - ciągnął - składam więc w Twoje dłonie ten niebywały Twór.

Araknasel przypatrzył się krytycznym okiem dziełu. Pomruczał coś i odparł niechętnie:
- Nie wszystko co stworzone jest warte pokazywania...niech pozostanie to w ukryciu do czasu, kiedy będzie potrzebne - zagrzmiał duchownym na odczepne. "Niech no już idą sobie" - stęknął w myśli - "Tyle roboty a oni jakąś bzdetą mi głowę zawracają." Odebrał z ich rąk misterną tunikę z elfiej skóry przyjrzawszy się krytycznie "Hmmm...w sumie niezła robota" zadumał się "Naiwny Netheril - bożyszcze, Płód Śmierci podarunek Kreatorowi składa" roześmiał się do siebie w duchu, po czym mocą swoją strącił artefakt w fundamenty swej świątyni. "Zaczekamy, zaczekamy na niego" uśmiechnął się ironicznie do siebie.

*****

Pogrążony w Pasji bóg dojrzał jakieś zamieszanie w swojej świątyni. To walny sejm zebrał się pod przewodnictwem młodego Britisha. "Hmm...a niech sobie siedzą" pomyślał nie przyglądając im się dłużej.

*

Niebieska połać przecieła prezbiterium świątyni Arknasela. Z błękitnej otchłani wylęgły się czarne postacie. Przestrzeń zadrgała inkantacjami i wibrującą maną. W ziarnie czasu krew poczęła nasączać marmur posadzki. Zaskoczeni i zdjęci trwogą zebrani padali zmasakrowanymi twarzami na płyty.
Parseval Deavonare wybił ramiona ku górze wzywając swego Pana.
- Wielki Araknaselu, Kreatorze, spójrz jak bezczeszczą Twój Dom! - kapłan wznosił gorące modlitwy do boga. Po chwili do jego słów dołączyły stękania współwyznawców.

Wściekły, że kolejny raz mu przerwano, Araknasel zwrócił swe oblicze ku własnej świątyni. Dojrzawszy bieg wydarzeń wybuchnął gniewem:
- Co te kretyńskie sługi Netherila robią w moim Domu??!! - oblicze jego pałało dawno nie widzianą u niego wściekłością - Gdzież ten łajdaczysyn, Netheril?? Jakże pozwolić mógł na tumult i deptanie mej świątyni?! - uczucie wzburzenia sięgnęło granicy cierpliwości. - Już ja pokaże tym kozimsynom!! Odeślę do ich domu szybciej niż to Pacholę Śmierci! - Nim myśl końca sięgnęła z posągu uderzyła emanacja wściekłości. Każdy sługa czerni i czerwieni zgiął się w bólu przed gniewem Kreatora.
...

Nim incydent dobiegł końca Araknasel dojrzał biegających między ciałami szabrowników. "Krowieplace, sami by sobie cosik zmajstrowali a nie biegają, jak koza za szczawiem" żachnął w pogardzie.

****

W ciszy modlitwy Alvora Lucarda doszedł go miękki głos, tak dawno nie słyszany przez jego uszy.
- Mędruniu, śmiesz z bogami dyskutować i obecność ich podważać? Znaj swoje miejsce w szeregu, jak i bogowie swoje znają. - zachichotał głosik słodko.




To jest propozycja interpretacji wczorajszo-dzisiejszych wydarzeń.

Alvor - ;)

PS. Opisik okołowilhelmowej historyjki będzie - jak się z jednym tekstem uporam ;)

Kęs


Szpiedzy wieści rozsyłają
Z Minoc armie wyruszają
Ku ex-stolicy się kierują
Pod wodzą Wilhelma maszerują

Więc stoimy i wznosimy modły
Niechaj dzień ten będzie wrogom sądny
Wiara stal w kręgosłup wlewa
Wizja wolności strach przyćmiewa

Dajcie nam zwycięstwo lub zadajcie nam śmierć!
Będziemy walczyć aż po ostatni dech!

Order już do miasta wkracza
Arogancko się zatacza
Nasze pięści już uniesione
Wroga miny zaskoczone

Więc stoimy i wznosimy modły
Niechaj dzień ten będzie w zwycięstwa płodny
Odwaga uskrzydla serca chwalebne
Oni będą cierpieć to jest pewne

Dajcie nam zwycięstwo lub zadajcie nam śmierć!
Będziemy walczyć aż po ostatni dech!

Przez piekło bitewnej wrzawy
Przemy naprzód taran krwawy
Przeciwnika potu smród
To najlepsza z wszystkich nagród

Wiec stoimy i wznosimy modły
Niechaj dzień ten będzie krwi głodny
Duma kuje duszy zbroje
Nawet royal jej nie pokroje

Dajcie nam zwycięstwo lub zadajcie nam śmierć!
Będziemy walczyć aż po ostatni dech!

Magiczna ściana przed Juniorem się wyłania
Zasadzka!
Siła ugniemy Wilhelma Brittisha na kolana
Kapitulacja!

Będziemy walczyć aż po ostatni dech...

...szkoda tylko, że ten ostani dech zostal nam odebrany przez .kill, ale to już nieważne, stalo się, *zapomina*  :wink:
Ostatnia zwrotka piesni to fikcja, bo w zaden sposob nie moglismy powstrzymac postaci co ma kilka tysiecy str, choc wielce mnie rozbawilo jak nastepca tronu zostal pozostawiony sam na nasza pastwe. Rymarza ze mnie nie bedzie, ale nudzilem sie po tym jak dostałem 48h za wulgaryzmy po tym quescie i słuchałem sobie Iced Earth. Ogólnie całe te zajscie można puścić w niepamieć, ale należy wyciagnać wnioski na przyszłość.

Kruk

Cytat: "Kęs"Rymarza ze mnie nie bedzie

Z rymami nie jest tak źle, ale czasem wers o sylabę wypadałoby skrócić dla utrzymania rytmu ;) jak tu:

Order już do miasta wkracza
Arogancko się zatacza
Nasze pięści (już) uniesione [bez "już"]
Wroga miny zaskoczone

Cytat: "Kęs"należy wyciagnać wnioski na przyszłość
Otóż to :!: Nikt na tym szardzie nie ma jedynie słusznej wizji świata ;) (i bogów)

Alister

Slonce powoli zeslizgiwalo sie po bialych marmurach Tol en Estel. Alister przechadzal sie ulicami chlonac piesn duchow wyspy. To co slyszal nie bylo mile.
- Wybacz Panie, szukam grobu Krola - zaczepil go smiertelnik w plaszczu z kapturem.
- Krola, czy tez Ksiecia Regenta Calbriena - zapytal wyrwany z zamyslenia Alister - wiele krolewskiej krwi przelano na tej ziemi.
- Krola, Krola elfow. Bogowie nakazali mi pielgrzymke.
- Ciesze sie, ze ktos chce poznac nasze zabytki i historie. Nawetjesli to boska misja. Pozwoli pan, ze go odprowadze.
- Dziekuje Ci. Powiedz mi, slyszalem, ze mieszkaja w tym miescie czlonkowie krolewskiego rodu ... to prawda?
- Prawda, prawda. Kuzyn Krola Elfow Voronve I oraz Ksiezna.
- Wspaniale byloby ich spotkac.
Alister usmiechnal sie pod nosem.
- A czy grob jest bezpieczny? Bogowie zakazali mi walczyc. - zapytal mlody wedrowiec.
- Prosze sie nie martwic. Ksiaze wlasnie przydzielil panu oddzial Pierwszej Gwardyjskiej do ochrony.
Alister zapial ostatnia klamre w zbroi.
- Ruszamy?
...
- Co to za napis? - zapytalwedrowiec wkazujac na tablice przed wejsciem na cmentarz.

Hollen i ven
In gyrth han agorer
a han beriar in gyrth
Hollen i ven.

- Gdy nasz krol zginal podstepnie zabity przez Morkara, kondukt pogrzebowy szedl mimo zametu, mimo bitwy, mimo smierci.
A gdy umarli, ci ktorzy niesli cialo krola nie przestali isc.
Martwi powstali by bronic swego ostatniego wladcy.
I tak zostalo po dzis dzien.

Alister otworzyl brame i wszedl na most prowadzacy na wyspe cmentarna.
Nagle zatrzymal sie. Uniosl dlon, a wyspa i morze jakgdyby zamarly.
- Im Aicanaro ion Galadhir tor Giliath Arvedui - powiedzial jasnym, spokojnym glosem, a morze i drzewa i laki i powiertrze powtorzyly za nim
- Vi enneth o Ithril, edro i ven! Calad sen cauno!
Fioletowe do tej pory oczy rozblysly bialym swiatlem tak samo jak uniesiona dlon elfa. Martwi straznicy Krola opuscili bron. Alister i wedrowiec weszli do grobu nie niepokojeni.
...
Wedrowiec przykleknal przy sarkofagu modlac sie cicho.
- Bogowie. Wykonalem coscie nakazali.
Arvedui, ty ktory byles przyjacielem ludzi,
mimo ze nie z twojego rodu jestem spelnij moja prosbe.
Powiedz mi kim jestem.
Powiedz.

Arvedui milczal

- Ped hain Giliath Arvedui, medui Aran en Edhil.
Enneth lin Wilhelm. En-nost British. Aran Edain. - Alister sklonil lekko glowe odpowiadajac.


Tlumaczenia:
1.
Hollen i ven
In gyrth han agorer
a han beriar in gyrth
Hollen i ven.

Droga zamknieta
Umarli ja zbudowali
I strzega jej umarli
Droga jest zamknieta
2.
- Im Aicanaro ion Galadhir tor Giliath Arvedui
Jestem Aicanaro syn Galadhira brata Giliatha Arvedui
- Vi enneth o Ithril, edro i ven! Calad sen cauno!
W imie Ithril otworzcie droge. Tak nakazuje swiatlo.
3.
- Ped hain Giliath Arvedui, medui Aran en Edhil.
Enneth lin Wilhelm. En-nost British. Aran Edain.
Tako mowi Giliath Arvedui, ostatni Krol Elfow.
Imie twoje Wilhelm. Z rodu British. Krol Ludzi.

Wyjasnienia:
Oczywiscie scena z nieumarlymi podkolorowana,ale to ze wzgledow technicznych
Ai! laurië lantar lassi súrinen,
Ah! like gold fall the leaves in the wind,
yéni únótimë ve rámar aldaron!
long years numberless as the wings of trees!

sod

Krasnolud zbliżał się powoli w strone miasta Britain. Jego obecności trudno było nie zauważyć, śmiał się i hałasował. Kiedy był tu ostatni raz wszystko było jak zawsze, rybacy łowili ryby, kowale kuli zbroje, a bardowie wyśpiewywali swe przepiękne pieśni. Xan, gdy ujrzał szczątki barykad i zgliszcza domów, nagle przestał się śmiać i zrobił poważną mine.
-Na Storna! Cóż tu się wydarzyło! - rzekł krasnolud po czym wziął szybki łyk spirytusu

Powoli wkraczał wgłąb miasta, zauważył rycerzy blackthorna i nagle znów zaczął się śmiać.

-Nu ni! Wpirw jydne baruny,a teroz jesio większe! - wykrzyczał typowym mieszanym dialektem, który zdarza mu się używać gdy zapomina, iż winno się posługiwać językiem ludzi

Podszedł bliżej, ale strażnik go nie zauważył, niezrażony zagrożeniem udał się w strone zamku. Ten jeszcze stał a na murach stali w swych lśniących zbrojach rycerze lorda britisha. Próbował dowiedzieć się czegoś więcej o obecnej sytuacji, ale usłyszał w odpowiedzi tylko prostackie ludzkie epitety... Nie chciał już dalej oglądać zgliszcz miasta Britain, miał ważniejsze sprawy na głowie. Ot! umówił się z siostrzeńcem Yorghalem na mała popijawę. Wychodził już z upadłej stolicy, kiedy znów napotkał rycerza blackthorna. Jak zwykle przeszedl cichutko za jego plecami i cała jego obecność w mieście byłaby nie zauważona gdyby nie zagórowała krasnoludzka krew...

-Nu i cu kretynie ?! Złap mnie jeśliś na tyle mucny ! - wykrzyczał jak tylko mógł do ucha rycerza po czym wskoczył na swą lamę i pognał ze strażnikiem u swego boku...

Mini słownik mieszanego dialektu krasnoludzko - ludzkiego:
nu - no
baruny - barany
jesio - jeszcze

:wink: