A w Koronie bez zmian

Zaczęty przez Matej, 2012 10 07, 20:51:56

Poprzedni wątek - Następny wątek

Matej

Gęsty dym unosił się nad zabudowaniami południowej części wyspy. Jego smugi były tak czarne, śmierdzące i gryzły w pysku, że co wrażliwsi rzygali wczorajszym obiadem pod siebie, opcjonalnie pochylając się to w lewo, to w prawo – pod koniki na których siedzieli. Po gustownie brukowanych ulicach uwijali się jak w ukropie szczekając swoimi pancerzami rycerze, z których każden jeden miał czarny płaszcz, służący w tym momencie do osłonięcia nozdrzy przed rzeczonym dymem. Żołdacy wyraźnie czegoś szukali. Dowódcy drużyn co chwila raportowali swoim przełożonym o postępach śledztwa.
W tym też momencie grupa osób na wierzchowcach, będąca najbliżej zrujnowanych zabudowań jak gdyby nigdy nic, dworowała sobie z wydarzeń, które rozegrały się przed ledwie kilkoma chwilami. Jeden z jeźdźców rzucił tylko machnąwszy przy tym ręką:
- Niech ginie!
- Niech ginie! – żwawo powtórzył któryś z towarzyszy po czym wszyscy oni buchnęli rubasznym śmiechem. Wiedzieli bowiem, że w ten sposób kończy się długa wewnętrzna rozgrywka, z której niezaprzeczalnie wyszli zwycięsko. Od tej pory to Inkwizycja miała nadawać ton polityce wewnętrznej Korony. A co do rywalizującej z nią frakcji zakonnej – ta odchodziła do lamusa, ściągnąwszy na się gniew ze strony wyznawców Croma, ale także, a raczej przede wszystkim najważniejszego mieszkańca zamku w Brytanii.
Trzeba bowiem wiedzieć, że samowola była tu wykluczona. To co miało się wydarzyć musiało mieć przynajmniej milczące przyzwolenie, nawet nie  dostojników i ministrów królewskich, ale samego władcy. Od wielu lat dało się wyczuć narastające napięcie pomiędzy obiema frakcjami. Nadmienić wypada, że w przeszłości ucho królewskie wyraźnie przychylne było podszeptom jegomości  noszących się z niebieska. Sprawy zaszły na tyle daleko, iż rozpasani zakonnicy poczęli uważać Magincię za swe udzielne księstwo, z którego zarządu nie czuli obowiązku zdać sprawy przed swym władcą, mimo iż w przeszłości wielu znamienitych mężów i wysoko urodzonych niewiast, będących poddanymi króla i z jego woli położyło wybitne dla spraw wyspy zasługi. Zakonni musieli nie słyszeć porzekadła mówiącego, iż łaska pańska na pstrym koniu jeździ, a władca skoro dał, ma święte prawo wziąć.
Jak to bywało wielokrotnie w historii dobrobyt przewrócił świętym mężom we łbach, na tyle skutecznie, iż przegapili moment w którym posiadane przez nich nadania, przywileje, beneficja i tytuły wielokrotnie przekraczały możliwości ich spożytkowania. Szeregi tej organizacji kurczyły się z roku na rok, co ciekawsze, prominentni członkowie po rezygnacji zasilali koszary czarnych płaszczy, a to z kolei rodziło kolejne niesnaski. Ambicja pogrywała tu w kości z dumą. Przywódca niebieskich, bodaj najbardziej z nich oświecony, mniemający iż wolę samego Methestela poznał nie zauważył prostego faktu. Mianowicie przy jego stole zasiadał już chyba on sam jeden. Szczodrze za to swych koneksji używał ażeby rywali z miast koronnych wypędzać obwoławszy uprzednio ich zdrajcami, wiarołomcami i czym tam jeszcze w swej gnuśności zapragnął.
W owym czasie na korytarzach urzędów Korony dało się słyszeć szemranie niezadowolonych przedstawicieli rycerstwa. Co i rusz półgębkiem padało słowo ,,Megron" , by zaraz potem nastąpiła lawina zapytań, domysłów albo i przekleństw.
Tego typu konwersacji było bez mała dziesiątki. Jegomościem stanowiący przedmiot tych dysput okazał się być dopiero co mianowanym dowódca wojsk Przymierza Światłości. A że nikt o nim wcześniej nie słyszał cóż zacz? Kto by się tam tym przejmował. Wszelako człowiek proweniencji maginckiej wygodnie rozsiadłszy się na stolcu w zamkowym gabinecie już niebawem miał dać przykład swej jurysdykcji. A że o stanowisku takim jak dowódca wojsk całego Przymierza Światłości mało kto słyszał skoro struktura ta, mocno nadgryziona zębem czasu w całej bodaj swej historii nie była jednomyślna nigdy? Eeee tam.
No ale i dla zakonników coraz bezczelniej moszczących się na wyspie przyszły gorsze czasy. Pozostałości ich struktur ledwie wywiązywały się z podstawowych obowiązków, jakie spoczywają na każdorazowym gospodarzu jakiegokolwiek księstwa. Powód wyraźny i nazbyt prosty – brak ludzi. Koniec końców doszło do przekazania władzy coraz to bardziej egzotycznym – z punktu widzenia Korony – osobom. Z biegiem czasu fatalnie zarządzane miasto po którejś z kolejnych zmian na stanowisku gospodarza uległo niespodziewanemu atakowi. Świadkowie, którzy przeżyli to zdarzenie twierdzą, iż zaczęło się od natarcia wyjątkowo cennych harpii.
Od wielu miesięcy, jakie poprzedzały atak na wyspę, w odległej Brytanii oraz na terenie potężnej twierdzy, która kiedyś posłużyła samemu królowi za schronienie, odbywały się wytężone ćwiczenia formacji koronnej, która do tej pory pozostawała bez wyraźnych struktur. Inkwizytorzy przeprowadzili już wtedy niejedno śledztwo, z których najpoważniej zapowiadało się to dotyczące akolitki Methestela, która oddawała się nierządowi w podupadającym Trinsic. Nie o tym jednak rzecz. Sęk w tym, iż oko królewskie coraz łaskawiej spoglądało na posiadaczy czarnych płaszczy, zdobionych w krzyże Ankh, a także prezentowaną przez nich politykę. Starcie starego z nowym w tych okolicznościach było tylko kwestią czasu, choć przewidzieć, iż cios zadany zostanie w plecy i to z wykorzystaniem napaści zewnętrznych wrogów, którzy połasili się na atakowaną przez harpie Magincię – niepodobieństwem.
Na wyspie zakonników od jakiegoś czasu stacjonował niewielki oddział inkwizytorów, co zresztą zgodne było z wolą jednego z ostatnich wielmożów zakonnych, który ponownie objął władzę w księstwie. Zmobilizowawszy się do odparcia ataku chaosu, oddział ten musiał zostać najprawdopodobniej w ferworze walki zaskoczony zdradzieckim postępkiem zakonników, którzy uprowadzili dwóch z rycerzy w podziemia swych umocnień, nie zważając przy tym na trwającą obronę. Reszta oddziału inkwizytorów została przez najeźdźców wyrżnięta w pień jak się później okazało.
Następne miesiące, które przyniosły oswobodzenie wyspy i mozolną jej odbudowę, pozwoliły także przeprowadzić śledztwo dotyczące wybitego oddziału. Rzeczą niepodobną było aby Święte Oficjum pozostawiło sprawę nie uzyskawszy pierwej choćby szczątków informacji o okolicznościach śmierci ich towarzyszy. Śledztwo tym lepiej się rozwijało, iż władza na wyspie przekazana została przez ostatniego z działających zakonników na ręce niezwiązanego z tą formacją poddanego króla. Namiestnik ów świadom historii wyspy, a także powinności swej wobec króla, uroczystym aktem poddał wyspę opiece Wilhelma.
Wracając znów do prowadzonego śledztwa, wzięci na spytki ocalali mieszkańcy naprowadzili śledczych na trop. Miał on dotyczyć dwóch osobników jacy ponoć ujęci, zostali zaciągnięci w południowe rejony wyspy. Idąc tym tropem badający sprawę dotarli do naocznego świadka tych zdarzeń, a wedle tej relacji miejscem przetrzymywania inkwizytorów miały być warowne zabudowania Zakonu Światłości. Z pomocą odrobiny magii, sprytu oraz klucza do drzwi pozostającego u jednego z dawnych zakonników, obecnie będącego na służbie Inkwizycji plotki te potwierdzono. Dwóch członków Oficjum było przetrzymywanych w celach zakonnych w ocalałych zabudowaniach.
Na skutek rewelacji przyniesionych w toku tego śledztwa zamek królewski w Brytanii przeżywał nieomal oblężenie. Rzesze rycerstwa, wysokich urzędników i rzecz jasna inkwizytorów udawało się na spotkania. Wszyscy żądali głowy odpowiedzialnego za zdradę elfa i delegalizacji wszelkiej jego i Zakonu działalności na terenie Korony po wsze czasy. Zbrodnia kolaboracji z chaosem, nawet niechby była tylko wykorzystaniem okoliczności pozostawała niezaprzeczalna.. Fakt pohańbienia ewidentny. Zdrada Korony  niewątpliwa. Wyrok zapadły po naradzie w obliczu najważniejszych członków Przymierza Światłości mógł być tylko jeden, choć odnotowania wymaga fakt, iż nieliczne jednostki od głosu w sprawie się wstrzymały. Wszelka działalność Zakonu Światłości została zdelegalizowana, jego dobra na terenie całej Korony przejęte, wszyscy członkowie formacji zbrukanej konszachtami z wrogiem uznani za zdrajców. Przywódców tej organizacji nakazano ścigać po wszystkich kontynentach, mieli oni od tego momentu nie zaznać spokoju.
Wydana została zgoda na zbrojną interwencję wymierzoną w ukrywających się na terenie Magincii – która już w tym czasie przeszła pod władanie króla Wilhelma – zakonników i ich obwarowania. Bez zbędnej straty czasu Inkwizytorzy przypuścili szturm w południowej części wyspy uwalniając przetrzymywanych więźniów oraz wycinając w pień stawiających opór zakonników, poddającym się oszczędzono żywota. Dziedzictwo zakonu na tej wyspie uległo zagładzie w skutek potężnego wybuchu zabudowań chwilę po zakończonej ewakuacji. Opary trującego dymu musiały być widoczne w nieodległym Ocllo.
Tylko jednego nie udało się osiągnąć elf ciągle pozostawał na wolności, oddziały przeszukujące zabudowanie po zabudowaniu nie znalazły jego śladu.
- A mógł chociaż wysadzić się z tą ruderą – prychnęła Inkwizytorka o niebagatelnym wzroście i eleganckich, nujelmskich pończochach.

Wiele miesięcy później.

Do izby ogarniętej wieczornym półmrokiem niepostrzeżenie wstąpiła zakapturzona postać. Człowiek siedzący przy biurku zauważył ją dopiero gdy ta zbliżyła się doń na pół kroku. Spojrzał wprost w miejsce gdzie normalnie znajduje się głowa ale szata zasłaniała mu widok twarzy tak, że nie mógł rozpoznać istoty. Dostrzegając zniecierpliwienie na twarzy siedzącego, przybysz zsunął kaptur.
- Ahh, to ty – westchnął. Co tak szybko cię tu przygnało, myślałem, że tobie podobni, wysłani na przeszpiegi nie wracają tak wcześnie. O ile uda się im w ogóle wrócic.
- Ciekawe wieści szanowny panie, ciekawe i dobrze płatne – wycedził szpieg. Krążą plotki o powołaniu gildii. Nazwą nawiązuje ona do pewnego zakonu, aktywnego wiele lat temu.
- Cóż z tego? – prychnął gospodarz pomieszczenia.
- A to, że na jego czele stoi pewien ścigany przez wasze Oficjum jegomość. Jegomość o parze przydługich uszu.
- Aaaaa – wysyczał inkwizytor sięgając po jeden z większych mieszków złota jakie posiadał u siebie.

KAroln

...Siedział w swojej wieży, jak zwykł to robić ostatnimi czasy dosyć systematycznie. Ciemny kaptur niemal całkowicie zasłaniał jego twarz. Na rogu orzechowego stołu leżał notes na którego okładce znajdował się czarny krzyż. Inkwizytor przewrócił kilka stron, na jednej z nich znajdował się niechlujny, ledwo co czytelny napis "zbr - profanacja dawnego zakonu - każdy członek ów fałszywej gildii mieniącej się zakonem - koniecznie przesłuchać, wyjaśnić, założyciela - wroga i zdrajce Korony traktować bez zmian - nie zwlekać!

Wyszedł z z wieży opatulony w czarny płaszcz z płonącym krzyżem ankh, nie bacząc na nic, nie rozglądając się wokół, ruszył we wiadomym kierunku...
<Fel> wyjebane mam w ten shard ;]
Ranking DM ->Najbardziej aktywni (Najdłuzszy czas online):Felixor Aigelo

Dezzmond

"Czarne Płaszcze - Historia Fałszywa"*

Staruszek siedział w ciemnej izdebce na krześle wpół wyżartym przez korniki. Na stole przed nim stał żelazny, zardzewiały talerz z czerstwym, pokrytym zalążkami pleśni osadem. Obok stała drewniana miseczka z deszczówką.

Starzec przymierzał się posiłku, gdy nagle do izby wbiegł mały chłopiec, który bez chwili namysłu schował się pod stertę brudnych szmat, które miały pełnić funkcję łóżka.  Dziadek, widząc to, resztkami sił zsunął się z krzesła i schronił za stołem. Chwile później do pomieszczenia, razem z drzwiami weszło dwóch rycerzy przybranych w czarne płaszcze ze starannie wyhaftowanym krzyżem nań. Schronienie młodzieńca nie okazało się wystarczająco dobre. Ruszyli w jego stronę. Starzec starał się obronić malucha, jednak potężny cios tarczą powalił go na ziemię. Gdy drugi rycerz przechodził obok wpółżywego mężczyzny ulżył mu w cierpieniu prześmiewczo miażdżąc mu czaszkę swą okutą nogą...

Malec został wywleczony na zewnątrz, gdzie czekało na niego dwóch pomocników Inkwizycji (dusza nie mogąca zaznać spokoju oraz wynaturzenie powstałe na drodze nieudanych eksperymentów alchemicznych). Młodzieniec miał zostać zabity. Podejrzewano, że chłopiec, gdy dorośnie pójdzie w ślady ojca i zostanie nekromantą. Korona nie mogła ryzykować. Ojciec chłopca był potężnym akolitą, którego nigdy nie udało się schwytać. Jeden z rycerzy zagwizdał na co behemot zaryczał donośnie i ruszył dynamicznie w stronę wrzeszczącego malca. Nie trzeba było długo czekać, a bestia była już przed bezbronnym dzieckiem. Krzyk ustał, gdy głowa została oddzielona od reszty ciała i spoczęła w pysku behemota, który przeżuwał ją powoli z chrupnięciami czaszki. Po polanie przed chatą rozległ się gromki śmiech rycerzy całych skąpanych w tryskającej krwi i upiorny, niczym głos z zaświatów, chichot Banshee. Mroczny nekromanta nie został ujęty, jednak dzielni Inkwizytorzy ruszyli do pobliskiej karczmy uczcić zwycięstwo jakim było okrutne zabicie dwóch niewinnych ludzi.

I tak oto organizacja powołana przez Lorda Britisha do walki ze złem stała się złem większym od tego, z którym miała walczyć. I od tej chwili, za czasów rządów miłościwie nam panującego Wilhelma wszelkie zło i niegodziwość Krain stanie za pan brat, ramie w ramie z Inkwizycją, by zwalczać sobie podobnych...



*Opowiadanie ma charakter metaforyczny. Historia nie wydarzyła się naprawdę, lecz ukazuje sytuację ówczesnej Inkwizycji, która zmieniła nieco swoje cele działania i "wzbogaciła" szeregi swoich sprzymierzeńców w istoty, z którymi niegdyś walczyła.

Matej

Swoje metafory warto snuc w swoim własnym temacie zalozonym w 'opowiadania i inne...'
A tak czysto informacyjnie, sposob gry inkwizycji, czy tez to co sie szumnie nazywa 'klimatem' zalezy tylko od niej samej i jesli bedzie chciala to sie zmieni w trupe cyrkowa jezdząca po wsiach sosarii, a wszystkim lepiej wiedzacym gornikom z Cove, drwalom z Yew, klimaciarzom z Minoc, Vesper czy Ocllo nic do tego.