Voiry D'Tangin

Zaczęty przez Mortimer, 2013 11 29, 21:40:48

Poprzedni wątek - Następny wątek

Mortimer

28 tangi d'Drejan, 622 drasv

Oto ja, Teb'zar Szosty Syn Domu Silin'aerl postanowilem spisywac dzieje swego zywota. Coz bylo przyczyna powzietej decyzji? Nie wiem, nie zastanawialem sie nad tym... powiadaja jednak: "Dso'u garethur taga renor tonashss."

***
Pamietam jej slowa: "Twoje marne cialo zareaguje na swiatlo dnia w nieciekawy sposob, pierwszy raz jest najgorszy. Poza tym jestes tylko samcem, bedziesz wiec rzygac jak czynia to dzieci iblith". Niech suke bies gwalci! Znowu miala racje... Nie wiem co sprawialo mi wiekszy bol, promienie sloneczne wdzierajace sie do srodka czaszki przez przymkniete powieki, czy fakt, ze sie nie mylila. Oboje rzadko sie myla, mentorzy... Niech ich otchlan pochlonie! Jak zawsze myslac o Shynt'afae, oraz Elemmire dotknalem prawego policzka. Dokladniej mowiac podluznej blizny laczacej oko z kacikiem ust. Ogien ktory rozpalil w moim ciele jasny dzien, zastapil ogien gniewu i przysiega zemsty. Wiem, iz przyjdzie czas, kiedy namaluje na jego twarzy cos wiecej, nizli jedno marne pociagniecie, bedzie to moment jego krwi, a mojej chwaly! Lloth spojrzy z duma na swe dziecie!

***
Pochloniety rozmyslaniami, na temat tego w jaki sposob dokonam swej zemsty nie zauwazylem zakradajacej sie od prawej strony kreatury. Robotnik driderow jednak, nie wykorzystal przewagi zaskoczenia uderzajac lekko i niecelnie, ciecie oderwalo kawalek skorzni znad mego biodra, a chropowata powloka chitynowego pancerza rozciela skore na kosci. Odskoczylem w jednej chwili, stanalem pochylony na ugietych kolanach, przechylajac nieznacznie glowe i przygladajac sie miernemu przeciwnikowi. Tego co nastapilo pozniej, nie mozna okreslic mianem walki, bowiem wynaturzenie nie stanowilo dla mnie zadnego wyzwania. Zatanczylem wokol dridera, wyczekalem odpowiedni moment i pchnalem raz, w podbrzusze, kiedy ten stanal na tylnich odnozach aby zaatakowac z furia. Zalosne stworzenie!

***
Zatem pierwszy dzien na powierzchni spedzilem, doskonalac swe umiejetnosci bojowe w swietle dnia. Shynt'afae mowila, ze musze przyzwyczaic wzrok i organizm do zmian. Brak czujnosci zas, o malo nie przyplacilem  zyciem, do czego naturalnie nie przyznalem sie Elemmire. Wrocilem  do kojacej zmysly ciemnosci Har'oloth stosunkowo szybko. Mialy na to wplyw dwa czynniki: wciaz wymiotowalem z okropnym bolem glowy, ktory powodowalo swiatlo dnia, oraz ten istotniejszy, czekal mnie kolejny nudny wyklad w Tier breche.

Tutaj podziekowania sle w strone woja, ktory zgodzil sie wspomoc moj malenki projekt ;p

Kalafior

zaczyna sie ciekawie :)

kwiatek


Mortimer

#3
1 tangi d'Zhennu drejan,  623 drasv

Kolejne wyklady na temat anatomii istot zamieszkujacych powierzchnie. Tym razem przez kilka dni studiowalem anatomie czegos, co iblith zwa harpia. Jest to samica rivvil, zakleta  w ciele olbrzymiego ptaka. Podobno wynik nieudanych eksperymentow ktoregos z bostw, wyznawanych przez garstke istot powierzchni. Ryciny przedstawiajace owe stworzenie, jasno ukazuja jej slabe punkty; odkryta klatka piersiowa i twarz, stosunkowo duze skrzydla czyniace z niej latwy cel w gestych lasach powierzchni. Jedynie na odkrytym obszarze, moze stanowic niewielkie zagrozenie, kiedy pikujac, probuje pochwycic, badz ranic ofiare ostrymi szponami. Ciekawostka jest, iz niektorzy samce rivvil ulegaja urokowi tej czesci ciala owej istoty, ktora pozostaje kobieca- nedzni idioci!

***
Dlaczego rivvil (w mowie wspolnej iblith zwani "ludzmi") dominuja na powierzchni? Fizyka ich ciala, anatomia, oraz slaba wola przypominaja bardziej mizernych sakphul, nizli istoty zdolne do wspolzawodniczenia z innymi rasami shinduago, nie wspominajac juz wogole nas- Ilythiiri, ktorym nawet klaniac sie, nie sa godni! Coz zatem czyni ich zdobywcami? Co jest tajemnica ich potegi? Jakkolwiek nienawidzilem wykladow i przydlugawych rozmow z mentorami, ich parszywych uwag, oraz narzekan, tak zdawalem sobie sprawe, iz moja wiedza wciaz jest zbyt mala abym w sposob, ktory zadowoli Lloth, sluzyl Jej celom.

***
Tego dnia poraz kolejny udalem sie na powierzchnie, wciaz bowiem cialo odmawialo mi posluszenstwa, a zgodnie z tym co mowila Shynt'afae musialem je przyzwyczaic do warunkow panujacych na shinduago. Kolejne problemy wynikajace z fizjologii Ilythiiri, oraz nowego srodowiska, do ktorego organizm musial przywyknac, tylko sie pietrzyly. Tym razem, kiedy udalo mi sie opanowac wzmozone ruchy jelit, a i oczy moje spozieraly spod szerzej rozchylonych powiek, okazalo sie, ze mam trudnosci z oddychaniem! Powietrze tutaj bylo ciezkie i geste, ksztusilem sie kiedy podmuchy wiatru uderzaly w ma twarz. Po kilku chwilach jednak uspokoilem oddech. Poczulem sie wzglednie dobrze. Moj zoladek bolal, ale powstrzymywalem odruchy wymiotne, oczy przestaly lzawic, glowa nie pekala. Pierwszy raz odkad ksztalce swe umiejetnosci walki na powierzchni poczulem w powietrzu krew iblith, krew, ktora wkrotce mialem przelac w imie Lloth!

***

Zyzio

#4
***
Drowka uderzyla lekko lokciem w bok towarzyszacego jej mezczyzny. Ten spojrzal na nia z wymalowana na twarzy mieszanka zdziwienia i irytacji.
- Pytalam co o nim myslisz - spytala w zawilym migowym jezyku drowow Shynt'afae, a zarowno gwaltownosc jej ruchow, jak i wyraz jej twarzy swiadczyly o tym, ze zadala to pytanie wiecej niz raz.
Dwoje szlachcicow Silin'aerl stalo na skarpie w "dzikiej" czesci Podmroku. Z dala od Starego Miasta i stosunkowo niedaleko Har'oloth Videnn. To jedyne miejsce, gdzie cwiczyc mogli uczniowie  z ostatnich klas akademii nie narazajac sie przy tym zbytnio mocno na smiertelne niebezpieczenstwo. Oczywiscie to byl Podmrok, niczego nie dalo sie wykluczyc.

- Ujdzie - rzucil  krotko Elemmire. Nie odrywal wzroku od walczacego z dwoma driderami  mlodego drowa, ktorego dwa blizniacze ostrza pracowaly niezaleznie od siebie - Fizycznie dosc slaby i raczej nieporadny w defensywie...
- Nie o to pytam - przerwala mu kobieta gestem dloni. Ich umiejetnosci kamuflazu dalece przekraczaly mozliwosci zauwazenia przez mlodzienca, niemniej, jak kazdy drow, posiadal doskonale rozwiniety zmysl sluchu i bez wysilku by ich zlokalizowal, gdyby nie porozumiewali sie jezykiem gestow. Shynt'afae przekrzywila glowe dostrzegajac  przyjemna plynnosc w improwizacji bitewnej u Teb'zara.

- Wiem o co ci chodzi... - odpowiedzial fechmistrz Silin'aerl. - Ma jakis potencjal, szybko pojmuje aspekty techniczne szermierki, ale inne... nauki... nie przychodza mu tak latwo. Pod tym wzgledem bardzo przypomina jedna drowke, ktora szkolilem kilka dekad temu. Bedzie z niego pozytek... oczywiscie jesli przezyje lekcje - Elemmire zakonczyl zdanie wzruszeniem ramion, jakby nieszczegolnie obchodzil go los najmlodszego syna rodu.

- Podobno ty mu to zrobiles - wskazala gestem glowy Shynt'afae. Fechmistrz spojrzal na oszpecona twarz mlodszego brata, ale po raz kolejny wzruszyl ramionami w odpowiedzi.
- Powinien znac swoje miejsce w szeregu - drow usmiechnal sie, jednak w jego usmiechu jak zwykle bylo cos niepokojacego. Byc moze to zasluga dwoch ostrzch jak czubek sztyletu klow, ktore znaczyly jego twarz wyrazem glodnego drapieznika. - To zabojca, nie wojownik. Moze powinnas zaczac sie martwic, siostrzyczko? Twoja reputacja czolowego lowcy z cienia moze stanowic dla niego nie lada... lup.

Drowka w skupieniu obserwowala mlodzienca, gdy jej nieumarly brat bezglosnie przecinal ciemnosc pod postacia nietoperza. Gdy fechmistrz domu zniknal w jaskini prowadzacej do miasta, insygnia noszone na szyi drowki zapulsowaly delikatnie wewnetrznym swiatlem.
- Nie sadze, Elemmirze. To w koncu nie ja stoje mu na drodze na szczyt, prawda...? - zasmiala sie cicho Shynt'afae Silin'aerl. Teb'zar wyjmowal wlasnie ostrze z ciala drugiego martwego dridera i spojrzal przez ramie w kierunku zrodla dziwnego dzwieku, jednak dostrzegl jedynie wzory na chlodnych i wilgotnych skalach dzikiego Podmroku.
***<Kap^^> kto nie gral w uo ten nie zna zycia***
KANDYDACI NA DROWA:
http://dm-uo.pl/forum/index.php/topic,18495.msg306994.html

Mortimer

11 tangi d'Vress'lve d'inthuul,  623 drasv

Elemmire poraz kolejny uderzyl mnie w twarz w czasie cwiczen, mialem bowiem czelnosc wyrazic swe zdanie na temat pracy jego stop, podczas omawianego ukladu. Zamknalem usta, powieki opadly same. Wyobrazilem sobie jak wykorzystuje wlasnie ten jeden, jedyny blad fechmistrza, kiedy prawa jego stopa ucieka w lewa strone, odkrywajac kolano, ciezar zas ciala oparty jest na owym, wiec jakakolwiek proba unikniecia szybkiego ataku lekkim ostrzem, jest skazana na porazke. Oczyma umyslu widzialem sterczaca z jego nogi rekojesc mojej ono kamy, widzialem go kleczacego przede mna, na kolanie ktore z rozcietymi sciegnami, oraz wiezadlami, pogruchotana chrzastka i rzepka nie jest w stanie uniesc ciezaru. Zdany na ma laske, I Syn Domu Silin'aerl, wielki wojownik. Ciekawy bylem czy pragnalby szybkiej smierci? Czy moze ku zdziwieniu wszystkich, a mojej nieskonczonej radosci blagalby o darowanie zycia? Nie znalem odpowiedzi, z zadumy wyrwal mnie jego glos. Otwarlem oczy, wiedzialem ze minela chwila, moj umysl pracuje bardzo szybko, dzieki lekcjom z Shynt'afae. Spojrzalem na Elemmire i zadrzalem, pamietam dokladnie cien leku, ktory dotknal kazdego ulamka mojej osoby. Stal przede mna, potezny i grozny, obsydianowe krysztaly otaczajace jego sylwetke zdawaly sie kurczyc, ich blask zanikal, ustepowal miejsca smierci, ktora przyjela postac Fechmistrza mego Domu. I ja mialem go pokonac...?

***
Strach zrodzil gniew, gniew zrodzil pragnienie krwi, postanowilem zapolowac... Nie bylo lepszego miejsca nizli shinduago. Mnogosc wystepujacych tam gatunkow istot, napawala mnie zawsze radoscia i nigdy sie nie nudzilem poznajac nowe stworzenia! Krew ostudzi strach, zawsze to czynila. Kiedy wyszedlem tego dnia z portalu, bylem bardzo pozytywnie zaskoczony, wszelkie ulomnosci mego organizmu wynikajace ze zmiany srodowiska zniknely, lekcje na powierzchni przyniosly widoczne rezultaty, o czym musialem poinformowac mych nauczycieli. Lekki wiatr muskal ma twarz, ale nie pozwalalem mu wdzierac sie do gardla i pluc. Skupilem sie na zapachach i dzwiekach, tak jak mnie uczono. Owe zmysly jako pierwsze, w wiekszosci przypadkow, dawaly znac o obecnosci nieproszonych gosci. Tak stalo sie i tym razem... W tym momencie nie wiedzialem jeszcze, ze wroce do domu z usmiechem na twarzy.

***
Zapach potu, ryb i uryny, ostry i jakze paskudny zdradzil mi obecnosc tego rivvil. Ilythiiri pozbawieni oczu i sluchu nie mieli by problemu z ujarzmieniem, badz pozbawieniem zycia istot zwanych we wspolnej mowie ludzmi. Zdradza ich nie tylko nieporadnosc, oraz brak gracji w poruszaniu sie (sa bowiem niczym robotnicy driderow zakuci w lancuchy, glosni i beznadziejni), ale przede wszystkim smrod! Shynt'afae wspominajac o zapachu rivvil, przykazala zwiedzic nasze kopalnie i lochy, abym zapamietal owy, lecz doszedlem do wniosku, ze daruje sobie owe miejsca, jestem wszak Szostym Synem Domu Silin'aerl, rothe sa niegodni nawet spogladac na ma osobe! Ten rivvil okazal sie byc rybakiem, stal tlusty i brudny nieopodal naprawiajac zlamana wedke. Nie uslyszal mnie, nie zobaczyl, bylem cieniem, ktory stanal przed nim i wtedy dopiero zdal sobie sprawe na kogo wlasnie spogladal... Skad wiedzialem, iz on wie? Bo upadl na kolana i placzac blagal we wspolnej mowie abym darowal mu zycie. Pelzal, niczym robak, tulac sie do mych stop, strach byl jego odzieniem, ktore narzucil na siebie wyjatkowo szczelnie, ku mojej radosci. Przechylilem glowe chwytajac oburacz jego leb, podnioslem, tak aby widzial me oczy, stracil na moment oddech, dlawil sie lzami i wydzielinami z nosa, seplenil... Delektowalem sie owa chwila, pomimo parszywego zapachu, oraz widoku. Jego strach, byl uczta dla mego serca. Jakze nedzna to rasa!  W pewnej chwili jednak, zauwazylem, ze sie usmiechnal. Moment konsternacji i setki mysli w mej glowie aby odnalezc odpowiedz, dlaczego to uczynil? I tak, przypomnialem sobie pewna rycine, przedstawiajaca samice rivvil, ktora trzymala oburacz twarz swej corki, dziecko usmiechalo sie; pamietam rowniez tytul rozdzialu w ktorym zamieszczono owy rysunek: "Yibinss d'rivvil: khaless", co we wspolnej mowie znaczy: "Slabosci ludzi: zaufanie". Czy ten samiec myslal, ze zabiegam o jego zaufanie? Czy owy gest, dotyk wogole, znaczy tak wiele dla rivvil? Glupiec! Zanim zrozumial co sie dzieje, bylo juz za pozno na cokolwiek, nawet na ponowny placz. Moje palce zacisniete na naczyniach krwionosnych karku rivvil sprawily, ze stracil przytomnosc. Pozniej obmylem jego cialo pozbywajac sie brudu, po czym zaczalem studiowac doglebnie anatomie, na zywym jeszcze egzemplarzu...

***

Mortimer

21 tangi d'Vress'lve d'inthuul,  624 drasv

Prawie rok minal od ostatniego wpisu. Bardzo pracowite byly owe miesiace. Zra'ha Shynt'afae wciaz wpajala, a przynajmniej probowala mi wpoic pewne prawidla i madrosci, dotyczace przewagi umyslu  i sprytu nad mieczem, zwinnosci nad sila, ambicji nad odwaga. Zastanawialem sie w tamtym okresie, coz jest ostrzejsze: miecz I Corki Silin'aerl, czy jej jezyk... suka miala gadane od zawsze i chociaz ciezko mi to przyznac jej umysl- intelektualne mozliwosci znacznie wykraczaly poza normy Ilythiiri.

***
Elemmire wciaz budzil lek w mym sercu, pisanie o tym jednak nieco tonowalo owo uczucie, jakby papier byl wiezieniem dla kazdej emocji i stanu ducha. W tamtych dniach czesto pytalem siebie, czy to fakt, iz jest sanguine, czy poprostu jego umiejetnosci i sposob w jaki je okazywal sprawiaja drzenie mego serca. Doszedlem wtedy do wniosku, ze to caloksztalt tworzy te nienaturalna aure, ktora sprawia, ze moj oddech przyspiesza. Wiele czytalem o sanguine, ich atutach, slabosciach, naturze. Kazdy kolejny wolumin, niwelowal strach, przeksztalcal go w uczucie poznania, a poznanie czynilo Elemmire coraz bardziej nagiego w mych oczach. Niestety to wszystko dzialalo tylko do momentu, kiedy stawalem przed nim z wzniesionym ostrzem, drzacy, niczym dziecko rivvil patrzace w oczy czystego chaosu... Ale znajde sposob, przysiegam na Lloth znajde!

***
W tym roku rowniez, nadeszla dlugo oczekiwana przeze mnie chwila, otoz konczac akademie oficjalnie przestalem byc ksieciem sluzebnym, a stalem sie pelnoprawnym szlachcicem. Duma mnie rozpierala tego dnia, kiedy po raz ostatni opuszczalem gmach Tier breche. Mysalem w tym momencie: oto ja Szosty Syn Domu Silin'aerl, wreszcie bede traktowany z nalezytym szacunkiem! Szacunkiem, ktory nalezy sie kazdemu przedstawicielowi Pierwszego z Domow Har'oloth Videnn! Kolejne jednak godziny, dni i miesiace tego roku, ukazaly mi jasno, jak bardzo sie mylilem.  Har'oloth jest miejscem gdzie nie tytuly swiadcza o potedze jednostki, a jej sila, spryt, ambicja, oraz ilosc oponentow, ktorych pozbawilo sie zycia- to byla ostatnia lekcja i chyba najbardziej porzadana...

***