Gurz Shakutarbik!

Zaczęty przez Raaban, 2014 02 15, 15:49:33

Poprzedni wątek - Następny wątek

Raaban

 Noc dopiero co nadeszła. Pełnia księżyca na niebie zwiastowała niepokój w krainach. Czy to za sprawą Likantropów czy innszych stworzeń nocy. W ciemnych podziemiach Delucji przebudził się wojownik. Silny niczym tur brzydki jak Nimrod. Sam we własnej osobie członek Klanu Pancernej Pięści. Rizz'daer Argh Okh idzie na polowanie.
Od dłuższego czasu do uszu Uruka dochodziły informacje o tym iż klany krasnoludzkie zaznaczają wszędzie swoją aktywność, i w wojnie z Orkami odnoszą małe sukcesy. Tym tez wściekłość Pół-Orka narastała powoli.
W tą jasną noc Rizz'daer przyodział swą czarną mroczną zbroję, ujął swój ogromny topór i wsiadł na starego oddanego czarnego rumaka. Azhag bo i tak nazywał się ów koń hodowany był w okropnych warunkach w smrodzie,brudzie i krwii swych pobratymców. Właśnie w takich warunkach Urukowie z Twierdzy hodowali swoje czarne rumaki. Które gorsze były od samych ich jeźdźców.
Tak przygotowany oplótł się krwisto czerwonym płaszczem i ruszył w stronę Portalu Księżycowego Twierdzy Delucji.
Po chwili znalazł się przed ogromną Górą. Stare Khazad-Dum Twierdza Krasnoludów, siedliszcze jego odwiecznych wrogów. Z furią w oczach zaryczał niczym zwierz :

-Gurz Shakutarbik!



Tak z furią w oczach obszedł bramy Twierdzy Krasnoludów, lecz straż bacznie czuwała nad bezpieczeństwem więc nie podchodził bliżej by nie zostać schwytany i stracony.
Usłyszał jednak że w oddali słychać cichą muzykę graną na bębnach i lutniach. Bez chwili namysłu popędził Azhaga w stronę dźwięków.
Trafił na mały domek w którym dwoje krasnoludów oddawało się rubasznym zabawom. Wściekłość tym bardziej narosła w Rizz'daerze iż tak beztrosko i bez obaw mogą się zabawiać. Z całej siły uderzył końcem swojego topora w drzwi i ryknął :
-Shakutarbik, wasza wyjść i zmierzyć się z prawdziwa uruk! Lulgijak! Wasza pokazać że mieć żelazo w Krew a nie mieć kwiaty jak Elf!
Usłyszał tylko śmiech i odpowiedź khazadów z domostwa :

-Idź sobie orku, nie mamy teraz czasu na ciebie.

Rizz wybałuszył oczy słysząc taką obelgę, zawrócił się do tyłu i z całym impetem uderzył całą swoją masą w drzwi wejściowe do domu. Drzwi rozsypały się na drobne kawałki a rozwścieczony ork wpadł do domostwa.
Na wprost siedział młody roześmiany Khazad. Uruk z rykiem na ustach zamachnął się halabardą i przeciął w pół siedzącego krasnoluda. Krew siknęła brudząc czarną emaliowaną zbroje wojownika. Zaraz obok w rogu stała skulona ze strachu kobieta z brodą.Furia dalej w nim buzowała więc uderzył na wprost rozpłatując głowę kobiety i zatrzymując się dopiero na miednicy, wyszarpnął ubrudzony topór.




Starannie wytarł o ubranie swoją broń. Wyszedł pośpiesznie z pomieszczenia i oparł się o swojego rumaka.
Nie czekając długo widmo kobiety zjawiło się przed nim.
Lamenty i płacze trwały długo. Rizz wręcz znudzony wsiadł na Azhaga, chciał już odjeżdżać lecz kobieta przybrała materialne kształty i rzekła :

- Nu chyba nie masz co robić że zabijasz biednych Khazadów.

Rizz'daer Argh Okh wojownik i oddany wyznawca Netherila zaśmiał się gardłowo i popatrzył ze złością w oczach na kobietę. Nie powiedział nic widząc jak bardzo rasa ta zmiękła od dobrobytu i wygód.
Splunął tylko siarczyście pod nogi kobiety.



Zaraz potem zjawił się młody krasnolud żądając przeprosin i oddania ukradzionych przedmiotów.
Rizz pokiwał tylko głową i popatrzył na niego beznamiętnie mówiąc.

-Wasza Shakutarbik zapomnieć kim być prawdziwy Uruk, i wasza nie wiedzieć że moja wytępić wasza nędzna rasa do nogi. Zejdź mi z oczu Khazad bo moja uciąć łeb twojej babie.

Na to krasnolud tylko fuknął jak elf i wziął się pod boki. Nie czekając długo wojownik znudzony już całą tą maskaradą jednym potężnym zamachem ściął głowę kobiety.



Krasnolud wybałuszył oczy i skulił się ze strachu. Rizz z uśmiechem na pooranej bliznami twarzy podniósł głowę kobiety i przypiął ją sobie do pasa. Wsiadł na swojego upiornego wierzchowca i rzekł w stronę skulonego młodzieńca.
- Wasze głowy, ozdabiać mój płaszcz. Wasza zapamiętać Rizz jako być ten który zniszczyć i zapędzić w mrok wasza rasa. Rizz być zabijacz Shakutarbik!

Roześmiał się hucznie i pogłaskał odciętą głowę. Krasnolud nie powiedział już nic, zahipnotyzowany spoglądał na oblicze wielkiego wojownika.Ork włożył swój topór za plecy i na odchodne rzekł do przestraszonego :
- Moja właśnie rozpętać Dzihad. Moja tu wrócić i zebrać więcej wasza łby. Powiedz swoim wojownikom niech rozruszają swoje stare młoty. Rizz wrócić i po kolei zabijać! Vrasubburuk Agh Hamabanubgruiuk !



Ruszył powoli śmiejąc się do siebie i widząc słabość obecnych krasnoludów. Nie spodziewał się iż tak łatwo przyjdzie mu wzbudzenie strachu w khazadach którzy w zamierzchłych czasach byli twardymi i nieposkromionymi wojownikami. To co z nich pozostało to nędzna namiastka potęg Khazad-Dumu. Stanął jeszcze przy bramie i spojrzał w głąb wejścia do Twierdzy. Wziął swój róg wykonany z poroża i zadudnił z całej siły by zbudzić śpiące straże. Widząc zamieszanie przy wejściu popędził Azhada w kierunku portalu i znikł zaraz całkowicie z pola widzenia.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
To własnie początek większej kampanii jaką sam mam zamiar zorganizować dla zielonoskórych. Tak rozpoczęła się właśnie ekspansja Orków w Sosarii. Strzeżcie się bo nie znacie dnia ani godziny!




Cytat: Nimrod w 2014 01 19, 17:19:09
Tak jak mówię - ja z 9x str (może i gt ale i tak już ktoś to napisał) padam na jedno combo od maga (no nie ukrywam, bardziej skoksanego)

growin

czekam na odpowiedź krasnali ;)

paru orków lalusiów by się znalazło, więc możecie rozszerzyć wojnę ;]
Cytat: Gucio w 2014 02 13, 19:37:36
"posiadanie umiejętności Anatomia oraz Taktyka uniemożliwia przemieszczanie się przy użyciu zaklęcia Recall."
Wycastowanie czaru recall i kliknięcie na zaznaczoną runę UMOŻLIWIA teleportację.

ethanoll

Zbliżało się południe. Pospolite słońce toczyło się  po niebie i niczego nie zwiastowało. W wilgotnej  i nigdy niewietrzonej ani sprzątanej sali bankietowej prowadzonej przez siebie oberży przebudził się wojownik. Silny niczym trzęsawisko i równie urodziwy. Oto cały on, zwierzchnik cieszącej się złą sławą szajki nikczemników ,,Czacha Kundlu", Sog-Sog również wyrusza polować na krasnoludy.
   Nigdy nie przepadał za krasnoludami, nie mógł wręcz pojąć, jak to możliwe, że takie parszywe stwory pałętają się gdzieś po świecie. Sog-Sog słyszał pogłoski, że zielonoskórzy ze wszystkich stron świata organizują się, aby temu jakoś zaradzić. Dlaczego miałoby jego zabraknąć? On bardzo lubi takie inicjatywy.
   Spod sterty gałganów wydobył  i przywdział złowieszczą zbroję kościaną, którą niedawno znalazł na cmentarzu. Ujął złowróżbnie wyszczerbiony toporek i dosiad polarnego niedźwiadka, którego niedawno podprowadził pewnemu nieuważnemu kupcowi.
   Opuściwszy swą karczmę, popędził lasem wzdłuż łańcucha górskiego, obok kopalni i dalej przez pola, hen ku portowi w Ocllo. Tam załapał się na gapę na statek obijający właśnie do odległego Ilshenaru. Gdy tylko z powrotem znalazł się na lądzie udał się w kierunku Bramy Księżycowej Osady Aurin.
   Chwilę później goblin stanął u wrót do Twierdzy Krasnoludów, a czarny grzyb zniknął w jego pysku. Stymulowany jadem zawartym w tym smakołyku, zaskowyczał dziko:
– O ja cię! Ale wielgachny jest ten pomnik krasnalka! – zawył tak na widok niebosiężnej rzeźby z czarnego kamienia przedstawiającej krasnoludzkiego wojownika.  – Dobrze się składa, że one na prawdziwo nie są takie wielgachne, to krasnoludztwo, a tylko takiego zwykłego wzrostu.
   Obszedł wokół wrota twierdzy. Niestety kamienie były idealnie dopasowane i Sog-Sog nie dostrzegł nigdzie szczeliny, którą można było się wślizgnąć do środka i przemknąć ukradkiem pod nosem czujnych strażników. Musiał wymyślić coś innego.
   Kawałek dalej znalazł przylegającą do murów drewniany budynek. Była to stajnia. W środku goblin zastał tylko uwiązaną lamę bojową. Odwiązał zwierzę i wyprowadził na zewnątrz. Zaraz jednak wrócił z powrotem do środka. Budynek był krojony na miarę krasnoludów, Sog-Sog nie miał więc większych problemów z dosięgnięciem zawieszonej na drewnianym słupie latarni.
– Chwalba Daywadosu! –  wypowiedział z jakimś plugawym namaszczeniem i cisnął zapaloną latarnię o ścianę ponad stogiem siana. Łuna bijąca od płomieni groteskowo wydłużała cień goblina, który zbliżał się powoli do zdobycznej lamy bojowej.



Teraz miał pewność, że krasnoludy nie wykorzystają tej lamy do ucieczki. Niestety, wpierw należało je do tej ucieczki zmusić, jednak pożar stajni nie przywabił żadnego z nich. Sog-Sog zaczął więc z nudów przeczesywać teren, zastanawiając się, jaki jeszcze szkody może spowodować.  O proszę, ktoś nierozważnie zostawił swojego niedźwiedzia pod domem.



W trakcie bitej godziny chuligańskiej działalności Sog-Sog nie znalazł żadnego krasnoluda. Na osiedlu domków wybudowanych pod twierdzą znalazł natomiast mnóstwo okien do wytłuczenia kamieniami i bryłami lodu oraz wiele różnorodnych sprzętów gospodarskich do porąbania toporem.
Miał już wracać do domu, kiedy nagle usłyszał kroki. Ale to nie był krasnolud, tylko jakiś ludzki młodzieniaszek.



Chłoptaś się oddalił. Sog-Sog mógł go w zasadzie ukatrupić za sprzymierzanie się z krasnoludami albo pod innym błahym pozorem. Tamten jednak nie miał oręża przedstawiającego jakąkolwiek wartość. Poza tym po kolejnej porcji czarnych grzybów rozbolał goblina brzuch. Ale on tu jeszcze wróci.
Oficjalny kanał irc Księstwa Ocllo: #bp

sin

Zielonoskorzy 1, krasnoludy 0.
Great things are possible when one man's wisdom and an hour's effort are combined.
A sound offense has the power of roaring water, it fills every hole in an opponent's defenses.

Felixor

"Nie będzie miał nigdy prawdziwych przyjaciół ten, kto nie lęka się robić sobie wrogów."
"Na imię mi "Legion", bo nas jest wielu."

kwiatek

Brakuje mi jeszcze tutaj Iga i jego goblina :D

swider

Ravakahn, najbrzydsza orczyca jaka stąpa po Sosaryjskich ziemiach, czekała w cieniu Delucjańskiego banku ostrząc swoją broń. Wyczekiwała znaku od jednego z członków Klanu Pancernej Pięści, znaku który pozwoliłby Jej ruszyć na polowanie, którego celem mieli być krasnoludzcy wojownicy. Kiedy zniecierpliwienie strażniczki Delucji sięgało zenitu bowiem nie przepadała za bezczynnym siedzeniem zjawił się przed Nią potężny jak tur wojownik - Rizz'daer Argh Okh. Nie musiał wypowiadać zbędnych słuch. Uniósł tylko wargę ukazując swoje kły przy czym fanatycznie się zaśmiał. Czas na polowanie!

Wojowniczka jak najszybciej zebrała cały potrzebny ekwipunek, włożyła wysłużoną zbroję, która wielokrotnie została skropiona krasnoludzką krwią i udała się na swoim wiernym wierzchowcu w stronę księżycowego portalu Delucji. Kiedy znaleźli się na miejscu - pod bramą Khazad - Dum nie zastali tam nikogo. Na znak Rizza orczyca zaczęła uderzać mieczem w tarczę wykrzykując w tym samym czasię w stronę bramy zwroty, które miały na celu wywabić Khazadów na zewnątrz Twierdzy.



Po chwili przed zielonoskórymi wojownikami stanął władca Twierdzy - Fascod wraz z innymi krasnoludami. Nie przebierając w słowach, Ravakahn dała jasno do zrozumienia po co tutaj przybyła. Tej nocy ma przelać się krasnoludzka krew. Tu i teraz.



Na szczęście dla Ravakahn oraz Rizz'daera krasnoludy okazały chęć do walki, chęć która nie występowała w nich ostatnio zbyt często. Fascod dobył swojej doskonale wykonanej halabardy, wraz z nim ruszył jeden ze strażników twierdzy - bitwa się zaczęła. Orkowie zaryczeli z całych sił rzucając się z wściekłością na wrogów. Po kilku rundach dookoła domów położonych w pobliżu Twierdzy pierwszy z Khazadów poczuł na sobie śmiertelne uderzenie. Rizz uderzył z taką siłą, że ten spadł ze swojej lamy, szczęśliwie dla niego śmierć była natychmiastowa. Spanikowany Fascod, który chwile wcześniej chciał uratować swojego przyjaciela kiedy szarżował na Rizza został skarcony za swoją zuchwałośc i Ravakahn z całej siły zamachnęła swoją tarczą i powaliła go na ziemię. Ta bitwa skończyła się zwycięstwem orków.



Kolejny raz. Znowu fizyczna siła oraz rozgarnięcie na polu bitwy pozwoliło orkom wymordować krasnoludy pod ich miastem. Czy takie zdarzenia zachęcą ich do zmotywowania większej ilości zbrojnych? Czas pokaże. Na tę chwilę Rizz oraz Ravakahn wrócili do Delucji, wbili swoje zębiska w soczyste kawałki prosiaka i rozmawiali do poznych godzin o strategii prowadzenia wojny. Jedno jest pewne. Żądza krasnoludzkiej krwi w umysłach orków nie została zaspokojona. To nie jest koniec mordów Khazadów na ich ziemiach. Powrócimy. Szykujcie się podwładni Fascoda.

yacu

Quisack A'du roztarł zdrętwiałe dłonie. Spróbował wyprostować zgięty od kilofa kręgosłup. Ten dźwięk, róg, nie słyszałem go od wieków Odłożył narzędzia i co sił pobiegł do zbrojowni. Skostniałe dłonie odnalazły kształt topora. Zmurszały, pokryty pajęczyną, ale nadal ostry.
Uzbad stał przed bramą, nastroszony, z wysoko uniesionym toporem.
To nie możliwe pomyślał. Po tylu wiekach spokoju???
Uśpiono naszą czujność, zniewolono naszą wolę, ale ducha nie da się zabić!!!
Krasnoludy, róg Storna dmie na świat cały. Zielone twarze paskudnych orków spoglądają na nas łapczywie i rządza mordu im przyświeca.
Do boju!!! Dmie róg Storna. Kto żyw, niech opuszcza swoje domostwa, porzuca kopalnie, kuźnie, warsztaty. Do boju!!!
Niech nikt, kto niegodny, nie ośmieli się tknąć Mithrillu, boskiego metalu, naszej siły, potęgi i nadziei
Samu yamez sanu. Khayam narag Khazad.

arab

Dzień jak każdy inny, Fascod spacerował po Cove z butelką spirytusu w dłoni, sprawdził jak się ma jego kupiec aż w końcu zawitał do banku. W środku czekała go niemiła niespodzianka, na krześle naprzeciwko bankiera siedział nikt inny jak Sog-Sog, ten sam który przed Twierdzą wybijał szyby w domostwach Krasnoludów i zabijał wszystkie napotkane lamy i niedźwiedzie. Fascod natychmiast dokończył butelkę spirytusu i chwycił zostawioną przez kogoś opartą o ścianę halabardę po czym ruszył w stronę Sog-Soga. Osoby obecne w banku wiedziały co wydarzy się za chwilę.
Krasnolud ze spokojem zmierzył wzrokiem goblina po czym halabardą ruszył go dość mocno aby zwrócić na siebie jego uwagę. On już wiedział co go czeka, spojrzenie jakim Fascod obdarował goblina nie pozostawiało żadnych wątpliwości. Spotkanie skończy się rozlewem krwi.


Krasnolud bez zbędnych słów ruszył przed bank przygotować się do walki.



Poproszeni o nie rozwiązywanie swoich sporów w mieście przez Strażnika Księstwa Cove ruszyli przed bramę. Tam również bez długich rozmów przeszli do czynów. Krasnolud jak to ma w zwyczaju ze spokojem podszedł do pojedynku. Wyjaśnił przeciwnikowi co go czeka oraz za jakie czyny zostanie ukarany, na moment zamknął oczy i wyszeptał kilka słów prosząc Storna o błogosławieństwo i powodzenie w walce.


Walka zaczęła się na dobre! Wojownicy okładali się potężnymi ciosami, wiedzieli bowiem, że tylko jeden wyjdzie z tego pojedynku żywy. Chwilę później, po długiej gonitwie i ostrej wymianie ciosów wszystko już było wiadome. Skończyło się tak, jak obiecywał Krasnolud.


Krasnoludy nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa, wojna wciąż trwa! Zielonoskórzy... już po Was idę! :D
http://zapodaj.net/a63d4191f3f56.jpg.html

www.sprzatanie-nagrobkow.cba.pl

Maelui

purchawy 1, krasnoludy 1

moze jakies zakłady? dreszczyk hazardu by sie przydał ;]

stawiam 1000 golda na sog-soga :D

mart

Keg spirytusu na Fascoda
Najstarszym i najsilniejszym uczuciem znanym ludzkości jest strach, a najstarszym i najsilniejszym rodzajem strachu jest strach przed nieznanym.

ethanoll

   Sog-Sog siedział za kontuarem w swojej karczmie. Tradycyjnie nie było klientów. Najchętniej zająłby się polerowaniem jakiś zapyziałych szklanic, gdyż niejasne pojęciem, jakie miał o obowiązkach oberżysty, podpowiadało mu, że tak właśnie oberżyści postępują. Niestety nie miał w swej karczmie ani żadnej szklanicy, ani czystego gałgana ani też władnej ręki. Jego prawica spoczywała nieruchomo na temblaku, strzaskana krasnoludzką halabardą na majdanie przed bramami Cove. Zastanawiał się, jakim cudem doszło do tej niechlubnej porażki? Przecież dotychczas jego nieświęta krucjata przeciwko krasnoludom szła mu jak z płatka. Zaczął rozpamiętywać wydarzenia ostatnich dni.
   Pierwszego dnia, co już wszyscy wiedzą, żaden krasnolud nie ośmielił się podjąć wyzwania, kiedy grasował pod Twierdzą i ciskał niewybredne zniewagi pod adresem Storna, a następnie ciskał kamienie pod adresem okien domów należących do jego wyznawców. Przeciwnik się nie zjawił, ale dzień goblinowi upłynął bardzo przyjemnie.
   Drugiego dnia Sog przesiadywał w coviańskim banku i porządkując bezużyteczne graty w swoim kuferku, mamrotał pod nosem skargi na tchórzostwo krasnoludów. Fodr, niziołek z Cove, bardzo nieobliczalnym charakterze oraz wybiórczo działającą zdolnością do samookreślania swej własnej tożsamości, musiał co nieco usłyszeć z tych goblińskich mamrotań. Fodr ostatnimi czasy często brał udział w różnych hultajskich wybrykach Sog-Soga i zaczynał go coraz lepiej rozumieć. I tym razem zaoferował swoją pomoc.
   Plan był prosty. Fodr wraz ze swoim podwładnym mięli wywabić jakiegoś krasnoluda poza Twierdzę i jurysdykcję niezłomnej straży, prosto w zasadzkę zastawioną nań przez Sog-Soga. Jak przebiegało wywabianie, tego Sog nie wie. Rzecz pewna, że zakończyło się sukcesem, gdyż po kilku chwilach bramy Twierdzy rozwarły się wypuszczając Fodra w towarzystwie niczego nie podejrzewającego krasnoluda, Wolfganga Tankardta Limbby'ego.
   Aby uczynić zadość woli bogów, Sog-Sog starał się wyczerpująco przedstawić powody, jakie powodowały jego tutaj przybycie oraz przesłanki niecnego czynu, który ma nadzieję rychło dokonać na osobie Wolfganga. Trochę to trwało, gdyż Sog nie jest perfekcyjnie wprawiony w posługiwaniu się mową wspólną, a i zdolność pojmowania krasnoluda zniedołężniała z wiekiem. Wreszcie Wolfgang zrozumiał, że Sog nie przyszedł tu kupować jego wyrobów (pod takim pozorem Fodr wybawił go z bezpiecznego schronienia).
   Sam krasnolud nie był uzbrojony, lecz jego osoby strzegł żelazny golem własnej produkcji. Mechaniczny wojownik zasłonił swego twórcę przed pierwszą serią ciosów. Sog uzbrojony był w księżycowe ostrza z drewna ohii, ale nawet tak twarde drewno nie jest w stanie spenetrować metalowego pancerza golema. Sog-Sog musiał się więc chwile nabiegać i wyczekiwać krótkich chwil, kiedy wprawione w ruch sztuczne stawy odsłaniają delikatny mechanizm. Potężniejszy cios pod kolano unieruchomił nogę konstrukta, kolejny powalił go na ziemię. Gdy tak urządzony golem nie przedstawiał już zagrożenia, goblin przystąpił do permanentnego demontażu.
   Mordowanie nieożywionej materii nie sprawia zbyt wiele frajdy, dlatego Sog szybko przypomniał sobie o celu zasadniczym – krasnoludzie z krwi i kości. Popędził co tchu swoją lamę w kierunku bram Twierdzy. Krasnolud stał tam jeszcze. Sog galopował z zawrotną prędkością prosto na niego. Było zbyt ślisko, by zwolnić czy choćby zmienić kurs. Goblin pochylił jeden z końców księżycowego ostrza, podobnie, jak z lancami czynią ciężkozbrojni rycerze, a drugą łapą mocniej chwycił się zmaltretowanego już ucha swej lamy. Pierś krasnoluda nie była osłonięta żadnym pancerzem, ostrze z łatwością przebiło skórę, wyrąbało żebra i oparło się o kręgosłup. Bryzg krwi sięgnął nawet twarzy stojącego w pewnym oddaleniu Fodra. Impet, z jakim  natarł goblin, był potężny. Krasnoluda poderwało z ziemi i cisnęło w górę. Sog-Sog wcale się jeszcze nie zatrzymał. Kunsztownie zdobiona brama Twierdzy głucho zadudniła. Ostrze, skruszywszy kręgi, przeszło na wylot i utknęło na dobre w bramie.



   Wszędzie było pełno krwi. Dogorywający dwie stopy nad ziemią Wolfgang Tankardt Limbby ostatnimi słowy żegnał swego przyjaciela, Fodra, jakby nie był świadom, że do upadku doprowadziły go właśnie zdradzieckie skłonności rzekomego sojusznika. Sog-Sog niewiele zrozumiał z tej sceny. Nawet gdy ostatnie jęki ulatującego życia ustąpiły miejsca szarości wiekuistego ,,OOOoooOOOooo", Sog-Sog wciąż nie mógł wydobyć ostrza z bramy. Już tam zostało. Fodr uciął łeb krasnoluda i podał goblinowi. Straż była coraz bliżej, a efekt spożycia czarnych grzybów coraz słabszy. Pora odwrotu. Kolejny dzień upłynął goblinowi bardzo przyjemnie.
   


   Trzeciego dnia był niejaki Jazug. Młodzieniaszek, krótkobrody, jeszcze nieopierzony. Sog-Sog natchnął się na niego przypadkiem, gdy ten ćwiczył się w umartwianiu nieumarłych na cmentarzu pod Cove. Sog chciał być łaskaw, tamten może już nosić płytową zbroje, ale to wciąż dzieciuch, żadna to zabawa tak z łatwością młokosowi urżnąć łeb. Sog-Sog dyplomatycznie kazał mu się wynosić precz do Twierdzy, gdzie będzie bezpieczny, z dala od grasującego gobliństwa. Młodzieniaszek odrzucił meteorytową buławę, ale tylko po to, aby ująć w łapy buławę z tytanium. 
– Z gobliństwem to dam sobie radę. – oznajmił.
   Goblinowi kamień spadł z serca. Mógł wreszcie porzucić skrupuły. Krzepą dysponowali bardzo zbliżoną, jednak młody krasnolud posiadał broń zdecydowanie lepszej jakości. Na korzyść Sog-Soga grało doświadczenie zdobyte na jego solowych aranżacjach na gong i topory. Las dźwięczał od ścierającego się oręża. Młodemu Jazugowi nie można odmówić waleczności, jednak to goblinowi kolejny dzień upłynął bardzo przyjemnie.



Czwartego dnia wynikła ta paskudna sprawa z cuchnącym napojami wyskokowymi Fascodem. Krasnolud miał więcej krzepy, sprzęt lepszej jakości i większe doświadczenie bitewne. Dlatego wygrał w otwartym starciu i Sogowi nie upłynął już dzień przyjemnie. Ale czy tak musiało być? Przecież Sog jest bardziej pomysłowy i stać go na tak nikczemne chwyty poniżej pasa, na jakie nikt inny się nie poważy. Taką powinien obrać technikę. Jeśli ma niewielkie szanse zwyciężyć w otwartym boju, powinien sięgnąć po podstępne fortele.
   Dobrze się składa, bo kilka godzin temu Sog-Sog odbył ciekawą rozmowę z pewnym krasnoludem skrycie oddającym cześć Daywadosowi, gotowym ku chwale swego boga zdradzić współplemieńców. Szczegóły tej rozmowy pozostają tajemnicą, ale kto wie, co z tego wyniknie w przyszłości?


Oficjalny kanał irc Księstwa Ocllo: #bp

arvour limbby

bylo super :DD dzieki zabawe :))

Bazyli

to jest klimat! jesli caly chaos pekowal by w ten sposob zeby ofiary jeszcze pozniej dziekowaly na forum to DM bylby zdecydowanie ciekawszym miejscem :D

orki 6 krasnale 1
CytatQuot capita, tot sensus...

Ropuch

#14
Fodr podnosił 130-letniego krasnoluda na duchu. Bycie zgładzonym przez goblina to szansa życia. "Wolf, będziesz męczennikiem Twierdzy Krasnoludów, rozumiesz to?"

Nawet gdy z jego ust wydobywały się ostatnie oddechy życia, nie omieszkał on kilkakrotnie zaoferować  usług kowala i majstra. Bohater ludu pracującego. Krasnoludzki stachanowiec, męczennik, heros.

Niech mu ziemia lekką będzie...

Ale co ja tam będe tutaj gadał smuty. SOG-SOG KRÓLEM!
<saxas> teraz na pvp liczy sie mag
<saxas> na dm nie ma lepszych i gorszych graczy pvp
<saxas> sa bardziej i mniej skoxani