Morski Wyrm

Zaczęty przez Bazyli, 2016 03 10, 23:30:43

Poprzedni wątek - Następny wątek

Bazyli

Dzien zaczal sie spokojnie... Slonko swiecilo, ptaszki spiewaly, psy merdaly ogonkami a wielki morski wyrm polowal na delfinki.
Ganial je w te i z powrotem az ktorys z nich zaczal uciekac na plytsze wody. Na nieszczescie mieszkancow Skara, byly to wody nieopodal miasta.
Gdy Wyrm wynurzyl swoj leb ponad wode i uslyszal radosny gwar niczego nieswiadomej osady, zaburczalo mu w brzuchu. To nie byl dobry znak.

Gdy mieszkancy miasta zorientowali sie w czym rzecz, pobiegli po straz. Gdy straz zorientowala sie w czym rzecz, dala noge zostawiajac sprawy poszukiwaczom przygod. Straznicy to zazwyczaj bardzo madrzy ludzie, co nie zawsze mozna powiedziec o poszukiwaczach...

Pelni zapalu i zaslepieni mysla o wielkich bogactwach tlumnie stawili sie do skara, gdy tylko wiesc o bestii rozeszla sie po swiecie. Szybko jednak ich zastepy topnialy. Zdecydowanie szybciej niz zywiolaki sniegu ktore towarzyszyly Wyrmowi. Po zaledwie paru godzinach na placu boju pozostal ten jeden, najbardziej zdeterminowany, nieustraszony i dodajmy tez ze przystojny. Basilius Arth've znany jako... no powiedzmy po prostu ze znany. Sam staral sie odciagnac Wyrma od niszczenia zabudowan, jednak zdawal sobie sprawe ze w pojedynke bedzie mu Ciezko pokonac bestie. Dlatego wezwal na pomoc najdzielniejszego z niziolkow, chlube Cove, jego Ropuchowatosc mosci Fodra. Wkrotce dolaczyla tez do nich Lorana i w takim skladzie zaczeli tanczyc z bestia. Po chwili dolaczyli tez inni...

Fodr, ktory wrocil z dlugiej wyprawy na bagna nienajlepiej sobie radzil z nakladaniem bandazy i sterowaniem lama. Jako ze czesciej ostatnio siadywal w kapielach blotnych niz w siodle, zdarzalo mu sie mylic. Szarpal wiszace luzno bandaze a rany owijal cuglami, co powodowalo niemale zamieszanie. Magowie nie byli lepsi bo co rusz ktorys sie potykal i mylil slowa zaklec.  Cale szczescie wyrm tez nie mial dobrego dnia.

Fodr biegal tak chaotycznie a magowie tak niezdarnie, ze zdezorientowany wyrm wdepnal w upuszczone przez jednego z walczacych ostrza czy inne dziadostwo i okulal. Na domiar wszystkiego z wrazenia wpadl na slup przy altance uzdrowiciela i to go nieco zamroczylo, a w dodatku kiedy chcial ominac korone drzewa to i tak galaz wpadla mu w oko i przez pol walki biegal z zezem.

Niewiele pomoglo walczacym ktorzy i tak byli na tyle niezgrani ze padali co chwila... Gdyby nie pomoc miejskiego uzdrowiciela to nie wiadomo co by z tego bylo. Cale szczescie Kulawy Wyrm tak sie zmeczyl bieganiem w kolko ze w koncu dyszac padl na ziemie. Fodr wykorzystal te chwile i dzgnal go w zdrowe oko co zakonczylo walke.

Uradowani mieszkancy wiwatowali, straz zadowolona zaczela wylazic z kryjowek a dzielni obroncy udali sie do karczmy by pic na umor...
CytatQuot capita, tot sensus...