W przyszłość

Zaczęty przez Nanuki, 2019 12 25, 23:44:30

Poprzedni wątek - Następny wątek

Nanuki


*spojrzała na Sukkuba*
- Te wszystkie skarby, nieskończone złoża tytanium, czy nawet opale na nic to panience kiedy... panienko nikt... *zawachała się* nikt ...z moich przyjaciół próbujących chociaż postawić nogę w tej opuszczonej kopalni nie wrócił żywy... Panienko błagam.


Młoda bankierka nie była przekonana pomysłem Sukkuba. Od czasów Apokalipsy, to miasto pogrzebane, zostało zapomniane przez ludzi. Koplania zajęta przez istoty spoza ziemskie. Domy opuszczone.
Czy te wszystkie skarby naprawdę są tego warte? Minoc. Czy ktokolwiek jeszcze pamięta jak to miasto wygląda?




Z pamiętnika Wilczej Czarownicy
*rok 693 miesiąc zamarzanie*


Dotarliśmy do skraju góry, u stóp ktorej kiedyś mieściła się sedziba Legionu. Zimno przerażające. Śnieg tak intensywny, że nie jesteśmy w stanie dostrzec nic co jest oddalone o kilka stóp.
Nieustające walki z istotami mrozu. Towarzysze podróży wątpią czy kiedykolwiek uda nam się dostrzec koniec tej bitwy. Jestem wykończona, jedzenia wystarczy na kilka tygodni.



Z pamiętnika Wilczej Czarownicy
*rok 693 miesiąc zamarzanie*


Walki trwały długie dni. Udało nam się przebić do szczytu. Stosy ciał zaczynają gnić. Rozciągający sie smród, i głuchą cisze szczytu góry co jakiś czas przerywa okrutny ryk. Nie jesteśmy pewni co nas czeka po zmroku.




Zerwani hałasem przypominającym uderzenia pioruna, czlonkowie wilczego bractwa zerwali się na równe nogi. Odgłosy były coraz głośniejsze, a rozchodzące się echo potęgujące łomot, mroziło krew w zyłach.
Wyczekując najgorszego Thiass spojrzal na Valentinne bez slownie dając jej do zrozumienia, że nie czas na strach. Sukkub natychmiast wypowiedziała pod nosem niezrozumiałe słowa, a na niebie chmury sie rozrzedziły. Valentinne opadła bezsilnie na ziemie. Poświata księżyca dokładnie oświetliła ogromne cielsko nadlatującego smoka.
Zbliżający się smok był ogromny, a z każdym kolejnym ruchem skrzydeł, cień padający na drużyne stawał się jeszcze większy.





Walka była zacięta, pomimo demonicznej magi Shandis która osłabiła potężne ciało smoka, walka sprawiła Bractwu wiele trudów.
Antyczna Magia bestii próbowała co i rusz dosięgnąć bojowników.
Drużyna nie dała za wygraną, i po długim starciu z gadem Azzela zadała ostateczny cios bestii, odcinając jej łeb który cięzko runął jak głaz na zapleśniałe kamienie mostu.






*kilka stron jest wyrwanych*

*rok 693 miesiąc zamarzanie* Autor nieznany.


Walka z Gadem podzieliła drużyne. Część chciała rozstawić obóz w miejscu w którym Gadam wydał ostatni ryk. Część chciała plądrować zapomniane miasto dalej. Jak to bywa w naszych szeregach, decyzje podjęto po krótkiej wymianie pięści pomiędzy Flintem a Zithraelem. Nie wygrał żaden, bo w tym ziąbie to raczej wyglądało jak taniec krasnoludów, niż zapasy, aczkolwiek decyzja zapadła, że ruszamy dalej.

Naszym celem były nieskończone złoża w kopalni. Plotki głoszą, że tytanium wystaje ze ścian, jest go tak dużo.


Z pamiętnika Wilczej Czarownicy
*rok 693 miesiąc zamarzanie*


Tułaczka mieszana z pokonywaniem istot mrozu trwała długo. Za długo.
Jesteśmy na miejscu. Smród jest nie do przeżycia. Nad jaskinią wywieszono zwłoki tych którzy próbowali się tu zakraść. Wygląda to jakby kolekcja zwłok albo demonstracja potęgi kogoś kto mieszka w środku. Jesteśmy gotowi na wszystko.











Nanuki




Władca Góry Assargoth. O którego potędze śpiewały Driady. Najwiekszy ze wszystkich ogrów leniwym krokiem zaczął zbliżać się do wejścia kopalni. Ciężkie kroki dudniły odbijając sie echem od ścian.
-"Kim jest głupiec mający odwagę zbliżyć się do mojej kopalni!? Zdradź mi swe imie złodzieju chcący wykraść me skarby?!" Ryknął w eter Ogr świdrując oczkami otoczenie.




Assargoth stanął w całej swej potędze naprzeciw intruzów obserwując jak inne ogry zaczynają przegrywać w starciu z potęgą Wilczego Bractwa. Ogr przyśpieszając kroku praktycznie zaczął biec na drużynę wymachując ogromną maczugą taranując po drodze mniejszych pobratymców.



Walka trwała długie dnie, może tygodnie. Drużynie jeszcze nigdy żaden przeciwnik nie sprawił tyle trudu. Tysiące magicznych składników, kilkanaście zbroi płytowych, popękany oręż. Walka była męczarnią. Cel był jeden, zdobyć jaskinie. Zdobyć te wszystkie skarby, osiedlić się. Tylko tak ważny cel dawał drużynie siłę aby pokonać przeciwnika.






Zielona krew kreatury popłynęła ciurkiem zboczem góry, a wielkie cielsko padając płasko pyskiem w śnieg rzuciło ostatnie bluzgi oddając swe życie.
Zwycięstwo. Kolejne zwycięstwo Wilczego Bractwa.



Wszystkie trofea, skarby, złoto i złoża stały otworem. Niekończąca się radość zaszczepiła drużynie nadzieje.

Może to jest nasz nowy dom... ta myśl nie dawała końcom.





Nanuki


Valentinne rozsiadła się wygodnie w tronie. Tam gdzie kiedyś stały księgi z numerami klientów banku wylądowały brudne od błota buty.
Myśl która posadziła swoje korzenie od momentu pokonania Władcy Góry zaczęła kwitnąć. Dom.. Czy to naprawdę jest możliwe? Po tych wszystkich latach tułaczki?
Magia zaczęła płynąć Sukkubowi z jednej ręki do drugiej. Tańczące płomienie harcowały kontrolowane umysłem Czarodziejki.
Niepohamowane myśli, plany. Jak to wszystko ułozyć, jak sprawić aby ziściły się te dziecięce marzenia.

Kobieta bujała się na tronie nie zwracając na wygłupy pozostałych członków drużyny.

Wtedy obudziła się ta myśl. *magia prysnęła z jej dłoni, płomienie skoczyły do pobliskich świeczników* Osiedlimy się tu. Właśnie tu. Od nowa. Osada Wilczych dzieci. A zaczniemy od kamienia...





Lektor

[Miejsce nieznane,694 roku]
Sukuby to istoty pochodzenia demonicznego. Uwodzicielskie i zdradliwe. Jednak ona zaintrygowała Mężczyznę. Zostać jej prawą ręką i zarządzać miastem. Jednak czy można zaufać Sukubowi i podjąć takie ryzyko? Xargos postanowił zaryzykować i pomóc Valentinnie odbić Minoc. Czas ukaże, co z tego wyjdzie, zważywszy że Nekromantę zawsze ciągnęło do władzy.

[Vesper, 694 roku]

Z magicznej bramy wyłonił się Xargos wraz z Aethelredem, na których czekała już Valentinna. Mężczyźni dowiedzieli się również, że przy moście prowadzącym do Minoc mają się spotkać z Mrocznym Elfem Zilv'ril Teken'duis, który również ma brać udział w odbiciu Minoc. Każdego prowadził jakiś cel, każdy nie był pewny co do swych towarzyszy, jednak wspólny cel przysłonił obecne niepewności co do jutra i intencji pozostałych.

[Okolice Minoc,694 roku]
Między Vesper a Minoc ujawnił się tajemniczy Stary Alchemik, z którym Sukub miała wcześniej do czynienia. Nie minęła chwila, a pojawił się Mroczny Elf wyglądający na sfrustrowanego za spóźnienie towarzyszy. Podróżnicy po dość długiej konwersacji dowiedzieli się o składnikach umożliwiających stworzenie broni, która miała na dobre pozbyć się kreatur z Minoc. Alchemik był bardzo pomocny, gdyż wyjawił tajemnice jak znaleźć składniki. Jednak jego zachowanie gdy opuszczał zebranych wprowadziło pewien niepokój.


[Kraina: Ilshenar
Miasto: Aurin
Rok: 694]
Pierwszą wskazówką podróżników był symbol kielicha. Dzięki wiedzy podróżników zbłądzili do symbolu miecza. Jednak ich pomyłka nie potrwała zbyt długo. Ich oczom wpierw ukazał się strażnik Tkacz Płomieni. Pojedynek był zacięty ze stratą minimalną, z którą było trzeba się liczyć. Jednak Nekromanta nie chciał umierać...


[Ognisty Meteoryt]
Lecz nie był to jedyny strażnik, jaki stał na drodze podróżników. Tym razem ich oczom ukazał się Ognisty Gigant strzegący tego, czego pożądali. Podróżnicy zaczęli się bronić przed Gigantem, który ku ich zdziwieniu padł szybko. Radość nie trwała zbyt długo, bo ukazał się kolejny Gigant. Musiał być pobratymcem poległego brata, lecz jednak rozum wziął górę nad głodem zemsty. Obawiał się jedynie Smoczycy i ich pojawienia. Gigant jednak okazał się pomocny: pomógł wygrzebać pożądany przedmiot, gdzie brudną robotę wykonał Aethelred.


[Kraina: Ilshenar
Miasto: Umarłe Miasto
Rok: 694]

,,Nie zabijacie smoka, ona jest przyjazna" - słowa rozbrzmiewały w głowach podróżników, jednak konfrontacja z smokiem nie dawała im spokoju. Zadecydowano, że Xargos ma coś wymyśleć, w końcu nie chce umierać... Nekromanta przemienił się w smoka chcąc jakoś przymilić się Smoczycy. Jednak ona nie polubiła tego samca...
Jednak Smoczyca okazała się inna niż przypuszczali wędrowcy. Bardziej była skora do rozmowy niż walki. W jej barwie głosu było słychać matczyną troskę. O dziwo Smoczyca posiadała pióra, których potrzebowali podróżni. Oczywiście Smoczyca nie chciała ich oddać za darmo. W zamian za pióra zażądała ognistego serca króla smoków oraz głowy łowcy.

[Okolice Buccaneer's Den]
Trop poszukiwaczy, który wskazała Smoczyca, skierował się na tereny Ziem Piratów. Mieli szukać czegoś, czego nie byli pewni. Trop zaprowadził ich na pobliski cmentarz, gdzie ich oczom ukazał się Kościan Strażnik. Nekromanta ukazał pierścień i zaczął konwersację ze Strażnikiem, reszta pozostałych towarzyszy gapiła się na nich jak na debilów, bo słyszeli tylko mowę umarłych OooOOooo. Kościany Strażnik opowiedział o zniszczonym domu Łowców Serc. Każdy z nich ruszył w swoją drogę: do Jew, Minoc oraz do krainy barbarzyńców.


[Okolice Yew]
Wędrowcy postanowili zacząć poszukiwania od Yew. Po krótkiej podróży namierzyli ślad Szamana. Nie mając zbyt dużego wyboru postanowili podążać tym tropem. Szaman nie był na początku rozmowny, lecz zaczął wyjawiać przydomki tych łowców: Mocarny, Zdobywca... Jednak Sukub straciła panowanie nad sobą chcąc zdobyć imię złodzieja. Szaman nie okazał strachu ani zniesmaczenia wybuchem Kobiety. Bez żadnych oporów wyjawił imię Beretora, który wraz z pozostałą dwójką wyruszył do Shame, a później po wybuchu wojny wspomnieli o Królu Szczuroczłeków w Tol En Estal. Szaman nie miał już nic więcej do powiedzenia, gdyż więcej już ich nie ujrzał.


[Miasto:Dol En Nost]
Wizyta w mieście była krótka, jakby nie był to właściwy trop. Elfie nazwy dla towarzyszy nie były dobrą stroną: jedna pomyłka w nazwie może wszystko zmienić. Z błędu wyprowadził ich Opiekun Ratusza w Dol En Nost. Jednak pomyłka nie była tak do końca bezwartościowa. Dowiedzieli się o skradzionym kamieniu elfów w Tol En Estal, a miejsce pobytu poszukiwanego przez nich Serca Kamienia Smoków było wciąż niewiadome.


[Miasto: Minoc]
Towarzyszom nie pozostało nic innego, jak odwiedzić Minoc i poszukać śladów Gilderoya, który ukradł Serce Kamienia Smoków. Jednak zamiast jego zaczęli odnajdywać kawałki ghula. A na ich spotkanie przeleciała Śnieżna Smoczyca. Potyczka była ciężka, wymagająca sporo krwi i potu. Jednak udało się pokonać istotę.


Ciąg dalszy nastąpi...

Nanuki

#4


Valentinne siedziała w lochu, skrupulatnie przeglądając stare skrypty w celu uzupełnienia wielkiej biblioteki, natrafiła na małą ledwo dającą się odczytać notatkę sięgającą czasem prawdopodobnie na rok wstecz do wydarzeń z dzisiaj. Był to zapis spotkania, do którego miało nigdy nie dojść. Ta notatka nigdy nie miała ujrzeć światła dziennego. I nie ujrzy.
*Valentinne wepchnęła mały liścik do jeden z wewnętrznych kieszeń wracając do przeglądania skryptów*

Autor nieznany
*rok okolo 692* [dostojne pismo z wieloma zawijasami, wygląda na twarde męskie Elfie pismo]

I usiadły, nie wierzyłem, że do tego spotkania kiedyś dojdzie... Każda z nich z miną niechętną. Wymiana kilku uprzejmości, i delikatne udawane uśmiechy. Jedna z kobiet wyciągnęła rękę, druga niechętnie ją uścisnęła. Rozmowa Sukkuba z Drowem była krótka acz intensywna. Przypieczętowana krótkim skinieniem głowy i kolejnym udawanym uśmiechem. Wygląda na to, że kobiety znalazły nić porozumienia. Czeka nas wszystkich zagłada. Ratujmy się...


----
Valentinne spędziła w lochu całe popołudnie, znalazłszy to czego szukała udała się na wielkie wygodne krzesło tronowe w banku. Nie potrafiła zapomnieć o tej małej karteczce bezwładnie leżącej w kieszeni. Przeciągnęła się leniwie i zamknęła powieki. Sen pozwolił jej wrócić do tamtej chwili, przywracając to wspomnienie do życia...

Shane

#5
      Niebo zaczynało przybierać barwę złota i szkarłatu, kiedy słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Ostatnie promienie padały na targ barwiąc go swym blaskiem. Ostatni kupcy pakowali swe stragany, targ pomału zamierał, aż wreszcie opustoszał w pełni. Światła powoli gasły w domach, tylko w jednym paliły się nadal. Karczma, bo to był ów budynek, stała niewzruszona pośród ogarniającego świat mroku. Wewnątrz klienci siedzieli przy stolikach popijając swe trunki, gaworząc, bądź grając w karty. Gdzieś w głębi grajek nucił swą balladę, karczmarka leniwie polerowała kufle za barem. Ogólnie panowała zdrowa atmosfera, jak to bywa w miastach, ludzie gdzieś muszą odreagować trudy pracy. Z zewnątrz dało się słyszeć rżenie koni. Drzwi uchyliły się nieco, do środka weszła najdziwniejsza zbieranina jaką ten przybytek widział od dawna. Pierwsza kobieta, okryta szczelnie swym płaszczem, nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie kolor jej dłoni i długie paznokcie. Od razu można była dostrzec, że nie jest człowiekiem. Za nią pojawiły się jeszcze niemniej zaskakujące postacie. Dało się rozpoznać w nich, nieumarłego, jego dłonie, nie, on nie miał dłoni, jedynie kości zwisające na pozostałościach czegoś co musiało być mięśniami. Postać owiniętą w mrok, cała była mrokiem, nawet jego skóra była tej barwy. Jedynym co mogło go odróżnić od zwiastuna śmierci były oczy o barwie szkarłatu. Mężczyzna ubrany w zieleń i czerń, owiany dziwną aurą, złą aurą. Jego twarz wyglądała na poczciwą co powodowało, że ludzie czuli się przy nim niepewnie. Niczym dobro i zło w jednej osobie. Jeszcze jedna postać wyłoniła się zza nich, sylwetką przypominał człowieka, lecz patrząc na pozostałych towarzyszów można się było spodziewać wszystkiego. W tawernie zamarła cisza, kobieta rozejrzała się po pomieszczeniu, po czym razem z dwójką towarzyszy ruszyła wprost w stronę baru. Pozostała dwójka pozostała przy wejściu, jeden stanął przy drzwiach, drugi nieopodal niego przy filarze. Kobieta oparła się dłonią o kontuar siadając na stołku, zagadnęła dłonią do karczmarki. Ta wyglądała jakby ją wmurowało, dalej nieświadomie polerując kufel. Nieco otrzeźwiała i podeszła niepewnym krokiem w kierunku postaci. Kobieta nachyliła się dopytując o pewnego mężczyznę, nie mogła sobie dokładnie przypomnieć imienia, lecz mowa była o pewnym elfim łowcy. Karczmarka zmrużyła ślepia usilnie starając sobie przypomnieć wśród wszystkich przez siebie zasłyszanych plotek to imię, lecz nic nie przychodziło jej na myśl. Raptem podszedł do niej mężczyzna ubrany w zieleń i czerń. Poprosił o pięć kufli piwa, właścicielka karczmy zerknęła na kobietę, następnie na mężczyznę i ruszyła do beczki. Para wymieniła między sobą kilka zdań. Po czym od zniechęcenia rozejrzała się po karczmie, w której o dziwo nie ostał się nikt poza jednym pijanym śpiącym na barze.
      Nagle dało się gdzieś słyszeć głuche kroki, ktoś schodził z piętra po schodach. Deski trzeszczały po każdym kroku, doskonale zwiastując czyjeś nadejście. Zza ściany wyłonił się mężczyzna w podeszłym wieku, w dłoni dzierżąc swą włócznię. Miał na sobie długie skórzane spodnie ciasno upchane w średniej wysokości buty, tors całkowicie odkryty, widać było na nim wiele blizn. Na głowie zaś przywdzianą maskę z niedźwiedzia polarnego. Podszedł do kontuaru jakby nic, czując na sobie wzrok zebranych. Spojrzał na karczmarkę i zagaił radośnie.



– Hejże, kaczmareko! Daj kupić to co zwykle! – rzekł siadając na stołku. Mężczyzna stojący z tyłu również poprosił o kufel. Spod kaptura postaci stojącej przy filarze dało się słyszeć fuknięcie.
– A Ty Khared, bratasz się z kim to, przy tej ladzie? – wydobył się dźwięk przypominający świszczenie i chrypę.
Odziany w czerń osobnik stojący przy drzwiach odgarnął kaptur z głosy ukazując swe oblicze. Włosy białe splecione w warkocz, uszy jak u elfa, jedyne co go od nich odróżniało to czarna skóra i szkarłatne oczy. Oparł sobie kosę o obojczyk dłonie krzyżując na piersi i przyglądał się spokojnie otoczeniu.
Mężczyzna o imieniu Khared odwrócił się do towarzysza – A kto tutaj mówi o brataniu Maff? – przekręcił łeb spoglądając na umarlaka.
Mężczyzna ubrany w zieleń i czerń spojrzał na staruszka – Ciekawe odzienie Pan nosi, szczególnie na głowie
Żeś młody, to i żeś mało widzioł – rzekł starzec.
Khared rozejrzał się po karczmie - Młodych to tutaj przyjacielu nie uświadczysz. Maffaer roześmiał się chrypliwie słysząc te słowa.
– A kim Ty jesteś, jeśli wolno spytać?
Starzec uśmiechnął się jedynie – toć mym dzieckiem byś mógł być, a kim ja jestem? Jestem staruszkiem, który lubi wyzwania!
Khared pokiwał głową – Coś konkretnego?
- W młodości lubiłem walczyć, dawnom żem tego nie robił może uraczysz mnie jedną żebym rozruszał te stare kości? – odparł.
- A i chętnie zobaczę z czegoś ulepiony – Khared odłożył swą włócznię oraz plecak na bok rozciągając ramiona. Starzec stanął naprzeciw, jedynie się lekko uśmiechając uniósł dłonie gotów do walki. Karczmarka patrzyła na tą scenę niewzruszona jedynie przewracając oczami.


– Znowu to samo... - wyszeptała sama do siebie wracając do swych zajęć. Walka jednak trwała krócej niż ktokolwiek by przypuszczał. Staruszek błyskawicznie doskoczył do Khareda, nim ten zdążył się spostrzec już leżał rozciągnięty na ziemi. Otrzepał spodnie, usiadł na stołku biorąc spory haust piwa.
      Jak tylko pokonany doszedł do siebie starzec zaprosił wszystkich do wspólnego posiedzenia zamawiając u barmanki tyle trunków, że nie jeden by się po ich spożyciu przekręcił. Wysłuchawszy ich opowieści, zaproponował pojedynek, kto wypije więcej i dalej będzie w stanie utrzymać się na nogach wygra. Wskazał dłonią mężczyznę w czerni i zieleni, który przedstawił się jako Xargos Van'Ro oraz mrocznego elfa Zilv'rila Teken'duis. Jak się okazało dziadunio miał głowę do tego typu spraw i alkohol choć mącił mu w głowie, nie podziałał na niego tak jak na Xargosa, który mówiąc kolokwialnie zarzygał się aż do nieprzytomności. Drow wiedząc na co się pisze zażył wcześniej odtrutkę, przez co alkohol nie wpłynął na niego znacząco. Staruszek natomiast stał się bardzo rozmowny, opowiedział obecnym o mężczyźnie o imieniu Beretor, tym samym o którego przyjezdni pytali wcześniej karczmarkę. Był on jednym z łowców, a zdarzyło się onegdaj, że spotkał na swej drodze Ognistą Smoczycę, którą towarzysze już mieli możliwość ujrzeć. Miała ona syna, który jednak miał pewną przywarę, porywał i więził młode dziewki, ponoć drowie. Gwałcił je, torturował, a kiedy kończył z nimi zabawę, truchła rzucał wywernom na pożarcie. Przesadził jednak porywając bliżej nieznaną kapłankę tej rasy, gdyż mroczne elfy nie wybaczają. Wysłały oddział upadłych w celu zażegnania problemu. Ich celem było zabicie syna Smoczycy i niewiele by zabrakło, żeby tak się stało. Jednak smocza matka zaprzysięgła założenie gniazda w mieście drowów, jeśli te nie odpuszczą. Kiedy wojska mrocznych się wycofały, Beretor jako jeden z łowców i wysłannik kręgu druidów miłujący dobro nie mógł znieść takiego okrucieństwa i dokończył dzieła. Z jego rąk dziecię Smoczycy dokonało swego żywota. Ta zrozpaczona po utracie jedynego dziedzica, wpadła w furię. Znając słabość Beretora do rasy feniksów postawiła sobie za cel zmieść z powierzchni ziemi ich gatunek. Od tamtej pory nikt nie widział, ani nie słyszał o dzielnym łowcy.




Starzec wspomniał również o miejscu, gdzie rzekomi strażnicy mieli swą siedzibę. Z tego co mówił znajduje się ona na Ilshenar, pomiędzy kielichem, a miastem blasku. Tam trzeba odszukać znaki, które poddadzą wędrowców próbie. Ten kto jej podoła dostąpi zaszczytu wejścia, lecz niegodnych spotka coś o wiele gorszego niż gniew Smoczycy.
      Śmiałkowie zasugerowali się słowami mężczyzny i wyruszyli na odległe lądy w celu odnalezienia siedliska łowców, a co za tym idzie, samego Beretora. Wzorując się na wskazówkach, po wielu długich dniach, tygodniach podróży, gdzie na swej drodze borykali się z nieprzewidywalną dżunglą, istotami z piekieł, nieumarłymi i samą matką naturą dotarli do celu. Znaleźli tam totemy, które emanowały potężną mocą tworząc barierę nie do przejścia. Na nich znajdowały się instrukcje umożliwiające ukończenie próby, aby to uczynić należało w pierwszej kolejności odnaleźć słowa łowców, które stanowiły klucz. Towarzysze długo rozmyślali jak podołać zadaniu, wreszcie postanowili się rozdzielić. Każde miało się udać w inne miejsce, aby zwiększyć szansę powodzenia misji.




Zgodnie z tym co udało im się ustalić, słów było sześć. Każdy więc ruszył w inne miejsce, były to Coventus nazwane tak na cześć miasta leżącego nieopodal i zamieszkałe przez lud jaszczuroludzi, Wind porzucone przez świat jaskinie, w których zagnieździły się mroczne sługi i nie lada upiory, Wrong pod panowaniem nieumarłych, Lodowa Wyspa pełna zasadzek i nieprzewidywalnej pogody, Despice, gdzie królują orki oraz siedlisko, którego strzegł Kamienny Smok.




      Mając wszystkie części łamigłówki towarzysze komunikując się poprzez gołębie, postanowili ponownie spotkać się z tajemniczym starcem. W tym celu każde z nich miało powrócić jeszcze raz do tawerny znajdującej się w mieście Vesper. Kolejny raz spotkali tam owianego tajemnicą człowieka, który koniec końców przedstawił się jako Barbarzyński Łowca, Serca Krwawego Cesarza - Vilner Kihestis. Opowiedział on im o jeszcze jednej brakującej rzeczy, która pozwoli im przejść dalej. Mowa była o tajemniczej kuli będącej w posiadaniu wiedźm. Tak też ponownie nasza drużyna wyruszyła w drogę. Podróż zajęła im jedynie parę godzin, gdyż tajemnicza kobieta o imnieniu Valentinne posiadała nieopodal bramę, a do jej wywołania wystarczyło wypowiedzenie słów ,,Vas Rel Por". Na miejscu zastali wyludnioną wioskę, kiedy drow zaczął przeszukiwać domostwa, z jednego z nich wyszła stara wiedźma. Po krótkiej rozmowie zaproponowała pakt, w którym zarządała od Valentinne krwi elfa królewskiego rodu. W razie niepowodzenia, jeżeli w ciągu 10 lat się on nie dopełni, kobieta miała utracić wszelkie magiczne zdolności.



W celu uzyskania kuli, zaprowadziła towarzyszy do największego z domostw, w jego wnętrzu ujrzeli największy kocioł jaki w życiu dane im było zobaczyć. Wiedźma rozpoczęła rytuał, a po jego ukończeniu wręczyła szklistą kulę kobiecie. Jednak, aby kula zyskała na mocy musiała pochłonąć ogromne ilości mocy.



      Drużyna czym prędzej udała się do leśnej osady Yew, gdzie miał ich oczekiwać jeden z ich szpiegów. Kula została przekazana w jego ręce z poleceniem przejęcia mocy jednego z artefaktów przetrzymywanych na zamku w Brytani. Na tym ich drogi się rozeszły, lecz jeśli wierzyć plotkom, strażnicy artefaktów złapali szpiega i uwięzili go w lochach pod zamkiem.




Sama kula przepadła i los wyprawy wisi na włosku. Czy uda im się przezwyciężyć przeciwności losu i spełnić swe marzenie? Na pewno się nie poddadzą i choćby mieli iść przez ciernie, ich cel, wskaże im drogę i prędzej czy później dopną swego...


Gofer

życie za krótkie aby się denerwować innymi, po za tym jak się denerwujesz, to Ci się ręcę trzęsą, oddech masz urywany i muszka ze szczerbinką gorzej współgra

jestem przyjaznym GM-em - powiedziałem i rzuciłem 150 graczy na pożarcie Panu Smoków - najadł się
@Aqe " bo kobieta to tez czlowiek"

Savek

#7
-Przestań się lenić! Zakładaj onuce bier siekierę i pędem na zamek!
Wyrwany z letargu Marcz patrzy tępym wzrokiem ma Pana w stosunku do którego nie czuł żadnych emocji, skinął głową i pospiesznie podreptał do chaty po siekierę. Chwilę później siedzi już na siwku który kłusem idzie traktem ze Skara w stronę dawnej stolicy. Przeklina w myślach system w jakim przyszło mu żyć, uprawiać Pańską ziemię opodal mostu do miasta Skara Brae a jak przychodzi co do czego i przelewać krew w konflikcie o którym nie ma żadnego pojęcia.

Na zamku tłum ludzi, gwar, masa zbrojnych, rozkazy, krzyki - nawet opodal świątyni.
Po co kazano mu tu przybyć- nadal się nie wie. Nikt nie drze się bezpośrednio na niego więc zapada ponownie w letarg oparty o kamienną ścianę.

Budzi go szczęk broni i krzyki:
-Tam jest! bij go zabij!
*szczęk broni o kamienie*
*krzyk*
*jęk, który po chwili zamienił się w gulgot po czym w syk*

Już wleką truchło, już ktoś obrzyna łeb coby osadzić na pal...

W ogólnym zamieszaniu Marcz wchodzi po schodach- kieruje nim ciekawość co też kryje się w takim miejscu. Nigdy wcześniej tu nie był pewno nigdy więcej nie będzie, poza tym krew i flaki zawsze go rozśmieszały a właśnie stad wyciągnięto nieszczęśnika...
Trafia do komnaty z bogato zdobionymi kamiennymi meblami i w tej chwili chłopska natura bierze górę- zaczyna przeglądać regały stojące przy wejściu.



Znajduje dziwy przedmiot z czymś co bardzo przypomina pulsującą krew w środku... Ignorancja nie pozwalała mu nawet pomyśleć o tym, że jest to coś czego nie należy dotykać ani tym bardziej chować do sakwy...
-Niech mam jakiego pamiętnika z tej dziwnej eskapady - pomyślał
*zakaszlał*
*splunął krwią*
-To coś nowego... -Znowu ignorancja bierze górę
Leniwym krokiem wraca na dół i opiera się o tą samą kamienną ścianę.
-Zaraz pewno odeślą do chaty nawet bez jadła - pomyślał, gdy kiszki zaczęły się dziwnie skręcać.

Jakiś czas później dowie się, że był to dopiero początek bolesnej i zapewne śmiertelnej przemiany...
Dowie się również, że ów skradziony przedmiot ściągnie mu na głowę wiele stworzeń tego świata z którymi nigdy nie chciałby mieć do czynienia w swoim dotychczasowym życiu...



Ktoś powiedział, że gdyby milion małp stukało w klawiatury przez milion lat w końcu której udałoby się napisać wszystkie dzieła Shakespeare'a. Dzięki Naszej Klasie wiemy, że to kompletna bzdura

FoX

#8
   To był zwyczajny dzień w Vesper, ze względu na duże targowisko wokół panował gwar, kupcy jak co dzień przekomarzali się ze swymi klientami, przekrzykiwali się wzajemnie próbując zachęcić ludzi do zainteresowania się ich towarami. -Świeże pachnące zioła! - wołał jeden, inny zaś - Najsmaczniejsze jadło w Sosarii, zapraszam Państwa! Między straganami biegały roześmiane dzieci, które przybył do miasta w raz z rodzicami, przejeżdżały wyładowane towarem wozy, spacerowali ludzie. Wtem, codzienna rutynę przerwał huk spowodowany falą energii, która z kolei był efektem zaklęcia teleportacyjnego pewnego półdemona. Targowisko na moment zamarło, a ludzie skierowali wzrok na delikwenta. Khared stał, na placu bankowym lustrując wzorkiem gromadę na targu. Zamaszystym ruchem odrzucił plaszcz na bok, obrócił sie w strone banku i zaczął maszerować. Przekroczywszy próg rozejrzał sie po pomieszczeniu, w środku poza bankierką przebywały jeszcze dwie osoby. Nieznany mu łucznik, oraz Maffaer bądz to co z niego zostało. Truposz gdy tylko wyczuł obecność swego przyjaciela od razu rzucił w jego kierunku
-A cóż tu tak śmierdzi!? - prezentując kobiecie za lada resztki uzębienia.
-Zapewne Ty Maff -zripostował bez namysłu Khared - To nie czas na żarty. - Przekierował spojrzenie na nieznajomego. - My się chyba nie znamy? - zmarszczył czoło.
Łucznik szybko wstał z krzesła podszedł do zakapturzonej postaci wyciągając dłoń w geście powitalnym - Araal. Lecz Khared nie popisał się zbytnio kulturą gdyż w niemal tym samym momencie odwrócił się do nieumarłego i zapytał - A reszta gdzie?
-Zapewne w drodze. - odpowiada Maffaer. Połdemon coś burknął i odwrócił się w stronę okna wypatrując towarzyszy. Po krótkiej chwili do banku zawitał Xargos, oraz Valentina.
-Jesteśmy już wszyscy? - zapytał zebranych.
-Jeszcze czekamy na Zilv'ril - odburknęła Val - co prawda mroczni maja tyle wspólnego z punktualnością co ja ze sztuką ale cóż... miejmy nadzieje, że prędko się zjawi.

Po dłuższej chwili spędzonej martwej ciszy, dźwięku ostrzonej kosy przez Maff i jakże irytującego stukania pazurów sukkuba o blat bankowy z dworu zaczęły dobiegać krzyki.
-Z drogi! Na bok! - rozdzielane piskami dziewek, przekleństwami rzucanymi w stronę jeźdźcy.
-To za pewne on - rzekła Val. - Chodźmy do karczmy...
-Nie - sykną Khared - ściany maja uszy.
-Masz racje, coś sugerujesz? - skierowała wzrok na spirytyste. Khared rozejrzał się po zebranych i odrzekł.
-Znam pewne miejsce, miejmy tylko nadzieje, że prawowici mieszkańcy tej pieczary nie będa mieli nic przeciwko - spirytystka skinęła głową, a połdemon zaczął tworzyć bramy w tamto miejsce. Gdy upewnił sie, że wszyscy towarzysze przeszli na drugą stronę, wszedł za nimi zamykając portal. Wylądowali przed zapomniana krypta przedwiecznego.
-Wątpię, żeby nas tutaj znaleźli, ale miejcie oczy otwarte i zachowujcie sie z nalezytym szacunkiem do tego miejsca - rzekł Khared.
-Idźcie, idźcie - poganiał wszystkich Xargos, mamy mało czasu, a wiele do omówienia. - Wszyscy zeszli do krypty i udali się do głównej sali, w której mogli bezpiecznie spocząć. Zajeli miejsca przy kamienny stole, wymienili sie wzajemnie spojrzeniamy, w których wyraznie malowała sie silna irytacja spowodowana niedawnymi wydarzeniami. Valentinne od razu przeszła do rzeczy.
-Gdzie ten nieudacznik Squall? - towarzysze wzruszyli ramionami.
-A kto to wie... -machnął reką Xargos. - Zapadł sie pod ziemie - dodał Zilv'ril.
-A czy chociaż wiemy kto stoi za kradzieżą kuli? - zapytała demonica
-Nie, nie wiemy... Ale krążą pogłoski, że sprawca zaszył sie w Skara. Wśród dawnych gwardzistów Brytanii. - rzucił jeden z zebranych, a w sali aż zawrzało.
-Czyli to oni stoja za przywłaszczeniem mojej własności! - wybuchła Val. - Jakieś sugestie? Co powinniśmy zrobic? - przy stole ponownie zawrzało.
-Powinniśmy ich wyciąć w pień! - krzyknał Maffaer, mroczny elf przytaknał.
-Masz racje przyjacielu, powinni jakoś zapłacić za tą zniewage, ale byc moze mamy cos lepszego w zanadrzu - usmiechneła sie szyderczo Valentinna. - Zapomnieliśmy o czymś jeszcze... - po czym wyjęła coś ostrożnie z plecaka i położyła przed wszystkim na stole.
-No tak... - wyszeptał Xargos, nie odrywając wzroku od statuetki.
- Wrota spaczenia... -mrocznemu elfowi, aż zaświeciły się oczy. A Maff uformował swój krzywy zgryz coś na kształt uśmiechu. Demonica z wielka satysfakcja w oczach przyglądała się zebranym. Wtem, wtrącił sie Khared, który ze stoickim spokojem obserwował towarzyszy.
-Mam inny pomysł nie działajmy pochopnie. - zebrani przekierowali swe spojrzenia na półdemona.
-Słucham Khared. - rzekła Val
-Spróbujmy nawiązać dialog. Sami do końca nie wiemy do czego zdolna jest kula. Wiemy tylko, ze jest niestabilna i ciągnie za sobą jakąś zarazę... A jak Cie znam, z Twej cząstki nie może powstać nic dobrego.  Kto wie do czego jest zdolna dzierżona przez nieodpowiednia osoba. Może wykorzystajmy ten fakt, aby skłonić władze miasta, w którym ukrywa się ta szuja, aby zareagowała. Wątpię by chcieli ryzykować, wybuchem epidemii lub czymś gorszym... - Val, spojrzała na każdego z osobna.
-Może faktycznie masz racje - zamyśliła się. -Xargos, masz przy sobie jakieś czyste zwoje i pióro?
-Owszem, skryba bez pióra to ch... może nie będę kończył - wyjął zza pasa kilka zwojów pergaminu oraz pióro z plecaka i podał je sukkubowi. Demonica nie zwłocznie zaczęła adresować list do władz Skara i zapełniać pusta stronice. Zawinęła świstek papieru w rulon i wręczyła go Xargosowi aby ten jako jej posłaniec wręczył list któremuś z przedstawicieli miasta i umówił spotkanie. Zadanie nekromanty zlecone przez Val nie trwało zbyt długo, Xargos teleportował się do miasta, dzięki swoim koneksją szybko skontaktował się z władczynią po czym niezwłocznie wrócił w miejsce zebrania.
-Wszystko załatwione, mamy udać się do Skara. - mężczyźni oraz Valentinna, zaczęli zbierać się do drogi.

Jednak jak się okazało po przybyciu na miejsce list, który wysłali miał delikatnie mówiąc dosyć agresywny charakter, ale w sumie czegoż spodziewać się po impulsywnej istocie pochodzącej z samej otchłani? W dodatku spór, który demonica toczy od jakiegoś czasu z władzami również nie przechylał szali na korzyść drużyny. Zamiast do dialogu, nici porozumienia doszło jedynie do przepychanki słownej, żadna ze stron nie chciała słuchać drugiej. Temperament Val wziął górę, rozwścieczona pognała rumak przez most w stronę lasu. Maff, Khared i Xargos pognali za przedstawicielami miasta, którzy z kolei udali się w stronę banku. Musieli dojść do jakiegoś porozumienia aby uniknąć rozlewu krwi. Gdyż zdawali sobie sprawy czym może skutkować otwarty konflikt zbrojny, bądź otworzenie Wrót Spaczenia. Jednym z przedstawicieli miasta, który stał u boku władczyni był dawny przyjaciel półdemona. To była jedyna szansa. Khared z Netriusem udali się w ustronne miejsce, półdemona zaczął tłumaczyć możliwe następstwa przebywania kuli w mieście. Niechętnie, ale po czasie i długiej wymianie zdań prawa ręka Lostarii zapewnił spirytystę, że nie zbagatelizuje sprawy i postarają się ustalić i poinformować go czy kula faktycznie znajduje się w mieście, a jeśli tak kto ja posiada, oraz jakie ma wobec niej zamiary. Nie pozostało nic tylko oczekiwanie na odzew Skara.

|chris|

Po rozmowie z Kharedem, Netrius Alinde stał jeszcze chwile w miejscu i wpatrywał się w niebo. W końcu, z cichym westchnieniem, ruszył w stronę banku, gdzie spodziewał się znaleźć przynajmniej część drużyny, która kilka dni wcześniej złapała nieporadnego złodzieja próbującego dostać się do zawartości złotych skrzyń za pomocą tej nieszczęsnej kuli. Szaman rozejrzał się po pustym pomieszczeniu i wyciągnął z podróżnej sakwy stertę pergaminów i magiczne, gęsie pióro, w którym nigdy nie brakowało atramentu. Chwilę później stado gołębi wyleciało przez otwarte drzwi i ruszyło w poszukiwaniu odbiorców krótkich listów.
Netrius przysiadł na ławce na niemal pustym dziedzińcu i spokojnie rozmawiał z Lostarą Aldaron. Oboje nie spuszczali oczu z Xara. Spirytysta bawił się magią ognia i nie zwracał na nic uwagi.
Nie minęło wiele czasu, nim plac bankowy zaroił się od magów i wojowników. Gwar narastał, a atmosfera robiła się napięta, mimo że nie zostało jeszcze wypowiedziane ani jedno słowo. Netrius wstał powoli i trzykrotnie stuknął szamańską laską o drewniane schody. Głuchy odgłos potoczył się  echem, uciszając zebranych.
- Zapraszam wszystkich do karczmy – Netrius uśmiechnął się delikatnie. - Jest to najbezpieczniejsze i z pewnością jedno z przyjemniejszych miejsc w okolicy.
Szaman dał znak ręką gwardzistom, by pilnowali karczmy przed szczurami. Spojrzeli pytająco na Lostarę i dopiero na jej znak wykonali polecenie. Netrius westchnął znudzony i zagwizdał cicho, a z pobliskich lasów przyleciało kilka sokołów, które zaczęły krążyć nad karczmą i przyglądać się okolicy swymi bystrymi oczami.
Kiedy wszyscy już rozsiedli się na krzesłach, Netrius wyciągnął z sakwy list i położył go na stole.
- Taki oto list został dziś dostarczony do Skara Brae. Napisany ręką Valentinne, mianującej się Namiestniczką Wolnego Księstwa Minoc i wypowiadającej się w imieniu całego Wilczego Bractwa – zielonowłosy szaman uważnie przyjrzał się zebranym. - Grozi nam zesłaniem plag i przelewem krwi, jeśli nie zwrócimy jej własności. Tak określa kulę, która jest w posiadaniu Xara, jeśli się nie mylę.


Wszyscy spojrzeli na spirytystę, który nerwowo zerknął na swój tobołek.
- Nic nie mam – odpowiedział, w dalszym ciągu bawiąc się przerzucaniem iskierek pomiędzy rękami.
- W każdym razie – Netrius kontynuował, ponownie skupiając swoją uwagę na zebranych – choć zdecydowanie nie ufam Valentinne, jestem w stanie zaufać Kharedowi, z którym wiele wspólnie przeszliśmy. Trzymać ten przeklęty przedmiot, skażony krwią Valentinne w mieście pełnym rolników, zielarzy i innych rzemieślników, nie byłoby roztropne. Jestem ciekaw Waszej opinii.
Szaman usiadł na krześle i sięgnął po kielich wina. Delektując się jego cierpkim smakiem, w skupieniu przysłuchiwał się zebranych.
- Na jakich prawach rości sobie pretensje do tej kuli? Kula leżała na zamku! Złodziej nasłany przez Valentinne próbował ją wykraść, nie należy do...
- Nie, nie. Za pomocą kuli próbował nas okraść...
- Oddać, żeby znów nam próbował z jej pomocą zaszkodzić?
- Dać wrogowi broń...
- Zniszczmy ją. Tak plugawy przedmiot nie może...
Ciche skrzypnięcie i delikatny powiew rześkiego, nocnego powietrza.
- Kolejna groźba? To się chyba już nigdy nie zmieni...
- Dajmy ją naszym arcymagom, poznajmy jej sekrety...
- Sprzedajmy ją Valentinne. Niech...
- Wykorzystajmy ją na swoją korzyść...
Żywe dyskusje toczyły się godzinami, a napięcie nie malało.
W pewnym momencie uwagę znużonego Netriusa przykuła ciemność, która zapanowała w karczmie. Zniknął płomień, którym bawił się Xar. Łącznie ze spirytystą i grupką innych ludzi.


Tymczasem w Cove

- Masz kulę?
- Pewnie, że mam. Ja wszystko mam.
- Kładź ją tutaj.
- Jak to zrobimy?
- Znam właściwe słowa. Rysuj znaki według inskrypcji na tym pergaminie.
- Gotowe.
-Viran se lan'aan? Ir annala for ros... Nae! Ga rahn s'dael! Ga rahn! Ir emah'la shal! Ir emah'la shal!
Z nieba spłynął oślepiający strumień srebrnego światła, a kula rozprysła się na miliardy części. Część pyłu odleciała w stronę morza, niesiona wiatrem, a część kuli pozostała na ziemi w postaci bulgocącej, bordowej substancji, która po chwili ostygła i znieruchomiała.


- Zajmę się resztą.
Postacie rozeszły się. Tylko jedna osoba została, by dokończyć dzieło zniszczenia.

Nanuki

Kal Vas Flam , *medytacja*, Kal Vas Flam , *medytacja*, Kal Vas Flam ... klęska Valentinne wpędziła ją w pętle monotonnego treningu. Za błędy się płaci - pomyślała, rzucając kolejny raz Ognisty płomień w spopielony już świstek papieru leżący na ziemi. Osłabiona i wątła osoba, zwątpiła w dalszy sens egzystencji. Nic nie wyszło, wszystko przepadło. Stojąc na krawędzi, i bawiąc się tym ogniem w nieskończoność, zwróciła uwagę, na zjawisko załamania światła w kącie domu. Zaczęła się przed nią materializować postać. Brudne buty, ubłocone, ozdobione kawałkami trucheł leśnych zwierząt, długa ciemnoszara toga, spod której wystawały brudne dłonie, pokrzywiona postura. Wiedźma wykrzywiła usta kręcąc głową spoglądała na wychudzoną postać.

NIKT nie zniszczy mojego artefaktu. Spotkaj się ze mną tam gdzie ostatnio, lecz tym razem przynieś ze sobą 100 fiolek krwi besti, 100 fiolek krwi lodowej besti, 100 fiolek krwi smoka, 10 fiolek krwi arsytokraty oraz 10 fiolek krwi przedwiecznego. Będe również potrzebowala 400 sztuk szkła. Śpiesz sie! - Wiedźma zniknęła.



- Wzywam Szarą Wiedźmę - wykrzyczała Valentinne opierając się cięzko na Drowie, który jej towarzyszył. - Aurynn'rha, jestem!- Wiedźma wyglądała z wysokiego budynku na dwór. Zmierzyla wzrokiem przyjezdnych po czym pojawiła się przed nimi. - Masz wszystko? doskonale. Chodz za mną -


Wielki kocioł jak za pierwszym razem stał na środku zbyt czystej jak na gust Valentinne chaty. Wiedźma zodebrała od Valentinne worek z przedmiotami i udała się nad kocioł.
Wiedzma wrzuciła szkło które momentalnie się stopiło. Następnie krew bestii wymieszała z krwią lodowej bestii. Kolejnie wrzucila krew smoka co spowodowalo, ze trujący opar wypełnił chate. Jeszcze tylko krew arystokraty oraz krew przedwiecznego .... i .... - za kilka ziaren bedzie gotowe - powiedziala Wiedźma schodząc na dół.



- Teraz powiedzcie mi, jak żeście to zrobili? zawiedliście w łatwiejszej próbie - Zilv zaczął tłumaczyć co się wydarzylo, kiedy bezsilna Valentinne usiadła na ziemi. Wiedźma nie była zadowolona z tłumaczeń, wysłuchując całej historii zadała pytanie - czy będziecie gotowi w takim razie podołać trudniejszej próbie? - Valentinne ochrypniętym głosem zapewniła wiedźme, że tym razem im się uda...



Teraz posluchajcie mnie uważnie - zaczęła wiedźma - poprzedni sposób był najłatwiejszy, ale nie jedyny. Istnieją dawne świątynie. Powinniście znać jedną z nich. Aktualnie myśle o tej, która znajduje się pomiędzy Vesper a Minoc. Upadła bogini której imienia juz nikt nie wymawia. Jak zaczniecie tam szukać, to pod nią a raczej pod tym co z niej zostało jest loch. Kiedyś to były krypty, ale po upadku Bogini, wszystko znikło. Tam odnajdziecie nie tylko moc do napełnienia kuli, ale i złamany artefakt upadłej Bogini. Wole nie mówić jej imienia, bo to dla mnie niebezpieczne. Tymczasem weź tą kule, ach... i jeszcze jedno. Nie starajcie się wygrać za wszelką cene, bo nie wyjdziecie z tego żywi. To nie jest zwykły loch... *wiedźma wyszczerzyła resztki pożółkłych zębów*...




W Vesper panowała cisza. Ze względu na pore - środek nocy-  Te same duże targowisko wokół było opustoszałe, kupcy którzy za dnia przekrzykiwali się wzajemnie próbując zachęcić ludzi do zainteresowania się ich towarami znikneli. Zilv powolnym krokiem zmierzał w kierunku Północnego mostu gdzie miał spotkać sie z Valentinne. W momencie kiedy noga Drowa stanęła na moście, pojawił się na nim Czarny Portal, z ktorego wyszła wychudzona kobieta. - Nie miałam siły biec, wybacz - Zilv skinął głową i tym samym spokojnym krokiem zaczął kierować się w stronę zapomnianej już świątyni. W głowach rysowały się czarno-białe kolumny, i płytki o tym samym kolorze.


Świątyni Erenthi wyglądała w świetle księżyca jeszcze gorzej jak za dnia. Połamane płytki, skruszone kolumny, zarwane schodki. Miejsce żalu, do którego żywa dusza sama by nie przyszła. Jedyną w miarę zachowaną konstrukcją był posąg. Poza kilka pęknięciami tu i tam, zdawało się jakby ząb czasu nie ingerował w ten kamień.

Posąg przemówił - czy jesteście gotowi zmierzyć się z samym sobą? - Sukkub i Drow jednocześnie skineli głowami, czego efektem był uderzający natłok myśli, osłabiający drużyne *czujesz cięzar swych win*.



Zilv i Valentinne znaleźli się w krypcie, do której wcześniej nikt nie miał wstępu. Wielkie dziwne pomieszczenie wypełnione bezkształtnymi postaciami.
Valentinne ruszyła do przodu. Postacie spojrzały na Demonice oczami czarnymi jak kawałki węgla, po czym zaczęly przybierać tą samą wątłą postać która aktualnie była kobieta. Dwudzieścia, Może trzydzieści kobiet, ruszyło powolnym krokiem atakując drużynę. Nie byli specjalnie silnymi przeciwnikami, co pozwoliło Zilv'owi dosyć sprawnie poradzić sobie z postaciami sobie odcinając im łby jeden po drugim.



Upewniwszy się , że droga jest bezpieczna, Zilv pewnym krokiem ruszył wąskim, słabo oświetlonym tunelem. Valentinne kroczyła za nim. Z każdym kolejnym krokiem słyszeli coraz głośniej *wyznaj swe grzechy*.  

Na końcu korytarza siedziała postać. In Lor - wyszeptała kobieta-. Postać była ubrana w cięzką zbroje płytową. Okryta była ciemną togą, z kolei wyróżniał się płaszcz. Piekny zdobiony złoty płaszcz. Zaraz.. przecież to Ty Zilv.
Drugi Zilv zobaczył zbliżające się postacie, wstał i powiedział głośno -wyznaj swe grzechy - Postać szybkim krokiem ruszyła w strone wojownika. Z każdym ciosem, klon Zilva zdawał się być coraz silniejszy. Szybka wymiana pchnięć, po czym znowu postać przystanęła i powiedziała  -wyznaj swe grzechy -. Zilv odpysknął coś, że może co najwyżej odciąć łeb swojemu klonowi, i to byłby jego grzech. Naśladowca bez emocji, ruszył na Zilva nacierając coraz mocniej. Drow zdawał się mieć coraz wieksze problemy. - Dosyć! - wykrzyczała kobieta

Kopia Zilva przystanęła, spojrzała na Sukkuba i rzekła: Póki nie zaprowadzicie sprawiedliwości w przynajmniej jednym swoim grzechu, nie spotkacie się z kolejnym strażnikiem.




W głowach Drowa i Demonicy zaczęły pojawiać się różne obrazy.. w tym momencie lustrzane odbicie zniknęło, a Valentinne i Zilv wiedzieli co muszą dalej zrobić....









Nanuki

#11
Odbicie lustrzane Zilva nie rózniło się prawie niczym od Oryginału. Jedynie oczy.. te czarne puste oczy nie wyrażające żadnych emocji, i ten głos który do teraz rozchodzi się w głowach.
Valentinne i Zilv zostali postawieni przed wyborem. Mieli przejść próbe, a każde z nich po jednej. "Póki nie zaprowadzicie sprawiedliwości w przynajmniej jednym swoim grzechu, nie spotkacie się z kolejnym strażnikiem".

Valentinne wiedziała co ma zrobić, z miną zbitego psa wpatrywała się w swoje buty, kątem oka obserwując wyraźnie podnieconego Zilva, który aż wyrywał się do dalszego działania. Magiczna moc strażnika przeniosła bohaterów z powrotem w okolice Vesper. Mieli czas zastanowić się nad tym jak sprostać tym próbom. Rozeszli się. Co prawda, wspólna przygoda zbliżyła do siebie troche bohaterów, nie mniej jednak pożegnali się bez emocji zwykłym skinieniem głowy.



Zilv'ril Teken'duis

[ Grzech Przeszłości ]


W głowie przewijał się jak echem głos "Twoja zemsta, to puste słowa, nie jesteś warty..."
Zilv zerwał się na równe nogi i wybiegł z budynku. Zacisnął rękę na broni wściekły jak głos kolejny raz powtórzył mu te słowa. Jak on śmiał? Zatłuke ścierwo! Wypatrosze i ozdobie jego flakami podłoge! Pieprzony wąż!

Drow stanal na dziedzincu, rozgladajac sie z uwaga. Spojrzal na monument, byla pozna noc, co wiele nie zmieniało z powodu panującego wokół mroku. Do jego nozdrzy przywędrował znajomy zapach. Ah, wiec ona jest tutaj... - nie czekając długo, pociągnął wodze swego jaszczura kierując się wonią. Tak dotarł do wejścia do kopalni, skąd dochodziły uderzenia kilofów niewolników. Zeskoczył z wierzcha i ruszył powoli wąskim przejściem. Strażnik oparty o swą włócznię najwyraźniej zasnął, reszta była zajęta swymi czynnościami. Wreszcie dojrzał ją w jednej z odnóg jaskini. Pracowała zawzięcie, spojrzał na kapłankę - co za obraza dla rodu szlacheckiego, żeby kobieta pracowała. Stanął tuż za nią - Vendui Kaplanko Nha, przybylem tutaj, abyś wreszcie Ty i Twoi bracia zadośćuczynili za krzywdy, które moja Matka i mój ród przez was wycierpiały, nadeszła chwila zemsty. Wyciągnął kosę celując nią w kobietę. Ta spojrzała na młodego drowa gniewnie z furią w oczach, była to ostatnia rzecz jaką zobaczyła. Wyciągając nóż sprawnym ruchem uciął łeb z martwego ciała, rozczłonkował je totalnie, delektując się każdym cięciem. Po wszystkim zakrwawione trofeum wrzucił do worka, mocując do siodła swego jaszczura. Ten czyn miał się odbić echem w Har'oloth Videnn, oto nadeszła chwila, na którą Zilv czekał całe życie. Jedna z osób współwinnych zapłaciła już cenę za swoje poczynania. Rozpoczęło się polowanie, tym razem ród Teken'duis nie podda się tak łatwo, tym razem wkroczy dumnie na piedestał hierarchii domów i zapiszę się ponownie w historii jako najkrwawszy z rodów podmroku.


Zilv spojrzał na zegarek. Zadanie wykonane. Czas odnaleźć Valentine...






----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------






Valentinne

[ Grzech Pychy ]


Valentinne siedziała w banku z rękoma założonymi na piersiach, analizując głos który co jakiś czas odzywał się w jej głowie. "Uznana za jedną z najwybitniejszych, będziesz służyła swojemu wrogowi. Spełnij jedną zachciankę swojego wroga". Za każdym razem jak Demonica wracała do myśli, że miałaby służyć jednemu ze swoich przeciwników, potrząsała głową nie dowierzając jakiemu zdaniu musi sprostać. Otworzyła pergamin na którym miała spisaną swoją listę życiowych wrogów. W drodze do klatek z gołębiami pocztowymi układała sobie w głowie słowa, jak w ogóle namówić do spotkania z takim człowiekiem. Po tylu krzywdach które wyrządziła...

Pierwszy na liście znalazł się Xarlinoxarious. Najemnik Korony. Cwany mag, którego Valentinne uwielbiała zamęcząć na polu bitwy. Kolejnym typem był Ghassillur, uparty krasnolud z którym Sukkub toczyła wieczne woje. W trzeciej kolejności kobieta napisała do Droghey Gloow, niewiele tu można o nim powiedzieć, bo zazwyczaj tylko kurz po nim widać. W końcu postanowiła napisać do Nekromanty Urnar'a Maga Czarnych Szat.

Czekając na listy zwrotne, Demonica siedziała na kamiennym krześle powtarzając ten sam rytuał Kal Vas Flam , *medytacja*, Kal Vas Flam , *medytacja*, Kal Vas Flam ... kiedy na jej ramieniu usiadł kruk. W dziobie trzymał małą czerwoną koperte, z sygnaturą miasta Delucja. W środku była mała karteczka a na niej napisane "spotkaj się ze mna przed bramami miasta Delucja, o godzinie 12 astralnej. Nie spóźnij sie".

Stojąc przed bramami Delucji, kiedy groźni strażnicy chwycili na jej widok oręż, Valentinne zastanawiała się, czy to wszystko jest warte takiego poniżenia. Bramę przekroczył Urnar Argaroth - Mag Czarnych Szat unosząc lekko dłoń w strone Straży.




Valentinne, w dużym skrócie opowiedziała Magowi, który z wyraźną ciekawością wyszedł na spotkanie, o swojej pokucie. Urnar szczerzył pełne uzębienie z każdym kolejnym słowem Valentinne, i mógłbym przyrzec, że nawet się w duchu cieszył. Miał już obrany plan, strategie jak wbić w Demonice ostatnią szpilkę. Taka która ją zaboli.




Urnar podparł się laską gładząc się po długiej brodzie. Teatralnym gestem narysował coś w powietrzu, potem udając, że musiał się długo zastanowić rzucił...

Naszemu dowódcy przydałaby się nowa zbroja... chce pełną nowiutką zbroje z Tytanium.. po tych słowach zaczął mierzyć Valentinne, która z nieudawaną ulga przyjęła te słowa, po czym dodał.. oraz Twoją Toge Spirytysty.

 



Kobietę zamurowało. Długo milczała, po czym splunęła na ziemie przecząco kręcac głową. NIE MA UMOWY! - wykrzyczała wściekła. Nie możesz mnie o to prosic!

Urnar miał nie lada satysfakcje, widząc goraczkującą się kobiete, lecz po jakimś czasie znudziło go słuchanie żali, i odwrócił się w strone miasta. Poczekaj! - Valentinne krzyknela - Zgadzam się. Oby to było tego wszystkiego warte... pomyślała w duchu.




Valentinne wróciła 10 ziaren później niosąc ciężki wór z nowiutką zbroją płytową z Tytanium, wykutą przez najwybitniejszych kowali Wilczego Bractwa, oraz złożoną ostrożnie w kostke Toge Spirytysty. Zastygła w miejscu przyglądając sie rozbawionemu magowi po czym... Wręczyła przedmioty głośno wzdychając.




Stojąc tak samotnie przed Wielkim Zamkiem sił Chaosu obserwowała Urnara wyraźnie zadowolonego. Kobieta już w tym momencie snuła plan zemsty. Tyle zachodu, trudu, starań. Co jeszcze czeka Wilcze Bractwo, zanim odwrócą się role...



Kobieta miała dosyć zachowania dziecinnego Maga. "Uznaj mą pokute" warknęla Valentinne wlepiając puste ślepia w Urnara. Ten zmazując uśmieszek z twarzy, zmierzył kobiete wzrokiem i rzekł "Spełniłaś moją prośbe, nie spodziewałem się tego, dla mnie i w moich oczach odbyłaś swoją pokute, Żegnaj Sukkubie" i odszedł.





Stojąc sama na środku placu. Bez zbroi, bez togi, zrezygnowana, wiedziała, że to dopiero początek nowo pisanej historii. Zemsta jest słodka, o tak, ale póki co skupmy się na tym co ważne. Wolne Księstwo Minoc, tyle ludzi na niej polega. Nie wolno ich zawieść... Myślami już była przy Świątyni Erenthi...

Gdyby tylko inni wrogowie byli mniej leniwi, i mniej się bali Valentinne mogliby skorzystać na pokucie kobiety jeszcze bardziej...

-Zilv, Xargos gdzie jesteście.. - powiedziała na głos kobieta otwierając księgę run.









Nanuki

Samotna Demonica stała wpatrzona w kamienne oblicze Erenthii. Nowy dzień się dopiero budził. Pobliska fauna zaczęła otwierać zaspane oczy, kiedy za plecami Valentinne cichym, uważnym krokiem zaczęli zbliżać się dwaj bracia. Aza'riils'eth Teken'duis i Zilv'ril Teken'duis mierzyli kobietę wzrokiem uśmiechając się do siebie.


Wraz z pierwszym promieniem słońca, u podnóży pomnika pojawiło się magiczne przejście, zaś wykrzywiona w uśmiechu twarz Erenthii zadała to samo pytanie "Czy jesteście gotowi zmierzyć się sami z sobą" ?
Weszli do środka. Setki bezkształtnych postaci zaczęły przybierać wygląd na zmianę Zilva, Aza czy Valentinne. Raz jeszcze bez problemu drużyna poradziła sobie z przeciwnikami wycinając je w pień, następnie stępując po truchłach przebijali się do kolejnej komnaty. Na ich drodze stanęła  Valentinne. Ale jakby inna. Piękna, niewysoka kobieta. Ta sama pąsowa skóra. Odróżniały je oczy. Valentinne miała zielone, lekko zamglone, z kolei postać która stała przed nimi miała martwe czarne oczy, jak kawałki węgla. Taką postać widziała Demonica, Zilv widział odbicie siebie, z tymi samymi martwymi oczami, z kolei Az, który pozycjonował się bezpiecznie z tyłu chyba siebie, lecz nie był pewny.


Postac przemówiła. Czy zadość uczyniliście? Czy odpokutowaliście swoje grzechy? Valentinne natychmiastowo rzuciła się do pyskówki w stronę znajomej, informując o dokładnym przebiegu pokuty. Zilv w międzyczasie rzucił już zgniły łeb swojego wroga. Postać zignorowała to co usłyszła i zobaczyła. Lekko skinęła głową po czym przybrała bezkształtną postać. Grzech. Te same martwe oczy zwróciły uwagę na Aza'rillis'a jednocześnie mówiąc w eter. Uznaje waszą pokute, możecie iść dalej. Ale nie wszyscy. Ty *bezpośrednio zwrócił się do Aza* pójdziesz dalej, jak zagrasz ze mną w prostą gre. Zagramy w kości o Twoją dusze. Postać przybrała człekokształtny wyraz w kolorze fioletowym, po czym koślawym krokiem ruszył w strone pomieszczenia, w którym ku zdziwieniu bohaterów stanął usmiechnięty karczmarz.


Grzech wyciągnął kości śmierci. 
Gra była prosta. W momencie dotknięcia kości śmierci cząstka grającego zostawała w środku. Kości wykonane były z dziwnego jakby żywego materiału.


Az wyrzucił 4,2. Spochmurniał, lecz nie wyraził żadnych emocji. Grzech wziął kości w dziwną dłoń składającą sie z trzech palców. Rzucił. Az wziął głęboki oddech, po czym spojrzał na kości. Na stole dwie żywe kostki pokazywały liczby 2 i 3. Możecie iśc dalej. Wszyscy - rzuciła fioletowa postać po czym zniknęła bez słowa. Drużyna spojrzała po sobie ze zdziwieniem, wstając z krzeseł ruszyła do kolejnego pomieszczenia. Długim wąskim korytarzem doszli do zamkniętych bram, u podnóża których wcześniej siedział strażnik. Strażnika nie było. Valentinne dotknęła ręką krat, które w momencie zetknięcia z dłonią demonicy zaczęły z cięzkim zgrzytem unosić się. Kurz opadł, a jej oczom ukazała się nicość.


Wielkie czarne pomieszczenie, dookoła gwiazdy. Nie można było wyczuć temperatury jaka panowała w pomieszczeniu. Nie było wiatru. Pustka. Tak obrazowała się nicość. Valentinne ruszyła niepewnym krokiem po jaśniejszych gwiazdach które tworzy coś na wzór drogi.


To Ciemność Waszych Serc - Powiedziała postać zasiadająca przy stole na końcu drogi.


Valentinne patrzyła na kolosa. Wielką postać, większa od pomnika Erenthii. - Po co tu jesteś? -
Valentinne tłumaczyła, długo i namiętnie jak wygląda cel jej podróży. Postać wpatrywała się beznamiętnie. Po pełnej historii opowiedzianej przez Demonice, postać nie wyglądala na usatysfakcjonowaną.




Mrok serca kobiety nie napawał zaufaniem. Zilv'ril wtrącił "Naszym celem jest oczyszczenie Ziem Księstwa Minoc". Postać świdrowała oczami drużynę, po czym ściągnęła dłonią kobietę do siebie.  Kobieta coś dostała. Mały ciemny flakonik, w którym coś żyło.


Świat zawirował, uderzenie gorąca, i wesołe okrzyki tętniącego życiem miasta. Drużyna otworzyła oczy. Znajdowali się pośrodku miasta Vesper. Cała trójka w komplecie. Valentinne sprawdziła swój plecak. Kula i flakon były w stanie nienaruszonym. Zaczęli oddalać się do starej wieży magów.
Kobieta ostrożnie położyła kule mocy na ziemi, obok kładąc flakon z boską mocą.



"Zilv, jesteś tu najsilniejszy. Ciebie nie szkoda *śmiech* Wlej płynną moc do kuli" Powiedziała demonica oddalając się kilka kroków wstecz. Az zrobił to samo. Drow niechętnie chwycił małą butelkę, po czym skierował ją w strone kuli mocy. Gęsty czarny płyn zaczął spływać na kule. Głośny syk, i nagle odrzucający ból w całym ciele. Odrzuciło całą trojkę do tyłu. Valentinne zgieła się w pół z bólu.


Kula zaczęła mienić się na wszystkie kolory. Setki, tysiące różnych kolorów, ciągła zmiana. Proces zaczął zwalniać Kula zaczęła się stabilizować.
-Prędko! trzeba ją zabrać do tamtych drzwi póki jest stabilna.- Drużyna rzuciła się biegiem do portalu prowadzącego na Ilshenar.

 




-------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Pierwszy Totem magiczny broniący przejścia przemówił:


Drugi Totem magiczny broniący przejścia przemówił:


Trzeci Totem magiczny broniący przejścia przemówił:


Chwila ciszy. Chmury przybrały ciemniejszy kolor. Totemy się przewróciły ukazując pełne przejście. Zaczął zbliżać się mrok. Oczom postaci pojawiła się ogromna postać. Beznoga, jakby płynęła.


Druzyna rzuciła się na Kreature. Każdy czar, każda strzała, każdy cios, wszystko było zawodne. Wydawało się, że stwór jest odporny na wszystko.
Zaczęli głośno kasłać. Plaga którą zarażał stwór zaczęła dostawać się nosa, oczu, gardła. Postać nie była szybka lecz zabójcza. Zaczęli odbiegać od stwora zostawiając go w tyle. Odwracając się, łapiąc chwile oddechu widzieli że postać ciągle zmierza w ich stronę. Powolnym krokiem w celu wyssania z nich życia. Głośno dyszeli.
*W pobliżu słychać cichy smiech, wpadający w char chanie* Co wyście narobili? - Spytała wiedźma Aurynn'rha która zmaterializowała się przed drużyną. Az nigdy wiedźmy nie widział więc złapał mocniej za łuk, lekko naciągając cięciwę


Wiedźma wymijająco zaczęła odpowiadać na pytania Valentinne. Aby pokonać bestie, trzeba było osłabić ją specjalną miksturą, a następnie odprawić magiczny rytuał. Stwór zaczął się zbliżać. - Zilv skoncentruj się na stworze aby mi nie przeszkadzał ja przygotuje rytuał Az, rzuci w niego miksturą. Do dzieła!


Stwór stojąc pośrodku obrysowanego pola siarką zaczął słabnąć. Stał się podatny na ataki, i bardzo szybko oddał swoje życie. Zilv wykonał mocne cięcie, z kolei Az wystrzelił Mythrillowy bełt prosto w oko potwora. Oddając ostatni ryk padł na ziemie wypluwając Klucz do Bramy Łowców i Tunike Beretora - Łowcy którego od początku drużyna poszukiwała.


Valentinne włozyła klucz do bramy łowców. Coś skrzypnęło, coś zgrzytnęło. "Któż śmie mnie nachodzić" - głos rozszedł się po jaskini. Pojawiły się trzy portale z których wyszła armia nieumarłych. Następnie kolejne trzy portale, i kolei nieumarli.
Pokaż swe oblicze! - krzyknęła kobieta w strone bramy łowców.


Śmiech. Dławy mroczny śmiech dudnił głośno w głowach bohaterów.
Wielka biała dłoń wyłoniła się z bramy. Pozbawiona skóry, z resztkami mięsni i naderwanymi ścięgnami złapała za drzwi zamykając je z łomotem.
Bohaterowie stanęli jak wryci patrząc się po sobie. Co to było...?



Jakim jeszcze niebezpieczeństwom będzie dane stawić się drużynie Wyzwolicieli Minoc, zanim zapanuje spokój....


Nanuki

#13


Ściany tej karczmy już dawno nie czuły rozpychających się w środku ludzi. Opuszczona karczma tym razem, a właściwie pierwszy raz od wielu lat wypełniona była głosami postaci, opijającymi zwycięstwo i kolejna udaną misje. Dookoła powoli rozkładające się ciała powybijanych śnieżnych stworzeń które wydawały się nikomu nie przeszkadzać. Mieszanka najróżniejszych ras, dawała kwintesencje tego, co w definicji Valentinne powinno obrazować wolne miasto. Przed wejściem - wyłamanymi drzwiami - stały juczne konie, które przywiozły strawę i napoje, a także inne potrzebne do obozowania rzeczy. 
Śmiechy, i dobra zabawa zdawała się nie ustępować do momentu kiedy z największego krzesła ustawionego tuż obok buchającego ogniem kominka podniósł się Flint McBride zrzucając z siebie zawieszoną na szyje nieodłączną Shandis. Zaczął przemawiać spokojnym głosem który momentalnie uciszył zgromadzonych. Nawet niesforny gędziec Squall ukrył swoją Harfe i wpatrywał się sprytnymi oczami w wojownika.
- To wielki dzień dla Bractwa Wilków, kolejne zwycięstwo, i kolejny wielki krok ku wolności. Dzięki determinacji Valentinne, oraz potędze Moi...*odchrząknął* Naszych wojsk, zbliżamy się do wiekopomnej chwili w której Wilcze Bractwo wraz ze swoimi sojusznikami, będą mogli z dumą nazywać właśnie to miasto swoim domem - Po tych słowach podniosła się gwara, okrzyki radości, tłukące z euforii szklanki i kufle, gromkie oklaski. Flint kontynuował - To jeszcze nie ten dzień, jeszcze wiele trudów przed nami, jeszcze wiele wyzwań nas czeka, ale obiecuje wam to, i myślę, że z pełną odpowiedzialnością mówię, że kiedy to zadanie złożyliśmy to w rękach naszej słodkiej demonicy, to mogę być pewny, że dotrwamy do końca!! - wiwaty i okrzyki się nie kończyly - Jestem dumny z każdej i z każdego który w tym właśnie momencie zasiada przy tym stole!!!

Wilcze Bractwo cechowało się wzajemną przyjaźnią i równością. Nie posiadało przywódcy, nigdy go nie wybierało, lecz wszystkie oczy członków bractwa ślepo wpatrzone były we Flinta pół-orka. W ich szeregi można było wstąpić tylko podążając ścieżką pierwszego założyciela Jablo La'Vey - ścieżką Wolności.
Pomimo, że główną cechą gildii jest wolność to członkowie Wilczego Bractwa stają za sobą murem niczym bracia. Po wielu latach tułaczki w poszukiwaniu godnej uwagi osady Wilcze Bractwo wraz ze sprzymierzeńcami wybrało opuszczone miasto Minoc, o które od wielu długich lat niestrudzenie walczą.

Dom.
Wilcze Bractwo żyje. La Vey!

Flint zaczął wodzić wzrokiem po zebranych. W duchu zaczął liczyć obecnych....


---------------------------------------------------------------------------------------------------------


1. Thiass LaVey - Skryty Demonolog


Oficjalnie jeden z prekursorów drogi Bractwa.
Wraz z Jablo odłączyli się od wszystkich frakcji, utworzyli bractwo miłujące wolność.



2. Shandis LaVey - Miłośniczka Intryg


Słodka i piękna Shandis. Z wyjątkowo dużym, chyba nawet za dużym biustem rozkochała w sobie wielu mężczyzn.
Kochanka Thiassa i Flinta. Żyje by snuć intrygi, umiłowana w zabijaniu. Nie zna żalu, empatii. Nie uznaje Grzechu. Żyje według własnych zasad.


3. Valentinne - Bezlitosny Sukkub


Piękna niewysoka morderczyni z wieloma barwnymi bliznami na twarzy. Mistrzyni manipulacji.
Znana z narzucania innym swojej woli. Biada temu kto postanowił się jej postawić.



4. Robhar McBride Złotobrody - Odrodzony Demon


Duży uśmiech wyszczerzonych białych kłów to tylko odwrócenie uwagi.
Zabójczy pół-demon gotowy zakończyć Twój żywot na podstawie zwykłego widzimisie.


5. Flint McBride - Szał


Nienazwany Lider rewolucji końca czasów - bojownik przedwczesny.
Szaleństwo ukryte pod nienagannymi manierami. Żyje by urywać łby.



6. Galathron Coldzerri - Oświecony


Wojownik wyleczony z choroby umarłych. Oświecony. 
Stanął w szeregach Bractwa po wszech czasy. Oddany do samego końca 


7. William Ran'Dea - Upadły Paladyn


Zyje by walczyć. Walczy by żyć.   
Wolność była ratunkiem dla umysłu tego wojownika. La'Vey! 



9. Zithrael McBride - Pijany Wojownik


Zawsze pijany, przez co najdzielniejszy. Pierwszy na froncie, pierwszy u uzdrowiciela.   
Zawsze wierny, nigdy nie widziany trzeźwy. Ponoć włada bronią biegle - niepotwierdzone. 



9. Maffaer Van'Ro - Żywy trup


Obrzydliwy smród, odpadająca szczęka to cechy rozpoznawcze.   
Skóra odrywająca się od twarzy trzyma się tylko na zaschniętą rope. Nie jest jasne czy nieumarły jest bardziej umarły czy żywy. Biegły w swym fachu wojownik. 



11. Tar McBride - Złotobrody  - TarTar


Frywolny niziołek. Śmierdziel. Co chwila wypuszcza z siebie śmierdzące gazy.   
Zabijaka, którego kosa jest dwa razy większa od niego samego. Jego wzrost niesie strach. Flint to jego mentor. 



12.  Azzela - Demonica


Kiedyś McBride, teraz już nie. Góra mięśni i olbrzymie ego.     
Pierwsza w boju, ciężka do opanowania. Słucha się tylko własnego rozumu.. w którego istnienie wątpi wielu. 



13.  Khared Cimeries - Zapomniany


Znany także jako bezlitosny. Pół-demon wsławiony w najokrutniejszych mordach w historii.     
Nekromanckie rytuały które odprawiał na dzieciach, skryba do dzisiaj pomijają w swoich skryptach.   



14.  Aetas Exordium - Zatracony


Gwałciciel i Morderca. Kiedyś jeden z radnych kręgu druidycznego.       
Teraz prowadzi leniwe życie na wygodnym fotelu opychając się potrawkami z dzika, w wolnym czasie urywając łby dla rozrywki   


15. Mtias Valor -  Gorliwy fanatyk Srebrnej Wilczycy


Niegdyś przewodził wilczą watahą znany jako Mglisty Szept.
Mówi o sobie syn Luny.   





Nanuki

#14



Flint westchnął ciężko po przeliczeniu swojego wojska, zmierzył ich wszystkich wzrokiem. Gromada postaci pijanych w pień i bawiących się jakby miało nie być jutra. Pokręcił głową wpatrując się groźnie w Zithraela, który nie rozstawał się z całą beczką krasnoludzkiego spirytusu, mającego napoić wszystkich a nie tylko jedną osobe, po czym machnął ręką z zażenowania, "chłop po prostu jest zakochany w spirytusie" - pomyślał -, wezwał Shandis gestem do siebie. Kobieta wskoczyła pół-orkowi wielkości głaza na kolana składając gorącego buziaka. Thiass, sędziwy mag, zdawał się tego nie zauważyć siedząc nosem w jakiejś księdze.
Zabawiając się czerwonymi włosami Shandis, Flint spojrzał w drugą stronę wesołej karczmy. Sprzymierzeńcy zjednoczeni w tym samym celu. Przez głowę przebiegła mu myśl "jakim cudem Valentinne udało się skłonić tak wielu, o tak różnych celach do tego samego..?", jednakże szybko porzucił tę myśl kiedy Shandis włożyła mu rękę w skórzane spodnie. Udając, że nie zwraca uwagi na wygłupy pół-wilczycy zaczął liczyć zebranych....





----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------







1. Xargos Van'Ro - Nekromanta bez oka


Pospolity rozrabiaka i fircyk. Znienawidzony przez Koronę.   
Chodzą plotki, że sam Netheril pozbawił go jednego oka, w zamian zmuszając go do patrzenia na świat przez oko beholdera. 



2. Zilv'ril Teken'duis - Mściwy Drow


Pochłonięty zemstą swojego domu prawie stracił rozum.     
Zaprawiony w boju. Na świat patrzy z nienawiścią. Ściska mocno swoją kose czekając by tylko zrobić z niej użytek. 



3.  Aza'riils'eth Teken'duis - Bezduszna strzała


Mówi się, że wraz ze śmiercią słyszysz dźwięk przeszywającej Cie strzały.     
Drow bardziej bezlitosny niż jakikolwiek wcześniej opisany Elf, wraz z bratem żyje zemstą. Nienawiść którą darzy inne domy, można aż zobaczyć. 


4.  Squall - Prostak i Złodziej


Zwykły Prostak. Nieudacznik.     
Popychadło Bractwa, gorszy niż pies. Ponoć kiedyś dotknął nogi Valentinne, za co pozbawiła go palca. Nikt nie wie, czemu bractwo dalej go ze sobą wszędzie zabiera. 






----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------



Flint jeszcze długą chwile bez słowa mierzył postacie wzrokiem. Osiemnastu śmiałków. Tylko tylu nas zostało, aby osiągnąć wspólny cel. Jego uwage przykuł Xargos, Nekromanta w zielonych szatach, który tak się wygłupiał, że wypadło mu oko, które niezgrabnie władował z powrotem w oczodół. Obrzydliwe - pomyślał. Odwracając głowę od wszystkich skupił się z powrotem na Shandis, nie myśląc dalej o tym jak ciężkie zadanie czeka ich jutro złapal kobietę za cyca.

Wiele ras, wiele wierzeń, jeden cel i jedno miejsce - Minoc ! La Vey !