Duergar

Zaczęty przez LV, 2006 07 23, 19:16:10

Poprzedni wątek - Następny wątek

LV

Młot opadł z impetem na czaszkę bestii, miażdżąc ją doszczętnie, czemu towarzyszyło nieprzyjemne chrupnięcie.
   -Nuu braci, takżeś to nawet zakonu ni łupał!
Postać stojąca za krasnoludem przyodzianym w potężną zbroję płytową wyszczerzyła pożółkłe od tytoniu zęby. Wojownik przeciągnął się ospale, ściągnął hełm z brodatego łba i zarzucił młot na plecy.
   -Rozumiesz bracie, zakon tak rzyci ni gryzie, to tak jakoby zrównywać komara z wampirem. Obydwa ssają krew, obydwa gryzom, ale komara możesz rozpłaszczyć na ręce, a wampir może rozpłaszczyć Ciebie.
Krasnolud trzymający w dłoni młot drżący od runicznej energii pokiwał głową ze zrozumieniem.
   -Ni ma to jak ubrazowe porównani...
Tym razem szereg złotych zębów zabłysł w gęstwinie zarostu wojowniczego krasnoluda.
   -Uczyłem się od mistrza, ni?
   -Nu tak na sibie nigdy ni patrzałem, mnijsza ło to Yorgh, chudźmy stund wryszcie, chcem się napić, a butylek ni wziołem.
   -Cały Khorm! Czekaj no, sprawdzimy jeszcze co to bydle ma w brzuchu.
Krasnolud nazwany Yorghiem, w istocie będący Yorghalem Teferse z klanu Tor-Turg, chwycił zatknięty za rzemieniem przewieszonym przez ramię sztylet i wbił go w podbrzusze martwego smoczydła. Z kłutej rany popłynęła posoka o nieprzyjemnym czarnym kolorze. Yorghal pociągnął sztylet dalej tworząc długą, krwistą szramę, która natychmiast zaczęła pęcznieć pod naporem tego, co znajdowało się wewnątrz bestii. Bracia cofnęli się nieco. Z rozoranego stwora, już po chwili wysypała się góra kosztowności. Złoto, klejnoty, broń a nawet niewielkie kawałki mchu obrośnięte ziołami.
   -Zawsze mie zastanawiało, pu co te smuki tyle tygo żrom. Jakby ni mógły se tygo gdziś składować.
Khorm, w istocie Khorm Teferse z klanu Tankardt wypowiedział te jakże trafne spostrzeżenia.
   -U ile tyn mech mogem pujonć, bo w chwili jego wchłaniania mogła stać na nim jakaś krówa czy łania, to jydnak ni wiem pu co łone żrom piniundze!
Yorghal podrapał się po brodzie zastanawiając się nad wypowiedzią brata. Po chwili chrząknął pod garbatym nosem i odrzekł:
   -Wiesz Khorm, wszystko jest wolą opatrzności, ciesz się że cokolwiek majom! Ostatnio widziałem takowego, co w locie zwracał wszystek kosztowności co je wchłonął. Może ciężkostrawne były albo co, mniejsza o to, w każdym razie, jakżem potem go łupnął przez łba, to brzuszysko miał puściutkie!
Teraz to Khorm przetrawił wypowiedź brata drapiąc się po zawarkoczykowanej brodzie.
   -Anu fakt, wola opatrzności.
Po tej nader istotnej rozmowie bracia zagarnęli co się dało z okrwawionego skarbu i udali się do wyjścia z jaskini.
***
Księżyc świecił wysoko na niebie zalewając przyjemnym bladym blaskiem góry położone nieopodal elfickiej wyspy Tol en Estel. Khorm Teferse chwycił oburącz swój runiczny młot i z całej siły uderzył w uprzednio przygotowaną runę. Dźwięk towarzyszący uderzeniu zabrzmiał potężnie, był niemal widzialny dla stojącego nieopodal Yorghala. Khorm podniósł swój młot z runy. Symbol widniejący na kawałku metalu zajarzył się mithrylowym blaskiem. Litery krasnoludzkiego alfabetu jedna po drugiej zaczęły unosić się ponad ziemię tworząc zarysy bramy. Przestrzeń pomiędzy konturami po chwili wypełniła się pulsującą błękitną energią. Khorm podparł się pod boki i skinął na brata.
   -Brama do mujyj twirdzy. W kuńcu si napijem!
Yorghal uśmiechnął się szczerze.
   -Wiesz bracie, tego właśnie w tej chwili mi potrzeba! - z tymi słowy wkroczył w kipiącą od magii bramę stworzoną ze światła. Khorm przeszedł przezeń tuż za bratem. Świat wokół jego zatracił barwy i kolory. Trwało to zaledwie krótką chwilę, po której znalazł się na polanie przed swą kamienna twierdzą.
   -Łoooo rany jak ja ni cierpiem tygo myntliku we łbie!
Yorghal poklepał brata po ramieniu.
   -Bądź twardy bracie, pamiętaj że potrwa to tylko chwile!
   -Anu, dobrzy ży to tylku pół godziny. - odrzekł Khorm rozcierając obolałe skronie.
   -A wisz cu ustatnio mie sputkało? Nurmalnie wpadłem na chwilem obaczyć cu tam z moimi skarbami co je składujem w publicznym banku, a tu dwóch ludziów siem zy sobom zmawia na transykcje. I wisz co jyden rzycze do drugigo? 'Bondź tu za pinć ziaren'. Zdziwiło mie to wielce, myślem sobie ży zmyśla to i pytom: A ty putrafiasz udmierzyć każde ziarynko upadajonce w klypsydrze? A un mie na to ży uczywista ży tak! Ja tam na to patrzam na mojom klepsydrem i na Storna, za nic ni mogem policzyć usobnych ziarynek! Przycioż piasyk sypie sie weń jak w morde strzylił! Na przodków, a babka mówiła ży ludzie to tympe bydlaki, nu cóż, muże ich bogowie im mózgu poskompili, za to dali bystre uczenta. Tylko pojunć ni mogem, cu ktokolwiek zdonrzy zrubić, jak tylko tyle piachu si sypnie. Do tygo jyszcze tyn...
   -W tym momencie Yorghal przestał słuchać brata któremu wciąż dźwięczało we łbie po wykuciu bramy. Otworzył żelazne wrota i lekko pchnął do środka Khorma wciąż pochłoniętego w swym monologu. Usadził go na orzechowym tronie, specjalnie zamówionym na takie okazje i zszedł do piwniczki. Wymijał dębowe półki zastawione rzędami szklanych butelek leżących w zwartym szyku. Lawirował pomiędzy rozstawionymi po całym przejściu baryłkami szlachetnych trunków, aż w końcu znalazł to czego szukał. Chwycił dwa puste dzbany i podstawił je pod jedną z wielu niepozornie wyglądających beczułek. Napełnił pojedynczo obydwa naczynia, po czym z szerokim uśmiechem na twarzy rozkoszował się aromatem trunku. Konkretniej trunku do którego normalny człek nie zbliżyłby się bez żadnej osłony na twarzy. Zapach tego płynu tak boleśnie wwiercał się w nozdrza, że tylko doświadczeni smakosze potrafili się doń zbliżyć, a nawet skosztować. Po napełnieniu płuc przyjemnym dla serca krasnoluda zapachem, brodacz pochwycił swą zdobycz i wycofał się na pokoje, błądząc między zapasami trunków brata. Gdy znalazł się przy beztrosko gawędzącym do siebie Khormie, wcisnął mu w obie ręce dzban słynnego krasnoludzkiego spirytusu i podstawił go pod nos rozkojarzonego kowala run. Ten natychmiast otrzeźwiał, chwycił pewniej dzban i przechylił go wlewając całą jego zawartość do przełyku.
   -Na prastare kamienie Yorgh, Ty wisz zawsze czygo mie trzyba!
Brodaty wojownik zaśmiał się gromko, salutując bratu dzbanem.
   -Może i wiem, ale po następną kolejkę idziesz Ty!
Khorm odetchnął ciężko.
   -Ni ma już byzinteresowności na tym plugawym świcie. - odrzekł mierząc morderczym wzrokiem złośliwie uśmiechającego się brata, po czym wstał i ruszył po dolewkę alkoholu.
***
Po zaspokojeniu pijackiego głodu bracia wyszli przed fortecę. Khorm już miał kuć bratu drogę powrotną, gdy nagle do jego już i tak przeciążonego łba wpadła pewna myśl.
   -Braci mój, właśnie sem o czymś przypumniałym.
Na słowa Khorma Yorghal podparł się pod boki.
   -Czy miało to coś wspólnego z istotą żywą, przynajmniej względnie? Doszło do utraty mienia prywatnego, zdrowia, bądź życia?
Khorm podrapał się po potylicy.
   -Ni, tym razym ni u to chudzi.
   -Mówże więc bracie, bom zmęczony.
   -Łoo to zaryz się rozbudzisz, posłuchyj winc. Ustatnio żyśmy rozprawiali przy rumie o tym zaginionym klanie krysnoludów ni?
   -Tak, pamiętam, była mowa o klanie Duergar, dobrze prawię?
   -Dukładni braci mój! Otóż w kuńcu natrafiłym w mych prastarych tomiskach na wzmiankem w jakiej ukolicy zaginyli, tak si składa ży miału to mijsce gdziś w okolicy! Pruponowałbym rozpuczonć poszukiwynia!
Na te słowa w oczach Yorghala zabłysły iskierki przygody, a spod jego bujnej brody wyłonił się szeroki uśmiech
   -Odpowiedz mi jeszcze bracie na jedno pytanie.
Khorm spojrzał na brata i zareagował na jego słowa nader wymownym:
   -hm?
   -Na co my jeszcze czekamy?!
Zapytał brodaty wojownik wciąż z uśmiechem na ustach i założył hełm na swą i tak już twardą czaszkę.
***
Po kilkugodzinnej przeprawie przez wielką dżunglę Trinsic, oraz uprzednim wykuciu bramy i towarzyszącym temu niepohamowanemu potokowi słów, bracia dotarli w końcu do stóp szerokich jak okiem sięgnąć gór.
   -No Khorm, gdzie teraz? - zapytał Yorghal stłumionym przez hełm głosem. Khorm spojrzał na brata nieco nieobecnym wzrokiem, po czym rzekł:
   -A małpiarz go wi.
Brodaty wojownik pokręcił głową z niedowierzaniem.
   -No jak to? Mówiłeś że wiesz gdzie ich szukać.
   -Anu mówiłem, i trzyba ich szukać tutyj!
   -Pragniesz przeszukiwać całe te góry kawałek po kawałku?!
   -Nu w sumie miałym to w planach aly...
Potężne uderzenie magicznej energii przerwało wpół zdania kowalowi run, który padł na ziemię bez przytomności. Yorghal błyskawicznie wyciągnął zza pleców młot i stanął nad ciałem brata. Oczy zabiegły mu krwią, przez chwilę myślał że zawładnie nim szał, który tak dobrze pamiętał z czasów młodości. Zdołał jednak opanować emocje i zlustrował wzrokiem okolice w poszukiwaniu kryjówki potencjalnego napastnika. Podnóże gór nie nadawało się na dobrą kryjówkę jednocześnie z czystym polem do ostrzału, zaczął więc szukać między drzewami. W końcu spostrzegł najprawdopodobniejszą kryjówkę. Tam gdzie korzenie drzewa wyrosły nieco ponad ziemię znajdowała się spora niecka, w której 'strzelec' mógł się zaczaić i cisnąć pociskiem w plecy krasnoludów. Yorghal zaryczał wściekle i rzucił się do szarży. Wpadł pomiędzy korzenie wywijając młotem i ujrzał swój cel. Zakapturzona postać stała nieruchomo na wprost niego. Krasnolud zdjął hełm i rzucił na ziemię.
   -Teraz patrz na twarz tego, co pozbawi Cię życia bydlaku! Rozpowiedz w piekłach do których zmierzasz żeś kolejną ofiarą Yorghala Teferse z klanu Tor-Turg! I zapamiętaj sobie na całe życie, którego pozostało Ci tak niewiele... - Yorghal przekręcił łeb i splunął siarczyście. - mego brata się nie bije w plecy...
Z tymi słowy uniósł broń ponad głowę i rzucił się do ataku. W chwili gdy obuch uderzył... a raczej przeleciał przez głowę postaci nie czyniąc jej żadnej szkody Yorghal zdał sobie sprawę ze swej naiwności. Ostatnią myślą jaka towarzyszyła mu przed utratą przytomności była:
   -Iluzja...
***
Khorma obudziło mocne szarpnięcie za jego but. Ziewnął ospale starając się przeciągnąć, lecz coś krępowało mu ręce i nogi.
   -Nu tak, w kuńcu mie ktoś dupadł. -pomyślał, po czym otworzył oczy. Z początku widział tylko ciemność, jednak gdy jego oczy przyzwyczaiły się do widzenia w mroku ujrzał nad sobą nierówny strop jaskini, podtrzymywany skrzętnie wyciosanymi belkami.
   -Zupyłnie jak w naszych kopalniach. -ta myśl pobudziła w głowie kowala run reakcję łańcuchową: Hmm.. kopalnia - krasnoludy - klan - Duergar! Wyglądało na to że bracia jednak odnaleźli zaginiony klan. Pozostawało jednak pytanie, czy klanem tym były postacie w kapturach usilnie starające się ściągnąć buty z jego grubych stóp, czy raczej zaginiony klan podzielił losy Khorma. Khorm leżał sobie na tyle wygodnie na ile umiał i podziwiał coraz to nowe pomysły postaci na ściągnięcie jego skórzanego obuwia, gdy do głowy wpadła mu straszna myśl, na którą zerwał się gwałtownie z podłoża, czemu towarzyszył protest skrępowanych kończyn i ryknął:
   -BRACI MÓJ!
***
Yorghal otworzył szeroko oczy słysząc krzyk brata. Potylica bolała go okropnie po uderzeniu, które pozbawiło go przytomności. Wojownik był ciekaw czym takim go uraczyli że został wykluczony z walki. W końcu jakiś czas temu, gdy jego zdanie nie podobało się pewnemu półogrowi, którego napotkał w karczmie, tamten uprzejmie ostrzegł go, uderzając właśnie w potylice drzewem wyrwanym z pobliskiego lasu. I co dziwne wtedy Yorghal przytomności nie stracił, za to półogr i owszem. Nauczył się przynajmniej że łeb krasnoluda, jest twardszy od byle drzewka. Krzyk brata rozległ się ponownie wypełniając niewielkie pomieszczenie w którym leżał Yorghal jego głosem. Wojownik odkrzyknął starając się uspokoić brata:
   -Spokojnie Khorm! Jestem nieopodal!
   -Łooo rany, ale żeś mie nastraszył braci! - ponownie dał się słyszeć męczący akcent kowala run. - słuchyj! ni uwirzysz! znalyźliśmy zaginiuny klan! Spójrz na sklypienie jaskini! To kopylnia!
Yorghal uniósł wzrok. W istocie belki podtrzymujące sufit, wyglądały bardzo podobnie do kopalni, w których spędził dzieciństwo z Khormem. Yorghal poczuł się dumny z pracy brata. Naprawdę się postarał aby odnaleźć zaginiony klan.
   -Dobra robota mój bracie! Wiedziałem że ich odnajdziesz!
***
Khorm słysząc słowa brata poczuł się miło połechtany, chociaż czułby się jeszcze milej, gdyby nie znajdował się w niewoli. Do tego sytuacja zaczynała się pogorszać gdyż postaciom w końcu udało się ściągnąć jego buty. Musieli je przy tym doszczętnie zniszczyć, ale grunt że im się udało. Khorm widział tą dumę malującą się na cieniu spowijającym twarze prześladowców. W końcu postanowił nawiązać z nimi kontakt.
   -Witojta panowie, miło mie was puznać, możycie wyjaśnić czymu nas winzicie?
Zapytał szczerząc się podle. Zakapturzeni nawet nie zareagowali.
   -Łej to brak szacunku dla guścia! Najpirw mie rozbieracie, ła teraz milczycie! Wicie z czym tu si kojarzy?
Odpowiedziało mu nader wymowne milczenie. Tym nie mniej reakcją tajemniczych sylwetek były próby ściagnięcia zeń zbroi kolczej. Khorm odetchnął głęboko. Niczego się nie dowie dopóki postaci nie zadowolą się ściągnięciem zeń wszystek ekwipunku. A zajmie im to spoooooro czasu. Nie zaszkodzi więc się zdrzemnąć.
   -Braci mój! Kładem siem spać i Tubie radzem! Z tymi bydlakami si gadać ni da! Cibie tyż rozbirajom?! - zakrzyknął Khorm.
   -Właśnie zaczęli ściagać buty, ale idzie im to conajmniej niezgrabnie!
   -Łoo, to masz jyszcze pół godziny zanim zdyjmom buty, bojem siem myśleć ile czasu zejdzie im na twom zbruję!
   -No to bracie zastosuję się do twych wskazówek! Miłych snów!
   -I wzajymnie!
***
Słońce zaczynało rzucać przyjemne złociste refleksy na zatokę Vesper w chwili gdy Gowen Van Capro, wielki awatar wodnego jelenia, potężnego wojownika plemienia Kwalu, wywodzącego się od imienia jego ojca przekroczył progi jego wspólnej z Khormem fortecy.
   -Kartoflany łeb! Moja wrócić!
Zakrzyknął ciesząc się na myśl że pierwszy raz od dawna zobaczy swego przyjaciela, a ten jak zawsze przywita go piorunem kulistym. Przyjaciele nie widzieli się od dłuższego czasu, ponieważ Gowen został wezwany przez swego ojca do rodzimego plemienia, które miało kłopoty. Jednak Gowen wolał raz na zawsze zapomnieć o tej wizycie, co nie sprawiło mu trudności, ponieważ może i był wielkim wojownikiem, za to bardzo ale to bardzo prostoliniowym. Stał więc tak na progu i czekał na piorun kulisty przez dobrych kilka minut, jednak się go nie doczekał. Wkroczył więc do środka targany mieszanymi uczuciami.
   -Może niespodzianka być zły pomysł? Może Khorm sobie pójść gdzieś?
Myśli Gowena dla niego samego były bardzo, ale to bardzo trafne. Postanowił więc poczekać na przyjaciela do wieczora, siedząc w swym ulubionym wierzbowym tronie.
***
Tym razem gdy Khorm otworzył oczy nie spostrzegł już znajomego sufitu. Znajdował się w niewielkim pomieszczeniu, w którym spostrzegł niewielką dziurę pod którą radośnie szumiał niewielki strumyk. Kamienne łoże na którym leżał i niewielki otwór we wgłębieniu w ścianie, które uznał za drzwi. Podrapał się po brodzie.
   -Braci mój! Jysteś niopodal? - zawołał i zaczął nasłuchiwać. Po chwili odkrzyknął mu zaspany i stłumiony przez ścianę głos.
   -Jystem tu Khorm, jużżeś się zbudził? Widzę że nas przenieśli.
   -Anu przynieśli i chyba chcom nas du jakiej pracy zagonić, bo czujem siem tu jak w winziniu, tylku nico bardzij komfortowym bo siem ruszać mogem, ni przykuli mie do pryczy, a ciebiem?
   -Ja również zachowałem swobodę. Jak sądzisz, do czego im mamy posłużyć?
   -A ja wim? Może lubiom brodatych uminśnionych chłopców?
   -Nawet tak nie mów bracie..
Khorm zaśmiał się szczerze.
   -Gdyby chcili nas... ekhm... nu wisz, to by zrubili to wczyśniej tam w 'przybieralni', a na cuś takigo to pywnym jystem że bym się obudził.
   -Rację masz bracie, a powiedzże mi czy zostawili ci coś z twoich rzeczy?
Khorm rozejrzał się po pomieszczeniu. Nie odnalazł nic. Nagle zamarł.
   -Gdzi mój młot runiczny?!
Jego umysł ogarnęła panika. Przecież młota runicznego nie sposób odnieść od kowala run na odległość większą niż 4 metry! Toż to sam Storn go pobłogosławił!
   -Bracie uspokój się!- zakrzyknął zza ściany Yorghal. - to pomieszczenie ma dużo mniej niż 4 metry, zapewne jest za ścianą! Spróbuj go wezwać!
Khorm uspokoił się na tyle na ile był w stanie. Roztarł skronie i mentalnie wezwał swój młot. Wyczuł jego obecność tuż za drzwiami. Jednak kapturnicy nie odnaleźli sposobu na pozbawienie go młota.
   -Jyst braci! stoi tuż za drzwiami!
***
Yorghal zamyślił się na chwilę. Rozważał możliwość, aby brat wezwał młot, a ten z rozpędu zniszczy ścianę bądź wywarzy drzwi. Postanowił podzielić się tym pomysłem z bratem.
   -Bracie mój! Może spróbuj zmusić młot do powrotu to twej dłoni, tak jak zawsze to robisz gdy Ci gdzieś wypadnie! Może jego moc i prędkość zniszczą ścianę?
Odpowiedział mu nieco zamyślony głos brata.
   -Na pywno by zniszczył, aly musi lyżeć dalyj ud ściany, musimy przyczekać, aż uni popyłniom błund, na ryzie...
Słowa Khorma przerwało skrzypienie drzwi. Do celi Yorghala wlało się oślepiające światło pochodni. Zasłonił oczy dłonią i spojrzał na postać dzierżącą pochodnie.
   -Thy i then drughi, wychodzhić...
Rozkazał charczący głos.
   -Bracie czy Tobie też drzwi otworzyli? - zapytał Yorghal.
   -Anu uwszem Yorgh, zdaja mie się ży teraz siem dowimy czy uni lubiom brodatych chłopców...
***
Gowen był zaniepokojony, bał się że przyjaciel o nim zapomniał. Miał niewiele przyjaciół i strata kolejnego byłaby dla niego nad wyraz bolesna, zwłaszcza po wydarzeniach w wiosce Kwalu. Zaczął dygotać ze złości. Czuł jak jego ciało ogarnia silne drżenie. Ujrzał ducha wodnego jelenia obejmującego władzę nad jego mięśniami. Tuż przed całkowitym oddaniem się szału ujrzał dwa przewrócone dzbany obok orzechowego tronu. Znaczyło to że najdalej dzień temu Khorm opuścił progi fortecy. Każdego wieczora odstawiał dzbany w te samo miejsce i na pewno nie zaniedbałby tej czynności dla innej przyjemności. W końcu co jak co, ale alkohol w klanie Tankardt liczył się nad wszystko, a porządek w alkoholu, to sprawa bardzo ważna. Gowen zrozumiał że Khorm nie wrócił do swego domu, wbrew własnej woli. Gdy krew wodnego jelenia na dobre zaczęła krążyć w jego żyłach barwiąc jego ciało na błękitny kolor, wybiegł przed fortecę i chwycił amulet podarowany przez starca w wiosce Kwalu. Jego ciało zaczęło przybierać nowe kształty. W biegu jego ręce zaczynały porastać błękitną sierścią, czuł jak czoło rozrywają mu dwie rosnące wypustki, zaczynał się garbić. Dla zwykłego człowieka, jeleń pędzący lasem nie wydałby się niczym niezwykłym. To co mogłoby jednak zdziwić postronnego obserwatora, to jego błękitne zabarwienie...
***
Khorm uderzał kilofem z całych sił w litą skałę wraz z tuzinem innych krasnoludów, w tym jego bratem. W końcu stało się jasne co się stało z klanem Duergar. Klan został porwany! Cały klan! Khorm nie potrafił tego pojąć jak krasnoludzka potęga, mogła zostać pojmana w całości przez grupkę niepozornych postaci. Teraz jednak miał inne zmartwienia. Nie chodziło o kopanie, gdyż wciąż się w tym lubował i robił to raczej dla rozrywki niż dla pracy czy wzmocnienia mięśni. Teraz jego głowę zaprzątał wygląd niektórych z krasnoludów. Jeden różnił się od drugiego różnymi szczegółami. Ten miał całkowicie czerwone oczy pozbawione białek, ten nieco spiczaste uszy jak u półelfa, a jeszcze inny szarą skórę. Znaczna ich większość była po prostu mniejsza od zwykłego krasnoluda, jednak mięśnie rysujące się pod napiętą skórą wyglądały na znacznie mocniejsze od jego własnych, czy nawet od mięśni Yorghala. Khorm nie chciał o tym myśleć, nie chciał myśleć, że sam kiedyś będzie tak wyglądał.
***
Yorghal odetchnął ciężko, opuszczając kilof na kamienną ścianę, w chwili gdy charcząca postać zarządziła upragniony koniec pracy. Masywny krasnolud otarł ściekający ze skroni pot. Nawet jego potężne mięśnie nie wytrzymywały takiego obciążenia. Sam nie wiedział jak długo pracował, stracił rachubę czasu, tuż po odczuciu pierwszego zmęczenia. Zaniepokojony rozejrzał się za Khormem. Kowal run był dużo słabszy od brata, wbrew pozorom więcej pracował umysłem niż dłońmi. Po chwili odnalazł wzrokiem cel poszukiwań. Khorm stał sobie między dwoma szarymi krasnoludami bez cienia zmęczenia na twarzy i najwyraźniej zabawiał członków zaginionego klanu zawiłym monologiem poruszającym wiele kwestii filozoficznych o czym świadczyły twarze słuchaczy przedstawiające malowniczy obrazek zdezorientowania. Yorghal przeczesał pulchnymi palcami falistą brodę i ruszył w kierunku brata. Wszedł pomiędzy dwójkę duergarów przerywając wypowiedź kowala run, czemu towarzyszyły nader zgrane westchnięcia ulgi. Khorm wyszczerzył rząd swych idealnie żółtych zębów.
   -Braci mój! Cu tam u Cibiem?
Yorghal raz jeszcze dokładnie zlustrował wzrokiem brata, na którym nie lśniła nawet kropelka potu, po czym pokręcił głową.
   -Nawet nie pytam jak udało Ci się to zrobić, że jesteś mniej zmęczony ode mnie, ale zapytam o co innego. Zauważyłeś może coś podejrzanego podczas pracy?
Khorm zmarszczył czoło w głębokim zamyśleniu.
   -Nu poza tym ży wszystkie te szaraczki byndunc o głowe niższymi, dużo chudszymi i w ugóle łod Ciebie, zmachały siem przy punad dwudzistogodzinnej pracy w kyminiołomach jak ja pudczas szczania, w czasi gdy Ty topisz siem w zasobach wodnych własnygo ciała to ni, nic ni przyuważyłym.
   -Właśnie o to mi chodziło bracie. To zaprawdę podejrzane. Ciekawi mnie źródło ich niesporzytej energii.
   -Muże to sok z rzypy?
   -Szczerze wątpie.
   -Tak tylko mie siem wymskło.
Yorghal podrapał się po brodzie.
   -To naprawdę poważna sprawa Khorm, coś mi tu dziwnie wygląda i wcale nie mam ochoty brać w tym udziału...
   -Why dwhaj. -przerwał im charczący głos.
   -Idzhiechie zhe mhną.
***
Wieśniak zastygł w bezruchu, silniej zaciskając dłoń na motyce, gdy spomiędzy ścisłej linii drzew wyskoczył jeleń. W dwu skokach pokonał połowę odległości dzielącą go od wieśniaka i na chwilę przystanął unosząc łeb, jakby nasłuchując. Po chwili spostrzegł wieśniaka i zastrzygł uszami. Zaczął powolnymi krokami zbliżać się do kmiecia. Ten w końcu miał szanse przyjrzeć się zwierzakowi. Był to idealny okaz swojego gatunku. Wielkie poroże, mocno umięśnione uda, smukła linia. Jedno tylko się nie zgadzało, całe ciało jelenia skrzyło się refleksami słonecznymi, będąc przy tym... przezroczystym. Wyglądało to tak, jakby jakaś zabłąkana fala uderzyła o kamienne wybrzeże nie chcąc zgodzić się ze swym losem wyskoczyła ponad nie w postaci jelenia i przybyła właśnie przed oblicze wieśniaka. Gdy zwierze było już o kilka kroków od niego, uniosło przednie kopyta i nie zatrzymując się zaczęło falować i zmieniać kształty. Rogi zaczęły kurczyć się znikając w głębi czaszki, pysk spłaszczył się a przednie odnóża nabrały masy. Farmer przypomniał sobie o obowiązku oddychania i połknięcia śliny, w chwili gdy sporych rozmiarów mucha, zapewne wcześniej taplająca się beztrosko w ludzkich bądź zwierzęcych odchodach, wleciała, w nie wiedzieć czemu rozwarte chłopskie usta. Splunął więc zwracając musze wolność i nabrał powietrza w płuca na chwilę odwracając wzrok od wodnej bestii, po czym spojrzał na stojącego przed nim rosłego, ponad dwumetrowego mężczyznę. Wieśniak spoglądał tak na wielkiego człowieka o błękitnej, wytatuowanej skórze z mieczem większym od niego samego i kilka myśli przebiegło przez jego głowę, na przykład "dlaczego do tej pory nie uciekłem" albo "dlaczego teraz nie uciekam" albo "dlaczego ja jeszcze żyję". Te optymistyczne rozmyślania przerwała wyciągnięta dłoń wielkoluda, zaciskająca się na szyi kmiota, unosząca go z ziemi i przystawiająca przed twarz dzikusa.
   -Twoja widzieć dwa mały ludź z broda?
   -Ghyyhhyh! - odparł farmer.
   -Jeden mieć topór i dużo metal na sobie, drugi mieć warkoczyki i młot..
   -Yghyyyyghh! - twierdził uparcie farmer uderzając pięściami w przedramie dłoni miażdżącej jego krtań.
   -Yh, wieśniaki być takie nie do pomoc.
Gowen pogładził się po łysej czaszce i wypuścił kmiota z ręki. Odwrócił się zaciskając dłoń na jelenim amulecie i już zrywał się do biegu, gdy zatrzymał go głos wieśniaka z trudem łapiącego oddech.
   -Z...zaczek...kaj!
Gowen spojrzał przez ramię.
   -Dwa krasnoludy, widziałem chiba takie ze dwa tygodnie temu. Jeden mały i gadatliwy, drugi mały i z dużym toporem, ich szukasz?
Dzikus rozpromienił się słysząc wiadomości o swych przyjaciołach.
   -Kartoflany łeb! - zakrzyknął radośnie.
   -Którędy ich iść? W która strona?
Wieśniak podrapał się po głowie, przeczesując włosy
   -Na moście ich żem widział chiba, jakżem marchwie rwał, idźże obacz, może tam ktuś wie. - wskazał zabrudzonym palcem kierunek. Gowen skinął głową w podzięce, zacisnął pięść na amulecie i zerwał się do biegu we wskazanym przez wieśniaka kierunku. Po chwili błękitny jeleń przystanął przy moście strzyżąc uszami. Nachylił się nad trawą wyginając smukły kark i zaczął węszyć. Szukał długo obwąchując dokładnie każdy skrawek trawy, deski czy pola, co przyjemne nie było gdyż wieśniacy mają przykry zwyczaj użyźniania swych gleb za pomocą własnych odchodów, jednak w końcu odnalazł trop. Jego delikatne zwierzęce nozdrza zwietrzyły ohydny fetor krasnoludzkiego spirytusu.
***
Khorm leżał na wielkim kamiennym blacie cały usztywniony. Żelazne klamry i skórzane rzemienie nie krępowały mu tylko palców u stóp, co krasnolud usilnie starał się wykorzystać, wykonując nieskomplikowane ćwiczenia. Charcząca postać już jakiś czas temu zostawiła go w komnacie, wcześniej unieruchamiając na jego aktualnym łożu. Yorghal leżał na blacie obok, równie mocno skrępowany. Z początku bracia pragnęli wymienić zdania na temat swojego położenia, jednak skończyło się na przeciągłym 'mmmhmhmm...' z obu stron. Khorma bardzo ciekawił cel tegoż całego usztywnienia. Domyślał się jednak że powód przeprowadzki do tak wygodnej kwatery mógł okazać się dla krasnoludów raczej mało przyjemny. Zakapturzeni jednak nie dali mu wiele czasu na rozmyślania. Po komnacie rozlał się intensywny blask płonącej pochodni gdy wkroczyła doń para tajemniczych postaci. Khorm spróbował nawiązać rozmowę zaczynając zachęcającym 'mhmmhmm!' jednak żadna z postaci nie zareagowała na jego próbę. Zakapturzeni podeszli pojedynczo do dwóch blatów i zaczęli spodeń wyciągać dziwaczne przyrządy. Khorm poczuł przyjemny chłód metalu, gdy jego 'opiekun' ułożył mu na oczach tajemniczy wynalazek, jeszcze bardziej usztywniający czaszkę. Bardzo ciekawiło go do czego ów tajemniczy wynalazek służy, jednak rychło zaprzestał tych rozmyślań, gdy ostry nóż przebił mu skórę tuż przy gałce ocznej. Kowal run szarpnął się, a raczej próbował, gdyż wszystkie te zaczepy trzymały go mocno unieruchomionego. Zapragnął krzyczeć jednak nie mógł z siebie wydać innego dźwięku od zduszonego jęku. Czuł jak operujący rozsuwa naciętą skórę i wprowadza pomiędzy gałkę oczną a skórę jakiś haczykowaty pręcik. Ból był nie do zniesienia. Krasnolud czuł się jakby ktoś wsadzał mu w oko rozżarzony sztylet. Wprowadzony pręcik zaczął szarpać nerwy aparatu ocznego znajdujące się tuż przy ściance oczodołu. Tego obrzydliwego uczucia nie dało się nawet opisać. Khorm czuł że zbiera mu się na wymioty. Po kilku takich szarpnięciach zakapturzony wycofał narzędzie. Kowal run poczuł przyjemne ciepło, gdy krew wypłynęła mu przez naciętą skórę i zwilżyła nieco jego policzek. Przez chwile myślał że to już koniec operacji, gdy metalowe urządzenie na jego czole nagle rozwarło się oślepiając go jaskrawym blaskiem. Zamrugał starając się odzyskać wzrok i wtedy stało się najgorsze. Wrząca ciecz spłynęła nagle na jego szeroko otwarte oczy. Khorm wrzasnął, to nie zabrzmiało już wcale a wcale jak zduszony jęk. Kowal run miał wrażenie że oczy mu topnieją, palący ból przeszywał całe jego ciało. W końcu krasnolud nie wytrzymał. Stracił przytomność.
***
Yorghal stał wraz z bratem nad rozległym, acz płytkim podziemnym jeziorem spoglądając na swe oblicze w nieruchomej tafli wody. Jego ciało uległo gwałtownym zmianom. Spoglądał na dużo niższego szaroskórego krasnoluda o całkowicie łysej głowie, z jego bujnej czupryny nie pozostał nawet jeden włos. Ostała mu się na szczęście jego duma - długa broda, jednak 'posiwiała' a raczej 'wybielona' przez wszystkie te operacje i eksperymenty. Od dłuższego czasu on i brat nie byli już w sali kamiennych łóż, widać zakapturzeni ukończyli swe dzieło. Gniew gotował się w dumnym krasnoludzie. To nie godzi się tak traktować istotę żyjącą. To wbrew prawom natury. Wbrew naukom Storna. Zaraz. Nauki Storna? Storn nie istnieje. Ich jedyny prawdziwy bóg. Dzierżący Młot, Pan Piorunów, Wszechmogący Storn opuścił ich w tym zapomnianym miejscu. Yorghal zazgrzytał zębami. To wszystko nie ma sensu. Spojrzał na Khorma. To co zostało z dawnego spasłego i roześmianego krasnoluda, to kilka warkoczyków zaplecionych na brodzie. Kowal run ostatnimi czasy stracił to, czego Yorghalowi najbardziej brakowało, stracił swój humor. Swoje beztroskie podejście do życia i wszystkiego wokół. Stał teraz na skraju ciemnego jeziora, które miało służyć do mycia wszystkim Duergarom, jak zwykli na siebie mówić wszyscy górnicy ku pamięci dawnego klanu, zaciskał w prawej dłoni swój kowalski młot i spoglądał przed siebie, a całym jego ciałem targało drżenie. Yorghal przyjrzał się twarzy brata. Ujrzał nań niepohamowany gniew. Oraz zwierzęcą chęć zemsty...
***
Gowen przystanął już na swych dwóch ludzkich nogach przed kamiennymi wrotami do prastarych krasnoludzkich kopalni. Zmarszczył czoło nie mogąc się zdecydować czy powinien zapukać czy raczej nie. W końcu zadecydował że zrobi braciom niespodziankę. Pchnął wrota które puściły dopiero po dłuższym wysiłku i wszedł do środka spokojnym krokiem. Ujrzał przed sobą mrowie rozchodzących się we wszystkie strony świata korytarzy. Uznał że najlepszym wyjściem będzie wybranie na chybił-trafił i ruszył w pierwszy lepszy korytarz. Tunel prowadził łagodnie w dół zakręcając raz czy dwa gdzieś w połowie drogi. Takie przynajmniej było wrażenie Gowena, który nie zdawał sobie sprawy z tego że przemierzył ponad 15 korytarzy i przechodził przez najróżniejsze skrzyżowania niezliczoną ilość razy. W końcu korytarz przeistoczył się w balkon. Gowen podszedł do naturalnej balustrady wytworzonej z kamienia i wychylił się spoglądając ku dołowi. Z początku nic nie zwróciło jego uwagi. Grupa szarych niewolników uderzała sobie beztrosko w kamienną ścianę bez większego celu czy idei. Nad nimi stało kilka postaci w długich powłóczystych szatach. Bardzo malowniczy i dla normalnego człowieka takiego jak Gowen, zwyczajny obrazek. Jednak jedna rzecz zwróciła uwagę potężnego dzikusa. Jeden z niewolników nie używał do łupania kamienia zwyczajnego kilofa. Awatar wodnego jelenia spostrzegł Krasnoludzki Młot Runiczny. Krew zagotowała się w Gowenie który pojął co się święci. Nikt nie będzie więził przyjaciół wodnego jelenia! Dzikus chwycił rękojeść miecza i cofnął się pod ścianę przyklękając na jedno kolano. Zamknął oczy i pogrążył się w transie modlitwy, zawezwującej ducha wodnego jelenia. To był jedyny moment gdy Gowen wyglądał na zgoła normalnego człowieka. W końcu niezrozumiały dla nikogo szept umilkł i powieki wielkiego wojownika rozwarły się. Gowen zaryczał straszliwie i wyciągnął miecz z impetem. Ostrze upadło na balustradę i spory kawał kamienia runął w dół. Zakapturzeni obrócili się w stronę intruza. Wielki wytatuowany człowiek stał na skraju kamiennego balkonu gotowy do skoku, a z jego oczu bił intensywny błękitny blask. Gowen rzucił się w dół. W locie jego ciało ogarnęło silne drżenie. Dzikus czuł przyjemny wiatr owiewający jego łysą głowę równie wyraźnie jak drżenie mocno napęczniałych mięśni. Oto duch wodnego jelenia, działający niczym narkotyk wzmocnił fizycznie wielkiego wojownika. W końcu zderzył się z ziemią i przetoczył przez ramię aby złagodzić upadek, co nie było łatwe z wielkim oburęcznym mieczem. Jednak szybko doszedł do siebie wstał i zlustrował pomieszczenie w poszukiwaniu najbliższej ofiary. Zakapturzony stał naprzeciw, spokojnie gestykulując dłońmi i szepcząc coś w mistycznym języku. Gowen rzucił się do biegu przerzucając miecz przez ramie. Krew nabiegła mu do oczu. Poczuł prawdziwy szał. Nie widział nic poza walką i wrogami. Dopadł pierwszego z zakapturzonych gwałtownie zatrzymując ciało, pozwalając by wielki miecz przeciął powietrze nad jego głową i uderzył równo w ciemię tajemniczej postaci. Ostrze zatrzymało się na skale wzbudzając przy tym niewielką chmurę kamiennego pyłu, a dwie równe połówki martwego człowieka opadły w różne strony tryskając krwią. Gowen nie czekał aż ciało dotknie ziemi. Spodziewając się ataku zaparł się nogą i obrócił w półpiruecie wykręcając młynka swym śmiercionośnym orężem. Tak jak myślał ostrze napotkało opór wbijając się głęboko w bok kolejnego z agresorów który starał się podejść dzikusa od tyłu z zamiarem ogłuszenia, gdyż w dłoni trzymał drewnianą pałkę. Gowen wręcz 'zmiótł' nieszczęśnika z toru przezeń obranego jednak poirytował się gdy spostrzegł że ostrze ugrzęzło między żebrami. Zauważył kolejną grupę zakapturzonych biegnącą ku niemu, tym razem żwawo gestykulującą, co Gowenowi wcale, ale to wcale się nie podobało. Ryknął zwierzęco i rzucił się w stronę biegnących postaci, ciągnąc za sobą miecz ze zmaltretowanym ciałem. Dopadł ich w ostatniej chwili. Zdołał się uchylić od jednego zaklęcia a dwa kolejne rozproszył szczęśliwym atakiem. Zamachnął się ostrzem z prawej ciągnąc je z dołu do góry. Zupełnym przypadkiem zaklinowane ciało zsunęło się z ostrza podczas jego błyskawicznej wędrówki ku biodrze jednego z zakapturzonych i poleciało metr dalej obalając kolejną postać. W tym czasie Gowen zdążył dokończyć cięcie, które rozorało biodro, brzuch i klatkę piersiową jego przeciwnika. Ciepła posoka ponownie zalała mu twarz. Gowen nieco się skrzywił widząc jak kilku zakapturzonych rzuca się do ucieczki. Jednak został jeszcze jeden tuż obok. Obrócił się, więc ku jedynemu ocalałemu ignorując konające truchło, z którego ran zdążyły wyciec wnętrzności, uniósł miecz jedną ręką i zaatakował od góry. Nieszczęśnik próbował zasłonić się przedramieniem. Po chwili tryskający krwią kikut opadł u stóp Gowena, a wielki miecz zmiażdżył obojczyk zakapturzonego. Gowen bez wysiłku wyciągnął miecz z ciała, obrócił się do krasnoludów, po czym... Padł bez ruchu.
***
Yorghal rzucił się biegiem w stronę nieprzytomnego Gowena, wiedział, co zaraz nastąpi. Nieraz już próbował uciec wraz z Khormem, jednak zawsze kończyło się tak samo. Podniósł Gowena z ziemi i zarzucił sobie na plecy. Rozejrzał się za potencjalną kryjówką, jego wzrok zatrzymał się na Khormie. Kowal run wpatrywał się w nieprzytomnego przyjaciela na plecach brata. Yorghal zauważył zmianę na twarzy brata. Krasnoludzki wojownik uśmiechnął się w duchu.
   -No to zaraz zacznie się prawdziwa jatka... - Szepnął pod nosem.
   -Bracie! - Zakrzyknął - Opuszczamy ten lokal!
Khorm zaśmiał się gromko. Yorghal już wiedział, że tym razem krasnoludy się nie poddadzą aż do śmierci.
   -Górnicyyyyyyyy! Formować szereg!
W kopalni zagrzmiał potężny głos kowala run. Był to jeden z niewielu momentów, gdy Khorma dało się zrozumieć bez tłumacza. Wyszkolone niegdyś w sztuce wojennej duergary posłusznie ustawiły się we wspomnianym szyku. Yorghal popędził do brata, na tyle szybko na ile pozwalało mu bezwładne ciało na jego barkach. Khorm już ruszył wzdłuż szeregu starając się zaprowadzić jako taki porządek wśród swego oddziału. Ponad 40 szarych krasnoludów stało w równym rzędzie wypinając dumnie piersi. Khorm odliczał kilku żołnierzy, po czym kazał im wystąpić.
   -Jako ży ni wim. ktu z was jyst na ily duświadczony w walce, zdajem siem na was. Wybrać mie dowódcę oddziału! Aly już!
Grupka wybranych żołnierzy bez dyskusji wskazała najroślejszego jak na duergary członka oddziału. Khorm skinął głową zadowolony, po czym podzielił krasnoludy na dwie kolejne grupy, z czego jedną wziął pod swój rozkaz. Yorghal rozumiał, że z ciałem Gowena na plecach ciężko byłoby mu dowodzić więc postanowił pozwolić działać bratu.
   -Jako ży wymaga tygo sytuacja, trza nam szybkij urganizacji, a winc uczekuje posłuszyństwa. Grupy byndom nazywane numerami, w kulejności w jakiej zustały wybrane. Czasu mamy niwiele, a winc do dzieła panuwie, musimy siem przebić. Kilofy muszom nam straczyć za bruń. ZA MNĄ! BIEGIEM!
Khorm odwrócił się na pięcie i popędził w głąb korytarza. Tuż za nim biegł świeżo upieczony oddział krasnoludów. Yorghal zagwizdał cicho widząc jak grupa obdartych górników w błyskawicznym czasie zmieniła się w wyszkolonych żołnierzy, po czym sam ruszył za zbrojnymi.
***
Sytuacja wyglądała bardzo nieciekawie. Znaleźli się w kleszczach. Za plecami mieli ponad tuzin zakapturzonych, gotowych do błyskawicznego rzucenia śmiercionośnych zaklęć, a przed sobą mieli to, co zawsze zatrzymywało Khorma i Yorghala. Stał przed nimi, wypełniając potężnym ciałem niemalże całą wysokość tunelu, wielki czarny smok. Khorm ustalił wcześniej iż bydle to jest zapewne istotą, którą zakapturzeni czczą, gdyż zaobserwował wcześniej oznaki religijności wśród prześladowców. Najprościej mówiąc, krasnoludy miały do czynienia z kultem.
   -Ahh, widzę że moje krasnoludki znów zaplanowały ucieczkę..
Rozległ się grzmiący głos bestii.
   -Możecie już zawrócić, wykorzystać te kilofy do pracy, a śmierć kilku moich wyznawców zostanie wam zapomniana..
Yorghal rozejrzał się wokół. W istocie większość duergarów zaczęła z pewnymi oporami, ale jednak opuszczać broń i zawracać w stronę czekających nań zakapturzonych. Brodaty wojownik przeklął tchórzostwo zapomnianego klanu. Może jednak oni zasługiwali na swój los. Zacisnął zęby spoglądając na brata. Kowal run spuścił zrezygnowany głowę. Widać że miał wielką nadzieję że ten wypad się uda. Tak, klan duergar bez wątpienia zasługiwał na swój los. Krasnoludom nie przystoi tchórzostwo. Jednak ani on ani Khorm nie zasługiwali nań w najmniejszym stopniu! Yorghal wpadł w szał, uniósł wzrok na wielkiego smoka. Bestia zakręcała właśnie do swego leża widząc jak większośc krasnoludów zawraca do pracy. Brodaty wojownik podbiegł do Khorma, potrząsnął nim i szepnął:
   -Weź się w garść! Dzisiaj mam zamiar opuścić tę pieczary! Albo szczęzne! Nie wrócimy do kopalni!
Yorghal przerzucił ciało dzikusa na plecy brata i zakrzyknął.
   -Biegnij teraz, jak będzie się odwracał! Będziesz miał drogę wolną!
Z tymi słowy chwycił mocniej kilof i rzucił się na grupę zakapturzonych postaci.
***
Khorm stał chwilę w bezruchu pozwalając by myśli swobodnie wędrowały po jego umyśle. Yorghal miał rację. Nie możemy się poddać. Khorm poprawił ciało Gowena na barkach, po czym popędził w stronę obracającej się bestii. Przystanął na chwilę kucając, gdy wielki smoczy ogon świsnął mu tuż nad głową, a następnie zerwał się do biegu w głąb czarnych korytarzy. Rzucił ostatnie spojrzenie przez ramię na brata który już rozpoczynał walkę. Wiedział że Yorghal da sobie radę.
***
Kilof opuszczony z wielką siłą na litą skałę, kruszy ją nieczęsto odrąbując spore kamienne kawały. Łatwo sobie wyobrazić co stało się gdy Yorghal opuścił taki kilof na biodro pierwszego z zakapturzonych. Kość pękła z głośnym trzaskiem, cała noga przestała się nadawać do użytku. Zakapturzony wrzasnął i padł na ziemię trzymając się za ranny bok. Yorghal nie czekał aż reszta zareaguje. Zamachnął się przez pierś kolejnej z postaci. Końcówka kilofa rozorała klatkę piersiową i przebiła płuco delikwenta, pozbawiając go, można by rzec, bez tchu. Zanim i to ciało uderzyło o glebę, waleczny krasnolud zdążył już zmiażdżyć czaszkę kolejnego przeciwnika, złamać kark jeszcze innemu potężnym uderzeniem, po czym kilof wbił się w pierś ostatniego i nie chciał opuścić tak przytulnego miejsca. Yorghal warknął wypuszczając broń z ręki i otwartą dłonią uderzył w najbliższego zdezorientowanego zakapturzonego. Zmiażdżone chrząstki nosa wbiły się w mózg nieszczęśnika, pozbawiając go nadziei na szczęśliwe, długie życie. Dopiero gdy sześć ciał w ciągu zaledwie kilkunastu sekund padło bez ruchu na kamienną posadzkę zakapturzeni pojęli co się święci. Spojrzeli z trwogą na krasnoluda o szarej skórze. Ten odpowiedział im szerokim uśmiechem i ruszył biegiem w ich stronę. Rzucił jeszcze okiem przez ramię widząc jak smok zbiera dech. Wiedział co zaraz nastąpi. Biegł jak najszybciej mógł i wpadł pomiędzy przerażone postacie, w panice rzucające się do ucieczki. Pochwycił najbliższego i wcisnął się w płytką szczelinę korytarza, zasłaniając żywą tarczą. Nie musiał długo czekać. Po chwili śmiercionośne jęzory ognia omiotły korytarz, na którym jeszcze przed chwilą stał brodaty krasnolud. Nieubłagany żywioł zwęglił żywą tarczę Yorghala, przy okazji topiąc nieco kamienia z tunelu. Krasnolud miał tyle szczęścia że smok skupił swój atak na miejscu w którym krasnolud stał przed schowaniem się w niewielkiej niecce. Tak więc do jego położenia dotarł tylko osłabiony podmuch. Który jedynie zwęglił całe ciało zakapturzonego i przysmolił szarą twarz Yorghala. Krasnolud momentalnie po skończonym ataku wybiegł z ukrycia skacząc na wrzącym kamieniu i popędził w stronę smoka. Gdy wielkie bydle ochłonęło po ataku, brodaty wojownik właśnie nurkował pod wielkie cielsko i wymijał smoczysko. Doznał ulgi gdy jego stopy dotknęły zimnego kamienia za plecami bestii. Wiedział że smok w końcu zrozumie co się stało więc nie tracił czasu na odwracanie głowy. W istocie po chwili usłyszał szorowanie masywnego ogona, a zaraz potem dudniące kroki potężnego stwora. Ciekawe czy mi się uda - pomyślał Yorghal, po czym odwrócił łeb. Przerośnięty jaszczur właśnie wyciągał szyję, zapewne w celu zmiażdżenia kręgosłupa pędzącego krasnoluda. Chyba jednak się nie uda - pesymistyczna myśl przebiegła przez głowę brodatego wojownika w chwili gdy usłyszał syk magicznej energii, a zaraz potem silny wstrząs zwalił go z nóg. Błyskawicznie odwrócił się i to co zobaczył zaskoczyło go tak, że ciężko to opisać. Wielka ściana energii wypełniła cały tunel, blokując drogę rozwścieczonej bestii. Yorghal wstał wyprostował prawą rękę i uczynił obraźliwy gest znany ludziom już od zamierzchłych czasów. Następnie otrzepał się z kurzu i odwrócił do stojącego z uniesionym młotem runicznym brata.
***
Bracia i Gowen, który już doszedł do siebie po zwyczajowym osłabieniu pędzili na łeb na szyję krętymi korytarzami pogrążając się w rozmowie.
   -Jakżeś wykuł tę ścianę bracie?! Przecież moc zyskałeś od Storna! Młot runiczny uległ twej woli?! I co ze składnikami? Przecież pozbawiono Cię ekwipunku!
Khorm zaśmiał się gromko.
   -Cu do składników, to sputkaliśmy takigo jydnygo w kapturze, uznałym ży si ni obrazi jak pużyczę jygo woryczek.
W tym momencie biegnący mineli zmaskarowane ciało ze śladami uderzeń wielkiego młota kowalskiego.
   -A cu do mocy, to puwiem ci ży cuś dziwnygo siem stało, nurmalnie biegnem a tu wyczuwam zywszond pulsujoncom ynergyje rudy mithrylu. Myślem sem, spróbować ni zaszkudzi, to i zawzywam tom moc do mygo młota. Tyn siem jarzyć zaczuł jak zapałka, wziułem winc jyden z mytalowych zaczypów zbroi Gowyna, wygiułem go na kształt runa i pac! mamy ścianem!
Yorghal zaśmiał się szczerze.
   -Twoja pomysłowość czasem mnie zadziwia, zawsze...
Jego wypowiedź umilkła w chwili gdy trójka uciekinierów wybiegła na zalaną księżycowym światłem polanę.
***
   -Wolność! Po tylu tygodniach!
   -Konkretniej 12 tygodnia i 4 dnia.
Sprostował Gowen.
   -Ponad 3 miesiące niewoli... Bracie, teraz już nic nie będzie takie samo...
Yorghal spojrzał na Khorma który wypatrywał czegoś pomiędzy drzewami.
   -Tam ktuś jyst.
Rzekł kowal run. W istocie po chwili zwartą linie lasu przekroczył przyodziany w błyszczącą zbroję rycerz zakonu.
   -Na miłych bogów! Cóż to za plugawe nasienie!
Zakrzyknął teatralnie spostrzegając dwa szare krasnoludy.
   -Odejdź człecze, uwolnię Cię od tych bestii, mój miecz wyśle je tam gdzie ich miejsce!
Zwrócił się do Gowena. Krew w krasnoludach zawrzała słysząc obelgi na temat ich wyglądu. Gdyby tylko ten kmiot znalazł się na ich miejscu, kiedy zakapturzeni cieli ich oczy, ramiona i brzuch, ryczałby jak zarzynane prosię. Khorm zazgrzytał zębami i pewniej chwycił młot. Yorghal podniósł z ziemi wielki kawał drewna. Tymczasem Gowen wpatrywał się tępo przed siebie. Fala wspomnień i obrazów zalewała jego umysł. Był tam na powrót... Wkroczył pomiędzy dwa ludzkie ciała z plemienia Kwalu, nabite na wysokie na 3 metry pale. Rozejrzał się po wiosce. Cała zasłana była ciałami jego przyjaciół, rodziny. Ziemia była czerwona i wciąż wilgotna od krwi. Gowen uniósł wilgotne od łez oczy. Pośrodku wioski stał wbity w ziemię wielki krzyż zakonu, oznajmiający iż te pogańskie plemię sprzeciwiło się woli najwyższego zakonnika, zapewne odmawiając mu dziewki bądź chłopca do towarzystwa. Gowen zaryczał rozpaczliwie.
   -V.. Van Capro... - rozległ się słaby szept. Gowen błyskawicznie rozejrzał się wokół. Tuż przy ognisku dwa pale wbite pod różnymi kątami podtrzymywały starca, Mądrego plemienia. Gowen podbiegł do biedaka i przyklęknął na jedno kolano składając hołd męczennikowi.
   -Van Capro... Moja szata... Amulet... Weź.... Zemsta...
Rzekł starzec po czym skonał. Gowen zacisnął dłoń na jelenim amulecie. Znów znalazł się na zalanej księżycowym światłem polanie. Ujrzał znienawidzonego wroga i zaryczał bestialsko. Dwa krasnoludy obok wyszczerzyły zęby. Khorm zamruczał pod nosem:
   -Nu to tyraz komuś łupniem!
Po czym zaśmiał się jak za dawnych czasów. Co jak co, ale 3 miesiące niewoli nie potrafią zniszczyć sławnego optymizmu, poczucia humoru i radości z życia Khorma Teferse. Ścierpi nawet swój wygląd byle tylko mógł wypić! Trójka rozwścieczonych, śmiertelnie niebezpiecznych przyjaciół zerwała się do biegu na znienawidzonego wroga...
***
Smok powrócił do swej wielkiej pieczary i przystanął na jej środku. Upewnił się że wierni go nie śledzą i wyszeptał antyzaklęcie. Iluzoryczna powłoka wielkiej bestii rozpłynęła się w powietrzu i potężny mag spokojnym krokiem wszedł do tajnego pomieszczenia, umieszczonego w prawej ścianie jaskini. Opadł na dębowe krzesło obite jedwabiem i złożył brodę na dłoniach rozmyślając. Dwa krasnoludy uciekły, ale nie powinno być to problemem. Kilku niewolników poległo podczas buntu, ale i to można ścierpieć. Trzeba jeszcze coś wymyślić aby krasnoludy były mi wierne. No nic, zapowiada się kolejny pracowity miesiąc eksperymentów. Mam nadzieję że tym razem wyznawcy dokonają tego czego pragnę i stworzą mi armię wojowników nie znających bólu, zmęczenia, czy nawet ludzkich uczuć...
*********

K278

jestem pod wrażeniem
<DzikiHL> nie tylko krasnolud potrafi być przebiegły mimo pijanego spojrzenia

http://www.k278.pl

GowenC

pozadne opowiadanie, ciekawe, miejscami niezreczene stylistycznie, ale jak dla mnie bomba  8)
http://korwin-mikke.blog.onet.pl/

Cytat: Pewien QMnastępna konkurencja jest walka na kopie czyli staja 2 osoby naprzeciw siebie z broną o zasięgu 2 pul, następnie biegną na siebie mijając się w odległości jednego pola

Shunt

A wszystko po to, żeby krasnolud mógł wytarzać się w węglu i odkryć swoje podziemne pochodzenie. ;)

GowenC

Shunt: w popiele a nie w weglu, Duergary sa szare nie czarne ;<
http://korwin-mikke.blog.onet.pl/

Cytat: Pewien QMnastępna konkurencja jest walka na kopie czyli staja 2 osoby naprzeciw siebie z broną o zasięgu 2 pul, następnie biegną na siebie mijając się w odległości jednego pola