Srebrny Kat Nocy

Zaczęty przez Tinerot, 2006 08 21, 23:05:44

Poprzedni wątek - Następny wątek

Tinerot

Olbrzymia, ognista kula przesuwała się niespiesznie po niebie, prażąc niemiłosiernie. Inkwizytor Reguen mruknął coś do siebie, próbując wzrokiem przebić ciemność zaległą w jaskini przed nim. Nie odważył się tam wejść. Myśli plątały się w głowie, grały w berka z obawami, w chowanego z marzeniami. Był zwyczajnie zmęczony...

- Kiedy on wreszcie wróci? - mruknął, wyraźnie niezadowolony.

Nie musiał czekać tak długo. Po kilku minutach usłyszał szuranie butów o skaliste podłoże, następnie zauważył zgarbioną sylwetkę, a wreszcie twarz człowieka, któremu powierzył najważniejsze zadanie, jakie powierzyć mu było dane.

- I? - zapytał niecierpliwie, wpatrzony z napięciem w twarz przybyłego
- Wszystko zgodnie z planem. Ukryłem Go dobrze. Kiedy jednak ten, który przejdzie Próby przybędzie tutaj, mój czar pryśnie. - odparł rzeczowo tamten

Inkwizytor nie odpowiedział. Pokiwał głową powoli, w zadumie. Oto ostatnie dzieło, dzieło jego życia, zdawało się być ukończone. Mógł spokojnie wrócić do domu... Odwrócił się.


-----------------------------------------

Dziękuję Kamizowi, Marvowi i Willowi za wspaniałą zabawę. Wiem, że było kilka potknięć z mojej strony, mam nadzieję, że mi to wybaczycie i że sprawiło Wam to taką przyjemność, jak i mnie. ;)
(18:42:51) Dhagt: asylum
(18:42:53) Dhagt: gral w ogole w uo?

Alkus

Polmrok. Gotyk. Calosciowo zamkniety teatrem cieni pokoj w swoim przepychu, przepychal i tak najbardziej przepchniete barokowe wystroje wnetrz. Grupa dumnych, statycznych regalow z ksiazkami, niemal zwalajacymi sie na podloge, przeslonila zalazki modernizmu w postaci karykaturalnych paskorzezb na scianach przedstawiajacych stosunki... albo.. po prostu stosunki. Calosc przesiaknieta byla zapachem wilgotnego futra, brudnego futra, zabloconego futra, futra i jeszcze dzemu truskawkowo-brzoskwiniowego, co w polaczeniu wialo jeszcze wieksza groza niz zablocone futro z futrem. Burze stoickiej natury tego miejsca zburzyl agresywny atak kichania i kaszlania, czasem rownoczesnie, co w wiekszosci powodowalo nieznosne puszczanie gazow, a to w wypadku diety, jaka preferuja wilkolaki, jest stosunkowo niezdrowe dla srodowiska. Patrzacy postaral sie jakos stosownie wytrzec gluty z lap lub w jakis sposob chociaz usunac je spomiedzy koltunow. Wstal, syszac cicho zblizajace sie kroki. Jego zziebniete cialo delikatnie dygotalo. Obwisle, opierzchniete posladki niedbale podskakiwaly przy pozbawionych finezji ruchach. Byl przy drzwiach, kiedy zapukala. Kichnal, przytrzymujac lapa nos. Starajac sie uniknac imitowanego wybuchu nozdrzy, jeszcze przez chwile przytrzymywal nosek lapa, druga otwierajac drzwi. Za nimi stala w pelnej okazalosci* Kasandra. W dloniach trzymala szarlotke z truskawkami, jeszcze ciepla, a tanczacy zapach nad cala gama struktur smakow przedstawial conajmniej trzydziesci orgii dwunastu roznych plemion w oczach zwyklego wilkolaka, zapach kojarzacego raczej z abstrakcyjnymi ksztaltami, niz z rzeczywistym zapachem, kierujacym sie prosto do nosa. Usmiechnela sie znajomo i bez pytania wcisnela sie do srodka, kladac ciasto na stole. Zachowujac pozory godnosci, postaral sie postawic troche wyzej ogon.
-Prosze... - cicho warknal\jeknal\sapnal\kichnal, lub fuzje i wieloznacznosc tych roznych srodkow przekazu. Jeszcze raz przywtorowal innymi objawami choroby i zatrzasnal drzwi, ktore z metalicznym zgrzytem wyznaczyly granice jego osobistej izolatki"  
*ah ta wilcza wyobraznia.


szkoda, ze w gruncie rzeczy od paru dni mnie trapi choroba.
the only thing worse than evil is apathy.

Tinerot

Marvel:

Slonce wspinalo sie leniwie nad horyzontem, ropoczynajac kolejny, zwykly lub niezwykly, dzien. Pierwsze zlote promienie wlewaly sie mozolnie przez okna do wiezy blasku. Zycie juz tam wrzalo... no.. w kazdym badz razie, nikt juz nie spal. Wyjec siedzial pochylony nad fioletowa ksiega i studiowal jej zawartosc. Na czole pojawily sie zyly z wysilku, a cala twarz nabrala nieprzyjemnej, purpurowej barwy.

- Co tam czytasz, powiedz, prosze ! – podleciala do niego mloda dziewczyna i raz po raz zaczela zagladac na zapisane strony.
- Sama zobacz – rzucil ksiazke w kierunku dziewczyny – Ide sie ocucic w zimnej wodzie. Czekaj na mnie przed wieza. Idziemy na spacer.
- Dokad ? – spytala zdziwiona.
- Czytaj, moze sama mi to powiesz.

***

- Opuszczona warownia ? Orczy fort ? – powtarzala pod nosem Lza, kiedy razem z Wyjcem szli juz lasem w nieznanym jej blizej kierunku.
- Taak... wiesz gdzie to moze byc ?
- Cove ? – spytala naiwnie.
- Na to wyglada – rzekl bardziej do siebie – Idziemy. Mamy malo czasu.
- Czego w ogole szukamy ?
- Informacji – rzucil w zamysleniu, a pozostala droge do osady przeszli w milczeniu.

***

Staneli na centralnym placu. Miasto bylo jak zawsze ciche, spokojne, nie powalalo energia zycia. Niekiedy tylko jakas zrzedzaca gospodyni wygonila zapitego, spoznionego klienta swojej gospody lub tez, w oddali, zmeczeni kupcy jak codzien rozkladali swoje stragany w nadzieji, ze w koncu ktos cos od nich kupi.

- Ja inaczej pojmuje znaczenie slowa 'opuszczone' – warknal Wyjec – TO ma byc warownia ? Wiocha zabita dechami, zamieszkala przez biedote.
- Spojrz tam – Lza wskazala na gorujaca ponad miastem wieze obserwacyjna – Moze tam sie czegos dowiemy.
- Moze... – ruszyli.

***

Kiedy wdrapali sie na szczyt, oprocz niezwyklych widokow rozciagajacych sie naokolo wiezy, zauwazyli tylko malutki stolik z dwoma kuframi nan. Za stolem zas, siedzial juz podstarzaly jegomosc, a twarz jego liczne bruzdy i szramy w calej swej okazalosci zdobily.

- Dlugo pan tu juz zyje ? –Spytal Wyjec, ogladajac jednoczesnie stary portret wiszacy na sciane za plecami Lowcy Nagrod  – Czy to miasto zostalo kiedykolwiek opuszczone ?
Mezczyzna rozparl sie wygodnie na krzesle i zapalil fajke. Spojrzal obojetnie na przybyszow i rzekl
- Moze.. Stary juz jestem. Slaba mam pamiec, musicie mi wybaczyc – usmiechnal sie chytrze.
Lza westchnela, hamujac reka przy okazji Wyjca, ktorego piesci juz zaciskaly sie za plecami – Ile chcesz ?
- 500 sztuk zlota. –
- Oby to bylo warte swojej ceny – Wycedzil Wyjec i rzucil sakwe na stol
Mezczyzna zwazyl woreczek w dloni, usmiechnal sie i poczal mowic.
- Tak, to miasto zostalo onegdaj opuszczone. Nie ma juz garnizonu. Kiedy orki zostaly wybite, straznicy nie byli juz tu potrzebni. Zamiast ich zwalniac, przeniesiono ich do sluzby gdzie indziej. Ci co chcieli zostac – zostali, bo nie mieli gdzie sie podziac. To wszystko.
- To wszystko ? – zamyslil sie – A stacjonowala tu Inkwizycja ?
- Jaka Inkwizycja ? – zasmial sie mezczyzna
- Wrr.... – Wyjec rzucil kolejna sakwe na stol.
- Tak, byli tutaj – ciagnal mezczyzna. – Ale to bylo dawno, bardzo dawno. Nie bylo tutaj ani mnie, ani was, zapewne, wiec nie moge wam nic wiecej o nich powiedziec. Ale.. zyje tutaj potomkini jednego z wiesniakow, ktory zaciagnal sie do sluzby w Inkwizycji. Jest garbarka.

- Idziemy do niej – rzekla Lza.
- Z nia juz nie bedzie tak delikatie – dodal Wyjec.

Slonce juz dawno minelo zenit. Powoli kladlo sie za horyzontem.

Dwojka wedrowcow z hukiem otworzyla drzwi malej chaty oblozonej z zenwatrz skorami. Osaczyli mloda, chuda dziewczyna, ktora natychmiast skulila sie w sobie. Przestraszona i zdezorientowana, kompletnie nie wiedziala co sie dzieje.

- Mow, co wiesz o Inkwizycji ! Byle szybko !
- A..aale.. jaa..- glos jej drgal, poczely plynac lzy.
- MOW ! Lowca nam Ciebie wskazal – Wyjec uniosl wysoko piesc, gotow juz brac zamach.
- Doo.. dobrze.. Powiem. – wychlipiala – Moj dziadek.. – nabrala tchu – zyl tutaj, dawno temu. Wtedy, kiedy przyjechala tutaj Inkwizycja. Oglaszali nabor. Odwiedzali okoliczne wioski i zabierali ze soba silnych i karnych. Wszystkich. Ponoc, mieli oczyscic fortow z orkow, ktorzy nekali te Warownie. I.. zrobili to. Jednak, pozniej sami zalozyli tam oboz.. i.. – przymknela oczy – To bylo straszne.. jak dziadek opowiadal.. dochodzily stamtad krzyki... ludzkie.. i.. swad palonego ciala... Dziadek sam stamtad wrocil.. sam... – CO BYLO DALEJ, SZYBCIEJ  - wtracil gwaltownie Wyjec.
Lza Luny zatoczyla sie i spojrzala na zegarek. 21.
- IDZIEMY DO FORTU.
- Nikogo tu nie bylo – rzucil przez zacisniete zeby Rhenem i wybiegli z budynku.

Slonce ksiezyca oblalo dwie postacie, a wszystkie wilki w okolicy zawyly jednoglosnie. Dwie bestie o czarnych jak noc futrach ruszyly pedem w kierunku fortu. Orki padaly pod naporem morderczych pazurow i niezwykle silnych lap. Jeden po drugim. W koncu przyszedl czas na ich krola. Polegl rowniez, po niezbyt szybkiej batalii. Na samym srodku placu, tam gdzie znajdowala sie jego 'komnata', spod ziemi wybila smuga delikatnego swiatla. Po chwili dolaczyly do niej ognie. Z poczatku male jezyki, przerodzily sie w wieksze plomienie, gorace, mocne, jak ognie piekielne. Formowaly sie w jakis nieznany blizej ksztalt. Temperatura rosla. W koncu powstal. Stwor zrodzony z czystej esencji piekla. Swidrowal bestie swoimi oczami, swoje 'usta' wykrzywial w jakims makabrycznym, sztucznym i nieruchomym usmiechu.

PIECZEC ZOSTALA UJAWNIONA... TYLKO TEN, KTORY DOTKNAL NIEBA, MOZE DO NIEJ DOTRZEC...

Zadudnilo w glowach wilkow. Glos, niczym grom, z najdalszych otchlani czaszki przeszyl ich umysly. Wilczyca zrozumiala. Polozyla lape na ramieniu towarzysza, hamujac tym samym po raz kolejny jego zapedy. Spojrzala ze smutkiem w tarcze ksiezyca i zaczela sie kurczyc, zmniejszac, powracac do poprzedniego, normalnego stanu. Dziwne jej sie wydalo, ze zrobila to tak naturalnie, tak szybko.. czyzby Luna nad nia czuwala w tym momencie ?
Rozpostarla swoje skrzydla, piekne i snieznobiale, po czym wolnym i drzacym krokiem ruszyla w strone Straznika Pieczeci. Wyciagnela przed siebie dlonie, czyste, nieskalane. Straznik zawyl. Ognie piekielnie wzniecily sie. Lza Pani parla naprzod. Twarz jej juz blada, zlana potem, wykrzywila sie w grymasie. Wiedziala, ze musi. Wiedziala, ze tylko ona, nikt inny. Przebijala sie, z trudem. Otulila sie skrzydlami, zaslonila nimi twarz. Palce rozgrzane do czerwonosci, parujaca skora, nieopisany niczym bol. Dotknela go w koncu, najpierw jedna, pozniej druga dlonia. Krzyczala. On tez krzyczal, na swoj sposob. Plomienie zawirowaly. Wybuchly. Ogromny blask oslepil wilkolaka stojacego z tylu. Straznik zniknal. Andrea upadla, stracila przytomnosc. Jej skora pulsowala czerwienia, palila sie od wewnatrz.. ten plomien byl w niej... Jedynie skrzydla, pozostaly nietkniete.. dlatego, ze sama Luna je jej zwrocila, tkwila w nich boska moc. Stracona przeszlosc.
I znow, ponownie, ten sam glos, odlegly i bliski, zadudnil w ich glowach

PIECZEC ZOSTALA ZLAMANA.
STRAZNIKA KOMNATY SKRYWA TEN, KTORY PALADYNEM ZWAC SIE KAZE.

Przeszla probe...
(18:42:51) Dhagt: asylum
(18:42:53) Dhagt: gral w ogole w uo?

Gofer

życie za krótkie aby się denerwować innymi, po za tym jak się denerwujesz, to Ci się ręcę trzęsą, oddech masz urywany i muszka ze szczerbinką gorzej współgra

jestem przyjaznym GM-em - powiedziałem i rzuciłem 150 graczy na pożarcie Panu Smoków - najadł się
@Aqe " bo kobieta to tez czlowiek"