Brazowy cukier.

Zaczęty przez Alkus, 2007 01 29, 10:28:06

Poprzedni wątek - Następny wątek

Alkus

  Zmeczone promienie slonca zamienialy leniwe fale w kotlujace sie w przeroznych stosunkach rybie grzbiety. Stanowczy, gigantyczny transatlantycki okret, rzucal przerazajacy cien na Ratusz Wolnego Miasta Ocllo.
       Cicho, tak cicho jak sen myszy, postac przenikala ogromne szyby ladowni. W odleglej kajucie kapitanskiej palilo sie swiatlo. Postac przykleila sie do sciany i wyciagnela noz, ktory zapewne bylby nim, gdyby nie byl paleczka do bebenka.
-Chyba nie chcesz tego złobic? - szeptal do siebie.
-A mamy inny wybor? - odpowiedzial, lamiac slowa pod nosem.
-Wiesz.. oczywiscie, ze to jest łabunek, ale nie zapominaj, ze.. no jak na to nie patrzec, tez niezbyt legalne rzeczy tutaj łobimy...
-Mozesz choc raz przestac mi przeszkadzac, kiedy pracuje?
         Szponiaste swiatlo miasta, wpadalo przez malutkie okienka. Caly okret skrzypial, wezowym, ciagnacym sie dzwiekiem. Postac wewnatrz kajuty mamrotala w pijackim amoku.
-Aleeeszzz pszepani! nie odddmoowi panii t'nca?
          Gigantyczny preceder trwal niecala minute. Postac wyparowala z cienia, potknela sie o mate, zrobila potrojne salto ze sroba w powietrzu, zachaczajac czubkiem nosa o sufit, wyladowala, rozjechawszy obie nogi w dwie strony (rwac sobie gatki w genitalach), jak sprezyna wyprostowala sie (z chrzestem kosci) i stanela za postacia (z cichym "ughm", po prostowaniu konczyn), owijajac jej twarz ramieniem i przystawiajac koncowke paleczki do plecow.
-Kto Cie przyslal i skad jestes?!...
-...Zasłancu!! - dopowiedzial
-Nie odwracaj sie, bo zatopie Ci moj.. moj...
-..zasłany!... - dopowiedzial....
-...sztylet, dziekuje G., w twoje...!!!!
-...zasłane!... - dopowiedzial
-...plecy!
-...Zasłancu!!!!!...
-G. ... czy moglbys choc raz pozwolic mi pracowac? Wcinasz sie w kazde moje slowo, ja nawet nie moge postraszyc owego delikwenta.. opanuj sie!!! - wykrzyczal, jakoby do lustra pare slow.
-Ale.. ale.. ja nie jestem od nikogo!!! - wkoncu wyzional alkoholem owijany ochlejmorda.
-Musisz byc od kogos, skoro jestes tutaj i wiesz, czego i gdzie szukac!!!
-Ale. ale...
-Napewno jestes od tego...
-...zasłanca!...
-G.!!!! - warknal do siebie
-Nie jestes od nikogo!! Ja pracowalem tylko dla takiego goscia.. w Trinsic!
-A-ha!!! Ognistowlosego Jima, starego dziwkarza i alfonsa!!!
-..nie, nie.. ja tylko mu ryby sprzedawalem!! - tlumaczyl sie dalej mezczyzna.
-Dalej..!!
--...zasłancu!...
-G. !!! Jasna Dupa!! Nie bedziemy tak pracowac!! - wkoncu mezczyzna zostal uwolniony, za to oprawca odszedl od niego i stanal na srodku kajuty, wymachuja dlonmi z paleczka od bebenka.
-..ale przeciez sie stałam, napławde!!
-Jezeli.. komus... groze... nie nazywaj go caly czas zasrancem.. to psuje konekcje miedzy napastnikiem, a ofiara.
-...no ale sam wiesz, jak jest...
-Nie! Nie wiem! Widzisz, ja jako powazny czlowiek, pirat, napastnik, lachudra, prowokator i wichrzyciel, szanowany obywatel Ocllo i calkiem... calkiem... uczciwy.
-...uczciwy? piełwsze slysze... - odpowiedzial sobie
-no dobra.. moze nie do konca uczciwy...
-Przepraszam. Ja mam takie pytanie... -zaczal pijaczyna, ktory niecierpliwil sie, stojac tak samotny, odwrocony w dosc nietypowej scenie.
-Chwile! - warknal napastnik - wiec.. umawiamy sie.. zostaw rozmowy dyplomatyczne mnie, wporzadku?
-...postałam sie...
           Napastnik ponownie mial atakowac mezczyzne, gdy poczul klujacy koniec wedki na swojej szyji.
-myslales, ze pojdzie Ci ze mna szybko! Ha-ha!!!
-..zasłaniec..
-no teraz G., to mu sie nalezy, nalezy... - wyszeptal, lamiac slowa pod nosem.
-Wiec tak.. co my tu mamy... - ofiara, momentalnie przechodzaca metamorfoze w napastnika, podniosla malutka sakiewke z brazowym proszkiem wewnatrz. Napastnik natomiast, tymczasowa ofiara, usiadl spokojnie na taboreciku i wysunal z kieszeni fajke. Zapalil ja, a dym figlarnie poczal tworzyc rozne marki obrazow kamasutry, pomiedzy stronami dwunasta, a czternasta. Powoli ja cmil, gdy mezczyzna sprawdzal dziwaczna substancje. Wkoncu nalozyl troche na palec i wciagnal nosem.
-Ozeszty.... - wymamrotal, bulgotaniem dorownujac obijajacym sie o statek falom.

          W tym momencie, swiat mozna opisac definitywnie inaczej. Zwyrodniale wymiary, poczynaja obijac sie o siebie, jakoby w apokaliptycznych wiazaniach atomowych. Kwanty, jezeli jeszcze to bardziej mozliwe, rozpadaja sie w puzzlanych kompilacjach. Cala maszyna rzeczywistosci, jakoby krazyc zaczela w inna strone, niz powinna, uwalniajac przerozne psychopatologiczne dzwieki i konwulsyjne koncepcje surrealistyczne, momentalnie z butami wpadajacymi do kapitanskiej kajuty. Po pochlonieciu brazowego cukru, czlowiek czul sie, jakoby wpadl na trzezwo na koncert Kai Paschalskiej. Otumaniony, z glowa pompujaca powietrze i wode, szaleje w psich kolach, goniac wlasny, wyimaginowany trzeba zaznaczyc, ogon.

           Tym czasem napastnik, ktory stal sie ofiara, a nastepnie mogl znow byc napastnikiem, powolutku cmil fajeczke, obserwujac odlot, zejscie, odlot i trzezwienie swojej ofiary, ktora stala sie potem napastnikiem (ale tylko na chwileczke), by nastepnie znow stac sie ofiara.
-..amatoł zasłany...
-Spokojnie G., spokojnie, to dobr moment by koledze cos zaproponowac...
-... nie twiełdzisz chyba, ze on sie nam przyda...
-Alez wszem, moj maly...
-..nie zapominaj o mojej czesci! to ja to wymyslilem i ja zajmuje sie płodukcja, wiec 30% jest moje!!...
-wiem, wiem, wiem... - powiedzial do siebie, dalej ciagnac fajke.

           Konstelacje gwiazd byly ogromne i przebijaly sie przez sufit kajuty. Tak byly przypruszone gwiezdna siwizna, ze moznaby je bylo sciagac palcami i jesc.. a potem czuc gwiezdny pyl i ksiezycowy mul miedzy zebami. Wszyyystko poczelo sie zweezzacc i jak w gumowych wersjach calego swiata, rozbijac w antymaterie, budzaca przerazajacy, kosmiczny postrach. Mezczyzna (ofiara-napasnik-ofiara) owinal sie kocem i wcisnal palec do ust, powolutku go ssac.

-Niezla faza
-...posłana... - odpowiedzial sam sobie, obijajac fajka o rog taboretu, kruszac popiol na maty.


Ciag dalszy nastapi...
the only thing worse than evil is apathy.