Pieśń wojownika

Zaczęty przez Motharq, 2007 02 22, 21:59:16

Poprzedni wątek - Następny wątek

Motharq

Mimo nie najcichszego wieczoru, bowiem prócz hałasu uderzanego młotka o wykuwany oręż dało się przecież słychać odgłosy lasu, młody kowal dosłyszał może to dzięki dobremu słuchowi a może przez podświadomość, a może dzięki Dalii, przeróżne tony i dźwięki zgrane harmonijnie tworzące melodyjny śpiew lub intrygującą barda muzykę.
- A więc konkurs w Trinisc się rozpoczął... - powiedział cicho do siebie i wziął jakby większy zamach, opuszczając jednak powoli młotek i wzdychając ciężko podszedł do blanek muru zamku. Oparł się i powiódł wzrokiem ponad lasem zatrzymując wzrok na jego kochanym mieście. Po chwili skierował się jednak w inną zupełnie stronę, w tą gdzie słońce najmocniej grzało podczas dnia.
-A konkurs tym razem beze mnie... Znów beze mnie... - powiedział cicho podpierając brodę murkiem.
- Vidaaaarrr!! Ubierz się i chodź szybko! - wrzask dochodzący z pod zamku nie dochodził przez gąszcz rozmyślań kowala.
- Ale nie oszukujmy się, nie gram już na harfie jak kiedyś - mówiąc to obejrzał się przez ramię. Koło skrzyni stała owinięta skórami harfa - prezent od przyjaciółki. Zacisnął mocno palce na młotku aż pobielały mu kostki. Rzucił młotek ze wstrętem w stronę skrzyni. Głuchy łoskot został natychmiast przerwany kolejnym okrzykiem dochodzącym spod muru.
- Gdzież ty jesteś? Złaźże wreszcie i pomóż mi! - tym razem okrzyk wyrwał go z zamyślenia. Porwał co było pod ręką, czyli kamienną tunikę i zbiegł na dół zabierają na schodach drewnianą tarczę. Wyleciał przed zamek w samą porę.
- Wreszcie! - gestem dłoni Ni'Hai dał znać że długo na niego musiał czekać. Wyglądał paskudnie. Miał na sobie tylko paskudną obdartą togę, był podrapany i posiniaczony, we włosy wplątały mu się najrozmaitsze listki i gałązki, a podpierał się jakimś koślawym sękatym kijem.
- Na bogów wszelakich padnij! - Vidar wydarł się rzucając błyskawicznie w stronę kłębowiska jeden z młotków kowalskich które zatknięte miał za pasem.  Cios był śmiertelny, kłębowisko zagulgotało coś opadając powoli na trawę. Ni'Hai wstał powoli nie ukrywając grymasu bólu i gdy obrócił się i zobaczył kowalskie dzieło rzekł :
- Chociaż na coś przydało się to Twoje kucie...
- Bardzo śmieszne... Mów lepiej co się stało.
- Zgadnij kogo zastałem u mnie w domu... Ettina! I chyba nie jest zachwycony moim umeblowaniem. "Mebluje" mi dom od początku - powiedział i tak wyszczerzył w uśmiechu białe zęby ze mogło by się zdawać że okazuje tym samym za przemeblowanie ettinowi wdzięczność.
- Zatem chodźmy! - odpowiedział kowal zdejmując fartuch i zakładając tunikę.
- TO jest Twoje ubranie? - Ni'Hai patrzył z niedowierzaniem
- Zaraz się ściemni i nie trafię do domu, pospieszmy się lepiej.
Mimo dość głębokiego śniegu i coraz późniejszej pory szli bez marudzenia w ciszy przez połowę drogi. Aż w końcu...
- Worg...
Vidar zacisnął rękę na tarczy i zdjął z pleców mały agapitowy miecz.
- mam nadzieje że nie zawiodę się na swoim własnym owocu pracy... - wycedził cicho przez zęby. Za plecami usłyszał tylko chichot. Nie przejmując się tym, powoli zbliżył się do worga.
- # Naruszyłeś moje terytorium i zginiesz jak każdy, bez względu na to kim jest... A może zginiesz tym bardziej że w Twych żyłach płynie wilcza krew?? # - zawarczał cicho worg
- Warczy.... chyba nie ma dobrych zamiarów.... - jęknął Ni'Hai łapiąc Vidara za płaszcz.
-Cichaj, bo nie rozumiem co do mnie przemawia...- uciszył go kowal, odwracając się z powrotem w stronę worga i odwzajemniając się cichymi warknięciami.
- # Możesz mi odpowiedzieć na proste pytanie? Skąd was taka agresja... #
- # Czy pół-wilk czy człowiek, wszystko mi jedno, jesteście tak samo podli i tak samo zgnijecie w ziemi jeśli nie zdecydujecie się przejść na stronę pana... W was pół-wilkach tyle samo ludzkich wad co w ludziach, gardzimy wami tak samo... po wsze czasy... # - Worg już nie próbował być cicho i zaczął już szykować się do ataku. Vidar nie czekał aż się zbliży, wrzucił do ust wszystko co było w woreczku zawieszonym na szyi i skoczył tak samo ostro do ataku jak worg. Ni'Hai z rozszerzonymi oczami patrzył jak wojownik i wilk zbijają się w jedno, ciała w jedno ślina wilka i piana z ust w jedno, oddechy w jedno... W końcu obaj opadli. Ale berserker wstał na nogi łapiąc żylastymi dłońmi Ni'Hai'a  i ciągnąc niczym koń zrzuconego jeźdźca uzdą.
- Gdziee tyyy taaak pęęędzi... - nie skończył bowiem został uderzony gałęzią. Już nic się nie odzywał pędząc co tchu [którego w ogóle brakowało! ] za berserkerem i próbując wyrwać się z jego uścisku. Gorąca piana z ust z sykiem zostawiała ślady w śniegu, witki biły po twarzy ale berserker dzielnie biegł odganiając wszelkie paskudztwa jakie stawały mu na drodze. W końcu dobiegli do zabudowania. Vidar obrócił się na moment, przez co Ni'Hai poczuł oddech gorętszy niż ogień. Zamknął oczy i wywrócił się o korzeń. Wojownik puścił go.
- Vidar ale drzwi są zam... - nie zdążył dokończyć, gdy wojownik staranował drzwi i z  rykiem wleciał do przedpokoju. Tam ledwo ochronił się tarczą przed pociskami tworzonymi z  mebli. Sokół latał spłoszony wyczynami ettina po całym domu.
- Uhga tel ghala! Gdzie tu być jeść!!??? - słowa w dziwacznym języku mieszały się z  nieskładnie tworzonymi zwrotami w języku powszechnym. Wojownik chciał coś powiedzieć ale że miał w ustach pianę, zmarszczył brwi i przeskoczył stolik tnąc w powietrzu nogę ettina.
-Aua, to nas boleć, by cie aua za to! - wykrzyknął ettin dobywając topora zawieszonego nad kominkiem. Z ust berserkera przez piane przebiło się tylko coś na wzór "Oj!", wytarł usta i krzycząc "Giń!" zadał cios łamiący topór trzymany w ręku na środku rękojeści.
- Ouaua! My uciekać, ty nas nie zabijać! - Ettin wrzeszczał jak opętany. Wybiegł na balkon uderzając głową w filar i przelatując z łoskotem przez barierkę. Vidar słysząc coś na wzór chrupnięcia kości wyjrzał przez balustradę - tak, ettin złamał kark.  
- Vidar! - Ni'Hai dysząc ciężko wbiegł do mieszkania. Sokół od razu usiadł mu na ramieniu.
-Ciekawe kto to wszystko posprząta... - dodał jeszcze przez nieregularny oddech patrząc cały czas na pół-wilka z miną lekko zmartwionego przyjaciela. Berserker stawał się coraz bledszy...
- Nie mów tylko że jeden ettin cię tak wymęczył, daj spokój! - rzekł z niedowierzaniem mag.
- Chyba grzyby przestają dział... - wymamrotał Vidar opadając na podłogę.

- Wstawaj słabeuszu! - wrzasnął Ni'Hai polewając Vidara trzecim już dzbankiem wody. Krztuszą się i dławiąc wodą , ten wstał powoli coś mamrotając pod nosem.
- Coś taki niecierpliwy... - żachnął się sięgając do woreczka na szyi po czym dodał brzmiące echem słowa - Pusto...
- Eee dasz rade wrócić.
- Trzymaj moje cenne rzeczy i przeteleportuj do osady!
Nihai popatrzył na trzymane przez Vidara rzeczy i odrzekł zastanawiającym tonem
- Kanapki? Trzynaście kanapek jest dla Ciebie cennych?
- Piekł je nie byle kto!! - powiedział poważnie wojownik.
*Kal Ort Por*

Vidar wepchnął nos głęboko do woreczka. Na marne. Nawet nie czuł już tak ostrego aromatu czarnych grzybów. Rozejrzał się po ciemnym już i pozornie opustoszałym Yewiańskim lesie.
- Teraz muszę zdać się na wszelkie moje zmysły... - powiedział bardzo cicho pod nosem i zdjął buty zawieszając je sobie na szyi. Poruszał się bardzo powoli, pewnie nawet dla przypadkowego obserwatora niezgrabnie. Ale on doskonale wiedział co robi, zdawał się na swój instynkt. Co chwila przystawał i wciągał powoli powietrze do płuc. Starał się chodzić tak by nie zostawiać tropów - poruszał się swoimi poprzednimi. W pewnym momencie zgubiła go jednak rutyna. Zaczął rozmyślać o najbliższej mu osobie. Nie zauważył że kroczy wprost na wielki zadek olbrzymiego ogra. Ale zatrzymał się. A raczej coś go szarpnęło mocno w tył. Wleciał w krzaki szeleszcząc głośno. Ogr obrócił się na pięcie ale nikogo nie zauważając powrócił do obierania z piór martwej harpii.
- Brat mój i wybawiciel... - Vidar ocknął się gwałtownie patrząc na żółte ślepia gapiące się na niego leżącego. Jego oczy także przez chwilę odwzajemniły ten blask. Ciepły oddech wilka sprawił że Vidar pozbierał się od razu na nogi i przyklęknął przed wilkiem oddając jakby mu hołd.
- Jestem ci winien życie. - powiedział trochę zdumiony tym co mówi. Wilk zaskomlał cicho i porwał się do biegu. Tak szybko zniknął jak się pojawił.
- Co mu się... - nie skończył gdy z krzaków w których zniknął wilk pojawiła się jego głowa. Wilk cicho zawarczał coś na wzór "Chodź, zaprowadzę".

"Raydil chyba już wysypał wszystkie gwiazdy na sklepienie" - pomyślał pewnie Vidar, bowiem w pewnym momencie zamiast patrzeć gdzie biegnie jego druh, patrzył w niebo. Obudziło go dopiero z tego pół-letargu potknięcie jego nóg o leżący spróchniały konar. Zdziwił się jednak gdy zamiast uderzyć twarzą w śnieg uderzył w trawę...
- Tam gdzie ziemia zbroczona krwią obrońców, śnieg nigdy na długo nie ostanie... Osada Fianny! Juhu! Dotarłem! - wojownik uniósł radośnie sierp w górę. Jego radość przerwało warczenie wilka - mina mu zrzedła. Od zamku dzieliła go mała odległość ale i mały tłum powitalny.
- Co tu się tak nakłębiło... - uśmiechnął się do siebie ale znowu wylazło z niego powietrze gdy zorientował się że jego mieszek na szyi jest pusty... Krótka lustracja otoczenia - ucieczka chyba nie będzie najlepsza. Zamek, kilka domów. Przyjrzał się ostatniemu. Solidnie wybudowany Tulkasową ręką cisowy domek na kamieniach. A przed nim ławka i drzewo. Ba! Na drzewie woreczek.
- A mówił że z tym skończył... - szepnął do siebie zdziwiony i podleciał kilkoma długimi susami do drzewa ścinając w wyskoku mały woreczek ze skóry niedźwiedzia.
- I znowu się zaczyna... - powiedział tym razem na głos, jakby do kłębowiska kłębowisk, połykając bez pośpiechu mały czarny grzybek...

Bosa noga dyndała z murku przeczesując brunatno-brązowym futerkiem zimne nocne powietrze. Druga noga ubrana w stary but, podtrzymywała harfę szarpana raz po raz długimi palcami. Vidar zamknął oczy i próbował sobie przypomnieć jak to się kiedyś grało. Serce mocniej mu zabiło gdy jego palce zagrały delikatną ale waleczną melodie podobną do tej która rozbrzmiała kiedyś przywołując do obrony Yew...
- Tylko tyle pamiętam... - spojrzał na swe ręce które lekko poczęły drżeć. W jego głowie kłębiły się różnorakie słowa, powoli układając się w pieśń. Ręka przestała drżeć. Za to krtań zaczęła.


Za dużo patrzę,
za dużo myśli w głowie noszę,
lecz każdy następny dzień,
cierpliwie znoszę,
czekając...

Nie w głowie mi już,
jak za młodszych lat,
mimo iż stary nie jestem,
harfa ze mną już nie za pan brat.

Wiem doskonale,
że każde tchnienie nasze,
czy to głębokie czy płytkie,
nieograniczone czasem
to sypnięcie ziarnem,
w klepsydrze odliczającej czas,
aż skończy się nasze życie marne.

Więc cóż mi po pieśni?
Gdy mogę marnować te chwile,
na pogrom istot,
zdobycie złota tyle,
ile zaspokoi mą chciwość.

A chciwość zaspokoić,
to jak oświetlić cień Raydila,
nie uda ci się to,
nim minie Twoja chwila.


Harfa z hukiem poleciała odbijając się od ścian wieży zamku.
- To nie to co kiedyś, lepiej dać sobie spokój.
Dźwięk harfy znów ustąpił dźwiękowi młota kowalskiego.[/i]