Kronika

Zaczęty przez Alkus, 2005 11 11, 10:58:33

Poprzedni wątek - Następny wątek

Aruv

Z prywatnego dziennika...

Dziś zostałem zaproszony na dziwną rozmowę. Mój stary znajomy, Mortaris Horn, koniecznie chciał udać się w odosobnione miejsce prawie, że wyciągając mnie za szaty z zamku Leśnej Osady Yew. Zawsze był mocno zdenerwowany (nerwowe ruchy dłońmi, niespokojne przyglądanie się wszystkim) jednak tym razem przeszedł chyba sam siebie.
Gdy tylko drowowi udało się uspokoić wampira, wyciągnął zza szaty kilka ziół z błyszczącymi wśród nich kamieniami i rzucił mocno o ziemie. Szmaragdowe opary spowiły dwie postacie...Po chwili oboje znajdowali się już przy bramie cmentarza Cove.
- Jestem Strażnikiem tego miejsca - rzucił bezceremonialnie mroczny elf.
Mortaris nawet nie zareagował. Gdy tylko zbliżyli się do pobliskiego drzewa, zszedł szybko z koszmara i rozpoczął swoje opowiadanie.
Nekromanta widząc, że zapowiada się dłuższa rozmowa, ściągnął swój hebanowy kaptur i przyglądał się światłu gwiazd słuchając nerwowych szeptów wampira.
- Podobno potrafisz kontaktować się ze światem umarłych! Opowiedz mi o tym... - Wyrzucił z siebie Horn.
Drow podszedł do niego chowając sztylet za szatę. Wzniósł dłonie w górę i wypowiedział słowa przywołania. Chwilę po tym wszystkie leśne odgłosy ucichły. Drow unosił się trochę ponad ziemią a czarny falujący całun spowijający jego ciało zdawał się pochłaniać każde, nawet najmniejsze światło.
- Dar ten płynie od naszego Pana Netherila - Dalurvith przemówił dwoma głosami - Jeśli tylko chce..... - Urwał natychmiast odwracając się do tyłu. Ślepia drowa jarzyły się szmaragdowym światłem. Dwa punkty obserwowały dokładnie całą okolicę...
Cichutkie szepty zdawały się tańczyć po pobliskich drzewach. Ich zabawy wydawały się być coraz bardziej zastanawiające i interesujące.

- Dalurvith Tor'ath

[cdn jak się dokulam do domu :P ]

Aruv

Z prywatnego dziennika...
Fragment II


Szybciej szybciej!
Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć!
Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć!
Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć!
Chichoczące głosy skakały wciąż w wesołym tempie po otaczających dwójkę osób drzewach. Wreszcie...Ustały. Lecz tylko pozornie. Po cichu, jakby skradając się, zbliżyły się do postaci odzianej w czarną szatę i po cichu szeptały...
- Dance Macabre..
- Dance Macabre...
- Dance Macabre!
Ostatnie słowa odbiły się głębokim echem w pobliskim lesie. I jakby na to zawołanie, zza horyzontu powoli zaczęło wychylać się słońce. Pierwsze promienie natychmiast boleśnie ukłuły czułe oczy drowa, a następnie zaczęły z wolna smażyć marmurową skórę Mortarisa.
Nekromanta naciągnął mocniej kaptur na głowę, obserwując jak jego znajomy rozpływa się w krwawej mgle, wymykając się po raz kolejny porankowi...


- Dalurvith Tor'ath

Alkus

Czy wyobrazales sobie, ze ostatnia rzecz jaka uslyszysz bedzie cisza?


Bedac "po wszystkim", tak naprawde slyszalo sie i widzialo wiele rzeczy. Nic nie bylo takie, jakie bylo w rzeczywistym, nakreslonym przez czlowieka swiecie. Cisza miala swoj wlasny dzwiek.Byla jak tepy olowek, probujacy za wszelka cene wbic sie w glowe, meczac przy tym istote dzwieku. Slodycz miala swoj wlasny ksztalt, pedzacy przez zadyme Pamieci, krzatajaca sie to tu, to tam, wpajajac w oswiecone umysly piaski zawilych intryg innych upiorow. Bo po smierci nie byles niczym innym tylko swoistym upiorem, krzatajacym sie bezcelowo po niematerialnym, nierzeczywistym swiecie. Nierzeczywistym z perpektywy patrzenia normalnego czlowieka, ktory "normalnosc" i "rzeczywistosc" wykreowal sobie sam. Tak naprawde swiat po hm.. przejsciu, jak mawiaja tutaj CI, ktorzy sa tu dluzej.. poprostu dluzej. Zatem swiat po "przejsciu" byl ngromadzeniem personifikacji wszelkich zjawisk. Tak naprawde, byl nawet bardziej zywy, niz swiat, ktory opuszczali.
the only thing worse than evil is apathy.

Alkus



Para slow splunela niespodziewana metafora. Wyobrazenie cienia popychalo jego wieksza, prawdziwa istote wlasnego istnienia. Trafiajacy tutaj czlowiek tworzyl swoj wlasny, unikatowy swiat, bo tak naprawde to on uczlowieczal wszystkie zjawiska. Nie potrzebowal zadnych konkretnych zmyslow - wszystkie wyobrazenia byly jak otwarte ksiegi, ktore mialy okreslony zapach, wizje, odpowiednio mowily czy dzwieczaly. Zatem Smak mial kulisty ksztalt, zoltawa barwe i dzwiek podobny do brzeczacej wiertarki. Jego wyrzuty sumienia byly w postaci ogromnego, czarnego kociska, co chwile atakujacego swoja wypelniona miche z kolorowym napisem imienia: "Sumienie". Wiekszosc swiatow byla zanimalizowana. Wiekszosc ludzi w dziecinstwie karmiona byla tymi bajkami, gdzie rozne cechy charakteru byly przedstawione w postaci zwierzat. Stad chytrosc to leniwy lis, lezacy ospale na niskiej imitacji Odpoczynku. Zatem jezeli swiat, jaki tworzy to jego nowe pole do istnienia, mogl naginac go jak chcial. Czy to nie bylo niebo? Mogl nakreslic wyglad swojego wlasnego JA, mogl jeszcze raz przezyc swoje zycie, tak jak chcial...
Skoro zatem on zyje i egzystuje z innymi... istnieniami... w TAKIM swiecie, to moze... cos wiekszego, po swojej smierci stworzylo ten... "rzeczywisty", "prawdziwy" swiat? Realny swiat jest prawdziwym okresleniem wszystkich wymiarow alternatywnych. Nie mozna stworzyc swiata totalnie odmiennego od realnego, gdyz kazde wyobrazenie bedzie w jakis sposob opierac sie na tym, co czlowiek juz przezyl, zobaczyl lub chociaz pomyslal... Pomysly tez sa kontrolowane i nie powstaja bez przyczyny. Szare oko sieci przebieglo po Drodze. Ta cicho jeknela i powrocila do swojej pracy - lezenia... To wszystko bylo tak paradoksalne, tak dziwacznie smieszne. Jakby moj umysl byl nieulozony, zostawiony w chaosie i niebycie... wypadaloby to jakos uporzadkowac.

***

Ale nikt nie zauwazyl poruszenia w miedzywymiarze, procz niego. Odlepil przyklejony do plecow Cien, odrzucil go z potezna sila i jak gdyby nigdy nic przyjal spodziewanego goscia...
the only thing worse than evil is apathy.

Alkus

Slyszal niewiele monologow krokow w tym miejscu. Nie bylo to przyjemne miejsce, a zawod etatowego wartownika nie przychodzil mu z latwoscia. Zwlaszcza, jezeli mial opierac sie swoim fantazja. W tym momencie wlasnie operowal na zywo mlodego mezczyzne. Napawal sie kakofonia jego krzykow. Wyciagnal niesamowicie splatana nic jelit, ocierajac ja o swoje marmurowe policzki. Ich wrodzone zimno piescily mile bezsilne rureczki, doprowadzajac do bezustannych dygotan. Kochal jak robi to material...
Oblizal spierzchniete usta.
Przybyli mlodzi.. Para mloda. Prychnal od niechcenia, zeby tylko tak naprawde zwrocic na siebie uwage. Staneli w niepewnej kaluzy krwi, ktora gdyby byla wieksza pochlonela by i nakarmila nicoscia. Dotykali sie.. oni naprawde sie dotykali.. swinstwo. Oni sie dotykali w sposob czlowieczego pieszczenia. W sposob ochydnie wyrafinowany i ukazujacy... emocje. Cholerne emocje doprowadzajace do pustej, slepej uliczki umyslu, ktory nie moze wytrzymac i eksploduje racjonalnym mysleniem...
Powrocil do przechadzania sie swoimi delikatnymi opuszkami po rozwartych gorach watroby. Jej sliska nawierzchnia byla troche smolista, zas wszedobylska krew wbiegala na jego palce.
Przymknal oczy, napawajac sie nierealnym widokiem.
Dotykaja sie ustami? Caluja? Perwersja... Musze doniesc, ze burmistrz wampiorow posiada niebezpieczne dewiacje... oni naprawde wymianiaja pomiedzy soba sline. Prychnal? Nie... oni na to nie zasluguja. Pokrecil sie przez chwile po pomieszczeniu, tylko z ukosa patrzac na pare. To nie jest odpowiednie miejsce... Musial uciec...
Swym niedawno kupionym zaokraglonym nozem do garbowania skory, wcinal sie miedzy wywazone schodki kregoslupa. Przejezdzal po nich powoli, bawiac sie w swoista gre. Oczyszczal ja z resztek miesiwa, aby byly tak niewinnie czyste. Najchetniej wyrwalby je z tego worka, jednak wolal jeszcze chwile... pobawic sie? Podobal mu sie fakt odlepiania skory oraz miesni. Potem odczepienie kregoslupa bylo kwestia czasu.
Szczytowal.
Para wyciagnela z potoku krwi dwie obraczki. Wysoki wampir nalozyl metaliczny chlod pierscienia na ciepla dlon kobiety. Ta usmiechnela sie, wzbudzajac reszte ulatujacych emocji do dzialania.

Ale Mortaris byl inny. Nie pozwolil uciec emocja.

I straznik o tym wiedzial. Wzgardzal nim za kazdym razem... Wolal zdecydowanie swoj wlasny swiat, w ktorym wszystko bylo na swoim miejscu. Zawsze karmiony byl wyimaginowanymi krzykami, delikatnym skrzypem lamanych kosci, czy mechanicznego dzwieku maszyny do szycia. Ale utopijny swiat zawsze musial pryskac przez bande ideologicznych kretynow, ktorych kiedys oszukano.
Mala wycieczka jego jezyka po wnetrzu swojej jamy ustnej. Skok pomiedzy konkretnymi zebami, nie pomijajac dumnych klow.
Teraz wlasnie rozdzieral platy skory, wieszajac je tuz obok na pojedynczej lince. Wolal to robic po zgonie materialu. Skora jest nietrwalym materialem, zagiac w nieodpowidnym miejscu i juz jest do wyrzucenia.. albo chodzi sie ze zgietym wiecznie kolnierzem. Oczyszczal je, polewajac wiadrem cieplej wody. Czesto zrywal troche dalej skore, wiedzac, ze ma tendencje do skorczania sie..
Oparl sie o sciane i polozyl spocona glowe o sciane. Ta delikatnie uderzyla o niego.
Para konczyla swoj poganski incydent. Teraz towarzyszyly mu tylko kroki...

Wychodzac slyszeli chichot. Towarzyszyl im do ostatniego ruchu. Potem chichot przeszedl w szept, szept w belkot, a ten decydujaco w oszalaly.. szloch?

Dwie krople zwiazaly sie ze soba w powietrzu i twardo odbily sie od ziemi. Pierwszy raz zazdrosc i gniew spienily sie ze soba razem...


***

Przepraszam, ale ten termin mi srednio odpowiadal i nie dalem z siebie widocznie wszystkiego :\[/i]
the only thing worse than evil is apathy.

sleeper

Natura Mortarisa, to czym byl i czemu mimowolnie musial sie poddac, pozbawiala go wiekszosci uczuc. Smierc Mortarisa Horna i "narodziny", aczkolwiek odpowiedniejszym slowem byloby "przemiana", Mortarisa Cruach mialy pozbawic go ziemskich uczuc i stworzyc z niego jednostke wysocee zindywidualizowana i zamknieta we wlasnym quasi-swiecie.
Jednak cos sie nie udalo. W umysle, ktory z zalozenia mial pozostac jalowy, narodzilo sie uczucie. Uczucie ktore ciezko bylo scharakteryzowac tudziez w jakikolwiek sposob nazwac. Zwlaszcza, ze jedynym uczuciem ktore towarzyszlo Mortarisowi przez cale jego nie-zycie, byla bezgraniczna nienawisc, a jednoczesnie bezgraniczne uwielbienie, do jego stworcy.

 ***

Byla dziwna. Prawie z nikim sie nie zadawala, jakby bala sie opuscic bezpieczny schron, jaki stanowily granice jej umyslu. Podswiadomie szukala czegos... lub kogos. Nie wiedziala kto, lub co to moze byc. Nawet specjalnie sie nad tym nie zastanawiala, zajeta kontemplowaniem jalowej ciszy i pustki, ktora przepelnione bylo cale jej jestestwo, a zarazem tej ciszy i pustki, w ktorej znajdowala upragniony spokoj.
Jednak grube, "monolityczne" bariery ktorymi odgradzala sie od rzeczywistosci mialy jedna wade... nie chronily przed tym, co rzeczywistoscia nie bylo.

***

W powietrzu unosil sie duszacy i slodki zapach krwi i stechlizny. Twarz Dwayny, mimo iz wiekszosc smiertelnikow zapach ten przyprawial o mdlosci, pozostawala obojetna. Mala, okragla twarz nie zdradzala prawie zadnych emocji. Rzadkie, delikatne usmiechy przywodzily na mysl kogos, kto po bardzo dlugiej spiaczce uczyl sie na nowo okazywac swoje odczucia.
Posadzka, mimo ogromnej kaluzy krwi nie byla sliska. Staneli w centrum sanktuarium. Mortarisowi, mimo prob, nie udalo sie utrzymac kamiennej twarzy. Nagromadzenie emocji i mysli rozsadzalo czaszke nie przywykla do ich nadmiaru.
Skora Dwayny byla niemal tak biala jak jego. Ze strachu? Mogl sie tylko domyslac.
Delikatnie, starajac sie zadac jak najmniej bolu, Mortaris zatopil kly w zgrabnym nadgarstku.
Krew byla ciepla. I slodka. Slodsza niz jakakolwiek ktore pil do tej pory. Kaskada rozkoszy uderzyla mu do glowy, rozbijajac sie o skronie. Setki mysli i uczuc, ktore jeszcze przed chwila rozsadzaly jego umysl z niewyobrazalna sila, staly sie nagle proste i uporzadkowane. Wszystko nagle stalo sie proste...
Z dwoch ranek powstalych po klach wampira, powoli splynely dwie krople krwi. Przez chwile plasaly na posadzce w chaotycznym tancu, przyjmujac wszystkie ksztalty i jednoczesnie zadne, aby w koncu przybrac forme malych pierscieni. Pierscieni z zakrzeplej krwi.

Aruv

Przeszłość.
Szła powolnym krokiem. Jej beznamiętny wzrok obejmował każdy element kamiennego pomieszczenia. Czasem zdarzało się, że uciekał jej gdzieś w pobliże wielkich kolumn czy na puste krzesła. Dla niej wcale nie były takie puste. Wydawać się mogło, że tylko ona widziała tam jakieś dziwne postacie, które jakby podpowiadały jej, co ma robić lub jak się zachować.
Tę jałową ciszę przerwało długie ukłucie. Chwilę potem w okolicach nadgarstka temperatura jakby podniosła się. Gęsta posoka skapywała na posadzkę...z każdą jej kroplą dziewczyna żegnała się ze swoim człowieczeństwem (lub tym co z niego zostało).


Teraźniejszość.
Wszystko jest takie chłodne, jakby bez wyrazu. Niegdyś denerwująca cisza zmieniła się w tysiące dźwięków przyjemnie pieszczących ucho. I teraz tylko jeden dźwięk wydaje się być inny niż pozostałe...dźwięk krwi wtłaczanej w żyły przez bijące serca żywych istot.

Przyszłość.
Wyrzekniesz się tego, co niegdyś twoje było...
Odrzucisz niczym niechciany przedmiot...
Dołączysz do nas i noc pokochasz...
Bo od teraz jej dziecięciem się stałaś...


***
Była późna noc. Kamieniarz właśnie kończył grawerować napis na jednym ze swoich nagrobków. Zamówienie przyszło całkiem niedawno, a właściciel zapłacił dwa razy więcej, by pospieszono się z jego wykonaniem...tak jakby umarłym miało się gdzieś spieszyć. Skończone.
Rzemieślnik po raz ostatni spojrzał na swoje dzieło:

Dwayna Cruach
Pożądała istnienia, Dostała coś więcej..


---
Dziękuję Alkusowi i Sleeperowi za pomoc i wprowadzenie mnie do świata wampirów :)

Alkus

Puste, martwe drzewa, kolysaly sie targane przez nachalny wiatr, ktory jak myszlowo rzucil sie na ziemie, przez chwile przebijajac sie przez niewidoczne blony wietrznej przyzwoitosci. Dzwiek, jak cien jego, przemknal oplatajac neogotyckie wieze zamku. Jak fala pierscieni, czepiajac sie strzelistych okien.
Wkoncu wiatr wcisnal sie niemal caly do klatki... zywej, naturalnej klatki otoczonej szescioma parami marmurowych kosci.
Ghul nieprzytomnie rozejzal sie dokola. W jego.. umysle (?) wedrowaly tylko slowa, ktore pobudzaly go do zycia. Niezbyt z tego rozumial, a ta abstrakcja doprowadzalaby go do bolu glowy, gdyby tylko potrafil porozmawiac z bolem. Teraz od jego otwartych ramion czaszki targal sie szept, ktory rozkazywal, w wolnym tlumaczeniu, "szlajaj sie". POwloczac jedna noga, szlajal sie po terenie Gillesa de Raisa.
Ale coz niszczy jego, utrwalony przez fotograficzna pamiec, obraz calego swiata? Przelatujace masy slow, oddechow i mysli. Mieszkancy? Pierwszy raz skonfrontowal sie z egzystencja.

Dwa wampiry, zaczely ogladac nieprezyjemna kopule personifikacji wszelkiej zgnilizny, rozpadu i nietrwalej milosci.

Automatycznie wsadzil palec do nosa. Ten zakleszczyl sie jak naturalny pierscien wokol jego palca i postanowil nie odstepowac go nawet na jeden ruch. Wampiry dosyc dlugo ogladaly jego szafirowy szkielet, jeden nawet zlapal go za.. "uko"...

Istotnie, starsza z wampirzyc delikatnie chwycila go za ucho, ciagnac do siebie. Te, jak gdyby bylo tylko doczepione do plastelinowego ludzika, odlazlo, ciagnac za soba maly plat skory. Druga probowala poglaskac go, na co zareagowala imatacja wlosow. Kosmki, swymi lepkimi palcami, otoczyly marmurowa dlon wapirzycy.

*tutaj nastepuje ciag propagandowych slow. Nie chce zdradzac szczegolow, ale Cumhailowie wiedza o co chodzi... w kazdym razie od tego momentu ghul, procz slowa "szlajac sie", w lepetynie ma zlepek slow, ktore w wolnym tlumaczeniu brzmia: kumkajl goł brak. Mysle, ze nie wymaga to komentarzy.."

Odchodzac ghul poczul niesamowita ulge. Tak jakby, ciezkie, oleiste powietrze jaskini podniosloby go do gory, zas grawitacja dala za wygrana, robiac sobie przerwe na male "rzyghanie". Przez chwile zastanawial sie, jak polaczyc obie czesci... tejze czesci ciala. Postanowil, ze poki co przeniesie je razem na plecach do zamku. Najwyzej potem poprosi kogos o pomoc...

Ghul niezdarnie przeciskal sie przez rzedy schodow, przyciskajac do plecow swoje oba posladki

Magia slow... dlatego nie zdradza swojego imienia... poborcy podatkowi, kodeks umarlych... br.... strach sie bac...

Nie zauwazyl, kiedy mlodsza, przezornie spokojna, zaczela bawic sie jego plocienna skora. W zastraszajaca krotkim tepie i z niesamowita precyzja, pokolorowala jego skore na jaskrawo-zielony kolor (mozna tez nazwac go szczypiorkowo-koperkowym czy tez kolorze-trawy-o-poranku-pierwszego-dnia-wiosny... dla mnie dalej bedzie tylko zielonym...)

Kroki byly jak delikatne igielki wtapiajace sie w jego skron. Zauwazyl, ze do srodka jego glowy wpadly jego oczy, teraz jezdzac po jego wnetrzu, jak po hermetycznym sloiczku o sliskich scianach. Cien jest dowodem istninia. Odwrocil sie po predce. Tak... szedl za nim. Troche sie bal, ze to szpieg administracji, jednak po jakims czasie zaczal sie do niego przyzwyczajac. I zaczal pamietac slowa... Kumkajl, szlajac sie, uko... w tej chwili, jego skrzyneczka umieszczona gdzies na pozor w potylicy, gromadzila magie slow... ciekawe tlyko ile wytrzyma....
the only thing worse than evil is apathy.

PatroL

Noc ciemna spowijala niebo pelne jasnych gwiazd. Wokol unosil sie lekki powiew wiatru niosac delikatny zapach mchu. W zamysle dwojga istot zrodzila sie idea. Zamysl zrodzil czyn. Dwie kobiety opiekunka Seelena ze swa powiernica uczynily najzwyklejszy zart. NIeprzystoi on, jednakze pod wplywem chwili i ciaglego znudzenia istoty poczynily podroz do miasta, tych ktorzy mimo wszelkich praw nie skonali dawno temu. Nie zwazajac na powage miejsca i kare mogace je spotkac mlodsza Aiko na tablicy przed miastem w mgnieniu oka, wprawnie przybila swa tablice opatrzona koslawymi znakami tworzacymi zlepek niefrasobliwych slow. W zamysle obojga bylo spowodowac gniew jednego z samcow, ktory nieomylnie zwroci na tablice swa uwage przy najblizszej nadarzajacej sie okazji. Seelena nie sprzeciwiala sie a na jej ustach pojawila sie nuta rozbawienia. Nasycily sie one zartem. Chwile potem obecnosc kogos wyczuly. Istote istnie pokretna, dziwna, wzbudzajaca usmiech na ustach swym zachowaniem. Seelena zajela obecnosc niezdarnej istoty. Plocienna skora tejze zaciekawila mlodsza Aiko. Stwor poczul lekkie laskotanie na calym ciele ktore to wywolalo na jego twarzy niemadry, dzieciecy usmiech. Obie kobiety dumne byly z uczynionego dziela. Powloka ciala istoty stala sie jasno zielona. Gdyby tego mialo byc malo starsza zdominowala umysl ghula kodujac w zamysle tejze poczwary slowa uzupelniajace w pewnym sensie tresc wypisana na tablicy. Slowa brzmialy w umysle nieprzerwanie nakazujace glosic jakoby na powitanie: "Cumhail Go Bratch".  Prawdziwie rzec mozna upiekly one dwie pieczenie przy jednym tylko ogniu. Czyz los nie jest przewrotny dajac liczne i wszelakie, dodatkowe okazje?

Alexej

Alexej wypil kolejne 6 beczulek piwa, spalil tyton z Ocllo i obserwowal jak mija dzien

PatroL

a pf  :P .Pijok z ciebie ;] dziadziu  :D

sleeper

Wampir zarzucil worek z ksiazkami na plecy i ogarnal po raz ostatni wzrokiem fortece. Grube kamienne mury, ktore za chwile mialy przestac byc jego wlasnoscia. Wciaz slyszal te glosy, szepty ktore na stale zagniezdzily sie w starej budowli. Wypelnialy kazde pomieszczenie, kazda nawe i kazda szczeline miedzy ciezkimi blokami kamieni, z ktorych byly sciany.
Wampir drgnal lekko na dzwiek ciezkich, okutych wrot ktore zatrzasnely sie za nim, gdy tylko opuscil budynek. Cos sie konczy... - pomyslal, po czym skierowal swoje kroki w strone stojacej nieopodal wiezy. Pozostawalo dopelnic kilku formalnosci...

* * *

W wiezy wszechobecny byl zapach starych ksiazek i magicznych komponentow. Wampir lubil tam przebywac. Mogl godzinami napawac sie tym zapachem. Zapachem magii i wiedzy. Zapachem, ktory tak nienaturalnie dzialal na jego zmysly. Niemal jak narkotyk.
Wampirzyca uniosla pytajaco brwi.
- Nie pytaj o nic Yaineil - wampir staral sie unikac jej wzroku. - Zmusila mnie do tego sytuacja... Po prostu tak musi byc. Pamietaj tylko prosze o... - wampir wskazal na lezace na stole list i mala ksiazke.
- Oczywiscie - Usmiechnela sie Yaineil. Jakiekolwiek inne slowa byly zbedne. Nie mozna sie sprzeciwic temu, co konieczne. Temu, co sprzeciwu nie znosi i nie toleruje. Wiedzieli o tym oboje.
A wieza ciagle pachniala wiedza... wiedza i magia.

* * *

W swiatyni jak zwykle panowal zaduch. Powietrze bylo tak ciezkie i tak geste, ze wydawalo sie iz mozna je czerpac garsciami. Wampir jednak nie zwracal na to uwagi. Zdazyl sie przyzwyczaic.
Skierowal swe kroki ku glownemu sanktuarium. Im blizej niego sie znajdowal, tym powietrze stawalo sie jeszcze bardziej geste. Przesiakniete zapachem krwi i rozkladu. Wampir zblizyl sie do sciany. Wymacal na niej dobrze znany sobie przelacznik i lekko go nacisnal. Sciana z gluchym loskotem przesuunela sie, ukazujac wykuty w skale korytarz prowadzacy do dalszych pomieszczen. Powietrze tutaj bylo troche mniej zatechle niz w innych czesciach kompleksu. Zapalil obie zatkniete na scianach pochodnie i pomieszczenie nierownomiernie wypelnilo sie slabym swiatlem, ktore jak gdyby mialo problem z pokonaniem niemal materialnej ciemnosci. Mroczny pajak natychmiast schowal sie w rog klatki, unikajac kregu swiatla. Wampir slyszal jak strzykaja jego dlugie owlosione odnoza. Syszal rowniez slabe oddechy "bydla" znajdujacego sie w klatce w przeciwleglym kacie pomieszczenia.
Usmiechnal sie lekko spogladajac na stol z ogromna czaszka jakiejs humanoidalnej istoty. Bedzie trzeba sie tu jakos urzadzic - pomyslal, po czym zabral sie za wypakowywanie ksiag.