Jasne, dokładnie zafarbowane na delikatny róż włosy błyszczały w świetle porannego słońca. Wysoka postać o jasnej, wręcz marmurowej cerze patrzyła przed siebie. Góry, które dostrzegła dzięki czarnej źrenicy były piękne. Ich szczyty sięgały gwiazd, a dominującą barwą była biel.
Istota odruchowo poruszyła palcami, zawsze działo się tak kiedy wyczuwała zapach kogoś innego. Ostre pazurki same z siebie przebierały jeden po drugim. Wiatr wzmagał się, a postać opuściła głowę i zaczęła się modlić.
- Morisie, ludzie Cię nie zaakceptują - Cicha myśl przeszyła martwy mózg tak jak potrafi przeszyć skórę strzała.
Ruszył w stronę miasta, szedł po to aby przekonać się czy jego myśl stanie sie prawdą.
Wszystko było takie ładne, piękne. Czuł się tak jak czuje się małe dziecko. Odkrywał wszystko od nowa, poznawał kształty i zapachy. Czuł też przeszywające, nienawistne spojrzenia z kątów ulic.
- Dziwak, bestia - parsknął strażnik gotowy w każdej chwili wyciągnąć morderczą broń.
Dzień za dniem, noc za nocą. Nieumarła, przeklęta istota przypominała sobie uroki istnienia wśród żywych. Czuła też jak to jest być niechcianym i odpychanym.
- Czemu właśnie Ja? Czemu nie ocalił mnie mój pan! Methestelu.. - Moris myślał intensywnie - Trzy lata się ukrywałem, wrócę do nich, do żywych.
Poczuł znajomy zapach.
Nie był to zapach kwiatów, pokarmu, czy jedzenia. Był to suchy, wątły zapach skóry. Słyszał z oddali znajomy rytm. Szybkie uderzenia, które zwalniały rytmicznie wciąż bijąc. Był na balu na, którym całą kapele grającą stanowiło serce.
- Morisie! Ha! Witaj Morisie! - Zawołał słynny malarz.
- Paskudny elf? - Kąciki ust nieumarłego podniosły się tworząc uśmiech.
Jakież to dziwne, ironia losu. Bajki, kawały i prześmiewki z elfów kłamią. On okazał się jednym z nielicznych, którzy zrozumieli kare jaka mnie spotkała.
Współpracowali parę dni. Zdarzyło się nawet, że Moris podsuwał Donowi pomysły na szkice.
Mijały dni, nieumarły zyskiwał przyjaciół i wrogów. Niektórzy nienawidzili go tylko za to kim jest. Mimo, że żywił się na osobności, wyłącznie padliną.
Chciał pomagać, ratować ludzi i leczyć. Za życia znał się na medycynie i anatomii.
- Nie będę pracował z tym potworem! - Krzyczeli
- On zjada ludzi! Nie uleczy nas, a zje! - Powtarzali jeden po drugim.
Poczuł się odrzucony. Zwątpił w swojego boga - Methestela.
Julianos Yarrick chciał dokonać cudu. Moris sprowadzony został do ukrytej kaplicy Araksanela, położył się przy ołtarzu.
Prawdę mówiąc nie miał zaufania do kapłana innego boga.
Kiedy zapadł w letarg kapłan powoli szykował specjalne elementy, aby zabić ciało ale umożliwić życie w formie golema.
- Nie! - rozległ się magiczny głos.
Powietrze z trzaskiem rzuciło Julianosem o ścianę, a ciało nieumarłego rozświetlił niebieski blask.
Moris nie wiedział ile spał, jednak po wybudzeniu z letargu zobaczył przepiękną istotę.
Wysoka kobieta o pięknej twarzy i puszystych włosach wyciągała do niego dłoń. Za nią stał Julianos, jego oczy wyglądały śmiesznie - jakby wytrzeszcz.
- Powiedz jedno słowo, a twój bóg Cie wysłucha Morisie! - Zawołała kapłanka Methestela.
- Mogę żyć..? - Zapytał sam siebie.
- Chc... - Zaczął wymawiać słowo.
Siła letargu powróciła, zemdlał.
Dziękuje za całą rozgrywkę! Dobrze się bawiłem i liczę na ciąg dalszy. Pozdrawiam Julianosa, Handrila, Dona oraz mistrza prowadzącego.
Przepraszam za błędny, nudne opowiadanie i inne głupie rzeczy.
Nie mam weny.
happens. tylko nie przesadzaj i klimać dalej ;P