DM2: Dziedzictwo Mistrzów

Forum Projektu DM2 => Przygody => Wątek zaczęty przez: Mortimer w 2008 05 15, 16:07:02

Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Mortimer w 2008 05 15, 16:07:02
Opowiesc bazujaca na przygodzie Darogana - QM-a od dzis pelna geba, ktory wie co o nim mysle, i ktory przyczynil sie do DOSKONALEJ zabawy, kilku osob.

Byla noc, kiedy zjawil sie w Minoc. Odziany w mrok, dzierzac heban w prawej dloni wolno kroczyl ku odrzwiom Banku Glownego. W pewnym momencie uslyszal za soba rzenie konia i poczul moc magii uderzajaca w najglebsze czesci jego duszy, spojrzal za siebie:
- Witaj Imortha - odrzekla kobieta bystro obserwujac postac odziana w ciemna toge. Miala dlugie czarne wlosy kaskada spywajace na ksztaltne ramiona. Figlarnie sterczace piersi byly uzupelnieniem mlodzienczej sily bijacej od jej postaci. I tylko oczy jej swiadczyly, ze wiosen przezyla wiecej nizli nie jedna zona minockich straznikow
- Saath ... - odrzekl syczac - czego chcesz smiertelniczko.
- Tego, czego pragnie kazdy czlek w tym miescie - zlota - zasmiala sie, a smiech jej byl dziki i nieokielznany, niczym wiatr znad Gor Polnocnych.
- Zle trafilas ... - dalo sie slyszec upiorny chichot - to ja biore od smiertelnikow, nawet jesli nie chca...
Rozmowe przerwal tetent kopyt, do dwojki zblizal sie jezdziec odziany w tunike z demonich kosci, wykonana w doskonaly sposob. Juz z daleka widac bylo, ze to krepy i wysoki mezczyzna. W reku trzymal halabrde z rudy krolow.
- Czego znowu suko zadasz - wykrzyknal, oczy jego zaszly czerwienia - mow bo glowa twa tak samo jak twych kompanow bedzie ozdoba tych ulic...
Kobieta spowazniala, zmruzyla oczy, usta wykrzywil wezowy usmiech:
- Oddacie mi cale zloto z podatkow, zbieranych przez ostatnie 3 miesiace - zaczela litanie rzadan - ponadto jedna z trzech czesci ofiar skladanych na Swiatynie...
- Smiesz zartowac ! - nie wytrzymal - ty chyba ...
- Nie skonczylam - dodala hardo, szybkim ruchem glowy zarzucila wlosy w tyl - jeszcze wezme to co gromadzisz ty w skrzyni bankowej i reszta strazy. - Imortha patrzyl na scene mruzac swe czarne oczy - teraz mozesz mowic strazniku - dodala z usmiechem wyrazajacym pewnosc siebie.
Straznik nie mowil, mial dosc slow spial konia i jednym ruchem probowal ubic kobiete, jednak byla szybsza. Imortha w postaci obserwatora tej sceny byl pod ogromnym wrazeniem umiejetnosci jezdzieckich i refleksu owej mlodej panny. Nawet klasnal w dlonie widzac jak potezny cios powoduje, iz plytki bruku roztrzaskaly sie niemal w pyl, zas ona po uniku spinajac konia gna ku poludniowym bramom miasta.
- Piekna, dzika i gotowa na smierc z mej reki ... - rzekl Imortha, po czym zwrocil sie w strone straznika - Ashruu z rodu Edinazzu - wyciagnal dlon - milo mi.
- Handril, straznik tych ziem ... - rzekl patrzac plomiennym wzrokiem za kobieta ktorej rumaka jego klacz nie byla w stanie dogonic...
- Wiesz ona jest jak Polnocny Wiatr ... - dodal wampir jakby mowil do siebie.

c.d.n.
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: ello w 2008 05 16, 10:36:06
Był wieczór, Strażnik jak co dzień, jak każdego wieczoru patrolował ulice Minoc. Kopalnia, świątynia, zakład krawiecki, warsztat kowalski. Dzień w dzień to samo, dzień w dzień ta sama rutyna. Po wieczornej przechadzce udał sie w stronę banku. Bank był opustoszały, Handril dostrzegł jedynie siedzącego w rogu zakapturzonego osobnika lecz nie zwrócił na niego szczególnej uwagi, zajął sie swoimi sprawami. Wieczór mijał jak zwykle. Ogarnięty nudą strażnik postanowił udać sie na nocny patrol. Jak zwykle- Kopalnia, świątynia, krawiec, kowadła... lecz tym razem docelowy cel jego podroży czyli bank nie został osiągnięty. Tym razem miało wydarzyć sie coś innego. Strażnik zatrzymał się nagle, zrobiło się cicho, cicho jak nigdy dotąd. Ujrzał nadjeżdżającą kobietę. Była piękna, strażnik wiedział ze to nie wróży nic dobrego. nagle usłyszał słowa.

-Witam Cię Strażniku Minoc. Musimy chyba porozmawiać.
Na jej twarzy pojawił się szyderczy uśmiech.
Udali sie w ustronne miejsce. Rozmowa była długa.

-Żądamy od Minockiej osady złota oraz rudy w zamian za spokój w przeciwnym razie będziecie mieli spore kłopoty.
Rzekła kobieta śmiejąc sie w twarz strażnikowi.

,,Ale suka!" pomyślał lecz nie wypowiedział słowa. Zamyślił się chwilę. jego wzrok natrafił na woreczek pełen cuchnących czarnych grzybów. Raz jeszcze spojrzał na kobietę i rzekł.

-Wynoś się w cholere, ty i twoi bandyci. Minoc nie ugnie się przed groźbami byle chłystków wiec zabieraj swoją Bestię i wyjedz z miasta zanim się zdenerwuje.
rzekł stanowczo lecz można było wyczuć w jego głosie odrobinę niepewności.

Strażnik słuchał słów kobiety. ,,Minoc spłonie" ,,Dziś jeszcze moja armia ruszy na wasze miasto"  znów zamyślił sie. ,,przecież nie pierwszy raz ktoś chce spalić, zniszczyć, ograbić i zrównać z ziemią miasto?"  Po czym spojrzał raz jeszcze do swojego woreczka z grzybami.  Wyciągnął jednego i połknął prędko. W tym Momocie głos kobiety nie był dla niego słyszalny, słyszał tylko swoje myśli, jego źrenice rozszerzyły sie a oczy zaszły czerwienią, poczuł przeszywający ból głowy. Strażnik nie czuł już niepewności i lęku. Wykrzyknął w stronę kobiety.

-Wynoś się bo zaraz mój topór pogruchota ci kości!
nie czekał na reakcję i sięgnął po halabardę , lecz zanim zdążył unieść swą broń Przywódczyni Bandytów była już w oddali. ,,Jak ona to uczyniła?" pomyślał ,,jest jak wicher,  jak zimny północny wiatr".

Usłyszał kolejny raz szyderczy śmiech niosący się po ulicach Minoc. Wściekły udał się do banku.
Obietnice złożoną strażnikowi kobieta spełniła tego samego dnia. Ataki bandytów były nieustanne. każdego dnia. Rutyna. Horda bandytów atakujących miasto a po chwili chorda ciał zdobiących chodniki Minockich Uliczek. Strażnik miał nadzieję żyć w tej rutynie lecz tego dnia coś musiało ją przerwać.

-Witaj Śmiertelniku.
Usłyszał przeszywający, zimny, przepełniony dziwną mocą głos.
-Musimy porozmawiać. Koniecznie.
Strażnik odczuł ze nie była to prośba. było to polecenie. Pokiwał tylko głową i ruszył za bladym osobnikiem.


CDN.

Dziękuje Daroganowi za dobrą zabawę i czekamy na więcej ;) mam nadzieje Mortimerze ze dopiszesz nasze dalsze losy bo tutaj zamieścilem obraz tego jak spotkalem "Północny wiatr" ;)
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Mortimer w 2008 05 16, 16:16:59
Odziany w noc przybyl ponownie do miasta gronikow, szedl wolno jakby kazdy krok mierzyl wiecznoscia. Handrila dojrzal przed bankiem, jak zywo rozprawial z mieszkancem miasta o ostatnich wydarzeniach. Podszedl do niego. Jeszcze w odleglosci kilku krokow straznik odwrocil glowe zacsikajac jednoczesnie palce na halabardzie.
- Ah to ty ? - rozluznil uscisk - myslalem ze znowu ktos zyczacy mi smierci - zasmial sie rubasznie.
- Musimy porozmawiac ... - rzekl glosem upiornym, na dzwiek ktorego dotychczasowy rozmowca Handrila szybko zniknal z pola widzenia Imortha.
- Zatem chodzmy ...
Poszli do karczmy, usiedli w rogu jednak Imortha czul, iz sciany tego miejsca nadstawiaja uszu, zatem poprosil smiertelnika o to by zmienili miejsce rozmowy. Wtedy Handril zaprowadzil go na pietro budynku bedacego kuznia.
- Tutaj bedzie bezpiecznie... - rzekl straznik
Wokol zimne mury sprawialy wrazenie slepych na ostatnie wydarzenia w miescie.  Gluchych na krzyki rozpaczy tych co ucierpieli w starciu z Horda Bandytow, ktorymi dowodzila Polnocny Wiatr. Owa cisza, bezduch komnat tchnacych samotnoscia dzialal na Wampira kojaco. Jego zmysly usnely kolysane muzyka bezdzwieku. Czul sie jak w Siedliszczu - kryjowce Wampirow. Jedynie umysl pracowal jak zwykle.
- Sluchaj ... - rzekl spokojnym tonem, jakby glos nie nalezal do niego - mam pomysl jak wytropic ich przywodcow.
- Mow zatem - Handrilowi oczy otworzyly sie szerzej, spojrzal bystrzej
- Magia pozwala na wiele tym, ktorzy ukochali te sztuke, patrz... - wtem dalo sie slyszec jakby szepty, echo dziwnych glosow. Wampir przymknal oczy jego usta jakby drgnely wypowiadajac slowa inkantacji: Vas Ylem Rel. W miejscu gdzie jeszcze przed chwila stala blada postac, pojawil sie potezny ogr, sliniac sie, drapiac maczuga po plecach, rzekl:
- Teraz powiedz mi ktora z ludzkich band nie chciala by w swych szeregach oblaskawionego ogra. W tej postaci przedostane sie do ich obozu, udajac zainteresowanie ich grupa.
- Doskonaly plan ! - wykrzyknal Handril
Inne slowa mocy: An Ort. Odbily sie echem w izbie. W miejscu Ogra na powrot stanal Ashruu. Radosc przerwal niespodziewany gosc.
- Ha ! - zakrzyknal szpieg Polnocnego Wiatru - nie uda sie wam ! - stal przy schodach ukryty w cieniu, teraz jednak umknal, wysliznal sie niczym waz i zbiegal wlasnie po schodach. Handril i Ashruu ruszyli w poscig, lecz kiedy wybiegli z kuzni jedynie przechodnie i drzewa biale od sniegu ukazaly sie ich oczom.
- Kurwa ! - zaklal siarczyscie Handril, Imortha jedynie usmiechnal sie lekko, po czym rzekl:
- Byl glupcem ogarnietym poczuciem wypelnionego do granic mozliwosci obowiazku. Na dodatek nie poczekal by wysluchac WSZYSTKIEGO co mam do powiedzenia, a trzeba ci wiedziec smiertelny przyjacielu, ze mam w zapasie drugi plan. - zasmial sie mrocznie. Straznik usmiechnal sie tylko...

Zgodnie z planem awaryjnym, ktory omowili juz bez niespodzianek, Imortha pod postacia stworzenia znacznie mniejszego niz ogr, ale i niepozornego - zaby, sledzil zostawionego przy zyciu po ataku na miasto bandyte. Zgodnie z przewidywaniami Wampira doprowadzil go do swych kompanow w nowym, niewykorzystanym budynu na polnoc od Vesper. Tam dowiedzial sie, iz planowany jest kolejny atak na Minoc, lecz tym razem glownym celem nie jest samo miasto a Handril. Wrogowie pragneli wykorzystac magie by ubic poteznego obronce miasta gornikow. Z tymi informacjami Ashruu wrocil do Minoc i ostrzegl swego ludzkiego przyjaciela... Walka miala odbyc sie wczesniej niz przewidywano i zaskoczyc przeciwnika juz w Vesper ... Tak sie tez stalo, lecz o tym innym razem.
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: ello w 2008 05 18, 14:37:31
Była ciemna noc gdy Kapitan Bandytów Senteco po raz kolejny odwiedził Minoc. Handril jak zwykle wieczorną porą przesiadywał w banku. Usłyszał tętent kopyt przed bankiem. Założył swój plascz i wyszedł przed budynek. Ta noc była wyjątkowo zimna. Otulił się płaszczem, z mroku wyłonił sie rycerz w lśniącej zbroi. Strażnik znał te postać. Był to Dowódca Ataków na Minoc. Gdy ujrzał go, wiedział ze tej nocy cos sie wydarzy. Coś niedobrego. Senteco pokiwał głową w strone Handrila.

-Witam cie strażniku, Mam do ciebie pewną.... jakże ważna sprawe. Moglibyśmy udać sie w jakieś ustronne miejsce?

-Witaj i ty, chodźmy do karczmy tam sie rozmówimy.
Obaj ruszyli w stronę karczmy. Zasiedli wygodnie na długiej dębowej ławie. Handril znowu spojrzał na Kapitana pytająco.

-Wiec słuchaj teraz uważnie Handrilu. Przejdę do rzeczy bo czas mnie nagli. A wiec... odwiedziliśmy dziś w nocy twego kompana  Ashruu i złożyliśmy mu pewna propozycje...
Handril lekko wzdrygnął sie słysząc o wampirze.

-jeśli cos mu sie stalo...
Senteco przerwał mu energicznym ruchem reki.

-Niestety.. nic mu sie nie stało.. przeklęty wampir.
zakrzyknął Senteco.

-I naszej propozycji także nie przyjął wiec przychodzę do ciebie Strażniku.. Sprawiasz nam wiele kłopotów..zbyt wiele. Wiec postanowiliśmy odstąpić od Minoc. Zostawić miasto w spokoju w zamian za porzucenie tej sprawy przez ciebie.
Senteco podal list Handrilowi potwierdzający jego słowa.

,,Ja Kapitan Senteco deklaruje odstąpić od ataków na Minoc za sprawą strażnika Handrila"
Handril zamyślił sie..."przecież nie zostawię Ashruu samego" ,,mój cel został osiągnięty"
,,dlaczego by nie zostawić wampira? przecież szczerze ich nie cierpie, lecz może on jest inny" Myśli targały strażnikiem, kłębiły sie w jego głowie. Nagle wstał. Zabrał list ze stołu i na oczach Kapitana Bandytów podarł go na strzępy. Senteco wybuchnął gniewem.

-za te zniewagę Minoc spłonie a ty zginiesz!
jego krzyk był przerażający. Drzwi otworzyły sie z trzaskiem a do karczmy wpadło kilku bandytów. Handril ruszył do ucieczki. Odtrącił halabarda jednego bandytę i wypadł za drzwi. Znów zdołał umknąć. Kolejny raz słyszał wciekłe wrzaski bandytów i grożby Senteco.

Handril wiedział ze tej nocy musi być czujny. Udał sie do banku i przywdział swoja kościaną zbroje. Wybrał najlepiej wyważony Topor i uzupełnił zapasy mikstur. Tak jak sie spodziewał przed brama zgromadziło sie mnóstwo bandytów. Strażnik Minoc wyciągnął ze swojego worka garść małych czarnych grzybkow i połknął je. Jego źrenice znów sie powiększyły, oczy stały sie czerwone jak krew. Znow poczuł przeszywający ból. po chwili ruszył w bój.
Przedzierał sie przez hordy bandytów. Wiedział ze to tylko początek. Gdy bandytów pozostała garstka ujrzał na swej drodze dziwna zakapturzoną postać. Był to mag. Była to ciężka walka lecz Handrilowi udało sie wygrać potyczkę. Myślał ze to koniec lecz w oddali ujrzał postać. Widział takich wojowników wcześniej. Był to Champion Bandytów. Ruszył prosto na Handrila. Walka była zacięta lecz berserk dzięki swoim zdolnością strasznie okaleczył wojownika. Czmychnął w las. Kolejna Bitwa Wygrana. Handril wzniósł triumfalny okrzyk. Przed bankiem czekała na niego kolejna postać. Był to zakapturzony osobnik, biła od niego ogromna moc. Przywitał Handrila. i rzekł.

-Musisz udać sie ze mną strażniku.
Handril nie pytał po co. Przed nim pojawił sie portal i przeszli razem przez brame.
Rozmawiali długo. Rozmawiali o 12 gwiazdach. Handril ponownie otrzymał list. Opiekun Gwiazd rzekł ze Minoc jest wolne. Handril spojrzał na podpis Kapitana Senteco. Jego misja wykonana. Wrócił czym prędzej do Minoc.  Był szczęśliwy. Jego początkowy cel wykonany.
Minoc zostalo wyzwolone, i to dzieki niemu. Duma rozpierała go niezmiernie.

Pomyślał o wampirze, chciał sie z nim podzielić zdobytymi informacjami. Nagle po chwili kłąb dymu spowił bank a przed nim pojawiła się blada postać. Handril pomyślał ,,czyta mi w myślach, jak to?" Wampir uśmiechnął sie tylko. udali sie do karczmy. opowiadał swą historie, rozmowa z wampirem zawsze przyprawiała go o dreszcze. Wzrok Ashruu był przeszywający, lecz strażnik przyzwyczajał sie z dnia na dzien.

-Moja misja wykonana lecz nie zostawie cie samego. Doprowadzimy te sprawe do konca. Razem.
rzekł stanowczo Strażnik.

-Jakież to dziwne.. Śmiertelnik i wampir splątani wspólnym łańcuchem losu.
Ashruu uśmiechnął sie nieznacznie


No i tak to wątek z Minoc zostal zakonczony, lecz CDN jak zwykle :>
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Darogan w 2008 05 18, 14:56:25
Senteco... Rycerz Swej Damy.. i strażnik swego domu przybył po raz ostatni do minoc , po raz ostatni by spojrzeć na tego który był godnym mu przeciwnikiem, oddał mu hołd jak przystało na osobę honoru , z imienia swego rzekł "jesteś protektorem minockiej ziemi.. niech tak zostanie.. " i ruszył w stronę Vesper do ostatniego swego boju, by ostatni raz stanąć w szranki z imieniem swej damy na ustach.. Meliana.. Ci którzy wcześniej go nie znali.. Ci którzy nie wiedzieli kim jest.. poznali go jako rycerza..  kim tak naprawdę był.. to czas pokaże.
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Fontein w 2008 05 18, 15:14:17
Opiekun Gwiazd...

Postać mężczyzny wtem się ukazała,
Oczami swymi barwy gwiazdą nadała
Słowa z potoku myśli i z serca dobroci
Określają życie jak jego lud toczy
Córki swe piękne nad życie ukochał
W blasku iskier przyszłość im przygotował
Jedna zaś swe serce Kapitanowi oddała
Na zgubę tym samym swój lud skazała
Teraz łzy płyną z oczu gwiazd złocistych
I nic nie uratuje jej z tych rąk nienawistnych



Miasto Vesper na powrót ukazało się przed oczami Elfki. Postać na smoku z wolna poczłapał w stronę zagród pod bankiem. Zza drewnianych drzwi wydzierał się znajomy dźwięk lutni radujący każdego podróżnego, który zawitał tej nocy do miasta. Kilku nieznajomych błąkało się po kamiennych drogach, jedni szukali kupców inni zaś noclegu. Do owego Wolnego miasta przybywało też wiele dość nie określonych postaci, niektóre na tyle wynaturzone że budziły lęk i odrazę jedynie za sprawą swego wyglądu. Nikogo kto tu mieszkał te osobliwe istoty nie dziwiły, jednak sprawiało one że miasto stawało się niebezpieczne i zdradliwe dla niedoświadczonych podróżników, szczególnie nocą...

* * *

Mężczyzna skierował swego rumaka w stronę banku, wbiegł między ludzi potrącając kilka osób. Ściągnął lejce wierzchowca zaś ten w odpowiedzi stanął  dęba.
Odgłosy zamieszek wdarły się do banku zagłuszając wszelakie rozmowy. Drzwi rozwarły się, zaś ze wnętrz dobiegał donośny głos nawołujący władze Vesper. Elfka udała się do wyjścia bacznie spoglądając na postać rosłego mężczyzny stojącego na kamiennym posadzce przed bankiem. Wszystkie słowa które padły potem trudno określić mianem rozmowy, krótka wymiana zdań, żądania poparte groźbami a wszystko zakończone ... kolejnym rozlewem krwi ....
Na polu bitwy w obronie miasta stanęli zarówno ludzi jak i barbarzyńcy a nawet wampiry wszyscy wspierani do walki przez pieśni barda aż do chwili gdy Chempion bandytów poległ.

* * *

Od kilku dni trwały krwawe walki na terenie księstwa Vesper, w śród lasów niosły się echem brzęk uderzanej stali o stal, powietrze było przesiąknięte magiczną energią pochodząca od zaklęć, rozpraszających się pyłem iskier w powietrzu. Wszędzie ciała, ogień i krew...

Miasto kolejną noc z rzędu nawiedzane było nie tylko przez bandytów ale też i przez istoty żadne ich krwi. Zwykli ludzi już dawno opuścili to miasto w pośpiechu i teraz jedyną klientelą karczmarza byli specyficzni goście proszący o jeden tylko napój – krew.  

Dzikie bestie usadowione przed bankiem, koszmary, smoki i wszelakie pomioty przeraźliwie wyły, skomlały i skrzeczały wyczuwając świeżą krew ludzkąa zbliżającą się ku miastu. Jeszcze na długo przed swymi władcami poczuły że dziś spotka je śmierć.

* * *

W kniejach lasu Vesper, lecz nie w tych najgłębszych, tuż przy wodzie w piaskowym domu unosił się dźwięczny głos Elfckiej kobiety. Wypowiadała Ona kolejno słowa zaklęcia które miało uspokoić świat w koło i przygotować go na nadejście kolejnego dnia. Jednak coraz trudniej było jej samej się opanować, z lasu gdzieś z daleka dobiegały niepokojące odgłosy, wycie i pisk zwierząt, zgłuszony przez echo. Opancerzony smok pomrukiwał od czasu od czasu wyczuwając niebezpieczeństwo, wtem jego skórą zalśniła srebrnym blaskiem oczy zapłonęły czerwienią zaś z jego gardzieli dobył się przeraźliwi ryk. Elfka straciła koncentracje a wraz z nią i równowagę i opadła na stojący nieopodal orzechowy tron. Szybko wstając w pospiechu zarzucała na siebie kolejne elementy zbroi. Chowaniec był już gotowy do walki i popędził ze swa Panią w stronę miasta nad którym z wolna unosiła się łuna od ognia i zaklęć magicznych, które co chwila błyskawicami przecinały barwione granatem niebo.

I znów krew i pożoga, ciała braci i wrogów, nieśmiertelnych i ich sługusów, pomiotów z czeluści i nie zlęknionych obrońców. Pogoń wciąż trwała, rycerz o niezwykłej sile otoczony przez swych hersztów zatapiał miecz w kolejnych ciałach wrogów, wydawał się być niezwyciężony... Kilku Wampirów wraz z swymi sługami otoczyło popleczników woja, odciągając ich od swego dowódcy i mordując bestialsko jednego za drugim. Niedługo potem Kapitan bandytów pozostał sam na polu walki, nie ustępując ani na krok, nie cofając się wciąż zadawał kolejne śmiertelne ciosy niszcząc wszystko na swej drodze. Przez myśli jego przemknęło nawet że może wygrać i zniszczyć owe miast. Jednak Nieśmiertelni nie czuli przed nim strachu wciąż powstając na nowo i wciąż atakując i chodź ów rycerz wydawał się mieć nadludzką siłę jego ciało nadal było ciałem człowieka. Rany od ciosów, pazurów i zaklęć nie goiły się, sączyła się z nich czerwona posoka jak z każdej innej żywej istoty. Otoczony przez łuczników i Wampiry oddał swe ostanie tchnienie, konając jego usta złożyły się w ostatnim niemym słowie – Meliana...

Jeden z Ghuli owładnięty amokiem walki wpadł w ciało poległego Kapitana i rozerwał je na strzępy, niczym z kielicha wysączył krew z czaszki pokonanego. Na czyn ten, chodź z pewnością nie ze względu na jego obrzydliwość... jeden z wampirów wybuch złością nakazując odstąpić od ciała. Przeszukał to co zostało i odnalazł niewielki list, w pospiechu rozwarł kartę, starając się w mroku odczytać zapisane tam informacje. Zdążył doczytać jeno pierwszy wyraz gdy list zapalił się i spłonął.

Rozwścieczony odtrącił zgromadzonych udając się w stronę mostu prowadzącego do miasta.
W banku roiło się od ponurych istot których oczy skrywały ciemne kaptury. Elfka stanęła nieco bliżej pewnego nekromanty którego uważała w tej dość nie komfortowej sytuacji za jedynego ,,przyjaciela". Ów Wampir który uniósł się tak gniewem podszedł z wolna do Elickiej kobiety i rzucił tylko cierpko dwa słowa – musimy porozmawiać – a potem skierował swój wzrok na drzwi banku. Zakapturzona postać stojąca obok tylko zacharczała swym dziwacznym śmiechem i ponagliła Elfkę skinieniem.

* * *

Wampir skierował się do swego wierzchowca, wymownie patrząc na postać kobiety, które niezwłocznie uczyniła to samo. W chwile potem razem opuszczali miasto kierując się na północ.
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Korgail w 2008 05 18, 16:19:48
Zbliżała się noc, las stawał się coraz rzadszy, wokół unosiła się wieczorna mgła. Krasnolud o długiej zaplecionej w warkocz brodzie odciągał końcówką kostura gałązki od siebie jadąc na swoim wiernym kucyku.
Kiedy na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy pod kopytami kucyka zaszeleściła mokra trawa. Ogromne polany w pobliżu bagien nieopodal klasztoru były jego celem.
- Hę? - Krasnolud odwrócił głowę.
Znalazł to czego szukał, rzadkie zioło wykorzystywane do produkcji run magicznych.
- Ty! Potrafisz walczyć?! - Odezwała się piękna amazonka na karym rumaku.
Tak zaczęła się rozmowa. Od delikatnie nieufnych pytań i zaciśniętych pięści do szczerego uśmiechu i poznawczego spojrzenia.
- Zatem zrób to, jeśli możesz. - Przemówiła przywódczyni. Na jej tle niczym burza, piorun za piorunem stały amazonki.
Jedna z nich podeszła i spojrzała na krasnoluda wyzywając go do walki.
Usłyszała tylko zgrzyt zgniatanej runy. Krasnolud zdał się pokryć kamienna skórą, a jego laska przybrała postać żelaznego młota.
Jeden, drugi, trzeci cios.
Amazonka spadła z konia, pokonana w boju.
- No no, przydałby mi się ktoś taki jak Ty - Ponownie odezwała się przywódczyni.
- Taaa - Odparł przypominający golema kowal run opierając trzon młota na barku.
Księżyc był w pełni kiedy odchodziła. Krasnolud po chwili osłupienia powrócił na przetarty przez karawany kupieckie szlak handlowy do Minoc.


Liczę na ciąg dalszy.
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: SolTell w 2008 05 18, 19:45:16
Wieczór, pora której nienawidzi każdy Władca, cóż tak to już jest, lecz rad był iż ta noc wolna będzie od banitów którzy ostatnio nękali miasto.

Do banku wkroczył młody rekrut, trzymał małe zawiniątko zapewne z tym co sobie Władca zażyczył. To był order... Krzyż Bohatera... dla Strażnika Minoc który wiele poświęcił miastu...

- Należy mu sie... zasłużył na swój żołd - pomyślał Julianos, a następnie udekorował mężnego Handrila.
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Darogan w 2008 05 19, 07:37:34
Przybyła nie świadomie ze swą armią.. jadąc przez stepy nie spodziewała sie co ją w przyszłości czeka.. Teraz poluje.. poluje na tych co jej ukochanego żywota pozbawili, strzeżcie sie.. Meliana pełna bólu w sercu nie zaprzestanie was tropić. A każdy który zostanie ugodzony jej lub srebrnej jej towarzyski włócznią w cierpieniu żyć będzie..
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Bolek w 2008 05 19, 22:47:17
- No ki diabeł? Ten ciągły stuk kopyt dało się jeszcze jakoś znieść ale to już lekka przesada, ten koń ryczy niczym smok w rui. Sprawdźmy lepiej co się dzieje - władca Vesper podniósł się z westchnieniem z krzesła i ruszył w kierunku wyjścia. Zdecydowany zrugać sprawce zamieszania na czym świat stoi szybkim ruchem otworzył drzwi banku i od progu krzycząc wyszedł na zewnątrz. - Co to za, cholera jasna, obycz... - dalszych klątw nie miał już ochoty wykrzykiwać, chęć ku temu została skutecznie zdławiona przyłożonym do piersi ostrzem włóczni. Jeździec, niewiarygodnie piękna kobieta, uśmiechnął się krzywo i zmusił konia do postąpienia naprzód, napierając na mężczyznę. Wojownik ruchem młota odtrącił wymierzoną w niego broń i odepchnął tarczą łeb próbującego gryźć konia.
- Nie mierz we mnie Kobieto - spokojny ale władczy ton zmusił amazonkę do wycofania się. Towarzyszący władcy Komorzy wydobył z dźwiękiem katanę i zakręcił nią w powietrzu. Spojrzał na przywódcę i zrozumiawszy spojrzenie schował broń do przypiętej u pasa pochwy. Koń zatańczył po bruku, amazonka wstrzymała go i rozejrzała wokół badawczo. Zamieszanie zwróciło uwagę sporej grupy osób, która teraz gromadziła się odcinając jej drogę odwrotu. Uśmiechnęła się do siebie pokazując, że właśnie na to czekała i przemówiła - żądam wydania osób, które zhańbiły ciało wielkiego wojownika, chcę aby ponieśli zasłużoną karę za to co spotkało Kapitana Bandytów - ponownie rozejrzała się po twarzach zgromadzonych - jeśli nie - głos na moment ugrzązł jej w gardle - jeśli nie, to czeka was śmierć. Śmierć i ognień! - krzyknęła rzucając wyzwanie władcy miasta.
- Po pierwsze nie żądaj, po drugie zginął nie bohater a zwykły bandyta a po trzecie - wojownik uniósł wymownie młot - nie groź, dobrze radzę.
- Mój ukochany nie był bandytą, był wielkim wojownikiem, a obrońcy zbeszcześcili jego ciało - oczy amazonki zeszkliły się na moment.
- Więc tu pies pogrzebany - Stwierdził fakt Władyk Vesper - więc stajesz w obronie łotra gdyż był Twoim kochankiem, ryzykujesz życiem swoich ludzi i chcesz skazać na śmierć setki niewinnych mieszkańców mojego miasta - zmarszczył brwi - jeśli tyle więc znaczy dla Ciebie honor proponuje stoczyć pojedynek, zakończmy to bez niepotrzebnego rozlewu krwi.
- Moja śmierć nic nie zmieni, moje wojowniczki juz otrzymały rozkazy... Gotujcie się na śmierć, dokonałeś wyboru! - uderzyła konia piętami i ściągając wodze zmusiła go do poderwania przednich kopyt. W obawie przed wierzgającym rumakiem krąg ludzi rozstąpił się, wykorzystując to galopem uciekła z miasta.


                                                            ***


- Na most! musimy utrzymać most!! Nie mogą się nań wedrzeć! Ławą ludzie! Ławą, psia mać! - kolejny koń wraz z amazonką zwalił się do rzeki pod zaciętymi razami obrońców. Na jego miejsce natychmiast pojawił sie kolejny... i następny... przewaga liczebna atakujących była druzgocząca, jednak dopóki obrońcy utrzymywali most dopóty liczebność nie miała większego znaczenia. Kolejne fale rozbijały się o mur obrony, kolejne amazonki padały na deski mostu, kolejny koń z dzikim wizgiem zwalił się w nurt rzeki. Oblepieni krwią, dyszący i ledwo utrzymujący sie na nogach obrońcy miasta powoli tracili nadzieję. Coraz bardziej ustępując pola, byli przekonani, że niedługo polegną. - Ataki słabną! Żywiej towarzysze!! - okrzyk ten niczym magiczny eliksir, wypełnił serca wojowników, wlał w nie otuchę i nowe siły. Jeszcze przed chwilą słaniający się i wzajemnie podtrzymujący, krok po kroku spychali kolejnych napastników w tył, zyskując kolejne metry mostu. Niewiadomo kiedy, śliskie krwią deski zastąpiła ubita ziemia, hordy amazonek zaś jedynie nieliczne grupki wycofujące się w las. Triumfalny ryk obrońców przeszedł echem po konarach drzew, wzniesione oręże błyskało w promieniach słońca. Rozglądali sie po pobojowisku szukając rannych towarzyszy, niedostrzegając jednak wyłaniającej się z lasu postaci.
- Najwyższa pora abym ja stanęła do walki - odziana w srebro , dzierżąca srebrną włócznie wojowniczka uderzyła na zdezorganizowana grupę. Za nią z lasu wypadły jeszcze przed chwilą uciekające amazonki. Srebrna Dama wdarła się pomiędzy wojowników niosąc śmierć. Włócznia błyskała i raziła niczym błyskawica. Kolejni z obrońców padali pod jej ciosami. Amazonka przedarła się na most i zawróciła wierzchowca, dopiero wówczas zdając sobie sprawę, iż nie obeszła się bez szwanku. Mocno broczyła krwią, bezskutecznie  szukając rany, poderwała głowę i wrzasnęła na całe gardło, chciała zaszarżować ponownie jednak piękny rumak, którego dosiadała, zachwiał się jedynie i padł martwy, z jego boku sterczał wbity po jelec krótki miecz. Kobieta postąpiła naprzód mierząc włócznią, szukając celu dla swej śmiercionośnej broni. Czując, iż siły opuszczają ją wraz z kolejnymi strużkami krwi cisnęła bronią... trafiła i umarła. Ostatnie niedobitki napastników ponownie oddaliły się w las.
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: zolta w 2008 05 19, 23:40:27
Bankier spojrzał na dziena postać przypominającą nieco szczurołaka, która siedziała na krześle rozmasowując skostniałe od śniegu stopy.
Urzędnik nie mógł sie nadziwić jak można w taką pogodę chodzić po sniegu na bosaka...
- suka... spodnie mi sabrała - wysyczał osobnik - spodnie...
Był wyraźnie niezadowolony z tego że musi po banku paradować połnago...
Przez twarz bankiera przebiegł ledwo zauważalny uśmiech po czym wrócił do pracy...
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Rey w 2008 05 21, 16:13:23
Tego dnia lasy Vesper szumialy radosnie upajajac sie chwila ciszy.
Chwila bez szczeku broni, wrzaskow przedwczesnej agoni.
Spokoj ten nie mial trwac wiecznie nie na ziemi po ktorej stapaja zadni krwi, zlota i chwaly istoty.

Niedostrzegalna okiem postac zdradzal tylko kon lekko rżacy raz po raz kopiacy w ziemi.
Postac go dosiadajaca poklepywala po karku i uspokajalem melodyjnym glosem.
Nagle zastyglan w bezruchu nasluchujac zblizajacego sie do niej jezdzca.
- Pani jada. Niebawem beda tutaj chca dostac sie do brzegu.
W oczach sluchajacej pojawila sie czysta nienawisc.
- Wiecie co macie robic.
Poslusznosc czy tez strach kazaly istocie z pokora jedynie odpowiedziec:
- Tak pani. - po czym zawrocila konia i pogalopowala w las.

** ** **

- No i reju zas nam sie spoznia - zasmial sie gromko jegomosc pewnie dzierzacy topor w dloni.
- Zacny, zacny reju... - usmiechnela sie pod odpadajacym nosem postac.
Postac o nieznosnym ludziom zapachu fetorze cmentarza przystanela weszac.
- Mamy towarzystwo i to nie zacnego Reya.

** ** **

Przeklinajac w duchu swa opieszalosc, pedzil na zlamanie karku za towarzyszami z kilkoma wierzchowcami.
- Moglem wziasc konie, ale nie ostardy byly pod reka. marudzil pod nosem.
- Ruszac sie gadzie pomioty!- Co rusz je ponaglał.
Nagle z krzakow wypadla amazonka, piekna z duma dosiadajaca swego wierzchowca kobieta o kraglych piersiatkach i ogryzionej prawej dloni.
Ten widok mowil az za wiele mlodemu lucznikowi.
Spial konia i pogalopowal co sil w kopytach przed siebie.
Wpadl w koncu na makabryczny widok.
Z trzy tuziny wojowniczek wlasnie otaczalo Uhlai - berserker nic sobie z tego nie robiac zachecal je krzykiem miazdzac jedna po drugiej.
Wokol niego kasajac raz wlocznia, nieraz przeszywajac beltem ucztowal Kerad caly we krwii ghul nawet i po takiej uczcie nie roznil sie wygladem.
Nie zastanawiajac sie dluzej Rey chwycil kusze, i rozpoczal swoj taniec razac raz po raz wciaz na nowo przybywajace wojowniczki.

Kilkanascie ziaren oraz kilka tuzinow amazonek pozniej.

Ghul podniecony zapachem miesa rozgladal sie po pobojowisku.
Berserker jeszcze w szale wrzeszczal ganiajac i dobijajac wycofujace sie amazonki.
Rey wymiotowal pod drzewem na kazda mysl o makabrycznej uczcie Kerada.
Ta sielanke przerwal im glos:

- Ty! Zabojco mego ukochanego powstan i sluchaj!
- Bedziesz cierpial w agoni za swoj czyn haniebny!

Lekko zaskoczeni ledwo co spojrzeli w jej kierunku, jak jeden maz rzucili sie na nia.
By po chwili zobaczyc jej oddalajaca sie postac.
Szybko wskoczyli na swe wierzchowce i podazajac jej sladem glosno komentowali co ja czeka gdyby zostala.
Wtem przed nimi ukazala sie postawna wojowniczka nie byla jak te martwe amazonki ktorych ciala niedlugo pochlonie las. Mozna to bylo dostrzec okiem ale trudno opisac slowem. Zrozumie ten kto ja ujrzy. Z lekkim zachwytem trzech smialkow zaszarzowalo na nia bez namyslu. Niestety jej sila byla niczym w porownania z jej zrecznoscia.
Jak mozna uniknac beltu z tej odleglosci?
Jak mozna jednoczesnie sparowac atak berserkera w jego najwiekszym szale?
I zadac cios, cios ktory pozostawi slad, bol ktory przeszyje kazda czesc ciala.
Krzyk zranionego ghula rozszedl sie po calym lesie wypedzajac z okolicy cala zwierzyne uciekajaca w poplochu.

Rey zlapal sie za glowe lezac na trawie staral sie dojsc do tego co sie zdarzylo.
Zrzucila go z konia ogluszyla Uhlai i... Kerad!
Odwrocil sie szukajac ciala Ghula.
Ten stal juz zlorzeczac na suczy pomiot, a przy nim berserker probowal wykroic kawal miesa wokol rany zadanej przez amazonke.
Niestety bezskutecznie.
- Trzeba nam zawrocic do znachora moze on co uradzi.
- Smiem powatpiewac w to iz znachor co pomoze. - zabral glos sternik z lodzi.
- A ty skad taki oczytany i madrzejszy od kawalka drewna?
- W porcie w karczmie nie jednom slyszal...
Kerad dostrzegłwszy znany mu blysk w oku sternika rzucil swa sakiewka wyelniona zlotem.
- Gadaj pokim dobry!
I tak zaczela sie opowiesc o starcie ukochanego, o innych bitwach a przedewszystkim klatwie zranionego wlocznia wojowniczej amazonki.



Wybacz opoznienie dziekowac za bitwa Daroganie, tylu amazonek jeszczem nie widzial. ^^
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Darogan w 2008 05 21, 18:07:16
Zemsta.. zemsta ma słodki smak..

-Jak to wycofać armie ?! Pozwól.. mi przynajmniej ukarać należycie tego który tymi istotami przewodził - rzekła zapłakana amazonka
-Dobrze moje dziecię.. zrób z nim co chcesz - odrzekł jej starzec.

I stało się młody wampir był tego dnia ścigany i tropiony przez najlepsze odziały aż w końcu wpadł w pułapkę.. Egzekucja nastała , a wielkie okręty nieznanych wypłynęły tam skąd przybył
ale czy na pewno.. ?

Nazajutrz minoc spłynęło krwią.. atak był bezwzględny nikogo nie oszczędzano część oddziałów wdarła sie w serce miasta zabijając wszystkich którzy stanęli jej na drodze..

Parę dni później Kasztelan Vesper dowiedział sie...

- Lodowa Amazonka za tym stoi , zbuntowała się przeciw rozkażą i zaatakowała , chce zdobyć władzę w minoc i vesper  - chytry lis , bo tak się zwał przekazał nie tylko te wieści ...
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Trawa w 2008 05 21, 18:18:52
Meahius obudził się w swoim domu na południowy wschód od Vesper. Zjadł  trochę żeberek, wypił kielich wina, po czym udał się schodami w dół. Przyodział swoją sprawdzoną w wielu bojach zbroję, wyjął ze skrzyni miecz i przypiął u pasa. Wyszedł przed dom...
- Obłoczek, do mnie! Gdzie się chowasz?
W tej samej chwili tuż obok mężczyzny pojawił się widmowy koń. Meahius włożył hełm i wskoczył na konia.
- Do Vesper! Krzyknął komorzy.

Pełny galop, szum otaczających księstwo lasów. To lubił najbardziej. Kiedy zbliżał się do mostu prowadzącego do miasta ujrzał amazonki i grupę obrońców miasta walczących z dzielnymi wojowniczkami.
- Pilnować ogra! Musi zburzyć most- krzyknęła jedna z amazonek. Chwilę później miecz Meahiusa przeszył jej bok i kobieta padła martwa.
Jakiego ogra? - Pomyślał mężczyzna.
Spojrzał w stronę mostu i zobaczył ogromnego ogra niewolnika, zakutego w kajdany. Wokół niego było kilka amazonek, które wydawały mu rozkazy. Ogr pokornie uderzał z całych sił pięściami w most. Meahius delikatnie dotknął widmaka nogą. Zwierzę natychmiast posłuchało rozkazu i skierowało się w stronę ogra, ale amazonki zastąpiły drogę mężczyźnie. Nieopodal zobaczył walczących wojowników...

- Zabić ogra! Musimy utrzymać most za wszelką cene!- krzyczał wymachując mieczem komorzy.
Wojownicy przedzierali się w stronę ogra. Krok po kroku... co raz bliżej i bliżej ogra. Kolejne ciała amazonek padały bezwładnie na ziemię tworząc u stóp wojowników kałuże krwi.  
- Reef? Murinus? – spytał mężczyzna na widok wojownika na moście
- Reef - uśmiechnął się strażnik- Co się dzieje?
- Musimy utrzymać most. Zabić ogry, którymi posługują się amazonki!
Wspólnymi siłami udało się przedrzeć przez amazonki i zabić ogra. Z każdą chwilą przybywało coraz więcej kobiet, gotowych oddać swoje życie tyko po to by wypełnić rozkazy swojej przywódczyni. Kolejne amazonki padały od mieczy i toporów obrońców, gdy w oddali widać było zbliżającą się przywódczynie amazonek wraz z nowymi oddziałami i kilkoma ogrami niewolnikami.
- Dobrze nie jest- pomyślał. Spiął lejce i ruszył w stronę przywódczyni. Kiedy Meahius zbliżał się do niej, zobaczył tuż pod kopytami konia amazonki wilkołaka, który rzucał się do gardła jej wierzchowca.
– Utrzymać szereg! Musimy czekać na wielką szamankę- Krzyczała do swoich kompanek kobieta.
Komorzy zacisnął palce na rękojeści miecza. Przywódczyni padła, niedobitki jej armii rozpierzchły się we wszystkie strony a inni wojownicy udali się za nimi w pogoń. Meahius stał przy moście oczekując kolejnego ataku ze strony wielkiej szamanki i jej oddziałów. Długo nie musiał czekać. Z południa kłusem zbliżała się ku niemu zakapturzona kobieta, inkantując pod nosem zaklęcia, które ciskała we wszystkie strony świata. Mężczyzna uchylił się a ognista kula rozmiarów ludzkiej głowy przeleciała z hukiem obok niego.
Mało brakowało- pomyślał i rzucił się w wir walki. Na chwile odbiegł na wschód, żeby złapać oddech i opatrzyć rany. Wróciwszy w miejsce gdzie poprzednio toczyła się walka dostrzegł tylko stos ciał skąpanych we krwi. Nie wiedział gdzie jest szamanka, czy żyje, gdzie są współtowarzysze  i czy z nimi nic się nie stało. Nie mógł odczytać  tropów. Zbyt wiele śladów kopyt, by odnaleźć te właściwe. Zaufał intuicji i po chwili znalazł się znów na polu bitwy. W końcu Szamanka padła ugodzona toporem Vernina. Tępy dźwięk gruchotanych kości, niemy krzyk... To już koniec, więcej nie wypowie słów żadnego zaklęcia...
Meahius udał się jeszcze sprawdzić północny trakt sprawdzić czy niedobitki armii amazonek nie walczą w tamtej części ziem księstwa. Reef De'Lar ubił ostatnią amazonkę, która dalej walczyła o zdobycie mostu. Strażnik skierował wzrok w stronę urzędnika...
- Gdzie szamanka? – spytał
- Nie żyje- uśmiechnął się nieco – Mamy chwilę spokoju by odetchnąć.
Udali się do miasta obronionym mostem. Stanęli na placu przed bankiem.
- Należą się nam jakieś odznaczenia za dzielna walkę w obronie miasta- zaśmiał się Meahius
- To nasz obowiązek- powiedział z dumą Reef uśmiechnąwszy się nieco po czym odwrócił się i wszedł do banku...
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Fontein w 2008 05 24, 21:30:44
Na chwile przed tym jak ostanie promienie słońca opuściły miasto Minoc, na ośnieżonym bruku ukazała się postaci w czerwień odziana. Wolnym, miarowym krokiem udała się do banku gdzie czekał już na nią wysoki, dobrze zbudowany strażnik imieniem Handril. Razem  opuścili budynek. Zmrok już nastał a wraz z nim zjawił się Ashruu. Nie wiele więcej mówiąc ta dość intrygującą trójca opuściła miasto.

Las spowijała mgła, para unosząca się od jeszcze ciepły zwłok nadawała powietrzu woń żelaza. Wszystko niczym w koszmarze przewijało się szybko, każda chwile pożerała następną. Wojownik na przedzie walczył zawzięcie, otoczony wkoło przez niezliczone zastępy amazonek, coraz bardziej zanurzał się w swym szale walki. Tuz obok Elfki stąpał Wampir, odrzucając zaklęciami kolejne ludzkie ciała od siebie. Niespokojnym wzrokiem wciąż mierzył ciało Elfickiej kobiety, ta zaś niczym zamroczona spoglądała jedynie w przód nie zauważając niczego w koło. Walka wciąż nie ustawała, lecz Handril wciąż parł na przód, odpierając kolejne ataki krok za krokiem posuwając się dalej. W końcu dotarł do - jeśli można tak rzec – upragnionych wrót. Wampir, niczym niezwykły tropiciel, uniósł głowę w górę, kierując swe mroczne spojrzenie w księżyc, jego powieki z wolna się przymknęły, zaś z krtani dobyło się niezwykłe charczenie mrożące krew w żyłach wszystkim żywym istotom. Handril jednym niezwykle silnym szarpnięciem rozwarł drzwi twierdzy amazonek. Walka na powrót zawrzała, powietrze iskrzyło od zaklęć, które kolejnymi ciągami piorunów zwalały z nóg amazonki. Nasiąknięta krwią ziemia zdawała się pochłaniać ciała jedno po drugim tworząc przerażający grób, świadectwo niezwykłego okrucieństwa. Wampir wydawał się być tym wszystkim niemal zahipnotyzowany, pochłonięty ciągłym przelewem krwi, w ostatniej chwili wycofał się nim pierwsze promienia słońca zawitały  nad lasem. Więc dwójka pozostała sama, obóz opustoszał, tak przynajmniej mogłoby się wydawać. Z wolna zaczęli przeszukiwać namiot po namiocie aż w końcu dotarli do najdalej położonego, z którego o dziwo jeszcze dochodziły ściszone głosy. Wydawać by się mogło że osoby skryte tam kłóciły się starając się jednak by dźwięki nie opuściły ich schronienia. Strażniczka przed wejściem, pełna lęku zerkała nerwowo w koło. Po chwili z namiotu wynurzyły się dwie postaci, prowadzące za sobą konie, obie dosiadły wierzchy mierząc się wzrokiem pełnym nienawiści. Mężczyzna widać tracąc swą cierpliwość dobył miecza, szybkim ruchem jego ostrze znalazło się przy szyi dowódczyni amazonek. Z ust jego, przez zaciśnięte zęby wydobyło się kilka słów - Nie waż się tego robić bo zabiję cię. Amazonka wydawała się nie wiele z tego robić i z wolna odsunęła ostrze od siebie. – Nie groź mi bo na razie to ja ... decyduje o tym kto będzie żył... a kto umrze. Słowa te były jej ostatnimi gdyż w obozie znów zawrzała walka. Elfka i wojownik zostali odkryci...

Na polu walki pozostały zaledwie trzy osoby, mężczyźni wciąż mierzyli się wzrokiem. Handril zakrywał swym ciałem postać Elfki przesuwając ją krok w krok za siebie. Rycerz gwiazd, powoli opuścił broń i schował ją do pochwy. Strażnik jednak nie uczynił tego samego wciąż mierząc bronią w przeciwnika. Ona jest ranna ... - powiedział spoglądając przez ramie Handrila – wiem jak ją uzdrowić. Na twarzy wojownika ukazało się zdziwienia, spojrzał za siebie na Elfkę, która słaniała się na jego ramieniu. Z rany na jej szyi wciąż sączyła się krew – Taaak? Dość dziwne że Ty wiesz co się z nią dzieje! – wysyczał wojownik, jego wzrok wciąż szukał sposobności do ataku. Jeśli mam jej pomóc powinieneś sobie odpuścić cała tą gadkę, czas ucieka. Wojownik zawahał się, jeszcze raz spojrzał za siebie, Elfka uniosła głowę i spojrzała swymi złotymi oczami na Handrila – Nie pozwól mu.. mnie tknąć – z ledwością można było dosłyszeć jej szept. Strażnik przekręcił głowię spuszczając ją w dół, powoli przymknął oczy. Rycerz gwiazd zsiadł z rumaka powoli podchodząc do Elfki, wojownik odsunął się na bok podtrzymując ciało kobiety do póki drugi mężczyzna go nie przejął. Elfka wciąż się szarpią na ile pozwoliły jej siły, walczyła by się uwolnić z objęć. Zostaw mni..., nie dotykaj – każde słowo odbierało jej oddech. Rycerz podniósł włócznię trzymając dłoń tuż przy jej ostrzu, druga zaś odchylił głowę Elfki. Nim Handril zdążył zareagować wokoło złączonych w dziwny sposób ze sobą postaci utworzył się pierścień błękitnej energii mający swe źródło w grocie włóczni. Nic nie było teraz w stanie przeszkodzić Gwardziście Gwiazd, ciało kobiety opadło w jego rękach, zaś rana na szyi zaczęła z wolna się goić. Wojownik stojący nie opodal zasłonił oczy chroniąc je przed owym błękitnym światłem, gdy blask przestał już razić spojrzał przed siebie gdzie na ziemi leżały dwa ciała. Kobieta z wolna podnosiła się zaś mężczyzna wydawał się być martwy. Elfka chwile po tym jak otrząsnęła się z wydarzeń owej chwili, dosiadła rumaka i pognała w las...

Handril nie do końca będąc pewien czego był właśnie świadkiem pomału pozbierał wszystkie swoje rzeczy i wyruszył z obozowiska amazonek, pochłonięty swymi myślami zniknął w mroku kniei.

* * *

Noc znów okryła świat mrokiem. Na wsypie gdzieś daleko do lądów, w podziemnych przejściach znów błąkały się trzy dusze. Wojownik jak zwykle na przedzie przedzierał się rozcinając w poprzek kolejne ciało amazonki. Wampir stąpał za nim swą mocą odbierając życie każdemu kto się do niego zbliżył. Tylko postać za nimi nie walczyła wciąż przywołując do ochrony swego ognistego rumaka. Elfka stąpała nie tknięta, zaś przez jej twarz przewijała się niczym padające z pochodni cienie, złość i nienawiść. Kolejny oddech i kolejne martwe ciało padło na ziemie. Po chwili, tuż na zakręcie drogi ukazała się postać niezwykle pięknej kobiety, zaś jej broń- włócznia- żywym ogniem płonęła w jej dłoni. Z wolna uśmiechnęła się zapraszając tym samym swych wybranych na ostatnią walkę. Wokół niej nagle pojawiły się kolejne zastępy amazonek i żywiołak  wody który natychmiast rzucił się na wojownika. Wojowniczki zaczęły otaczać Elfkę i Wampira. Cała trójka rozdzielona po jaskini nie mając szans na wspólną obronę walczyła o każda krople swej krwi. Wampir sycząc odbierał kolejne siły witalne starając się przedrzeć w stronę gdzie ostatnio widział Elfkę. Strażnik walczył z całych swych sił by ocalić swe życie przed żywiołakiem. Kobieta otoczona przez amazonki swe słowa nawołujące rumaka przeplatała kolejnymi zaklęciami uleczającymi. Wampir gdy w końcu dotarł do Elfki zacharczał coś jedynie i w chwile potem oboje zaczęli czarować zaklęcie które rozsadziło wszystkie żywe istoty, prócz wojownika, który ukazał się nagle na drugim końcu jaskini. Cała trójka w milczeniu skierowała się do następnej komory podziemnej jaskini. Tam czekała ich ostania już walka tej nocy. Krwawa amazonka mierzyła każdy krok postaci podchodzących do niej i gdy uznała to za stosowne rzuciła się do ataku, na jej wezwanie znów z nikąd pojawiły się kolejne zastępy amazonek. Walka trwała... Krwawa na swa pierwszą ofiarę wybrała Elfice, wciąż prąc na przód spychała ją w róg jaskini, rumak nie mogąc się przedostać do swej pani rozwścieczony ciskał ogniem po całej jaskini. Handril chyląc głowę przed płomieniami przedzierał się przez kolejne wojowniczki, przez chwile jego uwagę skupiło coś dziwnego co działo się tuz nieopodal. Chodzący Nocą powstał z ziemi, jego ciało spowijała jakaś czarna mgła. Z wolna zaczął iść w stronę Krwawej zaś wszystko co żywe pojawiło się wokół niego umierało. Niczym opętany wyciągnął jedną rękę w przód i gdy dotarł do amazonki uniósł się z na ziemią i chwycił jej kark od tyłu. Ta zaś z wrzaskiem odwróciła się, przerażona tym co ujrzała odparła atak Wampira odrzucając jego ciało na kamienne podłoże jaskini. To wystarczyło by Elfka uciekła z pułapki i dotarła do wojownika. Wciąż zszokowana Krwawa Amazonka starała się przywrócić swe siły witalne pochłonięte przez dotyk wampira lecz na marne. Handril wykorzystał te chwilę nie uwagi i dopadł dowódcznię. Amazonka starając się odeprzeć atak wycofała swego konia nie zwracając uwagi na to że zmierza w stronę rumaka który już biegł w jej stronę by zrzucić jej ciało z wierzchowca. Gdy upadła na ziemie Handril chwycił broń w obie swe ręce i jednym zamachem oddzielił jej głowę od reszty ciała. Wszystkie nagle zniknęło z jaskini, wszystkie inne wojowniczki jakby rozpłynęły się w powietrzu. Pozostała jedynie cisza... i ta księga spoczywająca na kamiennej podłodze groty.
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Michak_ w 2008 05 25, 22:30:36
Noc spokojna a gwiazdy unosiły się na niebie. Jaszczur na nie spojrzał i syknął. Przebudziła w nim się dusza inna, jakby z przeszłości ale oderwał szybko wzrok. Zaczął kierować się  stronę Vesper. Już wtedy zobaczył ogień i stada dziwnych postaci. Usłyszał okrzyki bojowe kobiet. Spojrzał w sakiewkę. Był jeden grzyb. Zjadł go krzywiąc się nieco. Jego oczy zaświeciły się niczym dwa rubiny i zaczął głośno syczeć. Ruszył na swoim ostardzie. Po chwili znalazł się na polu bitwy. To były amazonki. Potężny atak amazonek. Jego wierzchowiec deptał ciała. Była rzeź. Zagapił się a włócznia już celowała w jego kościaną tunikę. Złapał ją i uśmiechnął się do przeciwniczki. Szybkim szarpnięciem wyrzucił jej broń i chwycił za własną. Lecz nie. To był tasak. No tak kroił mięso. Głośno syknął i oderżnął łeb. Bitwa trwała długo. Strażnicy Vesper w tym sam Władca walczyli dzielnie. Jaszczur miał z tego świetną zabawę. Gdy wszystko miało się ku końcowi pojawił się Ogr. Dorwał się do mostu próbując go zarwać. Jaszczur podbiegł i już miał zadać cios. Ogr skontratakował. Był silniejszy niż te zwykłe. "Nie ma sensu" - pomyślał i zniknął w przestrzeni drzew.
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Bolek w 2008 06 08, 13:03:30
Pojawił się znikąd, jak gdyby wyłonił się wprost z cienia. Swą nagłą materializacją zaskoczył wszystkich obecnych w pomieszczeniu, którzy jak jeden mąż westchnęli głośno na widok zwierzęcia. Potężny wilk kroczył dumnie po banku, skupiając na sobie zdumione spojrzenia. Jego czarna, niczym bezksiężycowa noc, sierść lśniła w świetle pełgających leniwie płomieni świec. Władca Miasta podszedł ostrożnie do zwierzęcia. Węgle ślepi zbadały jego postać, prześwietlając ją niemal na wylot, pełzając po karku nieprzyjemnym  mrowieniem. Murinus odwzajemnił spojrzenie i postąpił kilka kroków naprzód, zatrzymując się dopiero na wyraźne warknięcie stworzenia. Łeb zwierza ponownie zakreślił szeroki łuk po banku, po czym gardłowy skowyt wypełnił pomieszczenie. Wilczur zerwał się nagle, mięśnie jego zagrały jeszcze blaskiem sierści po czym wyciągnięty jak struna zniknął za oknem w mroku nocy.


- Gdzieś tutaj, widzę ślady, przed chwilą tędy przechodził - wyszeptał Meahius przedzierając się przez gęste poszycie lasu. Pomimo panującego jeszcze półmroku bezbłędnie odnajdywał ślady obecności wilka, czy to odcisk łapy widoczny w miękkim mchu, czy kępki sierści pozostawione na ostrych gałęziach krzewów, czy w końcu połamane gałęzie roślin, które stanęły na drodze rozpędzonego zwierzęcia.
- Szybko, naprzód - gorączkowo popędzał Vernin - zaraz go dogonimy - podekscytowany szarpał uzdę prowadzonego wierzchowca. Drużyna mieszkańców miasta oraz przypadkowych obserwatorów, których ciekawość prowadziła w gęstwinę, rozproszyła się nagle. Każdy, w  miarę możliwości szukał ukrycia, jedni padli plackiem na ziemie, drudzy powskakiwali w krzaki, inni skryli się za drzewami. Niektórym sztuka ukrywania sie była zupełnie obca i Ci stali tylko jak wryci, zaskoczeni faktem ponownego pojawienia się wilka. Po chwili trwającej kilka uderzeń serca, postaci sprawiające wrażenie marmurowych posągów zaczęły szukać wzrokiem Władcy Vesper. Odziany w pełną płytową zbroję, gramolił się z krzaka, widok był wprost komiczny, przywodzący na myśl odwróconego na grzbiet żuka, rozpaczliwie próbującego stanąć na nogi. Stękając i machając rękami w poszukiwaniu punktu zaczepienia warknął zniecierpliwiony
- Pomoże ktoś czy będziecie dalej wlepiać we mnie gały jak szpak w złotą monetę? - otrząsnąwszy się z zamyślenia Meahius wyciągnął opancerzoną dłoń i chwycił pewnie przedramię Murinusa.
- Wstawaj Byku - rzekł z przekorą. Gdy stanął wreszcie na nogi i otrzepał płaszcz z listowia rozejrzał się bacznie w poszukiwaniu celu wyprawy. Dostrzegł go, stojącego na polanie usłanej pieńkami drzew, pozostałością po ciężkiej pracy miejscowych drwali. Nie starając się  choćby zachować pozorów skradania, wystąpił pewnym krokiem z gąszczu. Reszta poszła za jego przykładem i po chwili mężny oddzialik stał już w kupie kilka metrów od wilka. Zwierze nie zwracając uwagi na przybyłych lekko przeskoczyło po pniakach i znalazło sie na samym środku okrągłej polanki.
- Uwaga ludzie to pułapka, do koni! - wiedział, że to niemożliwe, jednak mogłby przysiąc, iż wilk uśmiechnął się, a był to uśmiech paskudny, złowieszczy. Zbrojni natychmiast rzucili się do wierzchowców, w tym samym momencie czarny stwór zawył przeciągle, postać jego zamajaczyła delikatnie, kontury rozmyły się aż w końcu zniknął w szarówce świtu. W miejscu, w którym jeszcze przed momentem się znajdował, powietrze zafalowało dziwnie i rozerwało z trzaskiem pod naporem magii. Owal portalu rozbłysnął błękitnym światłem i  wypluł z siebie hordę wojowniczek. Jakby tego było mało ze wszystkich stron na polane ciągnęły kolejne przeciwniczki. Wojownicy błyskawicznie zareagowali na polecenie Murinusa i oddalili sie od ściany lasu unikając w ten sposób walki w gąszczu. Pomimo, iż broń drzewcowa amazonek znacznie lepiej sprawdzała się na otwartej przestrzeni, to liczna piechota wyciełaby w pień złapanych w potrzask, wykorzystując przewagę porośniętego terenu. Spodziewając się bezładnego ataku męzowie zbili sie w ciasny krąg osłaniając  plecy od zdradzieckich ciosów.
- No dalej sucze pomioty - warknął Vernin uderzając styliskiem topora o tarcze.
Pierwsza uderzyła piechota, dzikim zaśpiewem dodająca sobie odwagi. Ostrza włoczni brzęcząc odbijały się od tarcz, zgrzytając ślizgały  po wypukłościach pancerzy, trzaskając łamały się drzewce pod uderzeniami broniących sie wojowników. Pierwszy atak nie dał, poza  kilka draśnięciami, żadnego efektu. Pobudzeni tym mężczyźni rozszerzając krąg rozbili pierścień okrążenia wycinając w pień wroga. Rozdzierające zawodzenia i zwierzęce wrzaski ginących kobiet wstrząsnęły lasem. Nad polaną krążyły już czarne kruki, skrzecząc niecierpliwie oczekiwały zakończenia bitwy i coraz bardziej zniżały lot...
   
Dysząc głośno Meahius otarł o płaszcz ociekające czerwienią ostrze katany
- Zacieśnić krąg! - krzyknął- nie rozdzielać sie! Murinus poprawił się w kulbace i rozejrzał oceniając liczbę przeciwniczek i szansę na ujście cało z potrzasku w jakim się znaleźli. Kopyta koni mlaskały w krwawym błocie, z trzaskiem miażdżyły ciała poległych wojowniczek. Parujące wierzchowce ponownie zbiły się w gęsty krąg. Hałłakując, amazonki spięły konie do szarży...

   ... wciąż słyszał dźwięki walki, chciał się poderwać , zeszklonymi oczami szukał przeciwniczek, wodził wokół niedostrzegając nikogo z towarzyszy. Widział za to niebo...  błękitne, jaśniejące, piękne lecz mażące się. Chciał walczyć, nie mógł jednak podnieść się z wysokiej trawy. Uniósł z trudem głowę i spojrzał na pancerz. Z trzewi sterczała wbita głęboko włocznia. Zajęczał cicho i uchwycił drzewce dłońmi. Ból targnął ciałem i wydarł się rykiem z jego gardła. Gdy ocknął się ponownie szczęk żelaza był praktycznie niesłyszalny, nie wiedział czy powodem było uchodzące z niego życie czy też walka dobiegała końca.
- Trzymaj się przyjacielu - usłyszał przytłumiony głos Meahiusa - już niedaleko, wytrzymaj jeszcze trochę. Czuł przyjemne i kojące kołysanie, chciał spać, był bardzo zmęczony, powieki ciążyły mu okrutnie
- Dajcie Wody! Nie może zasnąć - warknął niosący go na skleconych naprędce noszach Vernin - Musimy szybko zanieść go do uzdrowiciela, życie praktycznie już z niego uszło...

   ...Było mu już wszystko jedno, otaczający świat przestał mieć jakiekolwiek znaczenie, poprostu już go nie czuł, nie widział, nie słyszał. Zasnute mgłą oczy powoli zamknęły się, z ust cichym westchnieniem uszedł, zdawałoby się, ostatni wydech...

   ...ostatnie wydarzenia powróciły w jego głowie wspomnieniem, ponownie usłyszał wielki harmider, ponownie znalazł się na polu bitwy. Brzęczące z pretensją żelazo, wiżdżące konie i cała seria wrzasków, ryków, potępieńczych zawodzeń oraz cichych jęków konających otoczyła go ze wszystkich stron. Rozejrzał się w okół i spiął wierzchowca do szarży. Jej celem była przywódczyni zdradzieckiego napadu. Siedziała w siodle dumna, z wzniesioną głową. Z zadowoleniem przyglądała się coraz bardziej słabnącej obronie mieszkańców Vesper. Zauważyła go. Wyprostowała się i usadowiła wygodniej. Spojrzała wyzywająco na szarżującego nań wojownika. Murinus uniósł tarcze przygotowując się na przyjęcie impetu uderzenia włóczni i zamłynkował obuchem. Koniec włóczni zadźwięczał na tarczy nieomal wyrzucając jeźdźca z siodła, cios był na tyle skuteczny, iż udaremnił cały efekt ataku. Wstrzymany koń targnął łbem, wrył kopyta w ziemie i zawrócił. Amazonka błyskawicznie rzuciła się do kontrnatarcia. Błyskawicznie wyprowadzane uderzenia włóczni odbijały się od blach pancerza. Młot świszczał wokół napastniczki za każdym razem mijając ją jednak o grubość włosa. Kobieta uwijała się w siodle niczym żmija unikając kolejnych razów sama odgryzała się wyprowadzanymi z niezwykłą zwinnaścią ciosami. Pokręcił z niedowierzaniem głową i wycofał o kilka kroków.
- Trzy - wyszeptał licząc wyprowadzone w mgnieniu oka uderzenia
- Były trzy - nadal nie dowierzał szybkości przeciwniczki. Oddychając ciężko wycofał się ponownie. Kobieta uniosła broń nad głowę i uśmiechnęła się brzydko.
- Teraz zginiesz - szczeknęła. Grot włóczni zabłysnął w słońcu, rozjarzył sie jego blaskiem. Dostrzegając swój błąd Murinus zasłonił się tarczą. Ciśnięta broń przecięła z sykiem powietrze. Wydawało się, że zdoła się osłonić, jednak pocisk mijając tarcze zdmuchnął  władcę Vesper z siodła i cisnął nim z hukiem o ziemie. Zdezorientowany leżał nieruchomo w głębokiej trawie. Usłyszał szelest kroków, chciał się poderwać jednak ból sparaliżował go ponownie. Amazonka pochyliła się nad nim i wyciągnęła rękę w kierunku tkwiącej w jego ciele włóczni.
- Teraz już nic was nie ocali - wymruczała ochryple - właśnie zdobyłam to po co zostałam wysłana - zamachała mu przed oczami niewielką fiolką wypełnioną jego własną krwią. Nie mówiąc już nic więcej wstała i odeszła. Powoli tracił przytomność, uspokajające ciepło promieni słonecznych sprawiało, że powieki ciążyły coraz bardziej i bardziej...

   ...tylko sen i ciepło, przyjemnie mrowiące, rozchodzące się po całym ciele, płynnie, falowo. Tylko to się teraz liczyło, miało znaczenie. Chciał aby trwało i był pewny, że tak właśnie będzie. Z błędu wyrwało go nagłe uszczypnięcie zimna w okolicy rany, potem  kolejne i następne dotkliwsze. Poruszył niespokojnie głową i rozchylił lekko powieki. Czyjaś postać zamajaczyła przednim niewyraźnie, chciał coś powiedzieć, spytać jednak nie miał na to sił.
- Śpij spokojnie, zaśnij. Już nic Ci nie grozi - usłyszał znajomy głos i zasnął.
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Bolek w 2008 06 12, 11:51:23
- Witaj Wodzu – Murinus wraz ze świta skłonił głowę okazując szacunek Przywódcy Dzikich plemion – chyba domyślasz się co nas do Ciebie sprowadza.
- Wiedzieć i cieszyć się, że się zjawiacie, to być złe czasy dla nas – odpowiedział Szaman – Wy pomóc nam, my się odwdzięczyć, my razem zniszczyć wroga. Podłe Kobiety nas nękać, wielu młodych zginąć.
- Doskonale Cię rozumiem – zamyślił się na chwilkę wojownik – doszliśmy do wniosku, iż Amazonki w takiej sile nie mogą pojawiać się z nikąd, nie jest możliwe aby czyjakolwiek magia była w stanie przetransportować je w takich ilościach. Muszą gdzieś na półwyspie posiadać obóz. Chcemy go odnaleźć i zaatakować póki się tego nie spodziewają.
- O! ja pomóc, zwiadowcy moi odkryli obozowisko, jednak ja nie mieć sił na atak. Ja wam powiem gdzie one być...


- Dopracowany perfekcyjnie plan ataku okazał się jednak... hmmm – pomyślał kronikarz - nie tak doskonały – uśmiechnął się do siebie. - Efekt zaskoczenia został osiągnięty i na tym skończyła się wcześniej nakreślona wersja wydarzeń – mruczał pod nosem raz po raz nurzając pióro w inkauście - Pomimo, iż faktycznie na początku Amazonki nie radziły sobie zbyt dobrze, to w bardzo krótkim czasie zdołały się przegrupować i skompromitować całą grupę napastników... - ponownie się zamyślił - którzy bardzo szybko zaczęli uciekać w popłochu w kierunku miasta – dokończył ostatnie zdanie i zamknął ciężką okładkę pisanej kroniki.
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Bolek w 2008 06 12, 11:51:54
-A co mnie obchodzi, że to nie Ty wydałeś rozkazy!? Co z tego, że to Twoi podkomendni? Nie moja wina, że nie masz posłuchu wśród sług. – wykrzykiwał zdenerwowany władca Vesper. Czarny Wilk słuchał tylko w skupieniu, nie zdradzając niczego wyrazem twarzy, czy choćby najmniejszym gestem.
- Będę rozmawiał tylko z Elfką, nic z tego nie rozumiesz – pokręcił głową.
- Wytłumacz mi więc i nie traktuj jak kmiota po tym jak prawie zniszczyłeś mi miasto, krew moich ludzi nadal spływa rynsztokami – tracił cierpliwość.
- Rozkaz ataku na miasto spowodowany był tym, iż zabiliście posłańca, którego wysłałem by prosić o pomoc... nie rozumiem więc Twych oskarżeń – kontynuował spokojnie.
- No trzymaj mnie Xavio bo nie zdzierżę – rzekł do barda – Czy Ty to słyszysz?? Pomoc! Żądanie pięćdziesięciu tysięcy sztuk złota tygodniowo?! Kpisz Wilku? – Tym razem na twarzy Czarnego rycerza zarysowało się zdziwienie – Ah tak. Znowu zostałeś zdradzony przez własnych ludzi? – zauważając to stwierdził z kpiną w głosie.
- To niemożliwe – kręcił głową Wilk – to jakieś wielkie nieporozumienie.
- Puszczę to mimo uszu, iż zadajesz mi kłam, posłuchaj jednak zdania Cameron skoro tak bardzo Jej wierzysz. No Cam powiedz jak wyglądała prośba tego Zbója – machnął młotem w powietrzu. Elfka jedynie skinęła lekko głową.
- To prawda, wszystko wydarzyło się tak jak powiedział Murinus –potwierdziła.


   - Zniszczcie Go proszę dla mnie, niech zadośćuczynieniem będzie to, iż powiem Wam gdzie stacjonuje oddział tego zdrajcy. Obiecuje ponadto, że z mojej strony nic nie będzie Wam już zagrażać, sam już nie wiem w co zostałem wplątany – spuścił oczy, w których widoczny był wielki smutek i pretensja. – Nazywa się Wężowy Język, jest nekromantą, zabijcie Go proszę, wraz ze swą najbliższą świtą rozbił obóz na Cmentarzu pod miastem – odwrócił się i przybrał postać Wilka by po chwili rozpłynąć się w powietrzu. Murinus jeszcze raz zerknął w przekazane Mu listy. Były wśród nich rozkazy i raporty przekazywane pomiędzy Czarnym Wilkiem i Jego ludźmi. Raporty nie zawierające ani odrobiny prawdy, zakłamane i spreparowane tak aby myślał, że wszystko układa się zgodnie z planem.
- Nawet mi Go szkoda – wskazał miejsce, w którym zniknął Rycerz – Chyba musimy kogos odwiedzić... Ruszajmy! Xavio? Cameron? – odczekał chwilę na potwierdzenie i ponaglił wierzchowca uderzeniem pięt.

   Atak był tak niespodziewany i sprawny, iż cała walka trwała dosłownie kilka chwil. Oddzialik z Vesper w połączeniu z siłami Czarnego Wilka zgniótł zdezorientowanego wroga w proch. Sam nekromanta nie zdąrzył nawet zareagować gdy wystrzelony przez Xavio bełt rozpruł jego gardło. Zaskrzeczał tylko cicho wypluwając czarną maź. Zapadła niemal całkowita cisza przerywana jedynie pojedynczymi wrzaskami dorzynanych przeciwników. Zadowolony z rozwoju wydarzeń Murinus poszukał na polu walki przyjaciół. Zaczęło świtać, mgła nad zatoką Vesper, gęsta niczym mleko, przepuszczała jedynie zamazane obrazy odpływających okrętów. Nikt nie wiedział skąd się tam wzięły jednak wszyscy cieszyli się nadzieją na to, iż więcej tu nie powrócą.
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Bolek w 2008 07 27, 12:16:45
- Czy to nie jeden z ludzi Wilka? - spytała Cameron owijając się ciaśniej długim, puszystym szalem.
- Psia mać! Nic nie widzę przez tą zawieruchę, po cośmy tu przychodzili, jakby nie było przyjemniejszych miejsc - odburknął Reef.
- To na pewno on, teraz widzę wyraźniej, co robimy Mur? - widoczne z pomiędzy zwoi szala oczy rozbłysły na chwilę.
- Sprawdźmy czego tu szuka, a potem zajmiemy się tym po cośmy tu przybyli - odparł Murinus i podkłusował ku Pustelnikowi.
Mężczyzna wyglądał na mocno podenerwowanego. Rozglądał się na wszystkie strony obracając głowę to w jednym to w drugim kierunku. Chmury wydychanego na mrozie powietrza zdradzały jego zmęczenie. Zaalarmowany zbliżającymi sie jeźdźcami uniósł tylko bezradnie dzierżony kostur i cofnął wierzchowca i kilka kroków.
- Jestem mocno osłabiony, miejcie odrobinę honoru - przekrzyczał zawieruchę. Drobiny lodu osadzające się szronem na Jego brodzie i wąsach, nadawały Mu jeszcze bardziej żałosny wygląd.
- Nie bój się, nie mamy złych zamiarów - Głos Murinus przedostał się przez zamieć - nie pamiętasz nas? spytał
Wędrowiec przyjrzał się uważnie postaciom i odetchnął z wyraźną ulgą - No tak, walczyliśmy razem z nekromantą, dzięki Bogom, że to na Was trafiłem.
- Coś Cię trapi? - spytała Cameron osłaniając twarz przed kłującym zimnem.
- Potrzebuje pomocy, zostałem wysłany na poszukiwanie pewnego artefaktu, namierzyliśmy go i obawiam się, że znajduje się w łapach lodowych demonów, które ostatnio sie tu rozpanoszyły. To sprawa życia lub śmierci, muszę go odzyskać a jak widzicie sam nie jestem w stanie tego uczynić.
- No to lecimy skopać parę zamarzniętych tyłków - Krzyknął Reef zanosząc się śmiechem z żartu, który tylko jemu wydał się śmieszny...

... Pustelnik wyciągnął rękę w stronę paszczy leżącej bestii. Wszechobecne zimno niemal od razu zmroziło zabitego stwora. Mężczyzna uchwycił zdecydowanie dolną żuchwę demona i oderwał ją z trzaskiem. Potwór wyglądał teraz jeszcze bardziej przeraźliwie, jednak nie zraziło to pustelnika do wsadzenia ręki w jego gardło aż po łokieć. Manipulując wewnątrz gardzieli poszukiwał czegoś w skupieniu. Lekki uśmiech rozpromienił na chwile oblicze wędrowca, wstał z klęczek dzierżąc w dłoni wydobyty z bestii artefakt...
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Fontein w 2008 07 29, 12:34:00
Słychać już było szum pobliskiej rzeki, góry Ishenar odprowadziły ich tuż na krawędź lasu. Cameron z wolna zatrzymała ognistego rumaka zwracając go w stronę przyjaciół. Dwóch braci pochłoniętych radosną rozmową zmierzało w jej stronę. Na sama ich widok jej oczy pojaśniały zaś usta ułożyły się w uśmiech. Odruchowo wyciągnęła niewielką księgę, przewertowała jej strony zatrzymując się na jednej. Przesunęła po niej palcem czytając znaki zapisane tam. Pod jej dotykiem zaczęły one jaśnieć błękitem unosząc się ponad stronę i obejmując jej postać tworząc błękitne przejście. Cameron nie zdążyła dokończyć inkantacji gdyż jej uwagę przykuła postać wynurzająca się w oddali z lasu. Skierowała tam swe złote oczy poważniejąc. Dostrzegł to Murinus i podążył za jej spojrzeniem, lekko szturchając Reefa, wskazał mu nadchodząca osobę. Postać zbliżała się powoli jak by oceniając siłę napotkanych wędrowców. Murinus wyszedł na przód za nim podążył jego brat. Cameron zatrzasnęła księgę obserwując cała sytuacje z dalszej odległości. Ów nieznajomy przedstawił się jak Derios – Opiekun Smoków. W trakcie rozmowy wskazał na góry i oznajmił ze zagościł w nich demony hordy pod przewodnictwem dość osobliwego Wielkiego Demona – przywódcy niesfornego stada. Wpierw jedynie ostrzegł podróżników by zważali na to gdzie chodzą... Lecz mierząc po raz wtóry posturę zarówno Murinusa jak i Reefa zaproponował dość dziwny układ.
- Widzę żeś doświadczony woj, wprawiony w boju, obserwowałem was podczas niedawnej walki. Dopełniacie się... - Wtem przerwał mu donośny głos Murinusa -
- Przejdź że do rzeczy, szkoda nam trwonić czasu na pochlebstwa, znamy swą wartość –Mężczyzna jedynie się uśmiechnął  
- Masz racje tak naprawdę nie doceniam chyba przed kim stoję – na jego twarzy znów ukazał się ten sam lekki uśmiech – Jak już wspomniałem proponuje wam układ, pomóżcie mi przegonić te demon w zamian będziecie mogli wziąć wszystkie skarby jaki skrywają tam ze sobą – Reef jako pierwszy powiedział to co każde z nich myślało – A co Ty będziesz z tego miał? - W odpowiedzi jedynie usłyszeli – Już ja coś tam dla siebie znajdę...

Po dwóch dniach monotonnej walki z demonami przyszło im stanąć przed ich przywódcą. Rozjuszony, rzezią swych podwładnych, opętany chęcią zgładzenia wojowników skierował swe przelewające się tłuszczem ciało w stronę czterech postaci stojących nieopodal na niewielkiej polance. Biegł z takim impetem że byłby w stanie staranować sam niewielki garnizon. I choć pierwszy jego atak z ledwością został odparty, niebawem jego cielsko spoczęło na zielonych trawach Ishenar. Chwile po tym jak wyzionął swego ducha, opiekun skierował się w jego stronę, rozciął gardło bestii i wyciągnął z niego cos dziwnego, zanim można był sobie zdać sprawę co to tak naprawdę jest, zniknęło w jego kieszeni.
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Bolek w 2008 08 05, 02:01:09
Kolejny artefakt wydobyty został z trzewi stwora. Zabłyszczał przez chwile odbitym światłem pochodni i zniknał w polach płaszcza wysłannika... zwłoki stwora zalewały posadzkę czerwoną mazią. Głowa bestii leżała obok ciała wpatrując się w swe truchło zeszklonym wzrokiem... wojownicy stali wokol oddychajac ciezko, napiersniki zbroi wznosily sie i opadaly ukazujac ich zmeczenie... Cameron z trudem łapiąc powietrze trzymała za lejce ognistego rumaka, który wykorzystując chwilę chciał uwolnić się spod mocy właścicielki. Towarzyszący wyprawie Likantrop zawarczał gardłowo wbijając szpony w ciało martwego przeciwnika. Głębokie bruzdy pozostawione po pazurach spozierały z klatki piersiowej bestii. Ziejąca wen dziura po bijącym jeszcze przed chwilą sercu raziła pustką. Wilkołak zawył przeciągle, krew kapała z jego pyska zdobiąc posadzkę komnaty karminową czerwienią. Kropla za kroplą rozpryskiwały się na podłodze... nim ostania zdarzyła dotknąć ziemi wysłannik zniknął ściskając w ręku wydobyty przedmiot...
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Darogan w 2008 08 05, 14:30:31
Jego oczy zabłysły.. był już tak blisko.. tak blisko by zdobyć je wszystkie , krzywy uśmiech zakłóciła tylko pamięć.. Bolesna pamięć... I klątwa nad nim ciążąca..
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Mortimer w 2009 02 25, 01:25:44
ROZDZIAL II

"I stalo sie, ze poznalismy znaczenie slowa wojna, poznalismy czym jest klamstwo, zdrada zas stala sie naszym udzialem..." - Darius Starsong, nadworny bard Cesarstwa Gwiazd

Niebo przybralo cudowna barwe czerni, cienie wydluzyly sie, badz zlaly w jeden wiekszy, kiedy Jackee Green spacerowal wsrod drzew zastanawiajac sie czy cienie faktycznie szepcza do niego, czy zglupial juz totalnie. W pewnej chwili stanal w miejscu zlewajac sie niemal z ciemnoscia, kiedy z pobliskich zarosli dalo sie slyszec rzenie konia. Wykorzystujac swe osobliwe zdolnosci przekradl sie do miejsca skad dochodzil dzwiek, kiedy zas don dotarl oslupial. Z ust malca wyszlo tylko kilka slow, przesiaknietych zachwytem:
- Na bogow jakiz piekny ! Czemu ze mnie taki kurdupel ...
Przed nim stal niesamowitej bowiem, zlotej masci rumak, leb jakby wykuty z piaskowego marmuru, pelne gracji ruchy umiesnionych konczyn, grzbiet o idealnych proporcjach. Zwierze nie zwrocilo uwagi na niziolka w przeciwientwie do swego pana, ktory wykorzystawszy moment nieuwagi zaszedl Greena od tylu.
- Kim jestes malenka istoto ? - odezwal sie niezwykly glos zza plecow niziolka, ktory odwracajac sie, i jednoczesnie odskakujac w tyl wiedzial doskonale, ze popelnil blad przed ktorym Veris ostrzegal go setki razy mowiac, iz nawet dziesiata czesc sekundy moze stac sie ostatnia, jesli nie potrafi sie patrzec i widziec wszystkiego wokol siebie. W momencie jednak kiedy stanal wyprostowany dwa kroki od nieznajomego, pelen zachwytu dla owego jegomoscia, rzekl ze znana Greenowska pewnoscia siebie i odznaka straznika w reku:
- To ja tutaj zadaje pytania ... - glos jednak szybko stracil na sile, kiedy niziolek przyjrzal sie dokladniej istocie przed nim. Byl to jegomosc wysoki na blisko 7 stop, odziany w blyszczaca zlotem i piaskiem zbroje, o twarzy tak szlachetnej, iz nawet Dzieci Gwiazd z Dolennost wygladaly przy nim zaledwie jak sludzy stolu. Zza lewego ramienia widac bylo ostrze laski jakiej uzywaja magowie wladajacy magia nie gorzej niz owa bronia.
- Doprawdy ...? - glos niesamowitego przybysza zmienil sie, zas zlociste oczy rozblysly gniewem, niczym gwiazdy na nocnym niebie. Niziolek cofnal sie nieco przelykajac glosno sline, kalkulujac czy lepiej powierzyc swe cialo cieniom, czy moze ostawic je na pastwe losu przy owym tajemniczym nieznajomym. Znana jednak wszem i wobec ciekawosc niziolcza zwyciezyla i Jackee Green drzacym glosem, lecz z blyskiem we fiolkowych oczkach ciagnal:
- Jestem no straznikiem tej wyspy no ... - oddech - i w sumie to wlasnie ja powinienem pytac ... - ciezszy oddech - no chyba ze ktos ma ponad dwa metry wzrostu zas w barkach jest szerszy niz ja dlugi ... - trzy ciezkie oddechy wraz z koncem monologu.
Przybysz usmiechnal sie lekko, z gracja tancerzy wskoczyl na swego rumaka i pognal na poludnie. Niziolek westchnal tylko probujac zapamietac z najdrobniejszymi szczegolami wszystko co mu sie przytrafilo, do momentu kiedy zacznie sie przechwalac reszcie swych braci i siostr. Stal zatem jak wryty patrzac tepo w dal za odjezdzajaca postacia, kiedy zdal sobie sprawe ze nie udalo sie wylegitymowac owego podroznika. Podciagnal krotkie spodenki po czym pobiegl ile sil w nogach za piaskowym magiem bitewnym...

Setki mil dalej, w miejscu gdzie tylko ksiezyc Sosarii zagladal:
- Tak wlasnie historia zatacza krag moi szlachetni przyjaciele - odezwal sie glos w duszach 6 Gwiazd - to co dzialo sie przed 11 laty powraca by rozblysnac na niebie nasza kleska, badz zwyciestwem. W tym maluchu drzemie sila o ktorej on sam nie wie, a cienie naprawde don szeptaja ...
Wilk ulozyl sie wygodnie na tronie wykutym w gwiezdnej skale i przymknal slepia czuwajac ...
cdn
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Mortimer w 2009 02 26, 04:42:37
Szybkim marszem, badajac slady podkow dotarl do granic miasta, gdzie zapytal znajomego straznika dokad pognal piaskowy mag.
- Ty! Jackee tam zem go widziol, w strona portu jechol. Zapieprzal jak moja stara na targowisko jak jej zold oddaja. - rzekl brodaty, barczysty w polowie krasnolud. Niziolek nie chcial wiedziec do ktorej z ras przynalezala jego matka. Nigdy zatem nie pytal o rodzine, bal sie poprostu, ze nocami bedzie snil koszmary o kobiecie z broda ... Kiedy wpadl na przystan wysoka kochanica Magnusa spojrzala na Greena z nieukrywana troska, wyobrazajac sobie najgorsze rzeczy, ktore tym razem na miasto mogl sprowadzic malec w zieleni.
- Taki gosc ... - zaczal dyszac ciezko - wielki jak nasz bank i prawie tak szeroki w barkach jak ja, ubrany w zbroje o barwie pszenicy, widzialas go zlotko ?
- Coscie niziolki tym razem zmajstrowaly - odrzekla nie kryjac obaw - czerwony jak burak jestes, jezor wywieszony masz jak u tego kundla od Saniego co to z innych swiatow ponoc jest hmm ? Wulkan zbudziliscie na ktorym Ocllo zbudowane ?
- Zabciu, nie nie - odpowiedzial z usmiechem - ino zem zapomnial wylegitymowac owego jegomoscia ...
Kobieta wskazala odplywajacy okret wojenny. Na wypchanych przez wiatr zaglach widac bylo nawet z tej odleglosci szlachetna sylwetke czarnego wilka. Wyszyty na tkaninie obraz sprawil ze Jackee westchnal tylko wspominajac swa niebieska matke - Lune.
- No i zem go nie wylegitymowal ... - burknal pod nosem niziolek, po czym chwiejnym ze zmeczenia krokiem ruszyl ku karczmie Chlopakow Bernera. Kiedy dotarl na miejsce zastal Magnusa pykajacego fajeczke przy kominku. Mag siedzial wygodnie z owlosionymi stopami wyciagnietymi w strone ognia, wzrokiem utkwionym w jednym punkcie jakby owo miejsce w scianie bylo niezwykle interesujaca rzecza. Trzymajac fajke w ustach niziolek w jasnej todze, rozcieral znak hebanowej laski na swej dloni. Nie zwrocil wogole uwagi na fakt, iz ktos wszedl do sali. "Znowu to samo" - pomyslal zmartwiony Jackee, po czym zaryzykowal i przerwal zadume najdrozszego z przyjaciol.
- W morde jeza stary co ja zem widzial to sie w pale nie miesci ! - zawolal jakby zapominajac, iz zaledwie przed kilkoma sekundami obawial sie o stan psychiczny Magnusa Thorngage. Teraz dopiero wyrwany ze szponow ponurych mysli czarodziej usmiechnal sie szeroko i odpowiedzial rownie glosno:
- Jackee cholero najdrozsza jak ty ... ? - spojrzal tepo na drzwi - jakzes ... no kruca nic zem nie slyszal.
- Niewazne. Sluchaj, spaceruje sobie myslac zem postradal zmysly, az tu nagle jak nie uslysze rzenia konika. No to sru w cienie by bydlaka nie sploszyc. Ide cichutko jak myszka, odsuwam jakies krzaki czy inne marchewki i mnie normalnie zatkalo jak nigdy !  Wiesz przeca ze non stop gadam, nawet jak sam jestem to mowie i pewnie gdybym mogl to samemu sobie nie dalbym dojsc do slowa. Ale w tym momencie na grob mamuski przysiegam zaniemowilem ! Zloty, blyszczacy kon tak cudny ze, hoho ! No i dobrze ze panocka Verisa tam nie bylo, bo przez to zem tak zaniemowil i stanal jak slup soli to mnie zaszedl od tylu pewien jegomosc - niziolek urwal wzdychajac z tesknota - kon to przy nim bylo nic ... Mowie ci wiekszy niz nasza karczma ! W barach ino ode mnie nieco wezszy - dodal jak zwykl to czynic Jackee - taka laska piekna blyszczaca znad ramienia mu wystawala, glos jakby nie  z tego swiata. Chcialem go zapytac kto on, ale chyba sie mnie wystraszyl, bo wskoczyl na konia i uciekl do portu. Pognalem za nim, to zem prawie go przescignal tak nogami przebieralem, ale mnie z rytmu wybila twoja kochanica w porcie bo miala taka krotka spodniczke, wygladala dzisiaj ze hej ! Jak jakas ... - w tym momencie urwal blednac nieco na twarzy i szeptem wtracil - Jest moja Perelka tu ?
Magnus wybuchnal smiechem tak gromkim, ze ptaki z Kopca Sallmona wzbily sie w powietrze przerazone.
- Nie martw sie nie ma jej tutaj. - rzekl wreszcie ocierajac lzy i powstrzymujac sie od dalszych wybuchow smiechu.
- Kontynuuj bajania. - odrzekl z szelmowskim usmieszkiem mag.
- Myslisz ze zmyslam ? - oburzyl sie Jackee
- Alez skad drogi przyjacielu - odpowiedzial ironicznie niziolczy mag. Jednak Green juz dawno uodpornil sie na ciezki zart przyjaciela, chociaz wielu twierdzilo, ze to maly rozumek niziolka nie jest w stanie pojac czym jest ironia.
- Czarny Wilk! - skwitowal opowiesc straznik Ocllo
- Jaki znowu czarny wilk gamoniu. O czym ty do mnie mowisz ?
- No statek, taki wojenny jakis co na zaglach mial wyszytego wilka. Musimy go odszukac ! Tam pewnie jest ten pan zloty. Bede go mogl zapytac co robil w Ocllo.
- Ale po co nam to ? Przyjezdny jakis, zwiedzal pewnie...
- W zbroii ? Z taka laga na plecach ? Zwiedzal ? - przerwal Jackee
- Moze do Horsta przybyl o magii pomowic ...
- Horsta nie ma od tygodni dobrze wiesz.
- No to moze na Ettiny i Ogry zapolowac przybyl ...
- Ubrany tak gustownie ? Na takie padalce by polowal ? Ja mysle ze to szpieg i trzeba ...
- Dobrze, dobrze, no juz koniec ... - westchnawszy gleboko rzekl Magnus. Wiedzial ze osiol to wyjatkowo ugodowe zwierze przy upartym Jackeem - pojdziemy i poszukamy okretu z czarnym wilkiem na zaglach.
Niziolek w zieleni usmiechnal sie szeroko zacierajac raczki.

Gdy byli juz daleko od karczmy w jej okolicach rozlegl sie potezny wilczy skowyt. Ptaki ktore wrocily do swych gniazd na Kopcu Sallmona, ponownie wzbily sie w pod rozgwiezdzone niebo. Okiennice w karczmie poruszyl nagly podmuch nienaturalnego wiatru. Zdawac by sie moglo, iz liscie drzew zaszelescily, zas dzwiek ich ulozyl sie w szept: "Szukajcie..."
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Papa Smerf w 2009 02 26, 09:38:40
Hehe więcej musisz pisać Mort. Rewelka :D
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: WsC w 2009 02 26, 11:04:11
Szacunek Mort! :D
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Prorokpl w 2009 02 26, 11:39:00
Kurde Morti dawno się tak nie uśmiałem. Czekam na więcej, szacun.
:wink:
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Darogan w 2009 02 26, 12:16:43
Postawić żagle ! – krzyknęła pani kapitan
Kurs na Nujelm, tam zaczniemy szukać, miasto ma rozlegle nie zbadane podziemia – odrzekł ten w złocistej zbroi.. i popłynęli do miasta piasków..
Zastanawiające czy odnajdą tam to czego szukają.. co los przyniesie im..

W tym samym czasie.. w innym miejscu gdzieś daleko na północy.. bramy na nowo otworzyły się..
Na zielonym jak trawa wierzchu , wyjechał niby mag , rozejrzał się uważnie, uśmiechną parszywie, w myślach swych widział już ślad.. nowy knuł już on zdradziecki plan....
Obok pojawił się on...
Tak mój władco – zapytał ze strachem w oczach
Znajdź mi w tych krainach źródło... z którego czerpać moc można , znajdź mi miejsca, w których się będzie można ostać.. i w końcu.. znajdź ludzi, którzy bogactwem zaślepieni, wypełnią mą wole.. – machną ręką po wydaniu rozkazów
Tak mój panie.. Twój rozkaż mą wolą się stanie – i ruszył przez krainy szukając.. swego władcy.. Zielonego Maga , wole wypełniając..
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Mortimer w 2009 03 03, 11:16:29
- Dobrze ze przynajmniej noc sie skonczyla nie ? - zapytal Jackee Magnusa opierajacego sie o grotmaszt.
- Co racja to racja ...
- Cos ty znowu taki zamyslony, co jest ostatnio z Toba ?
- Eee tam, nic sie nie dzieje, poprostu ... - niziolczy mag spojrzal na fale, ktore w swietle wschodzacego slonca przypominaly ulepione ze zlotych ziarenek piasku - poprostu ... - ciagnal, nie potrafiac dokonczyc, jakby walczyl z soba gdzies w zakamarkach zranionej duszy - no ...
- Po prostej to wal jak brat do brata - skwitowal krotko Jackee wahanie przyjaciela - przeciez wiesz, iz nie ma rzeczy, ktora mogla by nas poroznic. A juz napewno nie porozni nas zadna kobieta. Przeca my razem nawet chedozyli te same.
Magnus odwrocil sie plecami do niziolczego zwiadowcy uciekajac od jego spojrzenia i rzekl posepnie:
- To nie o kobiety chodzi tym razem Jacus ... napewno nie o nie ...
Przez reszte podrozy jedynym co laczylo oba niziolki bylo ponure milczenie, a trzeba przyznac, iz oboje byli tak uparci, ze milczeli bez mala  przez dwanascie dni rejsu. Cisze przerwal silny powiew wiatru znad gor okalajacych od poludnia, zachodu i polnocy niewielkie, acz urocze Cove, oraz slowa Magnusa, ktoremu najzwyczajniej w swiecie zrobilo sie zal przyjaciela:
- Cove na horyzoncie kapitanie ! - zawolal, probujac obalic mur, ktory stawial od jakiegos czasu pograzajac sie w mroku swej duszy. Jackee slyszac namiastke radosci w glosie maga, ozywiony owa zmiana, odpowiedzial:
- Ah tak szczurze ladowy ! Patrzaj zatem jak sie lajba steruje gniocie ! - rozbrzmial wsrod fal zachrypniety glos Greena, doskonale nasladujacego kapitana korsarzy Ocllo - Ramireza Popedliwego. Niziolek chwycil prawy foka szot, sprawdzajac naciag i wychylajac sie niebezpiecznie - Bosman ster lewo na burt ! - rozbrzmial ponownie zachrypniety glos komicznie wygladajacego Jackeego. Magnus poczal smiac sie jak dawniej, na co w skrytosci serca liczyl drugi niziolek.
- Kapitanie coz zatem moze zrobic taki pospolity szczurek jak ja na tej zacnej lajbie, na tym postrachu morz i oceanow ... - glos Magnusa nabieral mocy, by wykrzyczec nazwe w strone brzegu do ktorego zamierzali przybic - Na Merry Green III !
- Wypompowac zeze ! - krzyknal Jackee wczuwajac sie chyba za bardzo w role. Jego kompan spojrzal krzywo na przyjaciela. Spojrzenie owo wystarczylo ...
- Taa ... no dobra jestes moim pierwszym oficerem nie musisz tego robic pasuje ? - zapytal z nadzieja w glosie chcac powrocic do doskonalej zabawy.
- Aj, aj Kapitanie !
Posrod huku fal rozbijajacych sie o skaly w zatoce Cove wplywali do portu, Jackee dumnie stojac na dziobie, Magnus wsparty z szerokim usmiechem o reling. Niczym prawdziwi korsarze zeskoczyli z trapu na keje, wrzeszczac:
- Rumu i kobiet dajciez nam zaraz ! Albo krwi upuscimy tym ktorzy sprzeciwiaja sie slowom kapitana Jackeego Bezbrodego i jego oficera Magnusa Zebowybija.
- Najstraszliwszych posrod korsarzy ! - dodal srogim tonem niziolczy mag.
Nie musieli dlugo czekac na odpowiedz "szczurow ladowych", straznik wartujacy dotad spokojnie podszedl teraz spiesznym krokiem stajac nad niziolkami ze sroga mina. Jackee przelknal sline, Magnus poszedl w jego slady ...
- No jeny ... - glos Greena brzmial jak wtedy, gdy Perelka przylapala go z dlonia na udach uroczej bankierki Ocllo - my sie ino bawili nie ...
Straznik pogrozil palcem, lecz nie wyciagnal tym razem konsekwencji, najwyrazniej znajac specyficzne poczucie humoru niziolczej spolecznosci.
- No ... - zaczal mag poprawiajac faldy togi - to by bylo na tyle jesli chodzi o groznych piratow. - oboje poczeli chichotac - znajdzmy jakiegos przewoznika i zapytajmy o okret z Wilkiem na zaglach.
Jackee skinal w odpowiedzi. Szukajac wzrokiem kapitanatu.
- O tam stoi jakas piekna mlodka co to jej nie sa obce fale i wiatr biorac pod uwage rozwiane wlosy, oraz sejmitar wiszacy u pasa ...
- No to chodzmy - ponaglil Magnus.  Szybkim krokiem podazyli w strone urodziwej panny. Zalujac, iz nie maja czasu na zwiedzanie. Kiedy znajdowali sie jakies 5 metrow od kobiety, ta zlozyla dlon na rekojesci broni usmiechajac sie uroczo. Piersi jej rytmicznie unosily sie i opadaly, podkreslone przez obcisla koszulke z duzym dekoltem. Uda odsloniete, umiesnione i doprawdy idealne odslonila widzac wzrok mezczyzn. Oboje jekneli w tym samym momencie, myslac zapewne rowniez o tym samym.
- Witamy urocza wacpanne, ktorej wlosy niczym ogien z dzial "Iskry", zas usmiech jak jutrzenka. - zaczal Magnus Thorngage ze znana sobie latwoscia w nawiazywaniu kontaktow z plcia przeciwna.
- Usta, co na mysl rozy kwiat przywodza, i cialo jak trzcina wiotkie, jakby wykute przez boskiego artyste - dokonczyl Jackee, z  nie mniejsza latwoscia.
- Czy ty przypadkiem nie masz zony w Ocllo niziolku ? - zapytala wprost kobieta
- Pff... css... szzz... - odpowiedzial Green wkladajac dlonie do kieszeni zielonych spodni i obracajac sie na piecie. Magnus stlumil usmiech. Po pewnej chwili odrzekl:
- Szukamy okretu o zaglach niczym snieg i czarnym wilkiem na nich widniejacym. Czy wacpanna nie widziala owego gdzie, nie slyszala o takowym ?
- Czarny Wilk ... cos mi to mowi ... historia sprzed 11 laty, ale wiecej wiedza w Minoc i Vesper, tam sie udajcie po odpowiedzi. - Kobieta spojrzala na naburmuszonego Jackeego, po czym szeptem zwrocila sie do rozmowcy: - Czy on sie obrazil ?
- Nie, nie. On tak czasem ma, zaraz mu przejdzie. Skad wacpanna wie o slubie, jesli wolno spytac ?
- Naprawde nie widzisz podobienstwa cny niziolku ? - zapytala z tajemniczym wyrazem twarzy.
- Podobienstwa ... - podrapal sie po glowie mag - Yyy... Hmm... Czyzby ? - oczka mu rozblysly - Jestes krewna mej pani z Ocllo ? - Ta, ktora nazywali wacpanna usmiechnela sie szeroko odpowiadajac:
- Pozdrow siostre ode mnie.  
Mag usmiechem odpowiedzial kobiecie po czym zawolal swego druha mowiac o wszystkim czego sie dowiedzial. Po kilkunastu minutach, oboje siedzieli juz na pokladzie "Merry Green III". Jackee, ktoremu najwyrazniej chmurny humor przeszedl machal wlasnie do straznika i uroczej zeglarki. Ponownie nasladujac Ramireza Popedliwego zawolal:
- I zapamietajcie nasze imiona szczury ladowe ! My tu jeszcze wrocimy !
Dwojke przyjaciol odprowadzal usmiech ludzi z Cove, lecz nie tylko on. Chmury zaslonily slonce w zenicie. Rozbrzmial ryk wzburzonych wod. Nienaturalny wiatr zerwal sie nagle popychajac lodz zaglowa w strone ujscia zatoki, jakby niebo pragnelo pospieszyc dwojke niziolkow. Magnus i Jackee spojrzeli  z przestrachem. Lecz juz po chwili dziekowali za wiatr, ktory powodowal, iz gnali ku swemu celowi z niezwykla szybkoscia. "Zabawa w piratow" teraz nabrala barw i kolorow morza. Krzyki Jackeego Bezbrodego, oraz jego pierwszego oficera Magnusa Zebowybija, sprawialy iz bosman i oni sami naprawde uwijali sie w pracy na pokladzie z niezwykla starannoscia i szybkoscia. Podroz tym razem minela bez krepujacej ciszy i niedomowien. Juz drugiego dnia pod wieczor wplywali do olbrzymiego portu Vesper. Ogromne ramiona portowych zurawii sterczaly nad pokladami dziesiatek mniejszych i kilku wiekszych jednostek. Pracownicy portu jak pszczoly w ulu biegali noszac skrzynie, toczac beczki, obslugujac transporty wielu dobr, naprawiajac uszkodzone okrety, czy tez jachty. Odziani w dlugie togi celnicy wraz z obstawa strazy wloczyli sie nie robiac nic pozytecznego, procz tego, iz hardo wznosili swe glowy nad herbem Vesper wychawtowanym na ich szatach. Pomruki niezadowolenia towarzyszyly wszystkim ktorzy mijali tych tlustych, obnoszacych sie ze swa wyzszoscia urzednikow. Niziolki staly chwile oniemiale z zachwytu, bowiem byli przekonani, iz port w ich rodzinnym Ocllo jest gigantyczny, ale to przeszlo ich najsmielsze oczekiwania.
- Widzisz ... - zakwiczal z zachwytu Magnus.
- Mhm - odpowiedzial Jackee w sposob jaki okreslal dokladnie jego stan ducha. Wychodzac ze swej "lupinki orzeszka", jak opisal swa lajbe w myslach, o malo nie wpadl do wody. Na szczescie reakcja Magnusa, ktory opamietal sie znacznie szybciej spowodowala, ze nie doszlo do wypadku. Green podziekowal bratu, po czym oboje ruszyli w strone kapitanatu. Gmach owego znajdowal sie naprzeciw stoczni, ktora rozmiarami przewyzszala dwukrotnie te z Ocllo. Przed drzwiami budynku stalo dwoch straznikow, widzac niziolki jeden z nich zmruzyl oczy i zagrodzil wejscie ostrzem wloczni:
- Dokad ! - rzekl nieprzyjemnym tonem. Miesnie twarzy drgaly w ten specyficzny sposob, ktory charakteryzuje oblicze kogos, kto wlasnie zlapal na goracym uczynku przestepce.
- My no popytac ino - odpowiedzial szczerze Jackee.
- Taa... - warknal zbrojny - juz my wiemy jak niziolki pytaja ! A pozniej nasze sakwy swieca pustkami ! Male, paskudne dranie ! - krzyknal.
- Ze jak !? - staral sie bronic Green - My ? Zlodziejami ! Noz to obled ! Potwarz, kalumnie i klamstwa ! - dokonczyl glosniej
Drugi ze straznikow probowal zalagodzic sytuacje, wyraznie zaniepokojony zajsciem.
- Szanowne Niziolki wybacza koledze, malo spal, duzo wypil ...
- Ze co ! - przerwal ten pierwszy - Jeszcze stoisz po ich stronie ! Toz to plaga jest rabusiow i zlodzieii ! Male, wredne pasozyty - ciagnal, wlocznia wciaz zastawiajac drzwi. Kompan zachowujacy wstrzemiezliwosc w wyrazaniu swych mysli, odprowadzil ich grzecznie na bok, po czym rzekl:
- Wybaczcie prosze, nieokielznany balwan z niego. Moge w czyms pomoc ? - Przyjaciele patrzyli z gniewem w oczach na gestykulujacego, oraz krzyczacego "balwana" przy drzwiach, jednak zimna krew tym razem zwyciezyla w malych istotach.
- No w sumie moze pan pomoc, szukamy informacji na temat Czarnego Wilka. - straznik zbladl nieco na dzwiek tych slow, rozejrzal sie uwaznie, po czym szepnal:
- Stary alchemik, zaraz przy polnocnym moscie. Idzcie tam, jego pytajcie. - glos mu drzal - teraz musze wrocic na posterunek. Wybaczcie. - spiesznym krokiem odszedl w strone drzwi. Gdzie ten pierwszy - niemily, wciaz cos krzyczal. Niziolki oddalily sie spiesznie by nie dac sie czasem wyprowadzic z rownowagi temu gburowi. Kiedy zwolnili kroku na moscie laczacym wyspy Vesper, Jackee wyjal sakiewke o brazowej barwie. Z paskudnym usmiechem poczal ja podrzucac.
- Skad ona ? - zapytal Magnus domyslajac sie odpowiedzi
- Wypadla temu rasiscie z gaci kiedy podskakiwal jak ciulik w moich portkach, gdy biegne. - oboje wybuchneli smiechem
Noc zapadala szybko. Ksiezyc w pelni rzucal srebrne swiatlo na mroczne zakamarki ulic, gdzie latarnie nie swiecily z roznych powodow. Green poczal szeptac slowa modlitwy do Luny, oraz Raydila - swych boskich rodzicow, jak zwykl ich nazywac. Magnus wiedzial, ze w tym momencie lepiej nie przeszkadzac przyjacielowi, bowiem moze i czasem wykazuje sie brakiem rozumu, lecz wiara przerastal on nie jednego z kaplanow bostw Sosarii. Szli milczac w strone polnocnej czesci miasta wskazanej przez straznika. Bylo pozno, oboje lekali sie, iz moga nie zdazyc na czas do pracowni alchemika. Vesper pograzalo sie we snie, budzily sie natomiast cienie. Przyspieszyli kroku. Wokol panowala cisza i spokoj, przerywany jeno odglosami, ktorych zrodla lepiej nie dochodzic po zmroku. Minela niecala godzina marszu kiedy dotarli do duzego bydunku z cegly, na ktorym lopotal szyld wskazujacy na pracownie alchemiczna. Ku radosci obu swiatlo z pomieszczenia na parterze wskazywalo na to, ze alchemik jeszcze nie spi. Podeszli do drzwi i zapukali niezbyt glosno, by przypadkiem nie rozproszyc ciszy. Zza drzwi po chwili odezwal sie starczy glos:
- Kogo licho niesie o tej porze ?
- Jackee Green i Magnus Thorngage, urzednicy z Ocllo, my z zapytaniem o Czarnego Wilka. - w odpowiedzi uslyszeli cichy pomruk,  po czym niemal szept:
- Idzcie stad ... ta historia to przeszlosc.
- Lecz my musimy panie - ponowil prosbe Jackee blagalnym tonem - widzielismy jego okret w porcie Ocllo ! - tym razem odpowiedzia bylo westchnienie pelne obawy, oraz dzwiek klucza w zamku. Lewe skrzydlo podwojnych drzwi rozwarlo sie. Cieple powietrze, wraz z zapachem ziol, perfum, alkoholu i dziwnych nieznanych mikstur uderzylo ostroscia zapachow w nozdrza niziolkow. Magnus usmiechnal sie szeroko. Jackee rowniez, czujac gdzies na lewo rocznikowy rum.
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Darogan w 2009 03 03, 17:47:51
W między czasie..

Żagle znów zostały postawione .. i popłynęli kolejnym celem było cove.. w końcu gdzieś trzeba było uzupełnić zapasy.. a wieści niosły ze miasto słynie z bogatych zapasów ziół leczniczych , których teraz brakowało podróżnym z dalekich stron..

(http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/5/55/La_Boudeuse.jpg)

Nie liczna grup zbrojnych która była na pokładzie miała za zadanie pilnować zapasów oraz ,,tragarzy" potężnych ogrów ..  jednak zdarzył się mały wypadek po dotarciu do miasta.. jedna z bestii uciekła.. i skryła się w obozie orków za szeregami ich wojowników ..
Pani kapitan dowodząca okrętem nie była zadowolona z tego faktu.. wysłała wiec strażnika który dopuścił do ucieczki wielkoluda by zakończył jego żywot...


(http://www.bkurzok.ig.pl/prace/list_ogr2.jpg)
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Istari w 2009 03 12, 23:04:18
Kobieta niezbyt pieknie odziana z licznymi sladami od walki na zbroi i ciele
wtargnela do banku miejskiego Cove klnac pod nosem siarczyscie. Rozejrzala sie
po komnacie i ruszyla do swej skrzyni. Mamroczac cicho bluznierstwa.
- Byscie sie tymi orkami zajeli pacany! Wybuchla nagle gniewem i opuscila bank.
- Orkami? Jakimi orkami? - Zapytal jeden ze straznikow miasta.
- Nie mam pojecia - Odpowiedzial drugi.
- Lepiej dmuchać na zimno, rozejrze sie po granicach miasta.
Jak powiedzial tak zrobil ruszajac w obchod dookola murow miasta. Slyszac donosne ryki z fortu
orkow, zblizyl sie do niego. Mimo ze nic nie bylo widac zza drewnianej palisady
to slychac bylo liczna grupe skupiona przy wielkim ognisku. Straznik postanowil
wrocic po pomoc. - Rusz zad! - Wykrzyczal glosno - w forcie nagromadzila sie
horda orkow. - Siedzacy spokojnie w banku drugi straznik, ujal rekojesc swego
miecza, podchwycil tarcze i ruszyl pewnym krokiem przez drzwi wyjsciowe.

(http://img23.imageshack.us/img23/4041/82605934.jpg)

Orki slyszac ze ktos sie zbliza do ich siedziby z dzikim rykiem wybiegly by
powitac przybyszow. Lecz to ich ciala zaczely tworzyc martwy dywan do srodka
fortu. Tam napotkali wysokiego na trzy szafy i szerokiego na piec ogra, ktory
ruszyl na nich z wsciekloscia w oczach. Jego zycie zakonczylo sie w tamtym
miejscu.
- Ogr w forcie, co on tam robil?
- Juz go tam nie ma wiec to bez znaczenia.
- Jednak bardzo to dziwne.
Rozmawiali wracajac do miasta. Po powrocie zaczeli pytac wszystkich czy nie
widzieli ostatnio czegos podejrzanego. Jeden z pracownikow miasta opowiedzial im
o statku ktory niedawno zacumowal. Nie bylo by w tym nic dziwnego gdyby nie
wiesc o grupie ogrow wprowadzonych na poklad. Chcac dowiedziec sie co jest na
pokladzie rozgladali sie za kapitanem statku. Wiesci doprowadzily ich do jednego
z pokoi w pobliskiej karczmie. Zakradli sie pod drzwi.
- Myslisz ze jest tam?
- Siedzi tam jakas kobieta - odpowiedzial straznik zagladajac przez dziurke od klucza.
- Kobieta kapitanem?
- Na to wyglada.
- To co wchodzimy?
- W porzadku, zapukam do drzwi - powiedzial to poprawiajac zbroje.
Tuz zanim knykiec dotknal drewnianych drzwi, drugi straznik kopnal je otwierajac
je na osciez. Zdziwiona naglym wtargnieciem kobieta chwycila za miecz. Porywczy
straznik wykrzyknal:
- Kim jestes i co tutaj robisz?!
- Wynajmuje pokoj i nie wasza sprawa.
Nastala chwila ciszy. Po czym drugi straznik zaczal spokojniej rozmawiac z
kobieta. Dla dalszego rozluznienia sytuacji wszyscy udali sie na dol karczmy w
celu upojenia sie alkoholem.
- Moze uda nam sie ja upic by nam wyjawila co nieco o tym kim jest i co tu robi.
- Dobry pomysl. - szeptali miedzy soba straznicy gdy tajemnicza kobieta poszla
sie odswierzyc. Ich plan odniosl sukces. Dowiedzieli sie, iz kobieta jest
faktycznie kapitanem statku a na pokladzie znajduja sie przerozne cenne dobra.
Wychodzac z karczmy juz nie do konca trzezwo, wszak sluzba miastu wymaga
poswiecen, udali sie do portu. Natychmiast dostrzegli opisywany statek z herbem
wilka na maszcie.

Ogromny i smierdzacy ogr strzegl ladowni chrapiac przy tym bardzo glosno. Jeden
zakradl sie do ladowni a drugi zostal na warcie. W pierwszej lepszej skrzyni byl
alkohol z Ocllo. Pozostaych skrzyn nie udalo sie sprawdzic, gdyz Odglos
nadchodzacego czlowieka sploszyl smialkow wszak zawartosc ladowni sprawdzali bez
zezwolenia wladz miasta. Jeden wskoczyl do wody, drugi schowal sie za beczkami.
Czlowiek pobudzil cala zaloge by zaczeli przygotowywac statek do rejsu...

(http://img26.imageshack.us/img26/6273/34930800.jpg)
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Darogan w 2009 03 13, 15:14:39
Kolejnym celem podróży okrętu po niefortunnych zdarzeniach z cove.. było Yew..
Lecz i tam.. wędrowcy z dalekich krain nie mogli zaznać spokoju, ciągle ścigani przez zielonego maga i jego ludzi...
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Darogan w 2009 06 09, 01:59:00
Epizod III

*Niestety kartki starej księgi mówiące co było dalej w poprzednim epizodzie wyrwane przez jakiegoś gnoma zostały... może epizod trzeci więcej szczęścia i światło na sprawie przyniesie..*
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Mortimer w 2009 06 11, 02:49:47
"Sosaryjczycy ?! - zlotem kupuje sie ich serca, strachem umysly, dusze oddaja sami" - Orekus Cwany, Upadla Gwiazda Cesartwa

- Tys jest glupszy niz moja pieta Mag, jak mozesz myslec ze ja ... z facetem !?
- Tylko nie glupi, tylko nie glupi Greenie, bo z magyji w twarz latwo dostac.
- To koniec ! - Krzyknal wreszcie niziolek w czerni - nikt nie bedzie mnie wyzywaj od gejow ! Przyjaciel .. Pff ! - Jackee wyciagnal srodkowy palec w strone Magnusa, co w pradawnym jezyku gestow krasnoludzkich praojcow znaczylo: "oddal sie stad prosze, albo moj mlot ci w tym pomoze". W odpowiedzi niziolczy mag bitewny krzyknal rozgniewany:
- I dobrze ze koniec ! I zejdz z mojej lawki !
- A wiesz co, yyy ... wiesz ! Twoje pomidory to mnie gowno obchodza !
- A ja bede miec spokoj wreszcie wredna katarynko bez nakrecania !
- I twoja fontanna jest paskudna i stoi w glupim miejscu !
- A ty smierdzisz jak tylek Ettina Lorda !
Jackee odwrocil sie ostentacyjnie. Mruknal cos dwukrotnie, pewnie przeklinajac swego przyjaciela. Wyjal fajke i zapalil zgodnie z porzekadlem Merry Green, "iz na gniew to seks i tyton dobre". To samo uczynil Magnus. Nastalo milczenie trwajace dobre dwie godziny, tym bardziej niesamowite, iz milczal Jackee Green ! Jednak niziolczemu magowi cos w tym wszystkim nie pasowalo. Slyszal szum Wewnetrznego Morza, szelest lisci, beczenie kozla, biadolenie glodnych krow i ciche, melodyjne podspiewki Isilme, krzatajacej sie w domu, a jednak wszystkie te dzwieki uderzyly go niezwykle przygnebiajaca cisza, w tej tez chwili zdal sobie sprawe jak bardzo brakuje mu niekonczacego sie potoku slow i glosu Jackeego, oczy niziolka zaszklily sie, twarz sposepniala.
Zmarzniety krzak pomidorow poruszal sie w rytmie podmuchow wiatru, arcymag w czarnej todze patrzyl na nie jakby wlasnie w nich zawieral sie caly sens jego zycia, jakby w tej martwej roslince szukal odpowiedzi na pytania zrodzone w tej ponurej ciszy i stalo sie, ze znalazl odpowiedz. Odwrocil sie spowrotem ku Magnusowi tylko po to by zobaczyc, iz przyjaciel juz dawno ze lzami w oczach spogladal na jego plecy. W jednym momencie wybuchneli placzem i rzucili sie sobie w ramiona.
- Masz najladniejsza fontanne na swiecie ! - wolal przez lzy Jackee
- A twoj glos to tak jakby elfi byl ! - krzyczal chlipiac Magnus
- I opowiedz mi o pomidorach !
- Wcale nie smierdzisz jak ettin !
To znaczylo wiecej niz "przepraszam" oboje o tym wiedzieli. Przed oczyma jak obrazy w kalejdoskopie przeskoczyly im wspomnienia, te wspolne, pelne oddania silniejszego nizli smierc. Isilme pokrecila tylko glowka mruczac pod noskiem: "dzieci, no dzieci...". Kilka chwil pozniej siedzieli juz wszyscy razem, na laweczce z ohii drewna, grali w kosci, smiejac sie, jedzac, pijac. Magnus slyszal juz pelna game dzwiekow. Wreszcie szum wody zdawal sie szumiec jak nalezy, i liscie poczely szelescic radosnie, a i koziol juz nie beczal. Jackee spogladal na pomidory wiedzac ze zawsze na wiosne odrastaja, bo jego braciszek o nie dba...
Urocze chwile przerwal Sall ktory wpadl w grupe niziolkow z predkoscia godna lamy. Ciezko dyszac poczal mowic bez ladu i skladu:
- Ruiny ! Skrzynia on tam stoi ! Fuj normalnie prawie sie rozklada !
- Spokojnie Sall, tylko spokojnie, powiedz kto stoi ? I o jakie ruiny chodzi ? - spytal Magnus, glosem pelnym rozwagi i opanowania.
- No te pod gorami, co tam taka skrzynia z bratkiem na wieku.
- Z roza ? - zapytal Jackee podejrzewajac o ktore ruiny chodzi.
- Roza, bratek, stokrotka ... czy to wazne ?! On tam stoi, zombiak !
- Szczurza morda ! - zaklal bitewny mag - Isi do domu, barykaduj drzwi ! Sall lykaj grzyba ! Jackee ... - spojrzal na Arcymaga Cieni, lecz ten juz stal, a w oczach skrzyl sie niczym zwiastun nocy mrok, gesciejszy nizli czysta czern jego szat. Ruszyli w strone ruin spodziewajac sie najgorszego, nieumarle zombie bowiem jako pozbawione duszy, powstale z grobu, rozkladajace sie zwloki, nie mialy wlasnego "JA", byly jeno slugami istot nieumarlych, lecz poteznych i przebieglych. Wlasnie te ostatnie spodziewali sie odnalezc na miejscu opisanym przez Salla. Zamiast nich jednak, byl tylko owy zombie, malo tego, stal potulny jak baranek i zdawalo sie, ze ... placze ! Jedno oko, to ktore nie zdazylo jeszcze wyplynac, zaszklone, patrzylo na mur z kamieni, niziolki widzialy smutek w owej istocie. Podazajac za wzrokiem nieumarlego Magnus odkryl, iz na murze widnieje napis, a raczej, lobuzerskie, lecz jakze szczere wyznanie milosci: "Fion i Katy". Jedna, rownie martwa co samo cialo lza splynela po policzku, wpadajac do jamy wyzartej przez robaki, tuz nad ustami,  sprawne do tej pory oko, teraz spelniwszy zadanie milosci wyplynelo z oczodolu, nieumarly upadl na ziemie. Atmosfera pelna przygnebienia towarzyszyla rozgarnianiu miekkiej ziemi na grob dla tego zakochanego - nieumarlego. Przerwal ja kolejny niespodziewany gosc. Podjechal na czarnym koniu, plaszcz z herbem wilka splywal na ramiona, plecy, uda, niczym calun nocy. Jackee Green jeknal przypominajac sobie jak to z Magnusem przed z gola dwoma laty odszukali okret Czarnego Wilka w Nujelm, jak Zielony Mag wykorzystal Jackeego, by ten wykradl Zbroje Gwardzisty - potezny artefakt, zolnierzom Gwiazdy Piasku, przypomnial sobie kazda chwile u boku dowodcy tych, ktorzy wierni cesarzowej walczyli z 6 Upadlymi Gwiazdami. Wszystko to przemknelo w jednej chwili przez umysl Niziolka.

Chwile pozniej szli w milczeniu w strone domu Isi, Salla i Magnusa. Twarze zamyslone, rozmarzone, zdaly sie blyszczec tajemniczo w swietle slonca, ktore rzucalo refleksy na czarne szaty Arcymaga Cieni i ktorego promienie odbijala czysta biel togi niziolczego skryby. Dotarlszy na miejsce, Jackee zaczepil przyjaciela, wzial go na bok i ze szczera obawa zapytal:
- Moj glos naprawde brzmi jak te piski szyszkojadow ?
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Parias w 2009 06 25, 01:07:44
...wiatr kąsający liście drzew przemierzał rozległy pas pomniejszych kniei nieopodal pustyni. Przebiegający przez lasy gościniec był jednym z najbardziej niebezpiecznych szlaków w Felucci. Odcinek pomiędzy pustynią na północny-zachód od Cove a Yew. Plotki głosił, że tamte tereny zamieszkują straszliwe bestie przez ludzi zwane wilkołakami. Wielu śmiałków ruszało w tamte strony jednak nieliczni wracali a ci, którym udało się powrócić zamilkli powtarzając "tam nic nie ma".
Księżyc rozświetlał swą srebrzystą poświatą polany... Przez jedna z nich przemknęły dwa dość masywne i wielkie stworzenia, dzieci Luny opiekunki nocnych szlaków...
Bestie mknęły dość szybko jakby zwęszyły kolejną ofiarę albo przed kimś uciekały.
W pewnej chwili zatrzymały się na brzegu. Jeden rozejrzał się wokoło jakby nasłuchiwał spoglądając na towarzysza który już węszył zapachy znajdujące się w okolicy.
Dzieci Luny jednocześnie zwróciły się ku skraju lasu. Warcząc, ujadały agresywnie w pobliskie gąszcze.
Po chwili wyłonił się galopujący jeździec pikujący w ich stronę. Rycerz pociągną mocno za uzdę zatrzymując wierzcha.  Uzbrojony w ciężki pancerz koń zaczął stąpać niespokojnie. Mężczyzna uniósł włócznie która połyskiwała drugą ręką trzymał uzdę uspokajając konia.
Wilkołaki okrążyły postać warcząc w stronę nieznajomego. Warczenie przeradzało się w ryk coraz głośniejszy i bardziej przeraźliwy. Rycerz okuty w zbroje, która przypominała pancerz z łusek smoczych opuścił włócznie szykując się do ataku. Wydobył z siebie słowa:

- poddajcie się Czarnemu Wilkowi albo gińcie!

Bestie niewzruszone ujadały szykując się do ataku. Po chwili jeden z wilków stojący naprzeciw rycerza uspokoił się wpatrując przed siebie.
Włócznia jeźdźca zaczęła świecić jasnym światłem. Wilkołak rzucił się w stronę rycerza a drugi stojący za jego plecami przestał ujadać odwracając głowę w stronę lasu po czym ruszył wgłąb gąszczy. Likan biegnący prosto na rycerza rykną przeraźliwie szykując się do skoku, wybił się przeskakując tajemniczą postać, która jak widać nawet w małym stopniu nie pokazywała, że czegoś się obawia wręcz przeciwnie zawróciła wierzcha i ruszyła za wilkołakami.

Mijając kolejne gąszcze dzieci Luny wybiegły na kolejną polane na której owy rycerz, który był tuż za nimi walczył teraz z stworzeniami ledwo się poruszającymi. Ciemno szare prawie czarne chodzące zwłoki otoczyły rycerza zmuszając go do wycofania się nieco dalej wgłąb polany. Oblicze stworzeń było nieznane wilkołakom mimo iż znały każdy las.. każdy zakątek nie widziały jeszcze takich tworów. Długo nie stały w miejscu widząc dość dużą grupę plugastw zmierzających w ich stronę rzuciły się w stronę nieprzyjaciela.
Nocni Łowcy nie widzieli godnych przeciwników w owych stworzeniach, jednak po krótkiej chwili przekonali się, iż bardzo się przeliczyli ich skóra zaczęła pokrywać się jadem trując krew co spowalniało ich świetną regeneracje. Przeciwnik był bardzo wytrzymały na ciosy.
Po dłuższych zmaganiach udało się rozbić większą część wrogów. Rzucając się na ostatnich niedobitków wilkołaki rozszarpywały ścierwa odgryzając kolejne ochłapy mięsa z ciała wroga...
Słońce niebawem wzejdzie, na horyzoncie nie było widać już nieznanego rycerza a cała polana była pokryta szczątkami ciał, ciał które kiedyś należały do ludzi... Wilkołaki jeszcze raz rozejrzały się po polu bitwy mierząc wzrokiem porozrzucane ręce, nogi rozszarpane korpusy po czym zawyły przeciągle unosząc łeb ku srebrzystemu okręgu, który właśnie chwał się za kresem.
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Mortimer w 2009 06 25, 02:14:56
- Ty Magnus, a widziales jak panocek Lothiel piznal w czerep temu zielonemu pizdolcowi !?
- No, ba ! A pamietasz jak Tulkas przypierdzielil tej takiej , galarecie o smaku kiwi ?
- No, a co ?
- Bo ja zem troche wzial uszczknal jej i ten ... no ... jakby ci to powiedziec ...
Jackee zmruzyl oczka, wiedzial, ze kto jak kto, ale jesli Magnus sie jaka, swiat sie musi konczyc.
- ... do tego kociolka co mam na dachu w Niziolkowie zem to wrzucil ... - zrobil niewinne oczka, zupelnie jak kot w bajce z innego swiata. Jednak reakcja Jackeego, zbila z tropu niziolczego skrybe.
- I co !? I co !? - zawolal Arcymag Cieni, oczy rozblysly ciekawoscia. Nie takiej odpowiedzi oczekiwal Mag.
- Myslalem, ze bedziesz zly ... albo co ...  ale dobrze, ze nie jestes. Co z tego wyniknie nie wiem. Obaczym wkrotce czy bedzie z tego rozpizdziel czy nie. Wracajac jednak do walki pod Yew, myslisz, ze dali by rade bez nas ?
- No co ty ! Jak zes przyzwal naszego pupilka, to ci zieloni zaczeli srac ze strachu. Jedni sie rzucili do ucieczki, to zes widzial jak ich siekalem, jak im z magyji po mordach walilem, trup scielil sie gesto ze hej !
- No jak nie jak tak ! - dodal Magnus z wiekszym zapalem - malo tego, widziales jak zem na plecy wskoczyl tej bestii co zaraze roznosila ! Jak jej wbilem lage w oko to zem widzial jak jej tylkiem wyszla ! Ino chluslo takim zielonkawym szlamem, zapiszczala, zafurgotala i padla bestyja, taki jestem !
- Magnusik prawda jest taka ze my sa CB !
- ARGH !
- No, ba ... a zaczelo sie od zombiasa w ruinach ...
I szli tak dumni, wypiete ich klatki piersiowe poruszaly sie w rytmie oddechow, krok rowny i pewny. Hardo zmierzali do banku Yew po bitwie przy Zachodniej Bramie. Na spotkanie im wyszedl Tulkas, zwany Czarnym Niedzwiedziem Haroth, z szerokim usmiechem juz z progu zawolal:
- Ho, ho ! Nasi mali bohaterowie, nie ciasno bylo tak w krzakach wam obu ? - wybuchnal gromkim smiechem, do ktorego dolaczyl potezny rechot Lothiela.
- Tulkasie obrazasz ich ! Nie schowali sie wcale tak szybko, az 10 ziaren biegali wrzeszczac cos, nim wskoczyli w zarosla.
- Pff ... - odpowiedzial pelnym zdaniem Jackee.
- Tss ... - dodal Magnus w pelni zgadzajac sie z przyjacielem.
- Ale Wcielone Zlo my przywolali ! - dorzucil zaraz Green.
- I chyba ze 6 my siekli ! - dodal oburzony Thorngage.
Obaj berserkerzy ponownie wybuchneli smiechem. Kiwajac zgodnie glowami.
- Przeciez tylko sie nasmiewamy male nicponie ...
Sielanke przerwal zdyszany Antheramis, urywanym glosem, poczal zdawac raport z pola bitwy. Lecz nie to bylo wazne, gdyz walka zakonczyla sie zwyciestwem Yewianczykow juz jakis czas temu. Wazniejsze byly informacje koncowe raportu ...
- Aha, i znalazlem jakas dziwna istote, nazywa siebie Arcanu, wspominal cos o Czarnym Wilku i jakiejs Ksiezycowej Damie.
Na te slowa Jackee zupelnie juz zapomnial o bitwie, i o tym czy obrazic sie na wojownikow Haroth, czy tym razem darowac im te paskudne obelgi.
- Prowadz nas tam panocku Ant, prosze ... - rzekl cicho, prawie szeptem. Magnus doskonale wiedzial, ze glos owy, nienaturalnie zmieniony zwiastowal cos nowego. Po kilku chwilach znalezli sie niedaleko bramy do portu, bez Tulkasa jednak, ktory musial dokonczyc obchod pola bitwy. Na miejscu okazalo sie, ze Stylian i Ared, rowniez odnalezli owego Arcanu. Dwunozne stworzenie, o ognistej skorze i slepiach pelnych madrosci stalo, kiwajac sie z lekka w tyl i w przod. Bacznie i z ogromnym zainteresowaniem rejestrowalo kazdy ruch, dzwiek i zapach. Po krotkiej chwili milczenia, zarowno niesamowitej istoty, jak i grupy zafascynowanych nia bohaterow, pierwszy odezwal sie Lothiel Mac'Leod:
- Jam jest Bialy Niedzwiedz Haroth, Lothiel z klanu Mac'Leod, wladca Miasta Drzew, po coz przybyles do lesnego ksiestwa, odpowiadaj, a zwawo !
- Ja byc Arcanu, sluga rycerzy w czerni, tych co wilka w sercu maja, ja szukac osada, co spi na wulkanie i Dama Ksiezyca, wy pomoc Arcanu ?
- Ocllo ! - zawolal Jackee - on szuka Ocllo ! Historia zatacza kolo, tam sie zaczelo wszystko - zakochany zombie, spotkanie po latach z Rycerzem Wilka, a pozniej, to znaczy teraz bitwa pod Yew w obronie wilczego slugi, i ty drogi Arcanu szukajacy tej pieknej, rolniczej osady - niziolek poprawil pas, sakwy do niego przytwierdzone, odchrzaknal glosno, po czym rzekl konczac monolog - ja ide z nim, a wy ?

Byla noc, kiedy druzyna, wraz z przedziwnym Arcanu podazala w strone portu Yew, by stamtad na pokladzie Wiatru Haroth, dotrzec do ksiestwa zlotych pol. Gwiazdy jasno blyszczaly na niebie, niczym setki oczu, boskich opiekunow swiata. Widzialy drakkar zmierzajacy w strone Ocllo, lesne zwierzeta, blask swoj odbity w wodach oceanow, miasta, gory i puszcze ... widzialy rowniez strach nieskonczony w obliczu Damy Ksiezyca, i poslyszaly pelen trwogi szept z miejsca zapomnianego:
- Tutaj jestem Arcanu, blagam ... ratuj ...

Chetnych do wlaczenia sie w przygody zwiazane z Czarnym Wilkiem, badz te juz wlaczone, ale nie bardzo wiedzace na czym rzecz stoi zapraszam na kanal:  #Kampanie-CzarnegoWilka
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Darogan w 2009 06 25, 02:32:48
Ruszył pędem rycerz w czerń ubrany.. przez pole bitwy jaka pod yew miejsce miała .. szukał.. czego szukał.. kogo.. szukał...

Wytropił.. ślady do miasta poprowadziły... w porcie miasta się urwały..
Spojrzał na oddalający się już za horyzontem statek... zapytał..
- dokąd płynie..
- Słyszał zem ze na ocllo z dziwną istota na pokładzie.. takiej jam jeszcze tu nie widział..
- odrzekł żeglarz.. ledwo co słowa te rzekł rycerz w czerni już .. już pędem w noc ruszył..
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Mortimer w 2009 07 12, 07:20:34
Pola Ocllo stawaly sie bardziej wyraziste w promieniach zachodzacego slonca. Zlotem zalewaly ziemie i zlotem kipialy, tworzac obraz, ktorego Jackee Green chocby pragnal zapomniec z calych sil, nie zdola. Szumialy galezie drzew, snujac spokojna opowiesc o konczacym sie dniu. Ponad glowami druzyny i jej przewodnika w postaci Arcanu, blekit nieba ciemnial z wolna. Szli w milczeniu, napawajac sie spokojem i pieknem rolniczej osady. Magnus wczesniej nieco odlaczyl sie od przyjaciol i pognal ku swej farmie. Wrocil tam, gdzie istniala magia najpotezniejsza ze wszystkich mu znanych - 'wzrastanie'. Kiedy druzyna szla ku ruinom na wschodzie wyspy, on przygladal sie z ogromnym uczuciem swoim pomidorom. Ktos z boku mogl sadzic - wariat. Lecz wszyscy, ktorzy znali Thorngage'a wiedzieli, iz jest on niziolkiem nie tylko na ciele, lecz i w duszy, sercu, umysle. Zwoje mogly czekac, Requanis ze swa moca rowniez, swiat mogl dalej gnac po rowni pochylej ku swej zgubie, jak zwykl to czynic od zarania dziejow; to nie bylo teraz wazne, bowiem trzeba bylo podlac pomidory, oberwac wyschniete liscie kwiatow wokol domu, spojrzec na dojrzewajacy kompost, usiasc na lawie z ohii drewna przed domem i zapalic fajke, w spokoju. Bo wszystko sie zmienia, bard spiewa kolejna piosnke ku pijanej radosci gawiedzi, kazdy gdzies biegnie, tylko On - Magnus, trwa niezmienny, bardziej nawet niz spizowe pomniki krasnoludow.  

- Widac juz jablon. - zakomunikowal Jackee - o ! I mury tez !
- To byc miejsce dobra dla Arcanu, my tu spedzic duza czas ! Bardzo duza czas ! - odezwal sie do tej pory milczacy stwor - wy dac Arcanu te noc, Arcanu miec w noc duza moc i czas.
- Co u licha ! - krzyknal Ant rozgladajac sie wokol - przebylismy taka droge by zrobic sobie nocny piknik pod drzewkiem !
- Arcanu polaczyc sie z glowa Dama Ksiezyca, Arcanu czytac ziemia i gwiazdy i kwiaty i wszystko, i szeptac im, a one szeptac glowa Dama Ksiezyca i tak sie polaczyc, tylko Arcanu trzeba czas, wy pilnowac Arcanu, jedna noc.
Berserker burknal pod nosem, Ared usmiechnal sie znajac doskonale ten wyraz twarzy przyjaciela, ktory zdawal sie mowic: "a mielim siec i rznac, a bedziem wachac kwiatki". Po krotkiej chwili kazdy znalazl dla siebie zajecie: Arcanu z zamknietymi slepiami i dlonmi tuz przy ziemi szeptal cos w dziwnym jezyku, Ared i Jackee zbierali chrust i galezie, Stylian, wczesniej rozswietlajac noc slowami In Lor studiowal magiczne ksiegi, zas berserker z Haroth ku uciesze niziolka i lucznika mruczal wciaz przeklinajac komary i bolacy kregoslup. Ognisko plonelo juz na dobre, donosny smiech Antheramisa, ktoremu humor poprawila swieza jagniecina (zasluga Areda), niosl sie wysoko ku szczytom gor okalajacych Ocllo, kiedy od strony miasta dalo sie slyszec tetent kopyt. W jednej chwili niemal staneli zwarci i gotowi. Powietrze jakby zgestnialo, dziwny, nieswiezy zapach niosl sie od strony osady, wraz z odglosem kopyt uderzajacych o gosciniec. Jackee zaslonil twarz dlonia nie mogac zniesc zapachu, ktory wciaz przybieral na sile, zapachu zgnilizny, bagna i smierci. Stylian, ktory wciaz odnawial zaklecie In Lor na sobie by moc w spokoju czytac swe ksiegi, pierwszy dojrzal przybysza:
- Jezdziec, w dlugim plaszczu, nieuzbrojony, zmierza dosc szybko w nasza strone.
- Nie ukryjemy sie tutaj nigdzie, juz za pozno - dodal przeklinajac Ant - nasze ognisko bylo jak dziewka z rozchylonymi udami, mowilo wprost: "zapraszam". Psia jucha !
- Pamietajmy o Arcanu ... - zauwazyl dotad milczacy lucznik - on zdaje sie nie calkiem jest obecny - wszyscy zgodnie skineli glowami czekajac na goscia.
Po dwoch ziarnach wylonil sie z nocy, stajac w blasku ogniska. Rumak o barwie rozkladajacych sie ziol stanal deba rzac glosno. Dosiadajacy go mezczyzna skinieniem dloni nakazal mu uspokoic sie. Bylo w nim cos co zamykalo usta mowiacym, nie pozwalalo mowic tym, ktorzy chcieli to czynic. Aura otaczajaca jego postac sprawiala, iz liscie drzew usychaly, galezie wyginaly sie, przybierajac koslawe ksztalty. Rozejrzal sie wokol, wzrok utkwil w Arcanu. Iskry z ogniska poszybowaly w gore, wiecej swiatla rzucajac na przybysza. Mierzyl on ponad dwa metry wzrostu, szczuply, odziany w zgnitozielone szaty, wciaz patrzyl oczyma o barwie jadeitu na sluge gwiazd, ktorego druzyna miala chronic. Spogladal tak, jakby zebrane tutaj istoty byly nieliczacymi sie robakami. A wzrok jego pelen byl jadu. Jackee zbladl, dlonie poczely mu drzec, a oczka rozblysly strachem. Nawet nieustraszony wojownik Haroth, mimo iz na twarzy malowala sie duma, stal w ciszy, ktora to coraz bardziej nasiakala zapachem smierci. Wreszcie odezwal sie przybysz, glos jego byl niczym syk setek wezy:
- Jam jest Orekus, Zielony Mag, Pan Jadu. Jam jest Gwiazda co upadla by wzniesc sie i zablysnac swiatlem zielonej smierci ! Oddajcie mi Arcanu, a moze uczynie wam laske i staniecie sie mymi slugami.
Pierwszy z letargu ocknal sie Antheramis, zaciskajac mocniej dlon na rekojesci, rzekl przez zacisniete zeby:
- Nikomu sluzyc nie bede gadzi jezyku. Bedziesz musial przejsc po moim trupie by dostac w swe brudne lapska te magiczna istote !
- I moje martwe cialo bedziesz musial przestapic by dostac sie do tego dziwadla - rzekl z duma Stylian stajac obok wojownika.
- A i z moich zwlok uczynic bedziesz musial sobie sciezke - Ared stanal za przyjaciolmi z lukiem gotowym do strzalu.
- Nie oddamy Arcanu ... - odezwal sie drzacy, piskliwy glosik gdzies z dolu, Orekus spojrzal  na niziolka przeciskajacego sie posrod przyjaciol.
- Ty ... - zasyczal Zielony Mag, jadeitowe powieki zwezily sie. Powietrze bylo juz tak geste, iz oddychanie sprawialo trudnosci wszystkim procz Upadlej Gwiazdy. Arcanu stal, nieobecny laczac sie w mysli z Ksiezycowa Dama, czas jakby stanal na chwile w miejscu. Ten moment trwal dlugo, byl jak obszerna ballada bardow polnocy, ktora zakonczyc sie miala tylko smiercia.
- Umrzecie wszyscy ! - warknal Orekus czyniac gest dlonia i znikajac w klebach zielonkawych oparow.
Trawa w miejscu gdzie stal Zielony Mag uschla, drzewa wokol wygiely sie nienaturalnie, tworzac w mroku obraz napawajacy lekiem. Powietrze wciaz geste od drobinek mocy Nox zdalo sie czern nocy zamienic w koniec o barwie zieleni. Krotkie, posepne milczenie przerwal Arcanu:
- Potrzebowac jeszcze 6 godzin, oni byc blisko ja ich czuc, wy bronic Arcanu albo Dama umrzec.
Przyjaciele wymienili sie spojrzeniami, jednak wszystkie skupily sie ostatecznie na niziolku.
- On jakby cie znal Jackee ... - zaczal Ared - czy chcesz nam cos powiedziec ?
Niziolek spojrzal na towarzyszy, fiolkowe oczka zmienily barwe. Purpura z cieniem poczely teraz plasac do gluchej muzyki smierci.
- Koniec jest bliski. Nasz albo jego, musicie mi zaufac ...
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Mortimer w 2009 07 13, 05:32:49
A byl posrod bardow Sosarii jeden z najwiekszych - Jules, hulajdusza Bractwa Piwnego. Butelczyna byla mu siostra, kuzynka fajka, co wespol z bratem tytoniem tworzyla zgrana pare uroczego rodzenstwa. A kazdy dzien przezywal on jako ten ostatni. Nic zreszta w tym dziwnego, byl wszak i jest i pewnie bedzie niziolkiem co sie zowie. Jednak nawet on, uslyszawszy historie o czworce bohaterow "spod ruin" zostawil "rodzenstwo" swoje by usiasc pod tymi samymi gwiazdami, ktore swiadkami bedac bitwy w obronie Arcanu, nucily melodie ciszy, wlewajac w serce niziolczego barda strumienie natchnienia. Tak tez powstala ballada o "Nocy Czterech":

Nocy cos barwe zieleni w ten czas przybrala !
Nocy cos byla tlem tego zdarzenia !
Nocy cos plaszczem mroku Arcanu skrywala !
Nocy cos zakwitnac dala marzeniu !

Siedzie tutaj i blagam o nocy mila,
Bys szeptem, w ciszy prawde powiedziala,
Bys mi swej wiedzy dzisiaj uzyczyla.
O tych co walczyli piesn mi zaspiewala.

Wiec sluchaj uwaznie bardzie mily,
Bo teraz gwiazdy beda szeptaly.
One z ksiezycem wtedy byly,
Niemymi swiadkami, niemej chwaly.

Chwaly, o ktorej pamiec, ciemnosc niesc bedzie,
I cisza co pod mym plaszczem sie chowie.
Chwaly o ktorej winni uslyszec wszedzie,
I wszyscy niziolku twoi druhowie.

Czterech ich bylo, ni mniej nie wiecej,
Czterech przyjaciol zlaczonych przysiega,
Przysiega, iz ducha wyziona predzej !
Niz wrogom wydadza Istote Kregu.

Bo Kregiem sa gwiazdy, oraz ich slugi,
Kregiem co winien istniec nieskonczenie.
Kregiem ktory rozcial zdrajcow miecz dlugi,
Odbierajac Cesarstwu ostatnie jego tchnienie.

Pierwszym byl wojownik w boju niedoscigniony ,
Antheramis z rodu Mac Leod slawnego.
Niczym wykuty w skale stal niewzruszony,
Jak stali dawniej wielcy przodkowie jego.

Za nim lucznik Ared, szlachcic z wykletego rodu,
Z okiem co jak u jastrzebia bystre bylo ,
Luk trzymal napiety, przy piersi juz niemlodej,
Lecz, co doswiadczenia lat wiele w sobie kryla.

Nieco w tyle Stylian, mag miasta Korony,
Dumny, rozsadny i prawy czarodziej.
Z ziem Aurin przed laty zrodzony,
Stal teraz gotowy i jak inni pozbawion nadzieii.

Obok niego niziolek, malutka istota,
Co wielka duchem zawsze tam byla,
Gdzie wazyly sie losy znanego nam swiata.
Istota co cienie i noc w sercu swoim kryla.

I stalo sie, ze powietrze trucizna wypelnily,
Wojska przeklete w niesmierci i niezyciu.
Wojska co setkami uderzen stop dudnily.
Armia majaca pograzyc druzyne w niebyciu.

A ptaki z drzew martwe spadac poczely,
Zupelnie jak deszcz smierci - zwiastun zaglady.
Drzewa galezie swe w gescie blagania wygiely,
Lecz nie koniec to byl owej ballady.

Bo niczym bogowie zajasnieli wsrod mroku,
Wszyscy czworo walczac na losu arenie.
Kolejne fale wrogow wzburzonego potoku,
Odbijali niczym brzeg wysoki - niestrudzenie.

Topor barbazyncy niczym grom z nocnego nieba,
Cial, rwal, i rabal kazdego ich wroga.
Krwi ! - wrzeszczal wojownik - Krwi mi potrzeba !
I krew dostawal, w krwi tonal, krwia byla jego droga.

A strzal dziesiatki, z lotkami kruczymi,
Niczym konca poslancy, ku slugom zla gnaly.
Jakby byly rekoma bogow samych prowadzonymi,
Jezykami wezow, co smiertelnie kasaly.

Sluga Requanisa razil blaskiem mocy.
Aniol Smierci w aureole magii przyobleczony.
Nie bylo w nim nadzieii, marzen, tesknoty.
Byl piekny tej nocy, bowiem byl szalony !

Cien co z cieniem tanczyl do muzyki zwyciestwa,
Cien co byl zmierzchem dla wrogow Arcanu.
Cien ktoremu nie mozna odebrac jego mestwa,
I zycia kiedy owo poswieca swemu Panu.

I tak trup scielil sie gesto, wrogowie padali.
Bo przeciez nie moglo byc inaczej,
Jesli w obronie Istoty Kregu stali,
Namaszczeni, dotknieci, wybrani losu tkacze.

Stalo sie, iz potok przestal plynac,
Zrodla trucizny sie wyczerpaly.
Nie mial juz kto z rak dzielnych ginac.
Nie mial juz kto z istot podziwiac ich chwaly.

Przyszla i ta chwila, kiedym odejsc musiala,
Bo brat moj dzien pragnal ujrzec swiat owy,
Pragnal ujrzec com pod plaszczem mroku skrywala,
Wiec wstal rosa mokry, szaroscia barw surowy.

Tak oto niziolku konczy sie opowiesc moja,
O bohaterach i ich niemej chwale,
A zaczyna sie moj maly misja twoja,
By niesc prawde o Nocy Czterech ...
Tytuł: Polnocny Wiatr
Wiadomość wysłana przez: Darogan w 2009 07 14, 12:15:02
W głębokiej puszczy..
Gdzie wzrok ludzki nie sięga..
Dwa obozy stały..
Nad jednym z nich czarna flaga powiewała
Drugi zielona mgłą skrywała...

W całkiem innym zakątku świata..
Wielka bitwa stoczyła się..
Młody rycerz, który prowadził do ataku swe kohorty..
Nie wiedział ze będzie to jego ostatnie wyzwanie..
Poległ.. za to w co wierzył..
Hołd Teridusowi.. Rycerzowi Czarnego Wilka...

*Urwane słowa.. starych kronik..
co przyczyną wojny było.. ?
Gdzie podział się dawny ład..
Czemu Bracia stanęli przeciw sobie..
Kroniki dziejów.. prawdę zawierające..
Gdzieś w zawierusze wojennej przepadły..
Lecz.. kto szuka.. ten odnajdzie prawdę
Ukrytą głęboko w sercach tych którzy ja znają...*