Siedzial w wychodku juz kilka godzin. Potrzebe zalatwil juz jakis czas temu, jeno w wychodku ktos ostawil zbior lirykow i wierszy, ktorymi autorem byl tutejszy rzeznik. Widocznie wszelakiej gawiedzi nie spodobal sie owy tomik, jednak Zarok czytal go bardzo zaciekawiony.
Obok wychodka przebiegla kobieta z krwi N'Hara. Wyczul zapach krwi momentalnie, zapewne caly rod pachnial podobnie. Procz Gorootha, ktory smierdzial jeszcze spirytusem. Zatrzymala sie na chwile i w panice pokazala polnocna brame Yew, po czym pobiegla dalej.
Zarok wychylil sie z wychodka jak umial, jednakze bramy miasta nie potrafil dojzec. Okrzyki jeno jakies slychac bylo, ale nie przypominalo to yewianskiego dnia targowego. Wydlubal sobie oko i podrzucil w gore, tak ze zawadzilo dachowego kogucika na pobliskim sklepie. Orki taranowaly polnocna brame, jakby sie palilo za nimi. Na ogrzych karkach siedzieli magowie i ciskali czary w pobliska straz. Kilku juz przedarlo sie do miasta.
Podtarl sie szponem szybkim ruchem, ktory wytarl o sciane i w pospiechu podciagnal plytowe nogawice. Szedl szybkim, miarowym krokiem do banku, po drodze podrzynajac orkowemu wojownikowi gardlo, odcinajac przyrodzenie i wkladajac sobie do pyska.
Przebral sie bardzo powolnie, ospale. Dopbierajac kazdy szczegol swojej garderoby. Po czym wybiegl w polnocna brame i zaczal rzez. Po kilku godzinach ciaglej rabaniny Zarok, brat ghula oraz znajomy pisklak wrescie dotarli z innymi do calego oka cyklonu tego burdelu. Kapitan Orkowy byl troche zdziwiony, ze kilku smialkow zdziesiatkowalo jego armie, poderznelo mu gardlo, a kilku zaczelo nawet sie nim pozywiac zanim jeszcze ostygl.
Zarok caly we krwi wrocil zadowolony usiadl spowrotem na wychodku. i ten sam szpon, ktorym wczesniej wcieral cos w sciane, oblizal i przewrocil kartki z wierszami rzeznika o milosci do surowego miesa.
Do głównej izby banku wdarło się rżenie konia... Yewianczyk zaklął coś pod nosem po swojemu, bowiem rozpoznał po rżeniu swą chabetę... chwytając stary, ale jak mu się zdawało największy topór z mytherilu(po prawdzie to akurat miał pod ręką) wybiegł przed bank... zbyt późno by uratować wierzchowca, ale na tyle szybko by rozpłatać dwa pierwsze, nachylające się nad ciałem zwierzęcia orki...
- Orki tutaj? - podrapał się po łbie...
Ciosu obusiecznym toporem nie trza było powtarzać, trafiony ork padał na ziemie bez znaku życia... Oparł się na stylisku gdy ostatni obrońca orków leżał już martwy...
-Posprzątajmy tą bandę ście...- nie dokończył, uciszył go mag..
-Jest ich więcej...- wypowiedział Droghey... - dużo więcej...W PORCIE!
Prawda, było ich więcej o wiele więcej... dowodzeni przez króla z doborowym oddziałem łuczników i strzelców... Miejsce obusiecznego topora zajęła tarcza i mniejszy jednoręczny topór... rzeź trwała... W żyłach wojownika ponownie się zagotowało się mimo, że nie brał grzybów... szał bitewny przepełniony radością z walki...
Powoli i z niejaką wprawą wbił na pal głowę króla orków, pal ten zaś zatknął w pobliżu gilotyny... Sam z walki niewiele pamiętał, ale orki zapamiętają, że od Yew należy się trzymać zdala...