Stary łowca smoków postanowił podzielić się swą wiedzą o smokach jakie już spotkane były
Pierwszym z nich jest smok natury dość spokojnej, jako ze stara się trzymać z dala od wszelakich konfliktów.
Powszechnie znany jest jako smok miedziany, ze względu na swą niezwykła barwę.
Natomiast na jego grubej skórze łamie się nie jedno ostrze łowcy
(http://img140.imageshack.us/img140/6120/miedzianysmok.jpg)
Wybacz Darogan że tak się dokleję bezczelnie ;)
Siedział na białej niedźwiedziej skórze, wpatrując się w ogień kominka. Ona kładąc mu głowę na kolanach przymknęła oczy ni to ze znużenia ni to z poczucia bezpieczeństwa... Sielankowy nastrój przerwał dźwięk jakby... łamanego drzewa. Chatka zaczęła coraz wyraźniej drżeć, a od zachodu dobiegł ich ogromny hałas potężnie stawianych kroków... Ognistowłosa otworzyła oczy i spojrzała na małżonka. Wybiegli z domku.
Stali tuż za swoim domem obserwując wielki cień, którego sylwetkę na horyzoncie zamazywało zachodzące zimowe słońce. Kształt wzbijał się ponad drzewami i zbliżał błyszcząc się niczym diament.
Stanęła za nim, tuląc się do jego pleców i obserwując znad jego ramienia owe tajemnicze zjawisko. Po chwili już wiedzieli że jest to... smok.
- La brea! - zagadnął do smoka fennid. Nic więcej wydusić nie mógł - smok nie był takim smokiem jakie spotykali zazwyczaj. Był... piękny. Jego srebrno-niebieskie łuski mieniły się w zachodzącym słońcu, a wygląd jego był poważny i dostojny. Bestia spojrzała tylko na nich gadzimi ale inteligentnymi oczami, nie mówiąc nic. Trwali tak bez ruchu.
- Cóż was sprowadza w nasze progi?... - urwał, bestia poderwała się bowiem bezszelestnie do lotu, zasłaniając ich przez chwilę ogromnym cieniem.
- Skarbie, co to było? - zagadnęła żona fennida.
- Ja... myślałem że smoki królewskie to tylko bajka...
***
Postawny brodaty jegomość, uzbrojony w nietypowe i groźnie wyglądające ostrze przybijał właśnie ogłoszenie do ściany banku Yewiańskiego. Na słowa "potrzeba mi złota" łypnął na górala i gdy na chwilę opuścił on małżonkę, podszedł dyskretnie do niego.
- Słyszałem że potrzebujesz złota. A słyszałem też że w okolicy kręci się pewien smok... Dałbym Ci sporą sumkę za pokonanie lub choćby wskazanie go. Wiesz coś na ten temat?
- Od dawna nie widziałem żadnego smoka, tym bardziej tutaj... Coś się waszmości pomyliło. - skłamał bez wahania fennid. Spocił się przy tym okrutnie pod niedźwiedzią czapą, mimo że na dworze był ziąb...
- Cóż, nie nalegam. Muszę radzić sobie sam...
Fennid nic nie odpowiedział, a niebo jego grafitowych oczu rozchmurzyło się, że aż wydawały się niebieskie. Uśmiechnął się do siebie w duchu i opuścił łowcę bez słowa. [/i]
Smok królewski... co tu wiele pisać , jest przez wielu uznawany jako najpiękniejszy z gatunku , a jego majestatyczne piękno jest natchnieniem dla nie jednego malarza , czy tez grajka..
(http://img15.imageshack.us/img15/6575/smokkrlewski.jpg)
Na świecie żyją tez inne smokowate.. i jeden z nich także jak i królewski pojawił się pod Yew.. lecz ten śmierć ze sobą niósł.. a jego magiczne opary, sprawiały ze kości składały się w całość .. tworząc wokół niego nieumarła armie..
(http://img24.imageshack.us/img24/6301/smoksmierci.jpg)
Temat jest jak najbardziej dla was do opisywania przygód.. ja tylko robię małe wzmianki z screenami :wink:
Przy okazji wypróbowując nowe kolorki:P
Poranna zorza zalała niebo wachlarzem barw. Chmury zaczęły mienić się wszystkimi odcieniami fioletu, różu, błękitu i złota. Mgły ustępowały już z równin, i teraz kłębiły się już tylko wokół wodospadu nieustannie zasilającego świętą sadzawkę, nad którą wznosiła się druidzka siedziba zbudowana z potężnych kłód dębowych. Szaman zbudził się wcześnie, gdy tylko ustąpił nocny przymrozek, tak charakterystyczny dla pierwszych dni wiosny. Odziawszy się, chwycił garniec na mleko i wyszedł na próg. Rozprostował kości i przywitał wiatr, który w odpowiedzi zaskrzypiał wiszącą nad wejściem tabliczką ,,Siedziba Opiekuna Puszcz. Właściciel: Macil Asteppe." Opiekun Puszcz – tak zwano szamanów w jego ojczystych stronach. Po odmówieniu porannych modłów dziękczynnych do Wielkiej Matki i Najpotężniejszych Duchów Zamieszkujących Nieboskłon i Ziemię, skierował się do zagrody, gdzie jeszcze wczoraj zostawił trzy mleczne krowy. Teraz zagroda stała pusta. Typowe... Rzuciwszy na ziemię bezużyteczny garnek, w ostatniej chwili powstrzymał się przed wypowiedzeniem ciskającego się na usta przekleństwa. Jego klątwy, jako osoby blisko związanej ze światem duchów, miały niepokojącą tendencje do stawania się rzeczywistością. Trzeba uważać. Macilowi nie pozostało nic innego jak zapomnieć o świeżym mleczku i zadowolić się tym, co przez ostatni dzień naznosiły jego przyjaciółki, pszczoły. Starannie wyciągnął plastry miodu z uli i zaniósł do domu.
- Wosk się nie zmarnuje, zrobi się zeń świece albo pójdzie na składnik, gdy kogoś przyjdzie poszczuć chmarą szerszeni. - powiedział do siebie, po czym spojrzał na całą skrzynie wypełnioną surowym miodem. - Będzie tego z tysiąc porcji. Nie ma sensu trzymać tego tutaj dłużej. Udam się do miasta i poszukam kogoś, kto zrobi z tego jaki paradny trunek.
Najwprawniejsi gorzelnicy wiedzą, że najlepszy miód pitny w całej Sosarii pochodzi właśnie z pasiek prowadzonych przez druidów. I oto właśnie tysiąc porcji tego cennego surowca opuściło właśnie w plecaku Macila jego siedliszcze i przez równinę przewędrowało na brzeg Zatoki Cove, gdzie czekał zacumowany Wielki Jeleń, a na jego pokładzie kimał Gerald, niezbyt rozgarnięty sternik.
- Ahoj! Podnieś kotwice! Opuść żagiel! Cała naprzód!!! - zawołał Macil, przerywając tym samym błogi spokój Geralda.
- Aye, aye, kapitanie! Cała naprzód!
Słodki skarb odpoczywał w ładowni Wielkiego Jelenia, który pchany sprowadzonym przez druida wiatrem dziarsko pruł spokojne wody zatoki, które wnet rozbłysły od promieni słońca, którego lico wynurzyło się wreszcie zza odległych gór Brytannii.
- Zapowiada się piękny dzień, co kapitanie? - zagadał Gerald. Któż lepiej zna się na pogodzie, jak nie szaman właśnie?
- Pogoda dzisiaj będzie wyborna, dziękujmy Matce! Czyste niebo, lekka bryza, jeno pod wieczór zbiorą się chmury i trochę popada. Przyda się deszcz pierwszym tegorocznym kwiatom.
Zgarbiona, zakapturzona i kulejąca postać kapłana Araknasela wspierając się na kosturze, dotarła wreszcie do celu wędrówki. Mężczyzna oparł się o cembrowinę studni stojącej w centrum osady, otarł pot z czoła i zaczerpnąwszy do bukłaka chłodnej wody, pociągnął orzeźwiający łyk. Rozejrzał się po okolicznych zabudowaniach. Gmachy te były dość skromne, wzniesione z jasnego drewna, brak w nich było tego napuszonego monumentalizmu. Uśmiechnięci ludzie, którzy dopiero co zaczynają swój dzień. Wszędzie wokół powiewają flagi w ognisto-szkarłatnym kolorze. Spokój, cisza i bezpieczeństwo. W takich warunkach wzrasta i rozwija się to miasteczko wtulone w górski masyw, z którym przyszło mu dzielić ten półwysep. Cove! Jakże różne od mroźnego i nieprzyjaznego Minoc, z którego został niedawno wygnany. On już zrozumiał, że odnalazł miejsce, które nieprędko zapragnie opuścić. Kapłan chciał już udać się w kierunku banku, aby porozmawiać z krzątającą się wokół gawiedzią i dowiedzieć się więcej o aktualnej sytuacji w osadzie, gdy nagle usłyszał za sobą, znajomy, choć dawno niesłyszany głos.
- Kogo widzę!? Proszę. Ile to już czasu się nie widzieliśmy? - kapłan natychmiast odwrócił się i przyjrzał zbliżającej się ku niemu postaci maga o płomiennorudych włosach, odzianego w togę w coviańskich barwach herbowych. Poznał od razu i zawołał:
- Devon Ver Oth! Miło zobaczyć znajomą twarz w nowym miejscu. Tyle się tu pozmieniało od czasów, gdy byłem tu po raz ostatni...
Starzy przyjaciele przerwali powitanie, gdy nagle uderzył ich wyjątkowo silny powiew wiatru, a na przystani podniosła się wrzawa i głośne złorzeczenia marynarzy. Zaprawdę był to widok niecodzienny. Mała łódź, której żagiel wypełniony był silnym, porywistym wiatrem, z dużą szybkością wpłynął do portu. Młody i niedoświadczony sternik robił wszystko, co w jego mocy, jednak nie mógł zapanować nad rozpędzonym statkiem. Przeciskając się pomiędzy znacznie większymi od niego kutrami, zrywał rybackie sieci i płoszył ryby. Ocierające się o siebie kadłuby wypluwały wyrwane deski i olinowanie. Wreszcie łódź uderzyła z głuchym jękiem o keję. Wielki Jeleń szczęśliwie zadokował w porcie Cove. Dwuosobowa załoga podzieliła się na grupy. Pierwsza grupa szybkim skokiem znalazła się na lądzie i ruszyła przed siebie, zadaniem drugiej grupy będzie załatanie uszkodzeń i rozmowa z niezadowolonymi rybakami.
Macil Asteppe zbliżył się do rozmawiających i powitał ich gestem dłoni.
- Devonie, trudnisz się wyrobem trunków, prawda? Mam tu sporo przedniego miodu, gdybyś był zainteresowany...
- Wybacz, Macil. Akurat zakładaliśmy przed paroma dniami szkółkę zielarską i miodu mam pod dostatkiem. Może ktoś inny będzie chętny.
- Tak, będę się musiał rozejrzeć. Ciekawa sprawa z tą szkółką zielarską...
- Będziesz miał okazję się jej przyjrzeć, bo oto odwiedził nas mój dawny przyjaciel – tu Devon wskazał na towarzysza. Kapłan Araknasela i Opiekun Puszcz wymienili pozdrowienia, a mag kontynuował. - zatem zapraszam wszystkich dziś na skromną biesiadę u mnie. Ale najpierw musimy jeszcze rozmówić się z władczynią w pewnych sprawach. O wilku mowa, oto i ona!
Cała trójka powitała nadchodzącą władczynię i udała się za nią do gmachu banku. Gdy na górnym pietrze toczyła się rozmowa na temat powstania ewentualnej kapliczki Araknasela w mieście, Macil, którego ta sprawa nie dotyczyła i który nie bardzo jest zorientowanym w sprawach religii na tym kontynencie, pozostał na parterze, gdzie złożył do skrytki zapas swego drogocennego miodu. Nie pobył długo sam, gdyż z zewnątrz dobiegło go warczenie Likaona, a zaraz potem do środka wszedł Cay Barbarzyńca. Spod jeleniej maski, którą podobnie jak Macil zwykł nosić, wypływały pukle płowych włosów i opadały na muskularne plecy wojownika. Obaj przywitali się i zanim na dobre rozpoczęli rozmowę, Devon z kapłanem byli już na dole - gotowi do biesiadowania. Cay nie byłby sobą, gdyby odmówił uczestnictwa w drobnej pijatyczce przed obiadem.
Magiczny portal przeniósł całą czwórkę na dziedziniec posiadłości Ver Oth. Było co zwiedzać, co oglądać. Sad, ogród, a przede wszystkim najnowszy nabytek, olbrzymi trójmasztowy okręt.
- Piękny, robi wrażenie. - powiedział Cay tonem znawcy, zadzierając głowę wysoko w górę, tak by dojrzeć szczyt omasztowania.
- No baa, a jaki pojemny! - odparł dumny Devon, również tonem znawcy, uśmiechając się przy tym.
- Straszny. Wygląda na robotę demonicznych sił. Ludzie nie powinni budować czegoś tak wielkiego... - dodał Macil tonem znawcy, po czym wyszeptał na wszelki wypadek jakiś szamański egzorcyzm.
Wszyscy trzej nie mający pojęcia o szkutnictwie znawcy dołączyli do kapłana i weszli do zameczku, a dokładniej, na ostatnie piętro, gdzie Devon przechowuje trunki.
Było w czym wybierać, wiekowe beczułki pełne rumu, piwa, wina ozdobione były etykietami dającymi świadectwo ich wieku.
- Tu jest dość ciepło, powinieneś przechowywać to wszystko w podziemiach. -zauważył szaman.
- Tak szybko schodzi, że nie ma sensu... - zaśmiał się Ver Oth. - Co bierzemy?
Z tarasu, na którym stał spory stół, rozciągał się urzekający widok na coviańską zatokę. To właśnie tutaj rozsiedli się czterej biesiadnicy, a wraz z nimi komplet kuflów z rżniętego kryształu, beczułka mocnego, ciemnego piwa i półmisek z szynką zapiekaną w miodzie..
Szczegółów uczty tutaj nie podam, gdyż żaden z uczestników nie jest w stanie ich sobie przypomnieć. Udało się zrekonstruować jedynie kilka faktów. Oto one: Piwo okazało się bardzo mocne i łatwo wchodziło do gardła, toteż wszyscy mieli pełne ręce roboty. Poruszane były tematy polityczne, głównie sprawa przewagi Cove nad innymi miastami. Szynka była przednia, nikt pomimo swego stanu, nie zwrócił jej temu światu przed przetrawieniem. Cay rzucił nawet kilka kawałków aligatorowi kręcącemu się na plaży pod tarasem. W połowie ucztowania dołączył do nich również drugi z braci Ver Oth, Veev. Na świeżym powietrzu alkohol szybko wyparował z głów towarzyszy, jednak chęć wielkich czynów została. Co tu dużo mówić, rozochocili się chłopcy na myśl o wyprawie pełnej przygód i cennych łupów. Sługa Araknasela jednak zrezygnował na samym początku i postanowił zapoznać się bliżej z mieszkańcami i zwyczajami Cove, które teraz skupiło się na przygotowaniach do wyprawy. Solidna zbroja, rącze wierzchowce, dobra broń, składniki zaklęć, transport.
Preparacje nie uszły czujnym oczom Erestiana, który oparłszy kuszę na ramieniu, przystanął i począł się przyglądać z uśmiechem. Zdmuchnął ze swej ogorzałej twarzy ciemne kosmyki włosów i zwrócił się do Devona:
- Macie już komplet, czy też może przyda wam się kolejny kompan?
To magiczne słowa zaklęcia przyzwania nowych przygód! Grupa powiększyła się o nowego śmiałka. Gdy wszystko było już gotowe, wszyscy załadowali się na okręt regularnie kursujący między Cove a osadą Aurin. Mieszkańcy miasta odprowadzili wzrokiem oddalający się okręt. Był wśród nich i sternik Gerald z podbitym okiem.
Po zadokowaniu na Ilshenarze Devon postawił magiczną bramę, którą śmiałkowie przedostali się w samo serce ognistego pustkowia, zewsząd otoczonego rzekami roztopionej skały. Wszelkie ogniste stwory, które miały czelność stanąć na drodze naszych bohaterów musiały upaść po celnych ciosach topora Veeva, który był dzielnie dopingowany przez resztę załogi, ta jednak wolała trzymać się bezpiecznej odległości. Zeszli następnie do podziemnych grot gdzie dali nauczkę pewnemu demonowi, kilku czerwonym smoczym chłystkom i przeraźliwej hydrze. Skarbów wielkich jednak nie odnazleźli, jeno kilka kosztownych kamyków. Macil ponadto, zabłąkawszy się na pobliską pustynię, sprowadził młodego ostarda i postanowił go przygarnąć. Napracowali się wszyscy, ale nie otrzymawszy godziwej nagrody udali się w dalszą drogę w poszukiwaniu szczęścia. Tym razem magiczna brama Devona wypluła ich w pobliże Protektora Lasu, jednak jego leże zastali puste, ktoś ich uprzedził. Kolejny skok w nadprzestrzeń zakończył się na pustyni, w pobliskim mieście umarłych spodziewali się natknąć na prastarego licha.
Na tej właśnie pustyni, wśród wysuszonych w słońcu skał, rozegrał się najważniejszy rozdział tej opowieści. Gdy bowiem nie zastawszy w domu żadnego prastarego licha, przyjaciele szykowali się do podróży w inne miejsce, zatrzęsła się ziemia, a piach tworzący pobliską wydmę został nagle wyrzucony wysoko w górę, odsłaniając olbrzymie gadzie skrzydła. Bestia była wielkości ratusza w Brytannii, cała pokryta łuskami w kolorze piasku, jednak gładkimi i połyskującymi w słońcu. Gdy smok zaryczał, bohaterowie odwrócili wzrok i zasłonili twarze, by ochronić się przed piaskową burzą, powstającą przy każdym ruchu kolosa. Kompani przypomnieli sobie o ogłoszeniu z coviańskiego banku, o łowcach smoków, poszukujących nowych gatunków, które rzekomo zostały niedawno odkryte. Żaden nie spodziewał się nigdy trafić na żadnego z nich, a tu proszę – okazja.
Piaskowy smok ze spokojem przyglądał się małym istotom, które zakłóciły mu sen, a bracia Ver Oth wykorzystali ten moment by opracować taktykę.
- Próbujemy? W końcu ta wyprawa nam się opłaci...
- Sprawia wrażenie potężnego, ale nie takie bestie zdobią nam teraz salon!
- Postradaliście zmysły!? Chcecie zaciukać tak wspaniałą istotę? - przerwał im Opiekun Puszcz i podszedł do smoka. Był to dość niebezpieczny manewr, zważywszy na znikomą wartość bojową szamana, który nie zawsze cało wychodził z konfrontacji z harpią, a co dopiero z legendarnym piaskowym smokiem. Mimo, iż towarzyszył jednym z najbitniejszych wojowników Sosarii, dość sceptycznie oceniał ich szanse na wyjście cało z tej opresji. Macil sięgnął więc po rozwiązanie dyplomatyczne. Komuś niewtajemniczonemu w arkana szamanizmu, trudno może być pojąć na czym polega sekret rozmowy ze zwierzętami. Nie chodzi tu o znajomość języka, tylko o nawiązanie bezpośredniego kontaktu z duchem wypełniającym daną istotę, komunikacja odbywa się całkowicie na płaszczyźnie duchowej. Druid może w ten sposób rozmawiać ze wszystkim co posiada wewnątrz siebie cząsteczki ducha: humanoidy, zwierzęta, rośliny. Oczywiście, wymaga to niesamowitej koncentracji.
Macil na co dzień rozmawiał już z drzewami w swojej puszczy, z owadami, które wykonywały dla niego zwiad, z dzikimi zwierzętami, aby je ujarzmić i oswoić, a od święta nawet z wilkołakami, aby oddaliwszy groźbę rozerwania na strzępy, pozyskać towarzyszy nocnych wędrówek po zioła. Z piaskowym smokiem rozmawiał po raz pierwszy. Zapewne piaskowy smok również po raz pierwszy rozmawiał z człowiekiem. Dusza smoka okazała się nieokiełznana, więc bardzo trudna do osiągnięcia, jednak cierpliwa, spokojna i mądra. Na słowa powitania odpowiedział ruchem długiej szyi. Zrozumiał. Następnie szaman wyjaśnił, że natknęli się na niego przypadkiem i żeby się nie obawiał. Zerknąwszy jednak na swych towarzyszy, zrozumiał, że groźba konfrontacji jest bardzo realna. Veev już zdążył naostrzyć swój potężny topór, a Erestian przygotował najodpowiedniejsze na tę okazję strzały i już zaczął wygrywać pierwsze akordy pieśni zagrzewającej do boju.
- Zostaw tego przerośniętego jaszczura, nie wiadomo ile dziś już dziewek pożarł! - Złośliwe okrzyki Caya i Devona świadczyły o ich pełnej mobilizacji.
Macil wytłumaczył smokowi, że jego kompani mimo wszystko spróbują swoich sił. Duch olbrzymiego gada w końcu odezwał się na tyle wyraźnie, że szaman był wstanie zrozumieć słowa. Smok był gotów do walki, wyjaśnił mu kilka spraw i prosił tylko, aby odsunął się, żeby przypadkiem nie został zmiażdżony w bitewnej zawierusze. Opiekun Puszcz usunął się więc ze sceny, aby odprowadzić wierzchowce w bezpieczne miejsce. Bestia przekazała mu sekret swej siły, jednak tu nie można o nim wspomnieć, gdyż słowa te mógłby przeczytać jakiś pogromca smoków i przyczynić się do wytrzebienia wszystkich piaskowych smoków z powierzchni świata. Mógł, co prawda, zdradzić tę tajemnicę przyjaciołom, którzy mogliby wtedy z łatwością pokonać potwora. Ale ich można wskrzesić, a ze smokiem już gorzej. Tak sobie rozmyślając karmił zwierzęta, gdy tymczasem oddział Gwardii Cove stanął oko w oko ze smokiem. Wzbijając w powietrze tumany kurzu, władca pustyni rzucił się na towarzyszy.
Stary wojownik nie raz stawiał czoła olbrzymim bestiom. Pierwsze cięcie Veeva urżnęło kilka łusek pod przednią łapą, tam gdzie powinny znajdować się ważne organy. Ostrze topora zagłębiło się w sypkim cielsku. Kilka bełtów Erestiana z przeleciało z sykiem i trafiło w długą, umięśnioną szyję. Cay, dosiadłwszy swego wiernego Kła, błyskawicznie znalazł się za przeciwnikiem i atakując tylne łapy, próbował wytrącić go z równowagi, podczas gdy Devon cisnął śmiercionośną błyskawicą. Dobry początek i towarzysze już byli pewni zwycięstwa. Jednak pomimo zadanych obrażeni, smok sprawnie wyskoczył wysoko w powietrze i dzięki błyskawicznemu ruchowi skrzydeł zawisł ponad głowami łowców smoków. Jego majestatyczne skrzydła wzbiły w powietrze ogromny tuman kurzu wywołując kolejną burzę piaskową. Nasi bohaterowie stracili się nawzajem z oczu. Widzieli tylko, jak nad ich głowami bestia z łatwością regeneruje rany – wzburzony piasek wypełniał ubytki w jego łuskowym pancerzu. Władca piasków zawył, a na jego zew odpowiedziała pustynia i z piasku powstały dziesiątki piaskowych wirów, które otoczyły zdezorientowanych mężów. Cay ledwo zdążył uporać się z dwoma pierwszymi wirami, gdy nagle wielki cień zasłonił mu wszystko. Straszliwy ogon piaskowego smoka strącił barbarzyńcę z jego likaona, a bezładne ciało w pogruchotanej zbroi z hukiem upadło na ziemię. Potężny Veev Ver Oth z powodzeniem eliminował kolejne piaskowe wiry, których przybywało z każdym ruchem smoczych skrzydeł, jednak nagle poczuł zaciskającą się na jego nodze kamienną szczękę. Smok wyrzucił go wysoko ponad ziemię. Nim kilogramy stali, z której wykuta była jego zbroja sprowadziły go na ziemię, Devon z Erestianem już korzystali z pierwszej pomocy oferowanej przez starego sternika Abramsa, który dopiero co przybił do piaszczystego wybrzeża. Smok przysiadł na skale i obserwował swoich niedoszłych pogromców, zbierających porozrzucany wszędzie rynsztunek. Gdy wszystko ucichło dołączył do nich również Macil Asteppe, który zajął się leczeniem, póki mu wystarczyło żeńszenia. Niestety, nic nie można było zrobic dla wiernego towarzysza Caya, likaona Kła, który poległ w walce. Towarzysze krzywo patrzyli na szamana, który nie dość że nie pomógł im w walce, choćby nękając wroga rojem pszczół, to jeszcze teraz wrócił do konwersacji z przeciwnikiem. Towarzysze nie byli w stanie zrozumieć, o czym tamta dwójka rozmawiała przez dłuższą chwilę.
- Wiecie co to są ophydiany, czy jakoś tak? - Macil rzucił nagle w ich kierunku niewinne pytanie.
- Owszem, wiemy. - odparł Devon, powoli dźwigając się z kamienia, na którym siedział.
- Zaraz się tu pojawią.
- Skąd wiesz?
- Smok mi powiedział, też chcą spróbować swoich sił w patroszeniu smoków... - odparł szaman oglądając się na gigantycznego towarzysza. Wtem tuż obok otworzył się portal, a Macil dowiedział się w końcu, czym są ophydiany. Cała armia tych wężowych istot przeprowadziła nagły desant na ową pustynną kotlinę, gdzie zastali naszych bohaterów.
Wysłużony topór Veeva ponownie poszedł w tany, ciała przeciwników okazały się dość miękkie, przynajmniej w porównaniu do ciał ostatnich celów. Mimo miażdżącej przewagi liczebnej, Erestian na swym koniu zwinnie wymijał oddziały wężowego ludu, posyłając w ich kierunku swoje celne pociski. Cay, z uporem godnym każdego barbarzyńskiego łowcy, tropił ophydiańskich zwiadowców kryjących się pośród skał i eliminując jednego po drugim. Devon przyparty do morskiego brzegu, został całkowicie odcięty od reszty towarzyszy. Sprawa nie wyglądała zbyt wesoło. Ostrze jednego z wężowych maruderów powaliło ogiera, którego Devon dosiadał. Upadłszy na ziemię, mag zdążył szybko się pozbierać i ogarnięty gniewem po stracie wierzchowca, począł ciskać we wszystkie strony śmiercionośne zaklęcia. Wiązki błyskawic siały spustoszenie wśród zastępów wroga, który zdezorientowany, musiał się wycofać. W innej części pustyni, otworzyły się kolejne wrota, a oślizgły pysk ophydianskiego maga wyjrzał, aby rozejrzeć się po tej stronie. Nagle jego głowę otoczyły setki małych i zajadłych pszczół, które zaczęły boleśnie kąsać. Rozwścieczony wężowiec, nie zważając na ból rzucił się w kierunku sprawcy jego krzywdy, Macila. A zaraz za nim z portalu wysypało się dwudziestu ophydiańskich zabójców. Gdy przeciwnicy byli jakieś pięćdziesiąt metrów przed szamanem, uderzył on swym kosturem w piasek u jego stóp. Ziemia zadrżała i między szamanem a przeciwnikami z piasku wynurzyła się olbrzymia postać piaskowego smoka. Wężowe ciała rozrywane były na kawałki w jego kamiennych szponach, a kości kruszone uderzeniami ogona. I szedł Macil przez pustynię, a smok towarzyszył mu, niszcząc wszystkich napotkanych wrogów. A gdy ostatni wróg padł, smok pożegnawszy szamana, rozwinął skrzydła i wzbił się w przestworza. Pozostali towarzysze jeszcze chwile za nim popatrzyli, i zabrali się za przeczesywanie pola bitwy.
Gdy słońce stoczyło się już z nieba i nadszedł wieczór, przeszukiwanie pobojowiska i przygotowania do powrotu były już zakończone. Trochę szlachetnych kamieni i mnóstwo skór, to wszystko co udało im się znaleźć. Zawsze to więcej, niż przybyły znikąd tajmniczy łowca smoków, który nie znalazł nic, władca pustyni dawno odleciał.
Była już ciemna noc, gdy kotwica białego okrętu z Dolennost opadła na dno Zatoki Cove. Nasi smokobójcy schowali się przed deszczem w ciepłym budynku karczmy.
- Macil, zrozum – zaczął Devon. – na takich wyprawach mamy zarabiać a nie szukać nowych znajomości wśród potworów.
- Ech, dla was, miastowych, liczy się tylko brzęcząca moneta...