Pot zalewał mu czoło gęste, długie włosy skręciły się w strąki. Jest już stary, być może za stary na tą robotę, lecz nie umie inaczej żyć. Uderzał w skałę raz za razem patrząc przenikliwie w mrok oświetlany pochodnią na ścianie. W pobliżu inni młodsi starali udowodnić mu zapewne że nie nadaje się już do pracy w kopalni patrząc na niego z pobłażaniem.
Lecz to on pierwszy dostrzegł niebezpieczeństwo, ściany się poruszyły, z sufitu posypała się ziemia. Wiedział co to oznacza oceniając niebezpieczeństwo w jednej chwili.
- Zawał, uciekać – wykrzyczał , spojrzał szybko czy młodzi dobrze zrozumieli powagę sytuacji i rzucił się biegiem do wyjścia. Adrenalina sprawiła że zapomniał o bólu siedzącym uporczywie w plecach i opuchniętych dłoniach, teraz była ważna tylko jedna rzecz – ratowanie życia.
Na zewnątrz, owiało go zimne wieczorne powietrze. Tak, zapomniał o upływie czasu, uderzając kilofem i wypatrując cennych kruszców zatracił się kolejny raz w pracy.
Czy inni również wybiegli? Czy uratowali się ? nie słyszał kroków innych za sobą nie widział aby ktoś poszedł jego śladem, kopalnia miała też inne wyjście czyżby tam pobiegli?
Splunął na ziemię, trza się upewnić, nie mogę ich tak tam zostawić choćby narazić swe życie.
Zrobił kilka kroków w głąb, widział kopczyki osypanej ziemi , porzucone narzędzia, wszystko spowijała mgła z kurzu, nigdzie nie widział górników czy ciał.
- więc jednak posłuchali - pomyślał – trza donieść władzom o tym by sprowadzili robotników do wzmocnienia stempli szybu.
Nie tracąc więcej czasu pobiegł na ile mu sił starczyło i nogi pozwoliły w stronę banku gdzie najczęściej można było spotkać władczynie Cove lub któregoś ze strażników.
Biegnąc miedzy budynkami dojrzał jednego ze strażników miasta nieopodal banku, dobrze że jest ktoś –pomyślał starając zwrócić na siebie uwagę maga.
- zawał w kopalni – wychrypiał opierając się o ścianę banku, na więcej nie pozwoliły mu płuca, musiał chwilę odpocząć adrenalina zaczęła opadać, przed oczami pojawiły się plamy.
- niemożliwe – strażnik nie był zbyt ufny, lecz spiął wierzchowca do kłusu pędząc w stronę kopalni wraz z towarzyszącymi mu osobami.
Trask powoli odzyskał siły i udał się za nimi, nie wiedzieli wiele o kopalniach mogli zrobić coś głupiego, z żywiołami nie ma żartów. Gdy dotarł na miejsce oni już weszli do środka stali rozglądając się. I on rozglądał się w ciszy nasłuchując ruchów ziemi by ostrzec pozostałych.
Wtem poczuł że coś jest nie tak, wyczuł ruch powietrza, usłyszał za sobą stąpnięcie odwrócił się szybko i ... zamarł. Takiego widoku nie spodziewał się, myślał ze zobaczy toczące się kamienie, kolejne kopce ziemi i rudy tarasujące szyb i grzebiące ich jak w grobie. Tymczasem zobaczył wpierw ogromne buty i unosząc wzrok coraz wyżej olbrzymią postać muskularną tytana, który sięgał głową stropu i ledwo mieścił się w szybie.
- witajcie śmiertelnicy, jestem Wysłannikiem Valstora- zagrzmiał.