Od zawsze wiadomo było, że najpiękniejsze zachody Świetlistej Tarczy widuje się tylko w Yew. Wszelkie odcienie czerwieni i żółci tworzą na murach i drzewach wspaniałe smugi. Każdy kto przystanie na chwile(gdy wokół inni podążają za sława i bogactwami), czuje niezwykłe ciepło w środku. Jeszcze chwila, a gotów jest ulecieć do swego bożka, w którego wierzy, a ta krew to pewnie promienie... Krew?! Nikt nie wspominał o tym.
Drwal nie miał prawa usłyszeć jednego z lepszych fechmistrzów Har'oloth Videnn. Adamyntowy sztylet wyciął bruzdę na szyi, od ucha do ucha. Śmierć była czysta, bez żadnych finezyjnych cięć. ,,Przedstawienie" zostawię dla władcy Yew, to miała być piękna noc. Przeszedłem nad ciałem nieszczęśnika i nagle pokazał się wymiarowy, zielonkawy portal.
- Jak zawsze w nieodpowiednim momencie, Horst... Ostatni raz mnie wezwałeś. – wyszeptałem i sięgnąłem po młotka oburęcznego.
Burmistrz Ocllo siedział w ognistej zbroi przed bankierem i wrzucał do plecaka odliczone
dokładnie składniki czarów. W powietrzu było czuć nasycenie magią, czyżby przewidywał, co go czeka?
- Ruchy fechmistrzu, nie mamy czasu. Zabieram cię na długą wycieczkę.
- A ja mam dla ciebie bilet w jedną stronę. pomyślałem i uśmiechnąłem się szyderczo. – Dokąd?
- Nowy kontynent. Przebieraj się. – powiedział i przeskoczył do drugiego bankiera, prosząc o skrzynie.
Za dużo swawoli jest na Powierzchni wobec drowów, nadchodzi czas by to zmienić. Złoto się przyda, a zabić go mogę zawsze, nawet podczas (częstego) parowania się Horsta z karczmarką. – przeleciała szybka myśl i po paru ziarnach byliśmy już na piaskowej wyspie. Teleportowaliśmy się obok Twierdzy Piaskowego Ludu. Nie zdążyliśmy zrobić kroku, a z piaskowych kryjówek wyskoczyły zamaskowane postacie. Cóż znaczy pare zbirów dla wojownika drowa? Minęło kilka uderzeń serca, a piasek był już nasączony ludzką krwią. W miedzy czasie Horst zajął się paskudnymi magami. Jak zawsze, dzięki hucznym wybuchom czarów twierdza wiedziała, że nadciągamy. ,,Prawie" jak oddział drowów...
Szybko posuwaliśmy się w głąb lochów, wszystko szło dobrze, nawet żadnych zadraśnięć na pancerzu, jednak coś wisiało w powietrzu. Do lochów Horsta wpuściłem jako pierwszego. Czułem, że w pałacu ktoś jeszcze jest. Przeszukałem najbliższe pokoje i schowki. Lekki szmer za plecami! Tylko czuły słuch drowa usłyszy ciche wypowiadanie formuły czaru, jeden z warunków, który ratuje życie w Podmroku. Szybko wykorzystałem wewnętrzne moce i otoczyłem się kula ciemności. Spalił czar! Zdążył się odwrócić, aby spojrzeć w oczy bez żrenic.
- Ori'gato's jivvin? – (Zabawimy się?)powiedziałem. Moja twarz nie wyrażała żadnych emocji, ale za tą maską czekałem na radość, którą mi przyniesie najbliższa przyszłość.
Dla frajdy połamałem mu obie ręce obuchem, powaliłem na ziemie kopniakiem i patrzyłem jak krzyczy i wije się z bólu. Wyjąłem sztylet i zacząłem nacinać małe ranki na odkrytym ciele, gdzie się dało! Zostawiłem go pewien, że wykrwawi się i aż do schodów na niższe poziomy słyszałem jęki i przekleństwa.
Gdy byłem na dole, mag-druid spojrzał na mnie ciekawsko, ale nic nie powiedział. Czego się można spodziewać po drowie? Mniejsza o to, wróciłem. Kolejny cel – żuk runiczny. Zaiste, jakże piękny okaz, tfu! Dobry owad to martwy owad! Walka była długa, zacząłem nawet trochę się pocić, ale nic nie trwa wiecznie.
- Zbieraj to ścierwo Horst.
Mag- druid tylko cmoknął i zabrał się do przeszukiwania zwłok. Nie zdarzył wstać, kiedy otoczyła nas przedziwna magia. Zauważyłem maga z połamanymi członkami i chciałem naprawić swój wielki błąd, ale otoczenie szybko się zmieniło i zamiast być w lochach Pustynnej Twierdzy byliśmy na oceanie piasku. Na niebie było pełno światełek, więc zarzuciłem kaptur na głowę.
- Żyjemy? – zapytałem trochę zmieszany.
- Najwidoczniej Werfenie, ale chyba już nie długo! – krzyknął, a następnie zaczął czarować.
Zmrużyłem oczy i spojrzałem w kierunku, który wskazał towarzysz. W odległości 200 kroków stał przed nami bardzo duży oddział tarcz i sejmitarów oraz tuzin magów. Piaskowy Lud?
Uśmiechnąłem się lekko, z deszczu pod rynnę, tak? Jak mówią drowy – Bądź zawsze przygotowany. Przyjąłem pozycję obronną i już nadbiegały pierwsze trupy. To była wspaniała noc – krzyki, jęki, płacz, zapach krwi , chaos. Tak, Pajęcza Królowo, to dla ciebie!
Horst ciskał za plecami czarami i ofiary padały jak marionetki bez sznurka. Czasami się przydaje... Grzęzłem w otaczających mnie ciałach, zająłem nową pozycję i rzuciłem okiem na sytuację. Zabiłem może 50 ludzi, ale to była kropla w morzu, przybywało ich. Otaczali nas!
Rzuciłem kulę ciemności na najbliższe otoczenie i wycofaliśmy się. Odwróciłem się na głębokie rżenie ogiera. Z szeregów dumnie wyjechał umięśniony, ogromny człowiek na wierzchu koloru piasku – Fechmistrz Ludu Piasków. Zeskoczył głucho z ogiera i dobył przepięknie wygrawerowany miecz.
- W końcu jakieś wyzwanie. – mruknąłem, przyjąłem kamienny wyraz twarzy i zacząłem robić ,,parade" gwiazdą wokół siebie.
Żywy trup ruszył z furią, ciął raz za razem. Na początku chciałem go sprawdzić, broniłem się tarczą odskakiwałem, ale kiedy zranił mnie w bok zabawa skończyła się. ,,Był" dobry...
- Draeval ulu el. – powiedziałem na głos ulubione zdanie, które obiecuje rychłą śmierć i przystąpiłem do działania. Uznałem jednak, że zagram inaczej, przez twarz przemknął złowieszczy uśmieszek. Pokaże ci śmieciu z kim zadarłeś, ukłoń się przed potęgą Mrocznej Pani!
* Władczyni Sieci Ironii i Spisku, pobłogosław swego wiernego sługę.
Daj siłę bym mógł niszczyć i tworzyć na Twoje podobieństwo.
Aby krzyk wrogów był dla mnie pieśnią, serca posiłkiem.
Prowadź mnie po swojej nici losu. *
Lloth była ze mną! Za dusze poległych sprowadziła na materialny plan 2 wspaniałe pajęczaki. Gdy Fechmistrz umierał w męczarniach rozrywany przez pająki, szeregi piaskowego ludu przerzedziły się, ale czy jedynym powodem była Moc Lloth? Kilka uderzeń serca i oddziału już nie było.
To była wspaniała noc, niczego więcej mi nie było trzeba prócz Łaski Bogini. Na horyzoncie pojawiły się tumany piachu, wiatr zaczął szamotać płaszczami, kolejna armia?
To nie wszystko, Drodzy Czytelnicy. Już nie długo...
Z wyrazami szacunku dla Darogana.
Z wiadomych powodów nie podobał mi się wstęp :cool: natomiast całe opowiadanie ładne zwłaszcza tekst modlitwy.
P.S. Ach te masówki Darogana :mrgreen:
Nom, pierwsza klasa. Czyta sie gladziutko.
Właśnie przeszliśmy przez mój magiczny portal, który na chwile połączył przejściem Aurin i wyspę nieopodal, na której znajdowała się twierdza piaskowych ludzi. Werfen ochoczo rzucił się na przednia straż.
Dziesiątki rozprutych ciał pod nogami to oczywista konsekwencja podróżowania z drowim fechmistrzem. Nie da się nie zauważyć, że zabijanie leży w ich naturze, ale ja wierze w to, że Werfen jest inny niż pozostali. Jest dobrym, wiernym przyjacielem i nie raz już uratował mnie z opresji. Poza tym ... kocham patrzeć na to jak walczy. Czysta pasja. To już nie jest zwykły mord, to coś więcej ... jak taniec, albo muzyka.
Pamiętam, że wtedy trochę się zmyśliłem, zanim Werfen nie zawołał i nie wskazał mi kilku zbliżających się magów. Wystarczyło, że skinąłem głową Rosomakom, które tylko czekały na polecenie. Pustynia była jednak po mojej stronie. Zostawiłem Werfena w tyle i poprowadziłem Rosomaki do podziemi, musiałem je przygotować.
Żuk Runiczny, bo to on był właśnie naszym celem tamtego dnia, to fascynująca istota. Nie przypominam sobie w całym znanym mi świecie innego stworzenia, które posiadałoby pancerz choć zbliżony wytrzymałością do tej chityn pokrytej rozmaitymi runami. Przy nim nawet powiedzenie "twardy jak skala" wydaje się być niewystarczającym. Pojedynczy wojownik mógłby stanowić dla niego łatwa przekąskę i jestem niemal pewien, ze na to właśnie liczył, gdy zobaczył drowiego fechmistrza biegnącego wprost na niego. Nie spodziewał się jednak na pewno moich pupili. Nawet dwa dobrze prowadzone rosomaki są w stanie zastąpić małą armie.
Werfen rozpoczął kolejne przedstawienie. Błyskawiczne uniki, parowania. Wielki młot co chwile uderzający w ciało przeciwnika. Nareszcie moje dzielne bestie, które przy pomocy swoich potężnych szczęk w mgnieniu oka sprowadziły Runicznego Żuka do poziomu. Gdy Rosomaki trudziły się z chitynowym pancerze, by móc się nasycić, ja zabrałem co cenniejsze przedmioty ze skrzyni, której jeszcze przed chwila pilnował przerośnięty owad, a aktualny posiłek moich podopiecznych. Skinąłem na Werfena i zacząłem inkantacje czaru otwierającego portal z powrotem w bezpieczne miejsce.
Nie jestem w stanie zrozumieć co dokładnie poszło nie tak, pamiętam, że tuż przed zakończeniem inkantacji słyszałem jakiś krzyk. Pewnym jest, że ktoś umyślnie musiał zmienić punkt docelowy portalu, który właśnie otworzyłem.
Znaleźliśmy się ponownie na pustyni, nie tej okalającej twierdzę na wyspie, ale odległej, bo tej znajdującej się w samym centrum Ilshenaru. Wylądowaliśmy nieoczekiwanie dokładnie na tyłach sporego oddziału pustynnych wojowników. Jak to powiedział później Werfen, na tyłach ich armii. W zasadzie nie mieliśmy czasu na zastanowienie. Drow puścił się pędem przecinając ich bojowy szyk. Ja poprowadziłem Rosomaki i udało się.
Niespodziewanie niedobitki oddziału rozbiegły się, ale myślę, że to nie my wzbudziliśmy ten popłoch. On przeczuwały, to o czym my mieliśmy dowiedzieć się chwile później. Wiatr zaczął szybko przybierać na sile, a w oddali można było dostrzec idące prosto na nas kłęby pustynnej burzy. Ruszyliśmy pędem w przeciwnym kierunku.
Pamiętam, że tamtego dnia zrobiło się ciemno jak w najczarniejsza noc. Mieliśmy szczęście. Wielkie szczęście. Schroniliśmy się w bezpiecznych murach Wiecznego Miasta. Wtedy też dowiedziałem się, ze zamknięte jak dotąd dla śmiertelników miasto zamierza urządzić wielki turniej. Uczestnicy mieliby rzekomo zostać podzieleni na dwie części, a następnie miałoby dojść do wielkiej walki pomiędzy nimi. "Arena Ilshenar urządza turniej!" - tak zdaje się brzmiały słowa pożegnania Władcy Wiecznego Miasta, z którym przyszło mi się rozmawiać osobiście.