DM2: Dziedzictwo Mistrzów

Forum Projektu DM2 => Przygody => Wątek zaczęty przez: embe w 2009 06 20, 16:36:21

Tytuł: Oblężenie Vesper
Wiadomość wysłana przez: embe w 2009 06 20, 16:36:21
- Powitać! - krzyknął żołdak otwierając z hukiem drzwi warsztatu - Trzeba nam młodych mężczyzn, zdolnych utrzymać broń w ręce!
Za hałaśliwym strażnikiem do warsztatu Majstra dostojnym krokiem weszła Kapitan Straży Vesper, kusząco kołysząc biodrami. Kuta na zamówienie zbroja idealnie podkreślała krągłości kobiecego ciała. Piękne długie włosy opadały na jej ramiona. Zmierzyła wzrokiem osoby znajdujące się w pomieszczeniu. Starego majstra i jego młodego pomocnika. Przez drzwi zaglądało jeszcze dwóch strażników. Stary majster wzruszył ramionami, gdy wzrok Pani Kapitan spoczął na nim. Młodzian pomagający w warsztacie lekko się zaczerwienił w obecności pięknej, dojrzałej kobiety.
- Jak wam na imię chłopcze?
- Ystven, Pani - dwudziestoletni chłopak spuścił wzrok.
- Twoja ojczyzna Cię potrzebuje, Ystvenie! - padła wyuczona i chyba często powtarzana formułka.
- O Pani... Kiedy ja nawet walczyć nie umiem, jam tylko prostym czeladnikiem.
- Wierzę w Ciebie mój chłopcze. Każde ramię zdolne utrzymać broń liczy się gdy trzeba bronić Księstwa!
Młodzian zacisnął zęby i kiwnął głową. Może to nagły przypływ patriotyzmu, a może widok idealnych zaokrągleń w napierśniku Pani Kapitan i wyobrażenie tego co się po nim kryje. Kto wie... Chłopak popatrzył na swojego starego mistrza.
- Rozumiem chłopcze. Idź. Nie przynieś mi wstydu.
- Za dwie godziny pod bankiem! - krzyknął żołdak wychodząc za swoją przełożoną. Nawet nie popatrzył na przyszłego obrońcę Vesper. Był zajęty obserwowaniem kołyszących się bioder Pani Kapitan.


- Matko... - rzucił wchodząc do małego mieszkanka nad karczmą.
- Słyszałam już o wszystkim synku... - rzekła łamiącym się głosem, przytulając syna. - Przygotowałam Twój ulubiony obiad...
Ystven siadł do stołu. Drżącymi ze strachu dłońmi próbował pokroić upieczonego morszczuka, pokropionego sokiem z cytryny. Starał się unikać załzawionych oczu matki. Nie chciał żeby widziała, że się boi.
- Na twoim posłaniu, leży skórzana zbroja ojca. Weź ją... - rzekła gdy skończył jeść.
Zarzuciwszy na siebie ćwiekowane skóry, ucałował matkę w policzek i wyszedł z izby.

Gdy szedł przez rynek w stronę banku miał wrażenie, że jego nogi zmieniają się w dwie bele bawełny niezdolne nieść go dalej. Próbował myśleć o czymś przyjemnym... Próbował sobie wyobrazić zapach włosów Pani Kapitan, albo ciepło jej ciała pod palcami. To dodawało mu otuchy.
- Nazwisko! - ochrypły głos strażnika wydającego broń ochotnikom, wyrwał go z transu.
- Rzepa, psze pana. Ystven Rzepa.
Strażnik ocenił go krytycznym spojrzeniem  - Długa włócznia! Pierwszy szereg, most! NASTĘPNY!
W dłonie wciśnięto mu kawał drewna zakończony żelaznym grotem.

- Jaki przydział? - cudowny głos pani Kapitan powitał go na moście.
- Pierwszy szereg, proszę Pani...
Doświadczona Pani kapitan spojrzała z troską na młodziaka. Zrobiło jej się żal tej młodej twarzy, naiwnie patrzących niebieskich oczu i zmierzwionych jasnych włosów. Ech, gdyby tylko była trochę młodsza... Chociaż coś w spojrzeniu młodziaka mówiło jej, że różnica wieku nie gra roli. Zmrużyła oczy próbując sobie coś przypomnieć.
- Ystven, tak? Młody majster?
"O Araknaselu! Ona pamięta moje imię!" pomyślał.
- Dobrze pamiętam?
- Tak Pani! - odparł wyrwany z zamyślenia
- Wszystko będzie dobrze chłopcze. Ostrym końcem w stronę wroga. Tępy oprzyj o jakieś zagłębienie. Służysz pode mną, stań tutaj. Wieczorem będziemy świętować zwycięstwo.

___________

Coś na granicy słyszalności cały czas dudniło w uszach. Najpierw myślał, że to krew pulsująca w skroniach, ale to coś było co raz głośniejsze. W szeregu razem z nim stali podobni jemu młodzi ludzie.
- To ich bębny, nadają rytm maszerującym wojskom! - wyjaśniła Pani Kapitan.
W istocie, dźwięk bębnów był co raz wyraźniejszy. Słychać już było dudnienie ciężkich butów dziesiątek żołnierzy wroga.
Ystven zacisnął dłonie mocniej na drewnie włóczni. Zimny pot spływał mu wzdłuż kręgosłupa. Serce waliło jak szalone. W powietrzu niemal czuć było unoszący się zapach strachu. Ktoś nerwowym szeptem modlił się do któregoś boga.
Pierwsze przeraźliwe cienie pojawiły się w zasięgu wzroku.  Horda orków wynurzała się z gęstwiny lasu. Za pierwszymi szeregami widać było ogromne wieże oblężnicze ciągnięte przez spocone, muskularne bestie. Nogi ugięły się pod młodym rzemieślnikiem, drżące i mokre od potu ręce ślizgały się na drzewcu. Odrażające, krępe postaci zbliżały się w stronę mostu.
- Zostać na stanowiskach! Opuszczających barykadę czeka pewna śmierć! Zachować spokój! Liczy się dyscyplina!
Krzyki dowodzących brzmiały w uszach. W stronę barykady zbliżały się pierwsze grupki wrzeszczących orków. Odziani w skóry, nie osłonięci żadnym pancerzem, biegli w stronę obrońców. Ystven czuł jak ze strachu odpływa ciepło z jego dłoni. Nie pomagało już nawet wyobrażenie ciepłych dłoni Pani Kapitan obejmujących go po obiecanej uczcie na cześć obrońców.
Pierwszy ork wbiegł na most. Strzała rozszarpała mu gardło. Padł na deski trzymając się za gardło i wierzgając nogami.
"Dzięki Bogom za naszych łuczników" - pomyślał.

Kolejne ciała padają na trawę polany udekorowane strzałami, bądź zwęglone przez błyskawice ciskane przez magów.


Ryczący orkowie zbliżają się mimo gradu strzał i zaklęć ofensywnych rzucanych przez magów. Chwila nieuwagi łuczników i dwaj orkowie podbiegają do linii obrońców, wymachując prymitywnymi broniami. Pierwszy z nich rzuca się w stronę Ystvena, podnosząc obuch do uderzenia. Kilka kroków przed ostrym grotem włóczni wybija się do skoku. Ystven unosi włócznię, mierzy grotem w brzuch napastnika.
Pchnięcie.
Przeraźliwy wrzask rozdziera uszy młodzieńca. Żelazny, pordzewiały grot zagłębia się w ciało ciężkiego orka i przebija je na wylot.
- BRAWO MŁODY!
Ork łapie kurczowo drzewiec włóczni i charcząc upada bezwładnie na ziemię, wyrywając włócznię z mokrych od potu dłoni Ystvena. Nad ciałem wijącego się w ostatnich konwulsjach orka, nawet nie zwalniając, przeskakuje muskularny, krępy ork z gębą pokrytą bliznami i krzywymi zębami. Wrzeszczy wyrywając strzałę, która ugodziła go w ramię. Unosi zakrzywioną szablę nad głową bezbronnego majstra.

Ystven pomyślał o wielkim święcie z okazji zwycięstwa nad napastnikami. O wspaniałym balu odbywającym się na rynku skąpanym w czerwonych promieniach zachodzącego słońca. Wyobraził sobie Panią Kapitan w wieczorowej sukni z głębokim dekoltem, pomyślał, że odważyłby się zaprosić ją do tańca. Marzył by nie skończyło się na tańcu... Mignęła mu jeszcze twarz matki szyjącej mu nową koszulę. Potem poczuł tylko przeraźliwe zimno stali wdzierającej się w jego ciało...


______________________________________________________________

Ten owoc porannego ataku grafomanii dedykuję młodym obrońcom Vesper.
Tytuł: Oblężenie Vesper
Wiadomość wysłana przez: embe w 2009 06 22, 10:14:28
Szczerze mówiąc, spodziewałem się jeszcze kilku krótkich historyjek zawierających się w tym wydarzeniu. Choćby relacjonujących akcje sabotażowe.
Tytuł: Oblężenie Vesper
Wiadomość wysłana przez: fenri w 2009 06 22, 11:53:05
Anubis, bo tak nazwał Drahonian swoje nowe znalezisko, był jeszcze bardzo młodym okazem. Jak na swój wiek jednak wykazywał się nadzwyczaj dużą ruchliwością. Młode pajęcze lordy rzadko wychodzą z gniazd na samodzielne polowania, a nawet jeśli to robią chowają się gdy tylko wyczują człowieka. A węch trzeba im przyznać mają doskonały. Nim osiągną pełnie sił i rozmiarów potrafią latami mieszkać w wykutych przez Tethran grotach, od czasu do czasu wyglądając jedynie na posiłek. Z jakichś niepojętych dla Drahoniana przyczyn, pajęczy lud, mieszkający w twierdzy niedaleko miasta Papua, uznał pajęcze lordy za objawienie swojego bóstwa. Młode nie muszą więc walczyć o przetrwanie, jak większość dzikich zwierząt. Tethranie składają im bowiem w ofierze ledwo żywe zwierzęta, które te z łatwością pożerają i trawią w zaciszu wielkich grot. Pewnie to jest głównym powodem dlaczego w walce, zwierzęta te nie radzą sobie z często mniejszymi od siebie przeciwnikami...
   Drahonian, od prawie roku odwiedzał twierdzę na mokradłach. Chciał schwytać jednego z młodych pajęczych lordów i dokładniej zbadać jego zalety i słabości. Zakradał się za dnia pod grotę (trzeba tu zaznaczyć, że stworzenia te w dzień przeważnie śpią) i z bezpiecznej odległości obserwował poczynania pajęczego ludu i dorastanie młodych osobników. Od jakiegoś czasu szczególnie przyciągnął jego uwagę jeden z nich. Zawsze, gdy Tethranie porzucali przed grotą zwierzęta, zjawiał się natychmiast. Inne okazy były bardziej nieufne. Czekały aż pajęczy wojownicy oddalą się i wtedy nieśmiale zabierały się do uczty. Ten nie czekał na nic. Rzucał się na zwierzynę gdy tylko dotknęła ziemi. W przeciwieństwie do swych braci, nie wstrzykiwał jej jadu i nie czekał aż mięśnie zwiotczeją. Szarpał ja swoimi mocnym szczękoczułkami i pożerał co mniejsze kawałki, resztę zostawiając na ziemi. Nigdy nie najadał się do syta, aby potem leżeć i trawić ofiarę całymi dniami. Wyglądało jakby cały czas chciał być gotowy do walki. Było w nim jeszcze coś wyjątkowego, co czarodziej zauważył dopiero po pewnym czasie. Jego odwłok połyskiwał kolorem podobnym do rubinów.

   Pewnego dnia Drahonian, jak zwykle udał się do twierdzy Tethran. Już od samego początku wiedział, że to nie będą rutynowe oględziny. Nieopodal miejsca, do którego zwykł się przenosić za pomocą magii leżały zwłoki jednego z pajęczych wojowników. Czarodziej domyślał się co to oznacza. Pewnie jakaś banda nieokrzesanych wyznawców Asmodaya urządziła sobie tu polowanie, zabijając wszystko co się rusza. Zwykle w takich sytuacjach wracał do miasta, odkładając oględziny na inny dzień. Tym razem jednak coś szczególnego zwróciło jego uwagę. Starając się nie wydawać żadnego dźwięku zakradł się do zwłok. Ich widok zdumiał go niesamowicie. W całej Sosarii nie widział nigdy broni, która zostawiałaby takie ślady. Zwłoki wyglądały jakby coś rozszarpało je na kawałki a następnie pożarło część wnętrzności. Drahonian pomyślał o wilkołakach, ale w tych stronach bywały rzadko. Poza tym bliżej wejścia widział krzątających się pajęczych wojowników, a przecież wilkołak musiałby jakoś dostać się do serca twierdzy. Z zadumy wyrwał czarodzieja odgłos walki dobiegający ze wschodu. Nieraz obiecywał już sobie, że przestanie pakować się w kłopoty, ale i tym razem ciekawość wzięła górę. Ostrożnym krokiem ruszył w stronę grot zamieszkiwanych przez młode pajęcze lordy.

- Na Raaydila !

Krzyknął gdy zobaczył co dzieje się w pobliżu wejścia do największej pieczary. Wokoło walał się co najmniej tuzin martwych pajęczych wojowników a rozjuszony pajęczy lord w śmiertelnym uścisku zwarł się z Matriarchą. Drahonian chwilę przyglądał się pojedynkowi wyczekując odpowiedniej chwili. Gdy siły opuszczały już ukąszoną Pania pajęczego ludu, wyszeptał słowa zaklęcia ogłuszającego i gestem dłoni cisną magiczną energię wprost w młodego lorda. Dorosły osobnik prawdopodobnie jedynie na chwilę odczułby skutki takiego czaru. Ten jednak był jeszcze młody i na dodatek bardzo wyczerpany pojedynkiem. Drahonian wykorzystał ten czas, by wydobyć z plecaka linę i skrępować wszystkie odnóża pająka. Zabezpieczył również zęby jadowe, przywiązując do nich z obu stron odpowiednio wcześniej wystrugane kawałki drewna. Gdy pająk odzyskał przytomność był w stanie jedynie wić się po ziemi. Nie zagrażał już jednak w żaden sposób życiu czarodzieja.

   Po upływie przeszło miesiąca treningów i stosowania magicznych preparatów i zaklęć Anubis – bo tak nazwał pająka Drahonian, był już gotowy. Dla czarodzieja znaczyło to dwie rzeczy. Po pierwsze osiągnął już rozmiary dorosłego osobnika. Po drugie magia sprawiła, że słuchał rozkazów Drahoniana bezgranicznie. Większość treserów nie używa zaklęć, by przekonać bestię do swojej woli. Czarodziej jednak wolał mieć pewność. Poza tym taki trening trwał znacznie krócej. Do dopełnienia wszystkiego pozostało jeszcze jedno. Trzeba było sprawdzić jak Anubis radzi sobie w prawdziwej walce. Do tej pory kazał mu jedynie polować na mniejsze leśne zwierzęta, oraz testował jego możliwości w starciu z przywołanymi żywiołami. Walka taka odbiegała znacząco od tego, czego Drahonian oczekiwał. Owszem, pająk radził sobie wyśmienicie, ale sytuacja zawsze była pod kontrolą maga. Nigdy nie było żadnego zagrożenia życia i w jakiś sposób Anubis wydawało się zdawał sobie z tego sprawę. Często bawił się jedynie ze zwierzyną specjalnie długo nie wyprowadzając śmiertelnych uderzeń. Drahonian bardzo ucieszył się na wieść o tym, że Vesper potrzebuje wsparcia. Nie przepadał bardzo za tym miastem, ale kiedyś zaciągnął dług u rodu La'Vey, a miał w zwyczaju zawsze takie długi spłacać. Poza tym to była doskonała okazja do sprawdzenia jak Anubis zachowa się w obliczu prawdziwego zagrożenia.

Zanim jeszcze dzwony wezwały wszystkich obrońców Drahonian i Anubis stali na placu przed bankiem. Czarodziej podszedł do komendant tamtejszej straży i ukłonił się, oferując swoją pomoc.


---------------------------------------------------------------------------------------------------
O tym jak moja postać i dlaczego znalazła się na polu walki. Później, jak ktoś zacznie opisywać samego questa dorzucę coś jeszcze.