Siwy starzec, palcami wyprostował fałdy szaty i zaciągając się dymem fajkowego ziela, płynącego z kunsztownie zdobionego przyrządu do palenia, zwrócił się do siedzącego wokół niego tłumu. Wszyscy z niecierpliwością czekali na kolejną opowieść. Ludzi zdawałoby się bez liku, wypełnili całą, karczmę, skupieni na skromnym staruszku siedzącym na stołku i opierającym się na drewnianym kosturze. Wreszcie ten, odchrząknął i przemówił.
-Przytoczę teraz, przyjaciele, opowieść o pewnym zdarzeniu, które jak myślę, będzie adekwatne do ostatniego wyboru nowego burmistrza. Otóż za czasów mej młodości, w Britani wybrano burmistrza. Człek ten, doszedł do władzy nie po to by pomóc ludowi, czy rozwojowi miasta. Zależało mu tylko na pozycji i wszystkimi sposobami, starał się utrzymać przy władzy, prawie każdy przejaw opozycji tłumiąc w zalążku. Po całym mieście zaczęto szeptać o rzekomym odsunięciu go od władzy. Szala przepełniła się, gdy strażnicy wyznaczeni przez burmistrza zabili omyłkowo syna jednego z głównych działaczy opozycji. Rozpoczęły się wtedy oficjalne przygotowania do wyparcia burmistrza i zaprowadzenia spokoju...- Starzec przerwał rozglądając się po sali. Wokół zapanowała cisza, prócz cichego mruczenia karczmarza i szumu wiatru, na zewnątrz, nie było słychać nic. Staruszek przetarł siwą brodę, zaciągnął się raz jeszcze i rozpoczął główny wątek opowieści -O tym dniu, opowiadano później jako przestrodze dla każdego nowo wybranego burmistrza, że nawet wielu żołnierzy, zdeterminowanych bronić, ówczesnego władcę miasta, nie jest w stanie powstrzymać rozsierdzonego tłumu....
Był dosyć pogodny dzień, jedynie od czasu do czasu chmury przysłaniały słońce. Siedzący przy otwartym oknie swego gabinetu, burmistrz, po raz kolejny wziął głęboki łyk kawy i wdychając rześkie wiosenne powietrze zagłębił się w notatkach rozłożonych na biurku. Nagle od strony podgrodzia, doszedł do jego uszu dziwny hałas. Głosy...krzyki dużej ilości osób i tupot nóg. Westchnął. ,,Kolejny raz przywieźli nowe towary", pomyślał. Jednak hałas, nie zmniejszał się, a wręcz przeciwnie, zdawał się zbliżać w stronę ratusza. Burmistrz niespokojnie poruszył się, i ze stygnącą kawą w kubku, podszedł do okna. Hałas przybierał na sile, zbliżając się do ratusza. Wtem z uliczek zbiegających się na placu przed budynkiem władzy, wyłoniły się nieprzeliczone liczby ludu. Burmistrz zaniemówił. Sparaliżowany widokiem dzikiego tłumu, nawet nie poczuł wylewającej się na jego dłoń kawy....
Barczysty mężczyzna idący na czele tłumu, trzymał w ręku podrdzewiały miecz. Gdy doprowadził ludzi na odległość kilkudziesięciu metrów od strażników stojących przed wrotami ratusza, rozłożył ręce i tłum stanął w miejscu. Mężczyzna obrócił się w stronę ludzi.
-Czy chcemy by naszym pięknym miastem, rządził nadal ten tyran?- wykrzyczał wznosząc miecz. – NIE!!- odpowiedział tłum. –Czy chcemy, żeby jego żołdacy zabierali naszą żywność i zabijali nas bez skrupułów? –NIE!!- wykrzyczeli jeszcze raz. – Więc odbierzmy to co nam należne! Na ratusz przyjaciele!!- wykrzyczał przywódca i wskazując mieczem wrota, ruszył biegiem w jego stronę. Tłum podążył za nim. W oczach mężczyzn i kobiet biegnących na ratusz, znajdował się nie tylko obłęd, ale i.. miłość. Miłość do miasta...
Burmistrz przerażony spoglądał w dół, patrząc jak dziki tłum ściera się ze strażą. Każdy z tych ludzi miał coś w ręku. Pałki, łopaty, noże, topory, kawałki drewna, miecze, paru nawet łuki, cokolwiek, czym można było zabić. Z letargu obudził go kamień, który uderzył w szybę okna. –Bogowie...DO BRONI!!- wykrzyczał i biorąc miecz, który wcześniej leżał schowany w zdobionej pochwie, wybiegł na korytarz.
Pierwsza fala tłumu, nabiła się na wystawione włócznie ratuszowej straży. Jednak w miarę napierania, strażnicy zaczęli się cofać, raz po raz padając pod ciosami tłumu. Przywódca tłumu, zatapiając ostrze miecza w brzuchu jednego ze strażników, wykrzyczał coś, i grupka mężczyzn zaczęła toporami rozbijać zamknięte wrota ratusza. Pozostali strażnicy nie mieli szans. Zatłuczeni, zasztyletowani, zadeptani przez dziki tłum, zginęli, jednakże żaden z nich nie próbował się poddać, czym zdobyli uznanie, za co później zostali pochowani z honorami.
Z wyższych pięter ratusza, na szturmujących strażnicy i służba zrzucali, co się dało. Jednak wrota nie wytrzymały długo i wkrótce ustąpiły. Tłum wlał się do środka...
Starzec przerwał. Ludzie wpatrzeni w niego, ponaglali go wzrokiem by mówił dalej.
Ten wypił łyk piwa. I rozglądając się bacznie zaczął opowiadać dalej.
Tłum wdarł się do środka zabijając każdego, kto miał kontakt z burmistrzem. Nie oszczędzono skrybów, służących, kucharzy, bardów i innych. Ludzie byli zbyt zaślepieni rządzą obalenia władzy, że siekli wszystko, co spotkali na swej drodze.
Burmistrz, wiedział, że nie umknie. Zebrał wokół siebie najwierniejszych żołnierzy. Zostało ich łącznie siedemnastu. Zbili się w koło i czekali na nadbiegających buntowników.
Wtem po schodach wbiegł jeden z chorążych. – Panie, jesteśmy odcięci, mój oddział został odcięty we wschodnim skrzydle. Jedynie mi udało się przedrzeć, sir. Potrzebna nam odsiecz!- wypowiedział szybko młody dowódca. Rozejrzał się w koło. Oczy miał napuchnięte, cały był spocony i czerwony od krwi. –Nie masz, po co wracać, chłopcze. Oni zapewne już zginęli. My tutaj jesteśmy ostatnimi żywymi obrońcami prawa i takimi zostaniemy do końca.- odpowiedział jeden ze starszych żołnierzy łapiąc młodzieńca za ramię. –Nie! Muszę wracać do swoich ludzi! – odpowiedział odpychając rękę żołnierza. Parę minut potem zginął na schodach, pierwej kładąc wokół siebie kilkunastu, jednak nie umiał zatrzymać reszty i padł pod ciosami mieszczan, jego oddział odcięty we wschodnim skrzydle stawiał opór jakiś czas, jednak na wskutek zmęczenia zostali rozbrojeni i wycięci w pień.
Na piętro, zaczęli wbiegać ludzie. Początkowo strażnicy z łatwością zabili pierwszych, jednak nadal napływali nowi. Strażnicy dzielnie stawali, ale nie dawali rady tak wielu parom rąk, w której dzierżono jakiś oręż. Padając, strażnik nie miał szans, został zadeptywany lub dobijany. W końcu burmistrz wraz z dwoma oddanymi żołnierzami został otoczony. Reszta z jego obstawy została zgnieciona przez napierający tłum. –Przyszliście po mnie...jednak pozwólcie odejść moim ludziom..- Wypowiedział ledwo mogąc otworzyć popękane usta. –Nigdy!- krzyknął ktoś, po którym wszyscy powtórzyli. Kilka strzał wbiła się w pierś jednego z strażników, ten padając złapał rękoma fałdy togi burmistrza i osunął się na ziemię. Drugi widząc to bezmyślnie rzucił się w tłum, gdzie dosłownie został rozerwany na strzępy. Burmistrz został sam. Ktoś dał komendę, napięto cięciwy łuków... Upadając burmistrz widział światło wpadające przez okno i oświetlające tłum zgromadzony wokół niego. Leżąc i brocząc krwią poczuł, że ktoś podnosi go za tunikę i szepcze mu coś do ucha. Otumaniony bólem i przerażeniem nie zrozumiał nic. Chwilę potem przyłożono mu sztylet do gardła. Zimno stali i przeszywający ból rozcinanego ciała, był ostatnim uczuciem jakiego doznał, potem nastała tylko ciemność...
Ciało burmistrza zostało spalone, a jego popioły rozrzucone nad rzeką. Żołnierze i służba zostali pochowani z honorami, dziwne, za to, że potrafili walczyć do końca, zachowując dobre imię armii. Wiele miesięcy zajęło przywrócenie ładu w mieście i naprawienie szkód. Jednak nowo wybrany burmistrz godnie wypełnił zadanie mu powierzone nadając imieniu miasta nowy blask...
-..I niech tak samo będzie z tym burmistrzem-zakończył starzec i podniósł prawie pusty kufel. –Jego zdrowie!- wykrzyczeli ludzie. Starzec dopił piwo i ćmiąc fajkę podniósł się na kosturze. Przeciskając się przez tłum doszedł do wyjścia i otworzył drzwi. Wiatr uderzył go w twarz, więc opatulił się płaszczem i pogwizdując zanurzył się w ciemność nocy...
Mój pierwszy post w tym dziale, mam nadzieje i nie ostatni. Na wstępie jedna z historyjek, którą usłszałem siedząc w karczmie, Nie ma to jak wymyślona historia z morałem :lol:
P.s czasem zdania mogą być zagmatwane zbytnio na normalny, zdrowy umysł, ale taki jest już mój styl pisania :)
Wstep niby troszke przynudzony, ale ogołem bardzo fajnie i szybko sie czyta. A zwłaszcza morał :D:D