DM2: Dziedzictwo Mistrzów

Forum Projektu DM2 => Przygody => Wątek zaczęty przez: Thorus w 2010 11 23, 18:11:38

Tytuł: Poczatek przygody a moze i wojny...
Wiadomość wysłana przez: Thorus w 2010 11 23, 18:11:38
...A wrota otchłani sie otworzą
Nagle starzec poczuł mrowienie na prawej dłoni, w jednym momencie podniósł głowę rozglądając się za czymś niespokojny lecz po chwili gdy nic nie dostrzegł spojrzał z powrotem na księgę i schował ja do kieszenie po wewnętrznej stronie jego szaty po czym kreśląc znak methestela nad truchłem demona wypowiedział szeptem parę slow po czym odwrócił się i odjechał szukając kolejnych demonów.

jadąc wśród piasków zaczął wspominać spotkanie z Bedliarem który choć wyglądem przypominał mu demona to nie mógł zapomnieć uczuć jakie w nim drzemały gdy ten pozwolił mu ujrzeć swoje myśli i wspomnienia by móc uniknąć walki.
Tego dnia w akolicie methestela obudziła sie wiara ze dzień który opisuje proroctwo w końcu się zbliża i to od niego zależy czy proroctwo sie spełni czy może stanie się nic nie wartymi słowami spisanymi przez głupca.

W tej chwili z rozmyśleń wyrwał go odgłos galopującego jeźdźca. od razu wspomniał wczorajsze dwa spotkanie z wyznawcami daywadosa wspominając spotkanie z Mekmarem i jego grupa jeźdźców z którego ledwo uszedł z życiem jedynie dzięki szczęściu i kolejne spotkanie w którym uratowała go jedynie sprytna ucieczka gdyż wiedział ze walka ściągnie kolejnych wrogów. Aby uciec wykorzystał niepewność przeciwnika i wdając się w rozmowę podczas której szeptem wypowiadał zaklęcie mające przywołać bramę z księgi portali. gdy tylko był gotów ściągnął uwagę ettina i wskoczył w bramę znikając w momencie gdy magiczne zaklęcie paraliżu musnęło jego twarz i uderzyło w magiczna bramę niszcząc ja lecz jemu już udało się uciec do Yew.

tym razem z rozmyśleń wyrwały go głośne uderzenia kopyt o kamienisty grunt drogi. spojrzał na mężczyznę który był już na tyle blisko by mógł go rozpoznać i pierwsze co rzuciło mu się w oczy to płaszcz z insygniami inkwizytorium. Odetchnął z ulga wiedząc ze słudzy Donara nie podniosą reki na akolitę Methestela.
Stal w miejscu i czekal a gdy jezdziec znalazl sie niemal obok niego uslyszal wydobywajacy sie z jego piersi okrzyk

"w imię świętego oficjum... "

Reszta slow już nie dotarła do jego uszu gdyż widząc bron mknącą ku jego twarzy zapomniał o wszystkim  i w geście rozpaczy w ostatnim ułamku sekundy udało mu się sparować ostrze sztyletem odbijając je o cal od swojej głowy.

W jednym momencie nie myśląc za długo złapał za pudao i popędził kirina nie czekając na kolejny cios mający ściąć mu głowę.

Podczas szaleńczego biegu wiedział jedno ze nie może zabić osoby walczącej po tej samej stronie. Biegnąc postanowił go zgubić. wypadł po moście na zaginione lady kierując się w stronę miasta dzikich plemion lecz i ten manewr się mu nie powiódł gdyż inkwizytor nie odstępował go na krok.
W geście rozpaczy postanowił sparaliżować wojownika lecz w momencie gdy zaczął wypowiadać zaklęcie mające sparaliżować wroga ten jednym precyzyjnym cięciem przerwał koncentracje starca którego czar uderzył w niego samego.
Jedynie dzięki szybkiej reakcji i wypowiedzeniu przeciw zaklęcia akolicie udało się wyrwać ze śmiertelnej pułapki.

uciekając tak wpadł w słępy zaułek i dostrzegając niknące szanse na przeżycie spojrzał na jeźdźca który z każda sekundą był bliżej. Akolita podjął ostatnią próbę sparaliżowania wroga wiedząc ze albo go powstrzyma albo zginie. recytując słowa zaklęcia widział jak jeździec nie zwalnia i wiedział ze zaraz wpadnie na niego rozcinając mu czaszkę. lecz nie pozwolił strachowi by nim owładnął i wypowiadając zaklęcie zatrzymał jeźdźca w miejscu paraliżując jego ciało i wtedy zobaczył ze jego bron zawisła o cale nad jego głową.
Nie czekając aż jeździec się uwolni spod działania zaklęcia popędził konia ku pustyni. zaraz za mostem przywołał bramę i umknął do yew gdzie w końcu odetchnął spokojnie puszczając spienionego kirina aby i ten mógł odetchnąć.

Gdy się uspokoił a jego umysł sie rozjaśnił zaczął się zastanawiać dlaczego wierny Donara próbował mu ściąć mu głowę. Czy to aby nie zdrada kolejnych sojuszników? a może i nowa wojna miedzy bogami. nie myśląc dłużej odstawił spienionego kirina do stajni kupując nowego konia i pognał do świątyni aby w spokojnej medytacji zrozumieć to co się właśnie stało.






Przepraszam ze akcja malo dynamiczna i nie ma tu heroicznych czynów czy walk ale całość starałem sie oddać na faktach autentycznych gdyż poprzez takowy rozwój fabuły wcześniej musiałem zacząć tworzyć swoja historie niż zamierzałem :)

Gratuluje wyznawcy Donara (Inkwizytorowi) takiego cudownego klimatycznego ataku na Akolite Methestela
Tytuł: Odp: Poczatek przygody a moze i wojny...
Wiadomość wysłana przez: Zathaniel w 2010 11 23, 18:46:10
Pocieszające że płacz nie zawszę musi wyglądać tak samo ;D

Świetnie się czyta. Ba! zatrzymanie akcji cudownie potęguje napięcie. Bardzo miła lektura na chwilę czy dwie.

Teraz trochę krytyki:
-Jestem bardzo wyczulony na powtórzenia - spieniony kirin powtarza się dwa razy, wcześniej nazywasz go koniem. Może to jego imię? Pisane z dużej litery wszystko by wyjaśniło.
-Często zdarzają się braki w dużych literach na początku zdania.. Tak, wiem, mało istotne ale.. ale..
Tytuł: Odp: Poczatek przygody a moze i wojny...
Wiadomość wysłana przez: Thorus w 2010 11 23, 19:11:29
ano racja :) duze litery ominolem raczej z lenistwa ;d

a co do mountow to ja nadaje imie jezeli takowego posiadam dluzej niz 2 tygodnie dlatego takie sformulowanie co do niego

A co do placzu. Ja chaos lubie i nie przeszkadza mi jak mnie zabije bo oni umieja poklimacic ale taka sytulacja  to niszczenie fabuly shardu (nie chodzi mi tu o spotkanie z chaosem :) ) wiec musialem nad tym zaplakac w sposob odpowiedni. uwzgledniajac ten wystepek w historii mojej postaci.
Tytuł: Odp: Poczatek przygody a moze i wojny...
Wiadomość wysłana przez: KAroln w 2010 11 25, 19:19:50
Odziany w czerń jeździec pojawił się na zaginionych lądach. Teren w tutejszych krainach, nie da się ukryć, jest ciężki,
co sprawiło inkwizytorowi nieco problemu z rozpoznaniem śladów. Jednak tego w czym uczestniczył tyle czasu nie mógł
nie rozpoznać... - tak, jest tutaj ... zdradziecki zakon-, wyszeptał pod nosem po czym ruszył w stronę pustyni.

Ujrzał Thorusa, bo tak miał na imię zakonnik, który był w trakcie powalania kolejnego demona, co można było wywnioskować po
ciałach leżących wokół. Altharis przywitał się grzecznie po czym wspomniał dawne, niemiłe czasy swojego pobytu w zakonie.
- Dawno się nie widzieliśmy Thorusie, a raczej zdrajco?
*(Thorus) (...)
-Inkwizytor zmierzył wzrokiem zakonnika stojącego bez ruchu.
-Widać teraz nie jesteś skory do rozmowy, Altharis rzekł donośnym głosem.
*(Thorus) (...)
- Z pogardą spojrzał na bladego, nie odzywającego sie zakonnika.
- W imię Świętego Oficjum wymierzam ci kare śmierci, powodem jest zdrada dokonana przez zakon
na całej koronie. Inkwizytor uniósł kosę w góre powoli ruszając w strone Thorusa...

w ramach sprostowania.
- zakon porwał grupę inkwizytorów przetrzymując ich siłą w swoich podziemiach.
Podziemia zostały zniszczone przez inkwizycje a więźniowie uwolnieni.
-Zakon zostaje uznany za instytucje skorumpowaną i zdradziecką stąd atak inkwizytora.
-Magincja zostaje odebrana zakonowi z tytułu wyżej wymienionego.

Biedny Thorus widząc przed sobą inkwizytora zamilkł(może udawał cl?) i nie był skłonny do rozmowy,
obudził się dopiero po ataku ;)

edit: nie jest to jakieś opowiadanie do oceny tylko sprostowanie kłamstw - z czego zakon zawsze był znany.