Szpony mrozu.
Niewielka łania przemierzała pokryty las otaczający Yew w poszukiwaniu pożywienia stawiając ostrożnie kopytka na leśnej ściółce, padał śnieg. Mężczyzna ubrany w spodnie i utwardzoną koszulę ze skóry, której można policzyć kilka lat i zadrapań oraz materiałowe dodatki napiął mięśnie nóg gotowy do wyskoku z krzaków, w których od dłuższego czasu się czaił i zrobił to - wyskoczył prosto na przechodzące obok, zupełnie niespodziewające się ataku zwierzę. Jedno dokładne cięcie, tryskająca z aorty krew, zwłoki.
Człowiek wyszeptał coś nad truchłem łani, uśmiechnął się zadowolony i spojrzał na niebo - lekko zachmurzone, lecz wraz ze śniegiem do lasu przez korony drzew dobijały się promienie słońca, zachodzącego słońca.
- Chyba mam dziś szczęście - powiedział do siebie i potarł czerwoną bródkę po czym zaczął wiązać kopyta zwierzęcia rzemieniem aby przeciągnąć je do swojej kryjówki.
Zostawiali po sobie ślady stóp, większego czegoś - co było truchłem wcześniej wspomnianym - oraz coraz drobniejsze ślady zwierzęcej krwi.
Gdy myśliwy wraz ze swoim łupem dotarł do prowizorycznego szałasu wykonanego z gałęzi, skór oraz futer porzucił dobytek przy kamiennym kręgu ułożonym dla nadania ognisku jakiegoś kształtu. Chwilę później, gdy mniej promieni przebijało się przez knieję ogień zapłonął. Wesoło trzaskające iskierki, kolejna skóra do kolekcji, coraz cieplejszy krąg kamieni, topiący się śnieg.
- Niech ta cholerna zima się już skończy - Czerwonowłosy, ubrany w spodnie i utwardzoną koszulę ze skóry powiedział do siebie siedząc przy ognisku, często mówił do siebie - Wytrzymać tą zimę i mogę wrócić do ludzi, do miasta. Czy chcę? - Zapytał się, na głos, nie w myślach. - W sumie, miałem wszystkiego dość, nawet siebie. Samotność była mi potrzebna ale tak, chcę wrócić - Człowiek ten zdawał się prowadzić jakiś monolog, monolog, który rozstrzygał jego wewnętrzny spór.
Zapadał zmierzch, ognisko gasło, zapach pieczonego mięsa roznosił się po lesie: wabił inne zwierzęta do prowizorycznego szałasu, skórzano-drewniano-futrzanego przetrwalnika. Gdzieś w oddali usłyszeć można było wycie wilka. Myśliwy otworzył oko, tylko jedno zielone oko. Uśmiechnął się.
Wycie z czasem stawało się coraz mniej odległe, a po pewnym, może dłuższym czasie zaczęły towarzyszyć mu powarkiwania i odgłosy łamanych od ruchów łap gałązek w pobliżu wygasającego paleniska.
- Radzę wam odejść - Rzekł donośnie mężczyzna wychodząc z szałasu.
Wataha wilków, wraz z ogromnym, czarnym samcem alfa na czele zaczęła warczeć złowieszczo i obnażać swoje śnieżnobiałe kły. Nikłe światło bijące z wnętrza odbijało się tylko w oczach tych głodnych zwierząt nadając im pewnego blasku - blasku obrazującego chęci przetrwania, za wszelką cenę.
- Odejść, już! - Mężczyzna wrzasnął. Pochylił się do połowy, w jego oczach coś się zmieniło.
Wszystkie, poza jednym - cofnęły się krok w tył. Potężny, czarny samiec wyprostował się i zawył przeciągle. Odpowiedziało mu echo.
A może nie echo? Myśliwy nie wiedział.
W ich oczach, wilka i myśliwego było coś dziwnego - nie blask przetrwania, nie nikłe światło z szałasu, coś dziwnego.
Czarny przywódca watahy skinął łbem do mężczyzny i odwrócił się. Wszystkie stworzenia ruszyły, poza człowiekiem.
Ponowy gest łbem, zachęta?
- Mam iść? - Zapytał człowiek, zaskoczony sytuacją.
Myślicie, że usłyszał odpowiedź?
Roztopy
Obudził się. Polana, a może łąka? Przerwa między drzewami na którą dostawało się tak dużo słonecznego światła, że czerwonowłosy myśliwy musiał zasłaniać oczy ręką zdawała się być naprawdę ogromna. Czuł ciepło promieni ognistej, zdobiącej niebo kuli na swoim ciele. Czuł coś jeszcze.
Zew? Głód? Zdumienie?
Amulet, czuł na swojej piersi przedmiot - wykonany z drewna. Była to wyrzeźbiona w dębie głowa orła, coś w rodzaju symbolu. Pachniała żywicą, sierścią i czymś jeszcze.
- Pora wracać.. - Fidan rzekł do siebie - Tak, już czas.