Schylony między wysokimi krzewami ścinałem krwawy mech, gdy poczułem paraliżujący chłód, wyjrzałem ostrożnie z pomiędzy nich. Strach sparaliżował me ciało, pot ciekł strumieniami z czoła a nogi stały się ciężkie jak kamień. Zamarłem w bezruchu obserwując postać w czarnej szacie na martwym koniu, przybywali kolejni wojownicy coś co przypominało anioła a raczej upadła istotę, która niegdyś była aniołem. Zebrali się blisko krzaków, w których klęczałem. Chciałem uciekać czym prędzej jednak rozsądek podpowiadał by ani drgnąć i czekać aż sobie pójdą. Byłem wstanie usłyszeć co mówią, czekali na ostatniego. Po kilku chwilach z cienia wyłoniła się kobieta widmo. Postać w czarnej szacie wyglądała na wyraźnie poirytowaną, podziękowała za przybycie i rozpoczeła monolog. Zebrani słuchali go motywem przewodnim spotkania było opuszczenie maga w czerni ich szeregów oraz tego kontynentu. Gdy zakończył, każdy po kolei z zebranych powiedział, iż w zaistniałych okolicznościach postąpi tak samo. Widmo niczym cień rozpłynęło się w powietrzu, Stworzenie przypominające anioła odleciało na swoich zielonych skrzydłach, wojownicy pojechali w różne strony... Pozostał sam mag w czerni ze spuszczona głowa inkantował zaklęcie gdy zakończył zniknął a w raz z nim chłód, który paraliżował me ciało.
*Dziennik nieznanego zielarza*
Zielarz woli pozostać anonimowy :]. Dobra opowiastka.