- Nareszcie... - sykliwy głos rozlegl sie tuż za plecami iaurhin'a. Ten gwałtownie wyrwał ostrze z ciała pokonanej przed chwilą bestii i spojrzał przez ramię. Pancerny smok mruknął niespokojnie, lecz opanowany głoś iaurhin'a szybko go uspokoił.
- Nareszcie Cie odnalazłem Corvinie... - stojąca pare metrów dalej w korytarzu blada postać wbijała w Pielgrzyma swe krwiste ślepia.
- Szukałeś mnie Panie ? - wciąz trzymając dobytą broń, Corvin zszedł ze smoka.
- Tylko iaurhin może mi pomóc, a wszak jesteś jednym z nich - sykliwy głos stał się jeszcze upiorniejszy, kiedy wampir spróbował się uśmiechnąć.
- Jak mnie odnalazłeś - instynktownie wyczuwając, że istota o dziwo nie ma złych zamiarów, Corvin schował broń i zbliżył się kilka kroków.
- Wytrenowano mnie bym Cię odnalazł Corvinie - lodowaty chichot poniósł się echem po jaskiniach - Mój Pan twierdzi, że jesteś kluczem do tego, czego szukamy. Jesteś wszak jednym ze "śniących" - bardziej stwierdzenie niż pytanie zdziwiło Pielgrzyma. Niewielu wiedziało o mocach, jakie posiadają iaurhin.
- Nie mylisz się. Jestem nim - Szary Pielgrzym wciąż nie pojmował, do czego zmierza Poszukiwacz. Myśli istoty były mętne, nie potrafił ich przejrzeć. - Racz mówić Jaśniej Panie, jestem w stanie pomóc, o ile jest to w mej mocy i zgodne z mymi zasadami.
Poszukiwacz przez chwile przyglądał sie badawczo temu, którego szukał. Iaurhin wyczuł zimny dotyk jego myśli, próbujących czytać w jego własnych. Zamknął umysł, blokując sondowanie wampira. Ten uśmiechnął sie paskudnie.
- Szukamy kogoś, a raczej tego, co z niego zostało. Organicznych szczątków. Tyle na ten czas musi Ci wystarczyć. Twa pomoc jest ważna...Strażniku - wymowne spojrzenie i nacisk na tytuł, którym niewielu ma w zwyczaju nazywać iaurhin, dało Corvinowi do zrozumienia, że sprawa jest ważna i ma szersze spektrum. Wyczulony instynkt podpowiadał, że powinien się tym zająć.
- Zatem chcesz, bym odnalazł jego ślad...Dobrze, ale potrzebuję "kotwicy", czegoś silnego co poprowadzi mnie do poszukiwanej świadomości. A biorąc pod uwagę fakt, iż cel jest martwy od jakiegoś czasu, będzie to trudne, a "kotwica" musi być wyjątkowo silna.
Poszukiwacz w milczeniu wpatrywał sie w Szarego Pielgrzyma dłuższą chwilę.
W mych żyłach płynie Jego krew...Czy to wystarczy? - sykliwy głos był ledwo słyszalny.
- Aż nadto...
CDN
Myśl błądząca w mroku...nić...delikatny ślad...ledwo dostrzegalna ścieżka do dawno zapomnianej świadomości...tak samotnej...zagubionej...Ślad gubi się, wije...pochwycony znów mocniej przyciąga ku swej tajemnicy...
Szerokie korytarze oświetlone blaskiem wspomnień...płomień strzegący tajemnicy...gorąca bariera nieprzebytych granic snu...tak realna...postać majacząca gdzieś na skraju...Iść, podążać za nią...myśli płyną...sen zmienia się...wiruje...
Pustka...gwiazdy pod stopami wskazują niewidzialną drogę wśród niebytu...głosy zewsząd...tak wiele głosów...niezrozumiałych, stłumionych, nakładających się na siebie nawzajem...Jeden głos słyszalny wyraźniej gdzieś z głębi...
Samotna postać stojąca pośród zmąconych wspomnień...
- Tak Panie, widziałem Ją...bałem się Panie...Tak, kobieta o czerwonych włosach...Panie...Ona...była straszna...patrzyła na mnie tak...drapieżnie..ugryzła mnie! Patrz Panie, o tu!
Gwałtowne wspomnienie niczym lodowaty sztylet wbija się w sen...pochwyca myśl zanim ta zdoła się wycofać...
- Mam Cie...- czerwone włosy, krwiste spojrzenie pięknej bladej twarzy...lodowaty oddech zbliżających się sinych ust...Ból...tak bardzo realny....prawdziwy? Nie..to sen...Gorąca krew spływająca po szyi...sen...to sen..Myśli spinają się...uścisk zelżał...puścił...
Corvin otworzył oczy. Leżał w małej jaskini, tej samej w której zaczął swą podróż do świata snów. Nad nim stał Poszukiwacz wpatrując się w niego wyczekująco. Ciepło na skórze przyciągnęło mimowolnie dłoń ku sobie.
- Co się tam działo ?! Miotałeś się jak opętany, uniosłeś się w górę po samą powałę. Ledwo udało mi się Ciebie ściągnąć na ziemie! - w sykliwym głosie Poszukiwacza dało się wyczuć przerażenie.
- To...było tak bardzo realne... Prawdziwe...- Szary Pielgrzym nie mógł oderwać oczu od swej dłoni, na której widniały ślady świeżej krwi...
Miewałem już dziwne sny jednak żaden z nich nie był tak rzeczywisty... Ta kobieta... Ból i cierpienie... I te jej oczy...
obudziłem się zlany zimnym potem jednak nie przypuszczałem ze za sprawa jednego snu może zmienić się tak wiele.
Kilka godzin później, siedząc w karczmie przy dzbanie zimnego piwa dostrzegłem ja...Postać z mego snu wmaszerowała do pomieszczenia i przysiadła się do mojego stolika... Te oczy, to niewątpliwie była ona. Spojrzała na mnie i ujęła moją dłoń i wtedy znowu wszystko odpłynęło... Następne wydarzenia pamiętam już jakby przez mgle... Dziwne miejsce, coś pośród niczego... Bagna... Ten posąg... A może to był człowiek? rzeczy o których mówił, czy to w ogóle jest możliwe? Potem ta przeklęta wieża...Dlaczego tam było tak zimno? Nie mogę z tego nic zrozumieć... Wtedy pojawił się ten wędrowiec... Kim on był... A może to wszystko tylko kolejny sen?
Dzisiejsza noc, sny znów powróciły...Tym razem śniłem o kimś innym...Byłem kimś innym... Widziałem ją, była taka piękna... Jej czerwone włosy opadały swobodnie na odsłonięte ramiona... Uśmiechała się, pokazując swe długie śnieżnobiałe kły, patrząc mi w oczy... Na jej ustach była krew... błękitna... Moja krew... Na pewno moja? Wciąż jeszcze czułem na sobie jej oddech, zimny a zarazem pełen ciepła... Obudziłem się w środku nocy, gdzieś w oddali dało się słyszeć wycie wilka... Sen minął, jednak nadał czuje jej obecność... Ta więź... Czuje... Jakby... jedność dusz?
Napiszcie wszystko, a nie co chwile się loguje i muszę z niecierpliwością czekać na kolejne części :) *zaciera ręce*
Mam wrażenie ze o czymś nie wiem.
przyjemnie sie czyta ;)
Mam na imię Eqel. Zacznę od tego, że nie jestem stąd. Nie opisze Wam świata, z którego pochodzę, ponieważ i tak byście tego nie zrozumieli. Zresztą to nie ważne. Opisuję moją niebezpieczną przygodę mając nadzieję, iż w razie nie przewidywalnej sytuacji stanie się ona wskazówką ułatwiającą pojmanie sprawcy tragicznych mordów.
Mamy 14 dzień roztopów. Kilka dni temu byłam świadkiem morderstwa człowieka i nie był to prosty mord, który pozbawił by ostatniego tchnienia w ciągu chwili. Ofiarę torturowano za pomocą przerażających zaklęć. Nie zgłębiłam jeszcze tajników magii, ale przypuszczam, iż nie były to powszechne zaklęcia, których nauczają w Akademiach Magii. Mężczyzna konał w niewyobrażalnych mękach. Czary tajemniczego mordercy zdawały się niszczyć ofiarę od wewnątrz, jego ciało wiło się po podłodze, a kończyny wykręcały we wszystkie strony. Całości towarzyszył cichy, ale jak bardzo wypełniony bólem krzyk ofiary.
* szlaczek oddzielający zdania *
Nie czas mi opowiadać o cierpieniach. Wrócę, więc do samego początku.
Nie całą klepsydrę przed tragedią przesiadywałam w bibliotece pewnego mrocznego księstwa, studiując tamtejsze księgozbiory. Pomieszczenie było jak zwykle poste. Była noc. Tamtejsi mieszkańcy mają to do siebie, iż nie przepadają za marnotrawstwem czasu i wykorzystują każdy moment swej tajemniczej egzystencji na wyprawy, których celu nie znam i mam nadzieję, nie będę miała okazji poznać. Rzadko bywam w tym miejscu za dnia, ale kiedy już muszę staram się omijać rdzennych, zwłaszcza ich upiornych spojrzeń przesyconych nie pokojem i zarazem pewnym dziwnym pożądaniem. ,,Pewnego razu nawet" *przekreślone zdanie w cudzysłowie*
Znowu się rozpisałam...
Nie mogłam wtedy usiedzieć w miejscu. Lekko zniesmaczona rutyną kolejnej nocy nauki postanowiłam przejść się po długich alejach zakurzonych regałów w poszukiwaniu informacji na temat tajemniczych istot. Tak... tak chyba mogę nazwać kogoś z pogranicza życia i śmierci. Mijając kolejne bez owocne katalogi nie interesujących mnie tematów powoli zaczęłam zdawać sobie sprawę z fiaska dalszych prób. Przechodząc koło ostatniego z regałów straciłam nadzieję. To był ten moment. Tak, dobrze pamiętam. Wtedy właśnie z górnej sali rozległ się huk, który zadudnił po całej kondygnacji pomieszczenia. Tamtejsza biblioteka jest stara jak świat. Powiadają, że jej mury żyją. Powiadają, że szepczą, rzadziej krzyczą, powiadają że niektóre z nich płaczą. Legenda głosi, iż dawniej przesiadujący w bibliotece uczeni zagłębiając się w lekturach zapomnieli o uczuciach pozostawiając je same sobie pomiędzy ścianami, które pochłonęły emocje niczym wilgoć. Ale to nie był ani szept, ani krzyk, ani płacz. Zwykły huk. Mógłby to być spadający kałamarz, książka, globus, cokolwiek będącego na stanie asortymentu bibliotecznego. Moja ciekawość nie pozwoliła bezczynnie czekać. Przekradając się między regałami, zza ostatniego wyjrzałam w kierunku schodów wijących się stromo w górę. Zrobiłam to ostrożnie i wydawać by się mogło, że z całkowitą perfekcją tropiciela. Ale to nie ja tu byłam łowcą. Podążałam skrycie w kierunku epicentrum dźwięku kiedy wnet poczułam intensywne szarpniecie w lewym barku. Tajemnicza siła pociągnęła moje ramię z takim impetem, że w chwilę obróciłam się w druga stronę, mając przed oczami młodą, nie skażoną bliznami twarz mężczyzny średniego wieku, trzymającego sztylet przy moim gardle.
- Kim jesteś? – rzekł zachrypnięty męski głos
Wpatrywałam się w dzikie niczym zwierzęcia zielone oczy człowieka, które przeszywały mnie na wylot, a serce i umysł upoiły strachem jakiego do tej pory jeszcze nie zaznałam.
- Kim jesteś, gadaj! – poczułam silny ścisk kościstych palców i wbijających się prawię pod skórę paznokci
- Jestem czarodziejką – wyjąkałam nie pewnie opuszczając wzrok i zatrzymując go na ciemno czerwonym ostrzu pięknego ale jakże śmiercionośnego oręża.
- Jesteś wampirem, gadaj! – warknął przysuwając sztylet tak blisko, że poczułam jego chłód na krtani, która pulsowała niczym przebudzający się wulkan.
Nie wiedziałam zupełnie o czym mówi. Złowrogi wzrok nie przestał obserwować moich oczu. Moje myśli nie mogły odejść dalej niż krwiste ostrze i dalej niż on sam. Nigdy nie doświadczyłam takiego uczucia. Nawet w czasie ćwiczeń odpornościowych na magiczny paraliż byłam w stanie choćby ruszyć palcem czy zamknąć powieki. Teraz całkowicie nic. Niczym zamrożona na wieki księżniczka czekająca na pocałunek swojego księcia. Ale nie było księcia. Nie było też lodowej księżniczki. Byłam ja – wrośnięta w ziemię niczym drzewo – i on – drwal dzierżący siekierę, która zaraz godzi w pień pozbawiając go na zawsze życia. Patrzyłam w zielone dzikie oczy, a przez myśl przechodziły mi wizję całego piękna, które nieodwracalnie ucieknie , a zarazem miłości i dobroci, którą już zaznałam. Ciepła mojej kochanej Firiel, psot jej łobuziarskiego męża Erestiana. Samotnego, ale nie przesiąkniętego egoizmem ghula Ridlera, który podrzucał mnie radośnie do góry darząc nie zapomnianym lekko upiornym uśmiechem. Wnet cały zamysł przerwały szmery, przeobrażające się w chrypliwy lapidarny, donośny głos. Paraliż minął po części, jakby usta poprosiły go o elementarne uwolnienie zmysłów.
- Pa.. pa.. – próbowałam wyjąkać jednak bez efektownie.
- Mowę Ci odjęło? Skoro już podczas Twojej nieudolności umysłowej doszedłem do konkluzji, że nie jesteś wampirem, powiedz mi co śmiertelnik robi w środku mrocznego zamczyska. Hę? Chyba jesteś za młoda na nałożnicę? A może i one już postradały zmysły wraz z wartościami... jednak nie sądzę. Gadaj no, drugi raz nie ochłonę, a czas mnie nagli. Pamięć masz wybiórczą, czy jakie licho znowu? – wraz z odsunięciem sztyletu od gardła na jego twarzy zrodził się lekki oszczędny, trochę chytry uśmiech. Dłoń nadal ściskała mój bark.
- Panie – westchnęłam z ulgą, a skryta radość jakby ogrzała moje ciało, niczym rodziców dziecka, które wypowiedziało pierwsze słowo – Panie drogi. Nie rób mi krzywdy. Ja... ja... tylko pobieram tu nauki. Ni... Nie... Nie ma na całym kontynencie takich zbiorów jak w tej bibliotece i nigdzie nie znajdę tak doskonałego nauczyciela jak jednego z magów, który jest tutejszym mieszkańcem. On zagwarantował mi nietykalność. Ja tu tylko...
- Starczy – przerwał mężczyzna. Poczułam budzącą się swobodę w lewym ramieniu. Jego kościste palce flegmatycznie zwalniały uścisk – Wygadałaś, że masz tu nauczyciela. Mówisz, iż to mag... analizując mężczyzna. Dobrze gadam? - powiedział pytająco wpatrując się nieprzerywanie w moje oczy.
- Tak, panie
- Zatem, czy Twój mag zna kapłankę Malui? A może Ty ją znasz? Co dziecko?
- Nie wiem Panie o kogo pytasz. Nigdy nie poznałam takiej osoby. – odpowiedziałam już bardziej spokojnie
Mężczyzna syknął przykładając palec do ust.
- Nie ruszając się stąd będzie lepiej dla Ciebie – wyszeptał i podbiegł bezszelestnie do najbliższej ściany.
Patrzyłam na niego z daleka jak ten przykłada ucho do muru i przesuwa impulsywnie głowę w każdą możliwą stronę. Zastanawiałam się nad ucieczką. Odszedł na tyle daleko, że mogłam podjąć się tej próby. Ale z drugiej strony wyczuwałam w nim coś nadzwyczajnego. Kiedy biegł do ściany poruszał się zwinnie niczym pustynny drapieżnik pędzący za uciekającą ofiarą. Nie miałam szans. Przecież w tej bajce to ja jestem antylopą – pomyślałam.
- Już tu są! Niedługo wszyscy zginą. Słyszę słowa leśnych dusz niosących złe wieści. Słyszę ich słowa wyraźnie. – Wciągnął głęboko powietrze zbliżając się biegiem w moją stronę – Wyczuwam tę ogromną siłę. Nie powstrzymam ich. Musisz uciekać. Musisz odnaleźć Corvina i powiedzieć mu, że łowca potrzebuje pomocy. Jeśli będzie za późno znajdź Maelui Ha M.
Łowca stał naprzeciw mnie jednak nie wyglądał już na tak pewnego siebie i tak groźnego jak na początku. Sam czegoś lub kogoś się obawiał. Sam był zwierzyną w zabawie nie znanych mi myśliwych. Cóż to za łowca, który sam jest zwierzyną... z drugiej strony cóż to za zwierzyna, którzy nie boi się łowcy – pomyślałam. Patrzyłam na jego dzikie zielone ślepia, które teraz wypełniał szał i gnieżdżący się gdzieś głęboko niepojętny strach.
- Dlaczego mam uciekać? Legendy mówią, że Mrocznego Zamku strzegą zagubione dusze wypowiadające po wieki formuły zaklęć ochronnych.
- Bujdy! Ten zamek przesiąknięty złem , a nie duszami! - raptownie położył dłonie na moich ramionach i tym razem już delikatnie chwycił je palcami zaczynając trząść mną niczym zabawką, którą trzeba nakręcić aby był z niej jakiś pożytek – Błagam Cię. Znajdź Corvina. Postaram się ich powstrzymać, ale nie potrwa to długo.
Złapał mnie za dłoń. Jego błagające szkliste oczy nie odrywały ode mnie wzroku. Widziałam jak wyciąga ponownie swój sztylet i znowu wyzwoliło się we mnie te samo uczucie przerażenia.
- Znajdę Cie. – przysunął ciemno czerwone ostrze do mojej dłoni – Jeśli tylko będziemy jednością, znajdę Cię – dodał
Próbowałam wyszarpnąć rękę z uścisku jego dłoni ale nie byłam w stanie. Poczułam delikatne ukłucie, jednak nie wystarczająco duże aby można było mówić o jakimkolwiek bólu. Sztylet zamoczył w moim ciele koniec ostrza, a następnie zrobił to samo z dłonią Łowcy. Mężczyzna przyłożył swoją dłoń do mojej i ścisnął z całej siły tak aby nasza krew wypłynęła z nacięcia. Posoka kapała strugami na kamienną posadzkę biblioteki, a my zamarzliśmy w bez ruchu wpatrując się w siebie. Cała przepełniona nie znanymi mi uczuciami nie pewności wpatrywałam się w zielone lekko zmrużone oczy człowieka. Jego twarz nawiedził teraz nic nie znaczący uśmiech. Łowca szeptał coś w po dobie modlitwy pod nosem i kiwał delikatnie głową jakby potwierdzając zdania, których nawet nie wypowiadałam. Poczułam dziwne dreszcze w dłoniach, jednak nie czułam już dotyku mężczyzny. Opuszczając wzrok aby dowiedzieć się czy jeszcze je w ogóle posiadam zauważyłam jak para ciężkich rycerskich butów zrywa się do biegu. Kiedy uniosłam głowę do góry Łowca niczym zjawa rozpłynął się za ostatnim regałem książkowych alei, pozostawiając za sobą echo lewitujących gdzieś między ścianami słów.
- Znajdź Corvina. Uciekaj...
(cDN - gdy znajdę czas)
- Maelui...moja droga.. - Corvin stał przed drzwiami coviańskiego banku, z którego właśnie wyszedł cel jego poszukiwań. Jej gibkie, zmysłowe ciało przykuwało wzrok, zmysłowe ruchu hipnotyzowały, a nieskazitelna uroda piorunowała zmysły. Rubinowe spojrzenie kobiety spoczęło na nim, a on wzdrygnął się nieświadomie na wspomnienie niedawnego spotkania w sferze snów. Uśmiechnęła się...
- Corvinie...mój drogi... - sposób w jaki to powiedziała oraz tasujące spojrzenie jakim go mierzyła nie pozostawiał miejsca na domysły co do zamiarów wampirzycy.
- Pragnę zamienić z Tobą słowo Maelui. Najlepiej na osobności.
- Z przyjemnością Corvinie...prowadź. - czuł na sobie jej głodne spojrzenie, kiedy odwrócił się i skierował w stronę pobliskiej karczmy.
- Zatem szukasz jednego z rodu Everthe? - siedzieli naprzeciw siebie w słabo oświetlonej izbie, w najciemniejszym jej kącie. W mroku oczy wampirzycy błyszczały niczym dwa krwiste świetliki.
- Tak. I wiem, że Ty jesteś kluczem do Jego odnalezienia. - wspomnienie niedawnych śnień stanęło znów żywe przed jego oczami. Te oczy...burza czerwonych włosów...Otrząsnął się w myślach znów skupiając się na swej rozmówczyni. Uśmiechała się w ten dziwny, lodowaty sposób. Czyta w Jego myślach...Nie znosił tego. Opanował się i zamknął umysł blokując sondowanie.
- Być może będę w stanie Ci pomóc. Potem Ty pomożesz mi. Poczekaj tu chwilę - podniosła się i z kocią gracją ruszyła w kierunku wyjścia, świadoma odprowadzającego ją wzroku Pielgrzyma.
Niewielka kryształowa fiolka, którą trzymał w dłoni emanowała mocą i wspomnieniami. Czuł niemal namacalną obecność właściciela krwi, która się w niej znajdowała. Obecność, której szuka.
- To chyba powinno Ci wystarczyć Corvinie ? - szepnęła nachylając się nad iaurhin'em i przysuwając się do jego ciała.
- Tak...to wystarczy aż nadto...- wampirzyca niczym kocica, rządna pieszczot swego Pana wślizgnęła się na jego kolana i objęła jego szyję rękami.
- Zatem czas na moją zapłatę Pielgrzymie. Krew za krew.. - Idealne rysy twarzy wampirzycy zniekształcił nieukrywany już głód, błysnęły białe kły w zbliżających się krwistoczerwonych, pełnych ustach. Corvin ścisnął mocniej kryształową fiolę, zamykając oczy.
- Cel uświęca środki...
no nie przesadzaj az tak zle nie bylo ;]
El, Corv ładnie piszecie ;]
Ostatnie chwile łowcy były rzeczywiście męczarnią, nikt poza pewną - wybraną przez los - kobietą nie mógł go wspierać. Silna więź między czterema istnieniami z każdym dniem narastała, a teraz.. gdy jedna z nich nie żyje... Kto wie jak potoczy się to dalej?
Oni wciąż szukają fiolki.
Kto? Widzą Cię.. słyszą twe myśli..
*Pergamin znaleziony w rubinowej butelce po winie*
'Wybaczcie za moje koślawe pismo ale nie łatwo opisać przygodę, kiedy fale uderzają co chwila w burtę łodzi wielkości drzwi'
W Skara Brea znalazłam się szybciej niż myślałam. Mijając malutkie alejki dawnego miasta elfów spoglądałam co rusz na każdego z napotkanych mieszkańców.
- Gdzie podziały się Twoje elfy. Tak dawno nikt Cię nie odwiedzał - pomyślałam.
Lampy przydrożnych latarni tliły delikatnym niebieskawym blaskiem, który przyciągał rożnorakie owady. Para świetlików radośnie tańczyła wokół metalowego zdobionego słupa, poczym poszybowała wysoko chowając się w rurze straganowego stelarzu.
- A jednak można spotkać tu jeszcze rdzennych mieszkańców, widocznie czas nie zmienił wszystkich.
Wraz z każdym postawionym krokiem mojego kompana - niedźwiedzia Baloom, korona wielkiego dębu powoli odsłaniała wygryziony przez korniki, wiecznie skrzypiący szyld z napisem Bank Tol El Sten. Szarpnęłam mocniej parą wiklinowych lin idealnie spełniających rolę lejców. Baloom czując silniejszy pociąg w prawej łopatce, cicho parchnął, po czym leniwie skręcił. Nagle odczułam intensywny ból dłoni.
Przecież to nie możliwe aby tak nie wielkie nacięcie sprawiało tak nie proporcjonalne powikłania
– pomyślałam instynktownie odrzucając linę.
Wpatrując się martwo w niewielki koślawy strupek, zaczęłam odczuwać pod nim energicznie uderzające tętno. Ból narastał i zdawał się, przemieszcać wraz z krwią odwiedzając wszystkie zakamrki żylne ręki. Potrząsnełam parokrotnie barkiem usiłując zbić puls, choć zdawałam sobię sprawę o fiasku tej infantylnej terapii. Wystarczyły ziarna czasu aby moje ciało zastygło niczym bursztyn w stęchłych glebach Trinsickiej knieji. Przymrużonym wzrokiem przemierzyłam między leniwymi ptakami wtulonymi w karmazynową pelargonię zdobiącą wejściowy łuk ogrodowy, przez aleję usypiających lamp, zamykając oczy na ostatnim wpadającym mi w pamięć szczególe – rozmytym, skrzypiącym starym szyldzie.
Baloom swobodnie maszerował targając na swym masywnym grzbiecie malutki, kołyszący się w rytm podbić barków, nimfowy bursztynek.
Czy ja żyję? Na pewno, martwa nie doświadczyłabym bólu. Czy ja śnię? Nie wiem, ale czym jest sen, w którym się czuje. Ciemność nie dostarczała prawidłowej odpowiedzi na żadne z pytań. Bezdźwięczna próżnia pozwalała dochować najskrytszą z tajemnic. Cisza. Mrok. Nic prócz ciszy i mroku. Podniosłam dłoń, której nie widziałam. Nie wiem nawet czy ją podniosłam. Umysł zamienił wszystko w nicość. Sama byłam samotnym cieniem czatującym niczym łowca w nocnej łunie lasu. Łowca. Tak... on zapewne jest przyczyną. Rana piekielnie parzyła dłoń wysyłając co chwila bolesne komunikaty do reszty ciała. Ścisnęłam mocno pięści aby choć na chwilę doznać ludzkiego cierpienia wywołanego wbijającymi się pod skóre paznokciami. Niestety. Niewielka rana całkowicie stłumiła próbę masohistycznej rozkoszy.
Pozbawiona jakiejkolwiek nadzieji wyobraziłam sobię nowy wynalazek alchemików. Zapałki. Główki siarki pokrywające niewielklie drewienka, odpoczywające w ciasnej adamnytowej zdobionej szkatułce. Tak , czułam się jak jedna z nich. Liczyłam na to, iż ktoś podniesie niewidoczne wieko, ukazując mi ten raz ostatni światło, zanim spłonę na wieki.
Stało się. Mały pudełkowy świat nabierał kontrastów. Szare korony drzew kołyszące się na wietrze, którego szum powoli docierał do zmysłów, delikatnie ocierały gałęziami moją głowę. Zaraz. Ja już nie czuję bólu. Opuściłam wzrok i zauważyłam kształtujące się rysy własnego ciała. Żyję. Tylko nadal nie wiem gdzie jestem. Kontrasty powoli zapraszały do siebie barwy. Wyczuwałam już także intensywną leśną woń, żywy zapach lepkich szyszek wrzucony do jednego kotła z jerzynami, hubą i stęchlizną dalekiego krewnego trawy – mchu.
- Zostaw mnie albo zabij – znajomy chrypliwy głos zaskomlał przeraźliwie z bólu.
Poczułam silny ucisk w nadgrastkach. Intensywne ciarki przeszły po przedramieniu niczym dwa węże, które spacerując swobodnie po ciele ofiary czekają na odpowiedni moment aby zakleszczyć się na dobre. I tak się stało. Nadgarstki splątała magiczna, niewidzialna nić.
- I tak Ci się nie uda. Nikt nie przekona mnie do zdrady. Lepiej zabij od razu – głos docierał zza moich pleców.
Odwróciłam się. Między zaroślami dostrzełgam dwie poruszające się dość dziwnie postacie. Jedną zdążyłam już poznać. Niewielkiego wzrostu, mężczyzna w kwiecie wieku, o pięknej twarzy nie dającej oznak porażek w walce. Łowca. Jego dłonie skrępowane grubą marynarską liną, zakończoną solidnym pirackim węzłem, były powodem komicznie przygarbionej sylwetki.
Za nim szła kobieta. Wysoka, ciemnowłosa, szczupła, przypominająca ubiorem damę lub arystkoratkę ciemiężycielka, popychająca co nóż łowcę w kierunku wzniosłej budowli.
- Zamilcz śmieciu. Niedługo spotkasz swoje przeznaczenie. Lepiej ćwicz mowę. Pan nie lubi nie pamiętania i językowych omyłek. – mocne uderzenie między łopatki łowcy wypchnęło go, aż pod same drzwi.
Nie jestem znana z nieprzemyślanych czynów i nie wiem dlaczego wybiegłam z gąszczu z krzykiem na ustach i znajomo ułożoną pozycją dłoni.
- An Ex Por, An Ex Por, An Ex Por – wypowiedziałam kilkakrotnie znaną mi formułę, po każdym fiasku zmieniając rodzaj inkantacji.
Nic. Całkowity brak efektu. Opuściłam wzrok i nagle uświadomiłam sobię o magicznej mocy, która krępuje moje ręce. Stałam w miejscu i wpatrywałam się w kobietę oczekując jej szyderstwa, czy jakiejkolwiek innej reakcji. Jeśli jest magiem to po mnie, jeśli wojownikiem, zacznie gonić, ale kilka minut życia dłużej mnie nie zbawi – pomyślałam wpatrując się w ciemne, niczym opal oczy, dosłownie zabójczej urody kobiety. Nosząca się arystokracko chwyciła za liny i przyciągneła rychle mężczyzne do siebie.
- Stój tu – warknęła oschle do łowcy nie dażąc mnie choć szczyptą zainteresowania.
Coś było nie tak. Jak to możliwe, żeby złowrogo nastawiona kobieta nie dostrzegła błekitnoskórej nimfy stojącej z nią twarzą w twarz. Cóż. W tym momencie wiedziałam, że tak było lepiej.
Kobieta zapukała kilka razy w mosiążne drzwi, nad którymi widniał zardzewiały napis ,, Pod pijanym lisem" z ledwo wiszącą, przekręconą literą ,,e". Z wnętrza tawerny dobiegł wysoki tubalny głos.
- Hasło
- Kwiatki, badyle, rogi barana, otwieraj drzwi, mam skarb dla Pana. – wymamrotała pod nosem
Kobieta ponownie pociągneła za liny. Złapała łowcę za kark i przystawiła twarz prawie pod same drzwi. Skrzecząca zasuwa została zwolniona, a na przeciw facjaty mężczyzny ukazała się para maleńkich oczu patrzących zza poziomego luftu.
- Ho, ho, tym razem nie przychodzisz do nas z pustymi rękoma
- Nie każ nam marznąć Chochole
- Nie pozwolił bym, żeby gorące danie ostygło Nikczemna. Wejdź proszę.
Zatrzaski zwalniające mosiężne drzwi gromko strzeliły. Piskliwy mechanizm powoli otwierał wrota do nieznanego mi świata spisków i intryg. Woń pieczonej zwierzyny, ziół i chmielu bezopornie wdzierał się do nozdrzy. Kobieta wpychając do środka łowczego pozostawiła na swojej twarzy szyderczy uśmiech, który znikł za zamkniętymi drzwiami.
Byłam w środku. Weszłam. Bez hasła, bez skrępowanego człowieka, który posłużyłby za danie dla mojego Pana, bez podstępu i bez intrygi. Tak. To była wizja. Sen na jawie, jakże prawdziwy. Bez możliwości wpływu na świat, jednak z pewnym dziwnym uczuciem więźi pomiędzy mną, a łowcą. Moje dłonie nadal solidnie skrępowane. Nadal czułam ścisk ręki Nikczemnej na szyji bez radnego łowcy. Czułam jej dłoń. Była zimna i koścista, a niewielki pierścień bezustannie drążył dziurę w moim karku – w jego karku.
Kobieta lekkim skinięciem przywitała się z karczmarzem.
- Gdzie jest? – spytała pewnie
- Chleje – karczmarz podniósł się z siedziska i wzkazał kiwnięciem głowy stół przy którym siedział brotady, dość stary mężczyzna o krępej budowie ciała.
- Chleje mówisz – wypchnęła łowce w kierunku tajemniczego mężczyzny i darząc karczmarza oszczędnym uśmiechem odburknęła
- Niech chleje
Kiedy zbliżali się do krępego degustatora krasnoludzkiego piwa, ten podniósł się z krzesła jakby instynktownie wyczuł ich zapach.
- Masz ścierwo. Brawo. Brawo – opryskliwy głos wraz z oklaskami skupił wzrok paru osób przesiadujących przy pobliskich stołach.
Cięzko mówić o urodzie starszego człowieka, jednak jego interesujący bezpruderyjny ubiór dodawał mu pewnego uroku. Ciemnozielona koszula z szerokim wcięciem w kształcie serka, sięgającym, aż do samego pękpa odkrywała jego bujne owłosienie. Ciało zdobił związany w niby naszyjnik rzemyk, zakończony miedzianym okrągłym medalionem z wtopionym jaskrawo czerwonym kamieniem. Spodnie były na tyle szerokie, że co chwilę podciągał je zapobiegawczo do góry, wydając przy tym odgłosy chrumkającej świni.
- Coraz cięższe zadania dostaje Panie – rzekła kobieta wypychając łowce przed oblicze brodatego mężczyzny.
Łowca próbował utrzymać równowagę jednak zmęczenie strąciło go z nóg. Padł pod samymi nogami tajemniczego człowieka. Starał się wstać o własnych siłach jednak bez fałszywej pomocy silnych rąk każda z jego prób mogła po wieczność kończyć się niepowodzeniem.
- Ustań w miejscu łajzo – wychrząkał spluwając do prawie pustego kufla – No, no. Nie spodziewałem się, że ktoś taki jak Ty może nosić w sobię, aż tak ważne informacje – przemierzył wzrokiem łowcę od stóp do głów
– A jednak! Patrzcie na niego. Język ucieli, czy słowa żeś pozjadał. Stój jak Pan do Ciebie mówi. Patrzcie. Mamy konia na biegunach. I dosłownie chwieje się jak ponim jeżdzą – ryknął gromkich śmiechem łapiąc łowce za szczęke.
Jego dotyk nie należał do przyjemnych. Szorstka dłoń drażniła zwłaszcza mą delikatną skórę. Obkręcił głową Łowcy kilkakrotnie tak aby każdy z biesiadujących mógł uważnie się mu przyjżeć i obdarzyć szyderczym, świnskim śmiechem.
- Co teraz Panie – zapytała kobieta z drwiącym skośnym uśmieszkiem.
- No teraz to wyciągniemy z niego co trza. Zabieraj te ścierwo na górę. Nie lubię się przyzwyczajać.
- Dobrze Panie – odrzekła – Chodź ofermo za mną – szarpnęła za liny i pociągneła za sobą ledwo stawiającego kroki Łowcę.
Podążałam za nimi wąskimi wijącymi się niczym serpentyna schodami. Z gwarnej i oświetlonej naftowymi lampami tawerny, przechodziliśmy do ciemnej, cichej, chłodnej wieży. Twierdzo-tawerna. Ciekawa architektura zdobi nasze czasy. Oręż i alkoholowy wywar w dłoń. Będziemi spici walczyć, aż do kresu dni. – pomyslałam uśmiechając się sama do siebie jednak szybko spoważniałam słysząc dochodzące z góry jęki.
Ciemne chłodne pomieszczenie. Ciasna klita, w której nie trzymałabym nawet karalucha na uwięzi. Brodaty starzec stał naprzeciw klęczącego łowcy. Trzymał jakąś księge i inkantował pod nosem zaklęcia. Znowu czułam ból. Przeszywające mnie na wskroś uczucie wewnętrznęgo ognia palącego każdy z organów. Miałam łzy w oczach. Patrzyłam na łowce, które cierpiał stokroć mocniej niż ja. Wił się po ziemi niczym nadępnięty owad, którego nerwy nadal wysyłały ostatnie sygnały.
- Mów kim to jest! Z kim się połączyłeś. Mów, bo śmierć nie jest najgorszą rzeczą jaka może Cię spotkać głupcze – wrzeszczał wypluwając przy tym spore ilości śliny.
Zachowywał się jak zwierze pozbawione jakich kolwiek uczuć, kierujące się już tylko prostymi instynktami. Jego usta otwierały się, aby wypowiedzieć słowo ,, Mów", a dłonie za każdym razem wystrzaliwały potężno dawkę wyładowań elektrycznych, płomieni i trucizn. Nie wiem, czy łowca jeszcze żył, czy już odpłynął do nieznanej krainy. Przyglądałam się nic nie mogąc zrobić. Wydawało mi się, że stoję w wielkiej kałuży własnych łez, dzierżących uczucia, których nie jestem w stanie opisać. Wnet coś przerwało śmiercionośną inkantację.
- Zostaw. Panie. Tak nie wolno. Nie mieliśmy zabijać. – Kobieta odepchnęła starca, a wiązka strąconych czarów uderzyła głucho w sufit
- Jak śmiesz mnie dotykać – Warknął na kobietę uderzając otwartą rekę w jej twarz
- Panie. Zabijesz go. Nie dowiemy się nic przez to. Panie zabójstwo przyciąga paladynów, łowców, najemników. Będą nas ścgiać po wsze czasy.
- Nikt o tym nie wie głupia. A Ty nie wypaplasz prawda? Za dużo uczyniłaś, aby ktokolwiek politował się nad Tobą za udzielenie tej informacji – obdarzył beznamiętnym szyderczym uśmiechem kobietę.
- Nie Panie. Jestem Ci oddana – opuściła wzrok odchodząc przodem od mężczyzny.
- Nigdy się nie dowiesz – wysapał zmęczony głos łowcy.
Łowca uniósł lekko głowe i wpatrywał się w pustkę dzieląca mnie od mężczyzny.
- Idz do miasta tysiąca drzew. Znajdziesz swój cel – przesunął wzrok w moim kierunku.
- A więc się połączyłeś ścierwo. Gdzie jesteś cieniu. Znajdę Cię i zabiję. – uniósł dłoń i podchodząc w moją stronę przeciągnął powoli bo mym ciele. Widziałam jak koniuszki palców przechodzą przez piersi niczym zamoczone w wodzie.
- Corp por – wrzasnął i obracając się ułozył perfekcyjnie dłonie w celu wywołania jednego z najstraszliwszych zaklęć jakie zakazano uczyć w Akademiach Magii.
Wiązka elektryczna wtopiła się w ciało łowcym niczym nóż w ciepłe masło. Jego głowa bezwładnie opadła na ziemię zostawiając parę kropel krwi, które w chwile przemieniły się w niewielką czerwoną kałużę. Skulona w kącię patrzyłam na martwego łowcę. Ból wywołany zaklęciem był tak silny, że ledwo uniosłam wzrok przyglądając sie jak kobieta okłada rękoma starca, a ten z szyderczym uśmiechem co rusz odrzuca ją pod ściane. Wizja traciła ostrość, wraz z bólem który nie był już taki wyczuwalny.
Gęste krople kapały na mój policzek. Czułam wilgoć na całej twarzy. Otwierałam powoli oczy. Sztuczne światło wdzierało się między rzęsy i delikatnie męczyło tęczówke. Niewyraźna postać nachylała się co chwile nade mną i pocierała czymś po policzku. Zmrużone oczy powoli przystosowywały się do otoczenia ukaząjąc mi wielki pochylony łep Balooma, z którego pyska co chwile wyłaniał się fioletowy ozor.
- Zostaw – wyszeptałam kiedy mokry nos delikatnie trącał mi głowę.
Umysł ciągle powtarzał nic nie znaczące słowa - Idz do miasta tysiąca drzew. Znajdziesz swój cel.
- Widzisz Baloom, nawet w wizjach jestem beznadziejna – uśmiechnęłam się oszczędnie i pogłaskałam niedźwiedzia po pysku. Czułam już tylko ból dłoni pokaleczonych przez paznokcie.
( czytaj ostatnie słowa: - Widzisz Baloom, muszę koxać bo lamię już nawet na eventach)
Niepozorny niziołek..
Niepozorna oferta.
Czterech magów, lekka afera. O co tu chodzi? Kto to wie? No kto?
Bobby Weitt musiał znaleźć kilka wskazówek.
Szary Pielgrzym był poszukiwany...
Nigdy by nie pomyślał, że nadejdzie taki dzien, kiedy jego moce staną się tak istotne. Zewsząd dochodzily go wieści, o nieznajomych pytajacych o niego. Jednak on nie chciał być znaleziony, a przynajmniej nie przez wszystkich. Starannie słuchał tego o czym prawi się w karczmach i pozwalał odnajdować się tylko konkretnym osobom. Tak tez było w przypadku dwóch niziołków...
Ta historia długo pozostanie w Jego pamięci. Zarówno z racji faktu jej niezwykłości i zawiłości, jak i samych niziołków, które niczego nieświadome wpakowały się w kabałę ponad ich pojmowanie.
Tajemnicze spotkanie w jednym z ocllańskich zagajników rozwinęło sie w serię szokujących i zaskakujących zdarzeń. Jednak te zdarzenia przyniosły Pielgrzymowi kilka bardzo istotnych odpowiedzi. Odpowiedzi, które miały już wkrótce zaprowadzić go ku źródłu tego zamieszania. Ku prochom niezwykłej istoty.
Istoty strzegącej tajemnicy Dziedzictwa Mistrzów...
-Cholera w co ja się wpakowałem, wszystko przez ten list...
Mamrotał cicho do siebie niziołek, siedząc późną porą w swej piwnicy, samotnie, rozmyślając nad problemem, który nie pozwalał mu spać od kilku dni. To on miał ciągnąć za sznurki w tej zabawie, ale niestety zabawa obróciła się przeciwko niemu i stał się zwykła marionetką w dłoniach osoby, której moc była niewyobrażalnie wielka, przynajmniej dla niziołka, osoby, której planów nie pojmował i nawet nie chciał, ale wygląda na to, że musi, nie spodziewał się tego. Nie interesowały go koszta jakie musi zapłacić za osiągnięcie swojego celu, dopóki nie tknęły rzeczy na których mu zależało i bliskich mu osób. Niepełne informacje i znikoma wiedza na temat ofiary wpakowały go w niezły bajzel.
-Znowu ten sam pieprzony błąd, kiedy się nauczysz!
Krzyknął zfrustrowany uderzając kilka razy zaciśniętą pięścią w czoło. Wiedział, że nabliżsi płacą sporą cenę za cel, który chciał osiągnąć. Walczył z niewielkim strachem wdzierającym się do jego umysłu, doświadczenie nauczyło go jak to robić, nie mógł sobie pozwolić na strach, nie teraz gdy stąpał po cienkiej granicy pomiędzy śmiercią a życiem, to był by kolejny błąd na korzyść nieprzyjaciela być może śmiertelny. Polowali na niego, ale kto? wiedział tyle ile mu powiedziano a powiedziano mu niewiele, wiedział, że gra o coś większego a najbardziej bolała wiedza o bezradności, o tym, że każdy jego ruch jest uzależniony od pewnej osoby, śledzony i rozliczany. Tyle pytań a tak mało odpowiedzi, mętlik w głowie, którego nienawidził, zwykle każdy jego ruch był wcześniej dobrze zaplanowany i zabezpieczony informacjami, lecz jak widać to w czym siedział wykraczało poza jego możliwości.
Jakiś chrzęst gdzieś w pobliżu drzwi! Nie... to tylko wybryk jego wyobraźni, polowali na niego, nie mógł sobie pozwolić na choćby chwilę nieuwagi. Tego też zdążył się nauczyć, czujności i panowania nad emocjami. Uśmiechnął się pod nosem przywracając wspomnienia z dni, kiedy jego mistrz a zarazem dobry towarzysz dawał mu te lekcje. Gdzie on teraz jest? teraz gdy tak bardzo mógł by mi pomóc, wygląda na to, że będę musiał przebrnąć przez to sam, no.. z Willem, który zapewne zalewa odchodami całe swoje domostwo ze strachu.
-Will, oby tylko nic Ci się nie stało...
Jak większość istnień, które znał i którym wydawało się, że są jego dobrymi przyjaciółmi a które w rzeczywistości były tylko niezbędnym kluczem do osiągnięcia jakiegoś celu, osób, których zaufanie zdobył dzięki dobrej grze aktorskiej tak Will należał do wąskiego grona tych osób na, których rzeczywiście mu zależało. Niewinny niziołek... nie mogę pozwolić żeby coś mu się stało. Możliwe, że gdyby nie ta sakiewka, nie to miejsce w tym czasie i o tej porze, nie to spotkanie z tym przeklętym... a kim on właściwie jest? Nawet tego dobrze nie wiem... Wiem jedynie, że muszę mu zaufać, nie mam wyboru.
Yngvar wyraźnie coś wyczuwa, coś go niepokoiło. Przychodzi do mnie i pokazuje nagle jakiż on to miły, niby dobry towarzysz ale mam mieszane odczucia co do niego. Możliwe, że mógł by mi tu coś wyjaśnić ale pozostawie go w niewiedzy. Nie wiem jak by zareagował ten zadufany w sobie starzec gdyby dowiedział się co knuję, poza tym zamieszało się w to wystarczająco dużo osób. Magnus! tak on też w tym gdzieś siedzi, tyle znajomych imion pada w tej grze ale akurat jego się nie spodziewałem, nie chciał bym aby i jemu coś się stało sporo mu zawdzięczam.
Wygląda na to, że muszę zadbać jedynie o skórę swoją i najbliższych, koszta nie grają roli.
Oby to nie okazało się jakieś kolejne bagno, Corvinie pozwól mi zrobić jedynie to co mam do zrobienia...
Sięgnął spokojnym ruchem dłoni do sakwy aby rzucić ostatnie spojrzenie na kamień, który otrzymał od Maikaia, na połowę tego o co jest ta cała gra...
Prowadziłem akurat poważną dyskusję w świątyni. Mój stary znajomy Azuth, którego szukałem od kilku tygodni w końcu sam mnie odnalazł. Opowiadał mi o sobie, zaś ja jemu o mojej i moich przyjaciół działalności. Nic nie wskazywało na to, że ten dzień skończy się jakoś specjalnie dramatycznie...
Nagle jakby uderzył we mnie piorun. Wizja przyszła nieoczekiwanie, cały świat przestał istnieć, tylko ta wizja... Nie czułem jej zmysłami. Jakby sama weszła do mej głowy. Jednak wiedziałem, aby nie obawiać się tego, tak jak mnie nauczono. Jestem jeszcze nowicjuszem w tych sprawach, ale Akarion bardzo mnie chwalił, mówił, że mam talent i muszę go rozwijać. Zrobiło mi się czarno przed oczami, pozwoliłem wizji płynąć... Pościg, krzyki, energia... Trzech magów. Ktoś ucieka, przewraca się, krew... Krzyki? Maikai? Kto to jest, do wszystkich diabłów?! Łowca czy zwierzyna? Kto uciekał? Kto go gonił? Wizja urwała się równie nagle jak przyszła. Pot ściekał ze mnie strużkami, a w ustach czułem metaliczny smak krwi... Cóż za przedziwna wizja. Od kogo otrzymałem ten przekaz? Nie wyczuwałem nikogo z wtajemniczonych. Nie ukończyłem jeszcze szkolenia, a tu ktoś rozpaczliwie prosi o pomoc. Mnie! Musiał być bardzo słaby gdyż przekaz urwał się bardzo szybko. Nayia? Akarion? Nie kontaktowano by się ze mną, gdyby sprawa nie była poważna... I kim do cholery jest ten Maikai?
Sprawdziłem teren wokół świątyni - nic, cisza. Jednak! Poczułem, że mój przyjaciel Bobby wrócił, odnalazł się wreszcie! Od ponad tygodnia go nie było, zniknął bez śladu. Odprawiłem Azutha i czym prędzej postawiłem czarny portal do Bobbiego.
Wylądowałem w jego norce. Obok stał Will. Przywitałem obu. Zacząłem, pełny ekscytacji, wypytywać Bobbiego co się z nim działo cały ten czas. Ledno umówiliśmy się na spotkanie tamtego dnia, ale już się nie pojawił. Przepadł jak kamień w wodę, a teraz się pojawia jak gdyby nigdy nic. Zachodziłem w głowę co mu się mogło stać, martwiłem się, pytałem ludzi. Zero odzewu... A teraz stoi tu przede mną i mówi, że cały tydzień zapił w karczmie i spędził go z jakąś dziewką! Cały tydzień?! Poza tym od razu spostrzegłem, że Bobby jest pełen tej energii, ma coś w sobie, to o czym się uczyłem. Jego była niezwykle silna, bił od niego oślepiający blask. Tak, zauważyłem, miał coś zakodowane w umyśle. Zamknąłem oczy, skupiłem się... Spróbowałem się dowiedzieć co to... Jednak! Co to? Blokada? Niezwykle silna... Przecież Akarion mówił, że można z łatwością sondować umysły zwykłych stworzeń. To już umiałem robić, a więc? Bobby posiadł taką siłę, aby samemu coś takiego zrobić? Nie sądzę... A więc ktoś zrobił to za niego, aby coś ukryć. Jeszcze cała ta gadanina o piciu w tawernie i dziewce... Byłem przekonany, że mówi to, aby nie zdradzić tajemnicy Willowi, jednak po paru chwilach zrozumiałem, iż jest on święcie przekonany, że właśnie było, tak jak mówi... A więc to prawda... Oni też potrafią takie rzeczy. Przypomniała mi się jedna z ostatnich lekcji. Z łatwością zmanipulowano umysł małego niziołka. Wymazano z niego część wspomnień, a podłożono inne, przyjemniejsze. Oprócz tego ukryli gdzieś głęboko w jego umyślę jakąś informację i dokładnie zapieczętowali. Tak, małe niziołki mają małe móżdżki... Nie, żebym mówił, że są głupie, ale po prostu plastyczność ich umysłów jest większa niż innych, łatwo czytać z nich jak z otwartej książki, a do tego nie mają wewnętrznej mentalnej siły, aby się temu przeciwstawić...
Czułem, że im bliżej Bobbiego jestem, tym bardziej czuję to, co ma w sobie. Pomyślałem, że gdybym go dotknął, to może udało by mi się przełamać barierę, która była nie do pokonania przeze mnie na odległość. Kazałem więc Bobbiemu usiąść i rozluźnić się. Zamknąć oczy i dokładnie przypominać sobie to, co zaszło podczas ostatniego tygodnia. Kiedy już miałem dotknąć go, pojawił się ten głupiec Will. Zarzucił mi żyłkę od wędki na dłonie i sprawnym ruchem spętał. Co za półgłówek! Jak go lubię, tak takiego nierozważnego i głupiego czynu się nie spodziewałem. Wyprostowałem więc oba palce wskazujące moich spętanych dłoni i dotknąłem czoła Bobbiego w ostatniej chwili... Wtedy przyszła wizja, udało się na parę sekund przełamać blokadę... Dostrzegłem maga, który paktuje z Bobby'im, poczułem jego niesamowitą moc. Poczułem, że również inne osoby węszą za tym, co owy mag zostawił w umyśle niziołka... Pakt, magowie, pościg, energia... Tylko tyle udało mi się dostrzec, zanim potężna siła wyrzuciła mnie z jego umysłu. Ktoś chciał coś ukryć zanim go pojmą? Kim jest ten Maikai i co ma wspólnego ze Strażnikami Równowagi? Jest naszym sprzymierzeńcem czy wrogiem? Póki co, poznałem jedynie dwie osoby od nich... Tak niewiele wiem jeszcze... Czemu to wszystko musiało mnie już teraz spotkać? Muszę się tego dowiedzieć jak najszybciej.
(http://img121.imageshack.us/img121/4407/wizja2.png)
Z tego wszystkiego opadłem na fotel, wiotki jak źdźbło trawy, z wywalonymi na lewą stronę oczami. Gdy się ocknąłem, nadal byłem spętany żyłką, a dwójka pokurczy stała przede mną z dziwnymi wyrazami twarzy... Warczałem, tłumaczyłem, że życie Bobbiego jest w niebezpieczeństwie. Powiedziałem tyle, ile można mi było. Wszakże trzeba to wszystko trzymać w tajemnicy. Nie jestem odpowiednim człowiekiem, żeby trąbić o tym wszem i wobec. O tym decydują ludzie o wyższym statusie... Powiedziałem, żę Bobby został prawdopodobnie porwany i robiono mu nieprzyjemne rzeczy, a ja teraz próbuję się tego dowiedzieć. Nie skutkowało. Cóż... Resztkami sił wyczarowałem mały ognik pomiędzy swoimi palcami, który z łatwością stopił żyłkę. Lekko poparzył moje dłonie, jednak przy ich stanie i tak nie będzie widać różnicy. Nie dali sobie przetłumaczyć, próbowałem przemówić im to rozsądku. Nie chcieli mi jednak uwierzyć, że to o czym mówię, jest w ogóle możliwe... No tak, małe rozumki nie mogą tego pojąć... Jednak nie dziwię im się trochę... Z drugiej strony wiele razem przeszliśmy i Bobby powinien wiedzieć, że nie pozwoliłbym, żeby włos mu z głowy spadł... Ech... On to jeszcze w miarę rozumie mnie i moje zachowania, ale ten Will? Dziś przeszedł samego siebie. Kiedy już myślałem, że go przekonałem, aby pomógł mi ratować Bobbiego, on zaczął mi grozić, chciał mi zrobić coś tłuczonym szkłem i sztyletem... Jakby to coś mogło dać. Cóż za chojrak z niego! Odważny jak na niziołka... Jednak nie widzi prostej granicy pomiędzy odwagą, a głupotą... Koniec końców zostałem "grzecznie" wyproszony z ich norki. Prosiłem, żeby przemyśleli swoje zachowanie, bo nie było odpowiednie w stosunku do mojej osoby, jak i ich nawzajem... Ja się tylko martwiłem o przyjaciela, a oni tak mi odpłacają? Zobaczycie, gdy w końcu Bobby dowie się, co tak na prawdę zaszło, jeszcze będzie mi dziękował, że chciałem ocalić jego włochaty tyłek i przepraszał, że tak podle się w stosunku do mnie zachował. Mam nadzieję, że przyzna mi rację i zwróci honor po tym wszystkim. Pheeew... Ale cóż, można mu wybaczyć. Nie wie, że najgorsze jeszcze przed nim...
Będę musiał chyba skontaktować się z dziwną postacią o błękitnej skórze, którą widziałem w swoim ostatnim śnie. Podobno jest naszym sprzymierzeńcem i siedzi w tym wszystkim tak samo jak ja... Tyle, że o wiele głębiej i o wiele dłużej. Nasze spojrzenia spotkały się w tym śnie, jednak nie rozpoznałem jego twarzy. Może to być każdy... Jednak niewielu jest takich ludzi jak ten ze snu, a tak się składa, że znam ich prawie wszystkich. Może on mi odpowie na moje pytania...
Obudził go silny impuls...
Otworzyl oczy spogladając w ciemną powałę izby, którą wynajmował w yewiańskiej karczmie.
Ktoś skanował okolicę. Corvin wiedział kto jest źródłem impulsu oraz czego szuka. Teraz albo nigdy...
- Will, już czas - niziołek o przyjaznej, niewinnej twarzy wpatrywał się w niego szeroko otwartymi z przerażenia oczami. Tuż pod nogami malca leżało na wpół zwęglone ciało maga skrytobójcy, który niemal go zabił.
Gdyby spóźnił się choć minutę...
- Musimy ruszać. Natychmiast - Pielgrzym stanowczym ruchem odwrócił się ku wyjściu i ruszył schodami w górę - Czekam na zewnątrz !
Mroczne mury ukrytej wśród gęstwiny wampirzej świątyni wznosiły się nieopodal. Przyciągały tajemniczo. Jednak nie one były obiektem zainteresowania iaur-hin'a. Był tu dwa dni wcześniej w poszukiwaniu poszlak. Nic nie znalazł.
Poza Nią...
Nienawidził spotkań z tą rudowłosą Kapłanką Immortha. Nienawidził...i jednocześnie ich pragnął. Przeklęta czarownica...Jej urodę przewyższała tylko jej własna arogancja...pociągała go...
Znów ten dziwny powiew wiatru...
Corvin podchwycił go i ruszył na północ.
CDN
Szept gdzieś w mojej głowie. Głęboko wwierca się w mózg. Sprawia ból. Wyrywa mnie z niebytu.
Ktoś zakłóca równowagę Jego spoczynku. Ktoś brudnymi stopami depcze Jego grób.
Gdzieś w głębi czaszki....
*zbudź się kapłanko...*
Ciężkie wieko zdobionej trumny opadło z hukiem na posadzkę a leżąca do tej pory w letargu wampirzyca podniosła się szybko i gwałtownie. Jej zazwyczaj marmurowe oblicze teraz emanowało wściekłością wymieszaną ze strachem. Nie czekając aż służebne ghule ubiorą swoją Panią zmaterializowała wokół siebie taumaturgiczną szatę i wybiegła ze swych komnat porywając w biegu ze ściany jedną ze swych włóczni. Biegła boso kalecząc swoje stopy o kamienną posadzkę jednak nie mogła się zatrzymać.
Zbiegła do piwnic wręcz potykając się na schodach z niezdarnością, której na szczęście nikt nie widział.
Zwolniła przy jednym z zakrętów i w biegu weszła w ukryty portal.
Wokół niej powietrze i przestrzeń zafalowały. Na chwilę znalazła się w pustym międzyświecie. Nie lubiła tego miejsca. Nie było tu grawitacji, powietrza, chociaż w zasadzie nie oddychała. Po chwili wbiegła w portal wyjściowy, który wyrzucił ją przy ruinach. Jeszcze był dzień toteż osłoniła twarz przed słońcem i nadal biegnąc zniknęła w podziemnym przejściu.
Natychmiast wyczuła zakłócenia w przepływie energii. Jej Pan słusznie ją wezwał ponieważ wszędzie unosił się obcy ludzki zapach. Pociągnęła nosem próbując go rozpoznać. Dwie zupełnie śmiertelne istoty natomiast trzecia... Znała ten zapach. Był jak zapach samego czasu. Powolnego przemijania. Podobny do zapachu immortha a jednak inny. Z pewnością gdyby nie była tak wściekła i przerażona uśmiechnęłaby się na myśl o zbliżającym się z każdym nerwowym krokiem spotkaniu.
Nienawidziła go. Oh, jak bardzo nienawidziła jego spokojnego wyrazu twarzy bez jakichkolwiek emocji.
I zarazem tak bardzo go pragnęła.
W myślach przewinęło się wspomnienie ich spotkania. Karczma cove. Stary dureń. Oddałaby mu te fiolkę za darmo ale chciała mieć go na swym "radarze".
Szła powoli. Tutaj biegać nie wypada, wszak jest to grobowiec, prawda?
Zapach stawał się coraz silniejszy z każdym jej krokiem w głąb świątyni. Z każdym krokiem mocniej zaciskała białą dłoń na broni w myślach powtarzając dziwną mantrę. Coś o wypruwaniu flaków i robienia ozdób choinkowych. Szczególnie upodobała sobie pomysł zrobienia skórzanych niebieskich pokryć na fotele w jej domu.
Wyszła zza zakrętu i wpadła wprost na niego. Kątem oka złowiła znikający w cieniu niziołczy kształt.
Oceniła szybko sytuację. Stali tuż przy sekretnym przejściu, przejściu o którym mogły wiedzieć tylko wampiry.
-Corvinie, obyś miał dobre wytłumaczenie.- Spojrzała chłodno w jego oczy emanując gniewem.
-Maelui uwierz mi nigdy nie ośmieliłbym się tutaj przyjść ale miałem naprawdę poważny powód.
Gdy to mówił trzymał dłonie na jej drżących ramionach.
Spojrzała w kierunku ukrytych schodów, odsunęła go gwałtownie od siebie i podążyła w dół.
Corvin jak i jego dziwny kurduplowaty towarzysz podążyli za nią. Nie chciała by znów tam schodzili ale musieli przeciez jej coś wyjaśnić.
Czuła całym swoim ciałem Jego moc. Czuła to co On. Był wściekły. Na nią, że pozwoliła aby te szczury tutaj weszły. Wiedziała , że i ją czeka kara, zapewne bolesna i okrutna. Nie miał litości nawet dla niej swej kapłanki. Zwłaszcza dla niej.
Usta jej drżały a w myślach pojawiały się najróżniejsze scenariusze owej kary..
Przekroczyła próg głównej sali. Szybkim spojrzeniem oceniła pomieszczenie czy doszło do jakiś zniszczeń.
Jej wzrok padł na małe wijące się na posadzce ciałko. Kolejny niziołek. Wił się na ziemi trzymając palce przy twarzy. Okropnie głośno wrzeszczał. Musiała go uciszyć zanim On się zbudzi.
-Co tu się dzieje?!- syknęła zblizając twarz do twarzy Corvina. Oh! bogowie ależ pięknie pachniała jego krew...
-Maelui przepraszam Cię za tego idiote, czegoś dotknął i nagle krzyknął i zwalił się na podłogę..-Rzekł nerwowo Corvin.
-Jesteście bezgranicznie głupi! Co wam przyszło do głowy aby tutaj przyjść?! Jeszcze Ciebie jestem w stanie zaakceptować ale nie kurdupla! Wiesz co mi grozi za to niedopatrzenie?! Śmierć przy tym to jak prezent na urodziny! *hsszz!* -Syknęła wściekle i podeszła do krzyczącego niziołka i spojrzała mu w oczy.
Jej oczy były jak ogień i burza. Wrecz ciskały błyskawice i gromy. Była naprawdę zła. Jej aura stała się widoczna. Wyglądała jakby jej ciało płonęło purpurowym ogniem. Przerazony niziołek potykajac się i upadając na łokciach odsunął się pod ścianę.
-O..Oddejdź! Precz potworzyco! Coś mi zrobiła?! Moja śliczna buzia!
Maelui poczuła teraz swąd spalonej skóry i kwasu. Uśmiechnęła się. Jednak te skrytobójcze pułapki działają.
Wampirzyca uniosła niziołka ręką jakby był tylko przedmiotem. Przycisnęła go do ściany i wysuneła kły ostrzegawczo.
-Bobby Weittcie, skalałeś swoją plugawą egzystencją nasz święty przybytek i poniesiesz karę za swój grzech ciekawości. Jestes głupcem niziołku. Nigdy już tu nie powrócisz a ja zadbam o to abyś został przykłądniej ukarany.
Wampirzyca syknęła i nagle z jej ust,oczu,nozdrzy wypłynęła krew. Krew uformowała się w głowy węży i powoli sunęła po jej rękach wprost na niziołka. Przerażenie w jego oczach wywołało szeroki uśmiech na twarzy wampirzycy. Lubiła zadawać ból. Lubiła zapach strachu.
Krwawe węże wgryzły się w otwarte rany niziołka wnikając do jego wnętrza.
-Moja krew będzie ci przypominać gdzie twe miejsce. Będzie reagować gdy w poblizu znajdzie się wampir czystej krwi. Będziesz odczuwać ból i cierpienie. To twoja kara za bezczeszczenie świątyni Pana.
Doceń to i bądź wdzięczny że to ja ci ją wymierzam. Inni nie byliby tak łaskawi.
Opuściła w dół rękę w której trzymała Bobbyego i ciągle go trzymając ruszyla w strone wyjścia.
Biedne truchełko wiło się w jej uścisku ciągnięte po posadzce.
-Chodźmy Corvinie. Należą mi się wyjaśnienia.- Powiedziala do oniemiałego maga i przeszla szybko korytarzami wciąż trzymając niziołka.
Skierowała się do prywatnych komnat immortha. Otworzyła sekretne przejście i przekroczyła próg.
Bardziej przypominało to lochy i salę tortur niż sypialnie ale nie musieli tego wiedzieć.
Puściła teraz nieprzytomnego niziołka i odwróciła się do Corvina.
Iaur-hin spojrzał na kapłankę i zacisnął nerwowo usta.
-Słyszałaś kiedyś o Dziedzictwie Mistrzów?
Maelui uniosła rudą brew do góry i uśmiechnęła się. Jak gdyby nigdy nic usiadła w powietrzu niczym królowa na tronie. Wyjęła fiolkę z krwią i obróciła ją w palcach.
-Czuję że to będzie ciekawa pogawędka. Mów proszę.
Tupot stóp rozniósł się echem po ponurych i ciemnych korytarzach. Ktoś pospiesznym krokiem maszerował po pustych salonach Mrocznego Zamku. Jego sylwetka dawała długi cień gdy przechodził obok migoczących pochodni starej i zakurzonej biblioteki. Wspiął się po schodach na wyższy poziom gdzie mógł w spokoju zasiąść przy jednym z pustych stolików. Bladolicy odziany w purpurę mężczyzna odsunął krzesło, zasiadł wygodnie i wyciągnął starą, zgniło-zieloną księgę z zdobionym na złoto tytułem "Tajemnicze Morderstwa". Wampir rzucił ją na stolik podnosząc tumany kurzu, jako, że nikt od dawna nie korzystał z tego biurka po czym otworzył księgę i przewertował kartki. Mnóstwo stron zostało przerzuconych nim natrafił wreszcie na ostatnią zapisaną. Było to jego pismo. Lothiel uśmiechnął się dziko i wyciągnął pióro z kałamarzem.
"... sprawa odżyła. A już myślałem, że me spokojne czasy nie zostaną zakłócone, a Jego twarzy nie ujrzę aż do śmierci. Niestety, pojawił się znowu. Akarion zawitał do mego nowego domu by poinformować mnie o rzeczach, których zapewne nie chciałbym słyszeć. Za późno, zaczęło się.
Sprawa zatoczyła większy krąg niż się tego spodziewałem. Wiedziałem, że jest w to zamieszanych wiele osób, w tym niziołki, lecz nie spodziewałem się angażowania w to Immortha..."
Nagle jego blada i zimna ręka zatrzymała się. Wampir wyprostował się i zamknął oczy by skupić się na wydarzeniach które dopiero co miały miejsce. Co ma opisać?
W jego umyśle mgła się podniosła i zaczął widzieć wyraźniej obrazy ze swej pamięci. Widział postać maga Akariona w swej ciemnej szacie jak stawiał magiczną barierę zatrzymującą sondowanie. Widział także małego człowieczka, niziołka Bobby'iego i jego arogancki wręcz uśmieszek. Lothiel otworzył oczy i zabrał się z powrotem do pisania.
"... co gorsza te niziołki. Jeszcze przed swoją śmiercią Jackee Green odegrał swoją rolę w tej walce z "magami" lecz do głowy by mi nie przyszło, że zobaczę więcej tych niemądrych stworzeń igrających z mocami o których nie mają pojęcia. Bobby Weitt - to imię tego nieszczęsnego, zarozumiałego głupca. Nie wiem jaka jest jego rola w całej tej sprawie, czy sam też poszukuje Dziedzictwa Mistrzów dla własnych celów? To mało istotne, bo policzone są jego godziny. Ignorancja wobec Nas, wampirów i jego knucia oraz spiski ze wszystkimi wzburzyły moją krew. Ta bezczelność musi zostać ukarana, nikt już więcej nie będzie wyciągać wampira za dnia dla swoich gierek..."
Lothiel zatrzasnął księgę z hukiem, który ponownie rozniósł się echem po jakże spokojnym Zamku. Spokojnym ale tylko dla wampira. Zapach krwi i wilgoci, ponure ściany i gdzieniegdzie krzyki z nikąd, oraz mrok. Tak, to jest właśnie spokój, lecz spokój młodego wampira został zakłócony. Zapakował księgę do plecaka, chwycił swą halabardę i poleciał do wyjścia z upiornym śmiechem. Stare księgozbiory i gołe ściany mogły usłyszeć jeszcze "polowanie czas zacząć".
Szukali go.W każdym mieście,w każdym zakamarku, w każdej nawet najbardziej zapyziałej karczmie i nic!
Nigdzie nie mogli znaleźć jednego pieprzonego niziołka! Ani ghule, ani pomniejsze wampiry.
Wampirzyca miotała się po sali bankowej klnąc i wyzywając malutką rasę od podłych kłamców.
Słońce nadal było w zenicie co ograniczało jej środki do odszukania małego padalca.
Pracownicy banku,strażnicy już przyzwyczajeni do tych napadów szału, nie zwracali uwagi na kapłankę i w spokoju wykonywali swoje obowiązki by jedynie co chwilę uchylać się zwinnie od ciskanych na oślep przedmiotów.
-Mam tego dość!- Bankierka wiedziała co ma robić gdy tylko ta jędza zbliżyła się do niej.
Posłusznie i bez słowa wyciągnęła kufer i wróciła do nudnych ksiąg rachunkowych.
Służebne ghule w międzyczasie przyniosły jej zbroje i włócznię.
Wampirzyca odłożyła wykwintne szaty do skrzyni i wstała. Byli do tego przyzwyczajeni. Kapłanka nie zwykła się zakrywać czy wstydzić kiedy ubierała oręż.
Ghule pospiesznie dopinały paski nagolennic i napierśnika kryjąc większość szczupłego ciała pod pancerzem z tytanu. Pancerz pofarbowany został kolorem kasty-głębokim fioletem.
Za te barwy gotowa była umierać setki razy. Dosłownie.
Wampirzyca zarzuciła na ramiona płaszcz w kolorze krwi pod szyją zapinając go klamrą w kształcie ideogramu chaosu. Pochwyciła włócznie w dłoń i ruszyła do wyjścia.
Kiedy treserka szykowała jej potężną bestie Parrasim do jazdy z mroku zamku wyłoniła się wampirza wojowniczka.
Jej włosy koloru pszenicy odznaczały się jasnymi pasmami spod kaptura.
-Chyba mnie potrzebujesz kochanie.-Stwierdziła, nie zapytała Matylda Moretti zwana Blondi.
-Wytropisz dla mnie szczura?-Spytała kapłanka uśmiechając się na widok drugiej wampirzycy.
-Szczury są wszędzie moja droga, o którego Ci konkretnie chodzi?
-Bobby Weitt przedstawiciel rasy niziołków.
Matylda uniosła brwi w zdziwieniu a jej potężny rumak parsknął nozdrzami nonszalancko.
-Cóż takiego zrobił kurdupel że aż ci brewka tyka?-Tym razem to Maelui parsknęła.
-Jest bezczelny. Arogancki i wyobraź sobie posyła po mojego syna gołębia. Jakby ten miał na klaśnięcie biec do niego uradowany. Czekaliśmy na niego wiele godzin coś takiego to brak szacunku należnego wampirowi. W dodatku to mały szpieg i spiskowiec. Knuje i manipuluje a nie lubie gdy mi się ktoś wtrynia w interesy.
-Rozumiem. Zacznijmy od Ocllo.
Kiedy sosaryjską ziemię spowił mrok, z zagubionych lądów dało się słyszeć tętent kopyt a ziemia lekko drżała. Dwie upiorzyce ruszyły w pościg wiedzione zapachem kłamstwa...wprost do osady niziołków
Wpadły do osady w galopie. Drzwiczki malutkich domków i okna zatrzaskiwały się jak na komendę.
Do uszu kapłanki dotarły ciche łkania niziołczego potomstwa.
Matylda spoglądając na ślady wskazała kierunek. Ruszyły stępa pomiędzy pagórkami.
W jednej z chat paliło się światło.
Maelui poczuła znajomy zapach krwi, której kiedyś zakosztowała.
-Magnus. -Powiedziala cicho i zaśmiała się.-Będzie ubaw.
Owszem ubaw był. Ale nie dla wampirów bowiem Bobby Weitt nie był tak do końca głupi...
-Otwórz te cholerne drzwi ty niziołczy pokurczu!-Wrzasnęła już naprawdę wyprowadzona z równowagi Maelui.
Z wnętrza malutkiej chatki pod pagórkiem słychać cieniutki głosik.
-Nn...Nigdy! Precz potworzyco! Czosnkiem Cię poszczuje!
-I srebrem!-Dodał piskliwy głos Magnusa.-Ty...a mamy srebro?-Dodał tym razem szeptem.
Bobby także zniżył głos.
-W szufladzie mam srebrne widelczyki do sera!
Wampirzyca wywróciła oczami i westchnęła. Tak do niczego nie dojde gnojek drzwi nie otworzy
-Bobby!-Krzyknęła.-Zrobimy tak: Złożę broń na ziemi a ty otworzysz drzwi i zaprosisz mnie do środka, dobrze? Porozmawiamy na spokojnie bo krzyki nic nam nie dadzą!
-Zbroje tez!-Krzyknęli jednocześnie ze środka chatki.-Odsuń się ja bede patrzeć!-Tym razem to głos Bobbyego.
Wampirzyca szepnęła słowa modlitwy w języku immortha i jej toga kapłańska zdematerializowała się. Zaczęła rozpinać paski zbroi uprzednio odrzuciwszy tytanową włócznię na trawę.
Matylda, która stała na pagórku domku niziołka zagwizdała obscenicznym tonem. Maelui posłała jej jedno spojrzenie i wampirzyca oddaliła się
- o żesz! zapomniałem o tej drugiej! Maelui! niech ta z młotem sobie pójdzie inaczej nie wpuszcze!-zaskrzeczał kurduplowaty.
-Poradzisz sobie?-Spytała Matylda
-To tylko dwa kurduple, możesz iść.
-Amalda Cahir Loam...-Szepnęła Blondi i zniknęła w oparach czerwonej mgły.
Maelui stała już boso na trawie i zanim tamci padli na zawał okryła się iluzją taumaturgicznej szaty. Podeszła do drzwi i zapukała
-Czy zastałam Bobbyego Weitta?
-o żesz...nie wierze!-Chwila przepychanek i drzwi otwarły się jednak Maelui nie przekroczyła progu.
-Musisz mnie zaprosić...-Wycedziła przez zaciśnięte kły.
-Zapraszam!-Powiedział wyprostowany jak struna właściciel domku.
Maelui musiała się schylić aby nie uderzyć głową o niski strop i czym prędzej usiadła na jednym z mikro krzesełek.
-Zatem? Najpierw kurtuazja czy biznesy?- Spytała próbując zmieścić swoją wampirzą dupę w tym cholernym dziecięcym krzesełku.
-Przeprosiny!-Wykrzyknał niziołek.-Przeproś mnie za to że mnie traktujesz jak coś gorszego! Ni jestem gorszy od Ciebie!
Wampirzyca z całych sił powstrzymywała się od śmiechu. W tej chwili mogło to wyglądać na grymas bólu.
-Bobby, Magnusie zapytam was w ten sposób: Czy wy rozmawiacie z kotletem na talerzu?
Zapadła krótka chwila ciszy, którą przerwało nieśmiałe wyznanie Magnusa.
-Mnie się zdarzało.
Wampirzyca i niziołek spojrzeli na niego wymownie.
-Koniecznie musisz przestać wdychać te opary farby Magnusie-Poradziła mu przyjacielsko Maelui po czym spojrzała na Bobbyego.- Przepraszam iż traktowałam Cię jak bydło hodowlane.
-Przepraszam za naruszenie spokoju waszej świątyni.-Odrzekł sucho niziołek.
-Więc teraz biznesy?
-Co wiesz o Dziedzictwie Mistrzów?-Spytał bez ogródek Bobby Weitt a Magnus zachłysnął się winem.
-Niewiele więcej niż Ty. Za to sporo wiem o tych którzy go szukają. Lord Varthorn bywa na salonach.
-Powiedz mi co wiesz proszę Cię.
-W niczym Ci ta wiedza nie pomoże. Varthorn to pazerny dzieciak z kupionym tytułem. Uzależniony od hazardu i burdeli. Słyszałam ,że wykorzystuje dziwki aby zdobyć sojuszników.
Jej oczy błysnęły. Słyszałą o wizycie pewnej kurtyzany w osadzie niziołków.
-Wiem też-Kontynuuowała- że jego zbiry zastraszają ludzi , dochodzi do porwań i gwałtów.
-To też wiem.
-Wiesz że wykupił Moongloow? Za pieniądze wygrane w karty. Ponoć ma długi.
-A to ciekawe...opowiedz mi o tym proszę!
-Innym razem już czas na mnie. Za chwile zamienię się w pieczony kotlet.
Wampirzyca roześmiała się ze swojego dowcipu i ruszyla do wyjścia.
-Jeżeli chcesz dokończyć rozmowe przybądz do podziemnych ruin w yew.- Rzuciła do niziołka przez ramie.
-Kiba!-Potężny biały likaon podszedł posłusznie do swej Pani i połozył się na ziemi tak aby mogła wsiąść.
-Amalda Cahir Loam!-Zawołała w mrok wampirzyca i zniknęła w myślach śmiejąc się opętańczo
- Lothielu!Słyszysz mnie?
-Tak moja droga.
-Szykuj ostrze halabardy. Przybędę z kolacją. *upiorny chichot*
C.D.N
Pewien amator zaatakował jednego z "wtajemniczonych".
Niestety obaj nie spodziewali się pomocy od równie zamaskowanej postaci.
Ten, który napadł okazał się przegranym.
Szary pielgrzym zdobył kolejny puzzel do tej układanki.
Krzykacze informują o Lordzie Varthornie. Według pogłosek pojawiał się on w rożnych stronach świata i realizował czeki na ogromne sumy. Wybrane kuźnie otrzymały od niego ogromne zapomogi.
Osada w Lyceum Moonglow prężnie rozwija się.
Kolejny krwawy zapis pojawił się na starych stronicach wampirzej księgi.
"...kolejne puzzle od tej mrocznej układanki wyszły na światło dzienne. Kolekcjonuje je i układam jak mozajkę zdobiącą gigantyczną ścianę. Wciąż brakuje mi informacji, kolejnych, puzzli które wyjaśnią w końcu co przedstawia ów obraz. Spotkałem osobiście Lorda Varthorn'a lecz sądzę, że to nie ostatnia jego wizyta. Do czego mu Dziedzictwo Mistrzów? Czy Akarion naprawdę zamierza je zniszczyć? Co jest celem niziołków i która armia padnie pierwsza?
Kolejny puzzle... kolejne informacje... czas odwiedzić Tego, który widział..."
Puzzle, składane jeden po drugim niczym granice królestw. Gdzie spoczywają odpowiedzi na pytania, które dręczą nas wszystkich?
Ocllo. Późne godziny popołudniowe...
- Akarionie...- Pielgrzym uniósł wzrok i spojrzał na wchodzącą do banku postać. Wyczuł Go już kilka chwil wcześniej. Zdążył juz poznać charakterystyczną aurę maga.
- Witaj Corvinie. Nadszedł czas Twej nauki jakem obiecał. Wciąz jesteś zainteresowany? - mag spoglądał na niego badawczo. Doskonale znał odpowiedź. - Zatem ruszajmy. Prowadź Corvinie - uśmiechnął się serdecznie odwracając się i wychodząc z banku, nie czekając na reakcję iaurhin'a.
Osada niziołków. Następnego dnia...
Corvin zbliżał sie wolno do znanej mu już chatki pewnego majstra, którego ścieżki los połączył z Jego drogami. Jadąc wolno na swym ognistym rumaku Pielgrzym rozmyślał nad dniem wczorajszym. Wielogodzinne nauki Akariona, prowadzone systematycznie, konsekwentnie, bez oszczędzania. Skrupulatnie i otwarcie. Wiele się wczoraj nauczył od swego tajemniczego nauczyciela. Wciąż jeszcze nie pojmował możliwości oraz potęgi swych nowych umiejętności. O dziwo jednak nauka szła mu nad wyraz sprawnie i szybko, czym zadziwial nawet Akariona. Zsiadł ostrożnie z rumaka i zbliżył się do małych okrągłych drzwi. Wyczuwał Willa. Wiedział, że jest w środku. Niziołek był dla niego niczym latarnia w ciemną noc.
Drzwi otworzyły sie zanim zdążyl w nie zapukać. Czyżby niziołek spodziewał się go?
- Witaj Will - przywitał się chłodno patrząc na obojętną twarz niziołka i wszedł do środka bez słowa.
godzine i kilkaset słow później...
Wyczuł coś. Silny impuls, po którym nastąpiło zawirowanie mocy. Gdzieś blisko. Gdzieś bardzo blisko.
- Ukryj sie Will...natychmiast - w tym samym momencie wyczuł Go. Mag pojawił się tuż za drzwiami. Pewny siebie sukinsyn. Nawet nie wysilił sie przesondować okolicę. Nie wiedział, że iaurhin jest w środku.
Drzwi zostały wyrwane z zawiasów i odrzucone kilka metrów dalej. Corvin uśmiechnął sie. Liczył na to, że mag będzie chciał zastraszyć niziołka swoją siłą, a tym samym będze marnował swą energię. Czekał spokojnie stojąc naprzeciw wejścia.
Mag pojawił sięw drzwiach z uśmiechem, a Pielgrzym patrzyl z satysfakcją, jak ten uśmiech topnieje, a oczy zwężają się na widok iaurhin'a. Zaskoczył go i zdenerwował. Doskonale. Zdekoncentrowany umysl jest dużo łatwiejszy do przełamania. Aura maga drżała niespokojnie.
Po krótkiej wymianie zdań, na zewnątrz chatki...
- Sprawdźmy na co Cie stać - Egzekutor zaciskając zęby z furią wyrzucił przed siebie prawą dłoń. Corvin instynktownie wyczuł mknący w jego kierunku pocisk z niesamowicie przyspieszonych cząsteczek powietrza. Szybka skoncentrowana myśl i właściwie ukierunkowany impuls przemieścił ciało Pielgrzyma kilka metrów w bok. Ręka iaurhin'a wyprostowala się, a otwarta dłon zatoczyła wokół niego sferę, tworząc energetyczna barierę.
- Ahh..jednak coś potrafisz. Doskonale! Będzie większa zabawa! - Egzekutor uśmiechał sie ale Corvin czytał z Jego aury jak z otwartej księgi. Był spięty.
- Stać mnie na o wiele więcej - swobodnie spoczywająca lewa ręka Corvina od kilku sekund kumulowała wokół dłoni cząsteczki powietrza. teraz wystrzeliła w kierunku maga, tworząc ostry dysk. W ostatniej chwili mag zdołał stworzyć przed sobą barierę, która z trudem powstrzymala pocisk.Jęknął by za chwilę zatoczyć swymi dłońmi wokół siebie.
Walczących otoczyły buchające wprost z ziemi płomienie.
- Troszeczkę Cię przypalimy! - oczy Egzekutora przepełniał obłęd. Ten człowiek był szalony. Doskonale. Jego wściekłość była zarazem największą słabością maga. Cale swe siły koncentrował na unicestwieniu swego przeciwnika. Wyczerpywał się szybko. Wystarczyło poczekać na odpowiedni moment.
Corvin wyciągnął swe dłonie ku górze. Skoncentrowwał sie i zaczął spowalniac ruch cząsteczek wokół siebie. Zmniejszał ich energię kinetyczną aż do całkowitego zatrzymania. Zwarty lodowy klosz otoczył ciało Pielgrzyma. Mag wścielke rzucił sie na barierę i począł w nią chaotycznie uderzać. Wyraźnie go to wyczerpywało ale nie myślał logicznie. Kierowała nim wściekłość i niepohamowana rządza mordu.
IaurHin odczekał kilka chwil aż zauważył, że bariera ustepuję po czym błyskawicznie skierowal impuls wgłąb siebie i przemieścił swe ciało poza ognista obręcz. W tej samej sekundzie wyrzucił obie dłonie przed siebie, ukierunkowując ruch cząsteczek powietrza w stronę ognistej ściany i znacznie je przyspieszając.
Ognisty podmuch uderzył wprost w Egzekutora. Odrzucając go o kilka metrów. Nie brakowało mu refleksu. Znow zdążył kontrowac siłę swoją własną, tworząc barierę.
Egzekutor ułożył ręce wzdłuż ciała i wylewitował kilka metrow w górę.
Corvin znow czekał.
Z dzikim grymasem na mokrej od potu twarzy, mag wyciągnąl dłonie w kierunku Pielgrzyma. W tej samej chwili wokół Corvina rozpętała sie energetyczna burza.
IaurHin zamknął oczy. Na jego skórze zaczęły zbierać się ładunki elektryczne, absorbowane z otoczenia.
Mimo zamknietych oczu widział gdzie znajduje się i co robi jego przeciwnik. W przypadku walki z drugim techmaturgiem, oczy nie sa potrzebne.
Egzekutor zbliżył się na odległośc metra. Na to czekał.
Uwolniony w ułamku sekundy ładunek elektryczny uderzyl z ogromną siła w maga, ciskając nim o pobliskie drzewo i pozbawiając na krótka chwile przytomności. ta chwila wystarczyła by Corvin znalazł się na nim i położył swe dłonie na jego klatce piersiowej.
Egzekutor otworzył szekoro oczy. Oczy tym razem pełne przerazenia. Wiedział, że przegrał. Czuł jak uchodzi z niego wszelka energia. Czuł jak iaurhin wolno lecz systematycznie opróżnia go niczym kielich. Ciało Egzekutora zaczęło marszczyć się i pękać. Oczy zapadły się a włosy zaczęły siwieć. Oddech stał się nierówny, suchy i pusty. Z wolna zaczęły pękać kości, członki więdły i usychały niczym liście. W ostatniej chwili iaurHin oderwał swe dłonie od ciała maga. Ledwo widoczna iskierka w oczach Egzekutora byla wszystkim, co w Nim zostało.
- Nie unicestwię Cię - Corvin wstał spoglądając na resztki tego, co kiedyś było dumnym techmaturgiem. - Umrzesz ale Twoja dusza wróci tam gdzie jej miejsce. Nie stworzę kolejnej luki. Nie nakarmię chaosu. Odejdź w pokoju...
Podniósł wzrok dopiero teraz dostrzegając wpatrzoną w Niego bladą twarz Willego.
- Tym jest wlaśnie techmaturgia drogi chłopcze. Tego właśnie chciałeś sie uczyć...