W mroku nocy pelzajace stwory kolejno eliminowaly gwardzistow Nujel'm. W palacu pojawili sie znikad. Szambelan nie zdazyl nawet przelknac sliny gdy dwa ostre kly zatopily sie w jego szyi.
- Wkrotssssse miassssto besie naszszsze... - wysyczal mu do ucha zamazany juz ksztalt.
***
Z braku czasu na nic dluzszego mnie nie stac - licze na was. Duza pochwala dla LoA, a w szczegolnosci dla Wazdara. Bardzo ladnie panowie - to juz drugi raz w tak krotkim czasie jak nas pozytywnie zaskakujecie :)
PS. A mowilem sobie - nigdy wiecej questow do pozna w nocy :P
Coen
Czesc!
Dziekujemy za qesta bylo swietnie, mila atmosferka i bardzo dobra fabula przygody.
Opisu w moim wykonaniu nie bedzie, ale cos wrzucimy niedlugo ^^
Pozdrawiam
Gorn
ps. In Vas Por w wykonaniu maga Nujel'm byl efektowny ;)
No trzesienie było bardzo efektowne. Bije sobie potworki przy wejsciu do podziemi nagle Bum i OoOooOOOo. :-)
Rok był to bodaj 534, choć głowy uciąć nie dam. Tak naprawdę starszy mężczyzna siedzący przy barze już dawno stracił poczucie czasu. Monotonia i marazm małej, najemniczej osady wprowadzały go w stan otępienia porównywalny ze stanem berserkera podczas szału. Tylko sliny mniej.
- Opowiadałem Ci już, przyjacielu, jak to pewnego razu spotkałem samego Daywadosa srającego w krzakach w okolicach Papui?- rzekła śniada, długowłosa postać, popijając kolejny łyk piwa. Piwa gorzkiego. Ochydnego. Jego nazwa mówiła sama za siebie -" Spotkanie pod portalem ".
- Opowiadałes, opowiadałes, jakies trzy tysiące razy Es.- barman usmiechnął się pobłażliwie.
- Zostaw te trunki i idź poszukać jakiegos zlecenia. Może zarobisz trochę grosza...
Jedyny słyszalny dotychczas dzwięk, szum deszczu, został brutalnie stłumiony drugim, równie przygnębiającym - tętentem końskich kopyt.Drzwi karczmy otworzyły się przeraźliwie skrzypiąc. Do środka weszła liczna grupa zbrojnych...
- Sardas. Esgarod Sardas. Karczmarzu, mówi Ci coś to imię?
Barman kontem oka spojrzal na śniedego mężczyznę siedzącego przy barze. Jeden ze zbrojnych, uchwyciwszy to spojrzenie, rzekł:
- Przekaż mu tylko, że go szukamy. I że naprawdę dobrze płacaimy. Bywaj.
"Dobrze płacimy, naprawdę dobrze płacimy"... Słowa rycerza brzmiały w głowie Esgaroda niczym magiczna inkantacja.
- I tak nic gorszego mnie juz w życiu nie spotka... - mruknął pod nosem. - Stójcie! Jam jest Sardas! - krzyknal w strone zbrojnych ukazując im pierścien rodu.
- Na konie więc. Do Nujel'm. - syknął rycerz.
******
Esgarod był w stolicy podczas napaści. Widział mord i cierpienie. Jednak to co teraz ujrzaly jego oczy było... Otruci strażnicy leżeli martwi bądz dogorewali w jękach zwracając własne wnętrznosci. Wymordowane kobiety dzieci i mnostwo, nieskonczona ilosc martwych Ophidian...
- Tych tutaj wybiliśmy. - rzachnął jeden ze zbrojnych pochwyciwszy przerażony wzrok Esa. - Jednak ciągle przybywają nowi, wypełzają z sykiem z katakumb na zachodzie. - dodał. Po czym krzyknął do kompanów: - Pilnować następcy! W drogę!
- Następcy... Na Ylotha o czym on mowi?.- pomyślał Es. - I dokąd wogóle zmierzamy?
Po chwilio cała grupa znalazła się w małej pracowni tutejszego alchemika. Dołączył do nich ktoś jeszcze...
- Panie...- wspaniale odziana postać mędrca skłoniła się przed Esgarodem wprawiając go w osłupienie.
- Panie, jestes nasza jedyna nadzieja... Jako potomek Wladców Nujel'm tylko Ty mozesz dopelnic przepowiedni i uratowac miasto przed Ophidianami. - kontynuował. - Wyjasnie Ci, Panie, wszystko w drodze. Czas jest dobrem, którego nie mamy. Prędko! - krzyknął.
Wierzchowce zachowywały się bardzo niespokojnie, jakby przeczuwaly niebezpieczenstwo i wszechogarniające zło. Kompaina ruszyła w stronę katakumb, Esgarod i Mag oddali się rozmowie...
- Ci wojownicy nazwali mnie następcą, Ty honorujesz mnie tytułem szlacheckim... - zaczął niepewnie Esgarod. Na usta cisnęło mu się tysiące pytań. Czasu było jednak niewiele.
- Pochodzisz, Panie, z rodu władców tegoż miasta. Jesteś ich spadkobiercą. Jesteś także prawowitym następcą tronu. - zaczął mag z lekkim uśmiechem obserwując coraz wyraźniejsze osłupienię mężczyzny.
- Tron... Potomek władców... To jakieś żarty, prawda? - uciął Es rozglądając się nerwowo. - Pewnie zaraz zza rogu wyskoczy niziołek z parszywym uśmiechem krzycząc "Mam Cię"- dodał.
- Nie, mój Panie, to wszystko prawda. Sprawa jest wagi ogromnej. Ophidianie, wykorzystując panujący chaos oraz marsz legionów Blackthorna, przypuścili atak. Zajęli pałac grodząc go magiczną barierą. Chcą Nujel'm. Chcą naszej śmierci. - mag wyraźnie spoważniał.
- Udało im się otworzyć przejście łączące ich siedliszcze z katakumbami na zachodzie. Przejście bardzo silne magiczine, nawet tutaj czuję jego moc. - kontynuował. - I tylko Ty Panie, możesz to przejście pogrzebać. Dość jednak dysput. Jesteśmy na miejscu.
Wojownicy, jeden po drugim, powoli niknęli, zatapiając się w mrokach grobowca...
*****
Stojąc lekko w tyle Esgarod dopiero teraz zrozumiał z kim ma do czynienia. Obserwując grupę milczących rycerzy czuł podziw. Wzbudzali oni w nim szacunek nie jako w człowieku, lecz jako w wojowniku. Istocie zrodzonej by walczyć, zrodzonej by życie oddać na polu bitwy. Walczyli mężnie jak lwy i skutecznie jak... śmierć.
Całe lochy roiły się od ophidiańskich rycerzy, magów, zabójców. Mimo to, dzięki odwadze grupa powoli posuwała się na przód. Na przód ku przeznaczeniu...
Po ścięciu niezliczonej ilości wrogów kompania wkroczyła do przestronnego pomieszczenia. Powietrze było suche, przepełnione magią. Ich oczom ukazał się Portal. Chwilę poźniej jego strażnik.
- Zaszssslisssscie azssss tuu by zzdechnacssss- syknęła wężowata postać. - In Vas Por - dodała.
Walka była krótsza niż lot elfiej strzały. Doświadczeni wojownicy już po chwili mogli chełpić się zwycięstwem. Esgarod miał jednak obowiązek. Powoli ją kroczyć w kierunku portalu.
- Inkantacja Panie! - doszedł go krzyk maga.
Później nie słyszał już nic. Był prostym najemnikiem, jednak teraz doskonale wiedział co robić. Tak jakby miał to we krwi... Wypowiedziawszy słowa inkantacji nacią sztyletem nadgarstek. Kilka kropli życiodajnego płynu spłlnęło na ziemię...
Z letargu wyrwał go spadający tuż obok blok skalny.
- Panie! - krzyczeli wojownicy. - Panie, na koń, uciekajmy stąd!
Cała grupa galopem opuściła katakumby. Pędzili w stronę pałacu...
***
- Nnn... nie rozumiem... Jak to możliwe... Przecież my... - rzekł drżącym głosem jeden z wojowników.
- Zniszczyliśmy portal. Tak. To wyraźnie osłabiło barierę... Może teraz uda mi się ja złamać. - uciął mu mag.
Podszedł do magicznej bariery i skupiwszy myśli dotknął ją delikatnie opuszkami palców. Ściana ustąpiła natychmiast. Jednak po tym, jak przekroczył próg, bariera znów się zmaterializowała. Mędrzec bez zastanowienia ruszył w stronę pałacu. Sam.
Oczekujący przed wejściem w jednej chwili usłyszęli przeraźliwy krzyk i dzwięk zaklęcia tracącego moc. Bez zastanowienia wpadli do pałacu. Na środku sali tronowej leżało ciało starego maga. Zarute momentalnie przegniło. Jedyne co mogli teraz zrobić to oddać mu należny hołd.
Dziesięciu męzczyzn stało prężnie nad ciałem. Wszyscy salutowali, niektórzy mieli łzy w oczach... - Sprawmy, by imię tego człowieka było wieczne - w głosie Esgaroda brzmiały gorycz i żal.
- P... panie... - ciszę przerwał jęk postaci leżącej w kącie. - Panie, pomóż mi... umieram.
Esgarod klęlnął nad nim i położył mu rękę na czole. Zdziwienie malowało się na licach zebranych bo... Choroba ustąpiła.
- Dzięki Panie. Jam jest szambelan tego pałacu.
- Panie, czy zechcesz przyjąć swe dziedzictwo i zasiąść na tronie Nujel'm? - powiedział po chwili w pełni już zdrowy mężczyzna.
Esgarod niepewnie, lecz wyraźnie przytaknął.
- Wspaniale! - uradowali się zebrani. - W takim wypadku poślę do skarbca po insygnia dla Ciebie, Panie. - dodał szambelan.
Przywdziawszy przyniesione szaty Esgarod zwrócił się do sługi:
- Odznacz tych oto mężnych rycerzy, a na ręce ich mistrza złóż rekompensatę za poniesione straty. Uczyń to bezzwłocznie. - Po czym zwrócił się do kompani:
- Wasza pomoc okazała się bezcenna. Jednak to nie koniec. To początek. Z rana pośle gońców do Minoc i Trinsic. O wszystkim będziecie informowani.
- Tymczasem, zapraszam na uczte! - krzyknął do zgromadzonych. - Bawcie się do rana. Pozwólcie jednak, ze ja udam się na spoczynek. Bywajcie.
****
Esgarod rozsiadł się wygodnie w fotelu. - Nareszcie. - pomyślał. -To mój czas, moja szansa.
Był pewien, że to właśnie było mu pisane. Był także pewien, że prędzej lub później ktoś go obali. Miał tylko nadzieję, że owo obalanie uda mu się przeżyć
Nie wiem czy kogos tym zaciekawie:D naskrobalem to bo czulem sie do tego zoobowiazany. Jak wyszlo ocencie sami:)
Czekam z niecierpliwoscia :lol:
Teraz zaczynam poważnie żałować, że Święta miast przy kompie spędziłem przy rodzinnym stole :/ . Wygląda na to, że przyjaciele świetnie się bawili, a ja obzerałem się ciastem i popijałem .... no wiadomo czym ;P
Z przekazów naocznych uczestników, wiem jeno, że było pysznie.
Gratulacje za bardzo dobry, klimatyczny i anonimowy (bądź co bądź) opis, bo jak widać nie wszyscy chełpią się i samozwańczo mianują tym czy owym, gloryfikując przy tym swą postać ponad miarę.
Mam nadzieję, że ten quest to początek nowej passy w szeregach Orderu, zachęcenia wiekowych juz graczy (bo tacy brali w nim udział), do odnalezienia się również poza PvP czy PvM w odgrywaniu RPG.
Raz jeszcze dziekuję za ciekawy opis i tą iskierkę nadziei, która zagościła w grze Orderu.
Taki min. byl jego cel. Dziekuje jeszcze raz [tym razem osobiscie] za piekne odgrywanie.
S bardzo fajne opowiadanko. Moze dopiszesz tez historie o tym jak Ci bedzie szlo rzadzenie ;)
Panowie z LoA - czekam na wasz opis. I prosze sie nie wstydzic :)
Cytat: "Coen"Panowie z LoA - czekam na wasz opis. I prosze sie nie wstydzic :)
to zabrzmiało, jak brzedęk rzuconej na ziemię pierścieniowej rękawicy...
niby wszystko zostało juz powiedziane, a gawiedź krzyczy: Jeszcze! Jeszcze! :wink:
Niezupełnie :) Event z mojej perspektywy wyglądał nieco inaczej i był nieco krótszy niż z perspektywy reszty uczestników:D
...zatem omówiwszy już sprawę ewentualnej współpracy, pragnę wyrazić podziękowania za gest Waszej Ekscelencji. Czy w takim razie możemy przejść do omówienia tematyki gospodarczej? - monotonny ton młodego dyplomaty zmąciły odgłosy z zewnątrz.
- Wyśmienicie. Właśnie pragnąłem ten temat poruszyć. Zatem...
Dyplomata, zapomniawszy na chwilę o nobliwym gościu, nasłuchiwał niepokojących odgłosów z zewnątrz.
- Panie - urwał wypowiedź monarsze - wybacz mój wtręt, jednak ze względów bezpieczeństwa zapraszam do dolnej sali, do biura kapitana straży. Pozostając tu, Czuję się niepewny naszego bezpieczeństwa. - Nujlemczyk przytaknął. Młodzian poprowadził gościa do komnaty piętro niżej.
Nikłe światło świec rozjaśniało salę. Dyplomata wskazał władcy krzesło. Sam zasiadł na fotelu po drugiej stronie biurka. Rozparłszy się wygodnie odparł, przymrużywszy błogo oczka.
- Zatem pozostało omówić nam stosunki gospodarcze. Hmmm - zamyślił się mrucząc nisko. - Czym zatem możemy służyć? - żywo zapytał.
- Wiadomo ci pewnie, że Nujlem słynie z najwspanialszych tkanin.
Nie dokończył zdania jak do komnaty wtoczyło trzech siepaczy.
- Tu są jacyś! – krzyknął jeden do pozostałych. Wbiegł czwarty w czarnej todze i głęboko nasadzonym na oczy kapturze. – Tych nie! Nie zabijać cywilów! – odparł stanowczo. Zaniepokojony dyplomata i monarcha powstali z miejsc. Serce gospodarza uderzyło do gardła. Wiedział, że nie jest w stanie obronić gościa. Kątem oka nie był w stanie dojrzeć twarzy żadnego strażnika. ,,Tylko krwi uniknąć" myślał w duchu. Zacisnął wargi i czekał na rozwój wydarzeń.
Trzech mężczyzn jeszcze chwile obserwowało wnętrze. Jeden z nich podszedł do władcy Nujlem.
- Es! – wykrzyknął radośnie zaskoczony. – Es druhu! Co tam słychać?! Wpadłbyś do mnie na piwo do zamku! – klepnął w ramię. Nie czekając odpowiedzi wybiegł ze wszystkimi trzaskając za sobą drzwiami.
***
Pochylona nad zapiskami postać wciąż ważyła ostatnie wydarzenie. ,,Podstawiony? Zdrajca? A może to prowokacja..." Długo jeszcze dumał, jak słońce wpuściło do sali pierwsze struny światła.
Skończywszy uzupełniać dokumenty, wstał. Wyprostował się i spojrzał w zamyśleniu przed siebie. ,,Nic to. Czas pokaże." Uśmiechnął się do siebie półgębkiem.
Hehe...S - to mi ćwieka wtedy zabiłeś ;)
Delikatne mrowienie skóry i cichy szept w umyśle wyrwały z zamyślenia starego wojownika. Jakby z odchylani dobiegł glos, wołający go po imieniu, wzywający. Nieznaczny uśmiech zagościł na zniszczonej twarzy.
- Szykować Mogga !!! – Rozległ się doniosły okrzyk po podwórzu, pełen wigoru tak kontrastującego z wygladem starca – Dziś poleje się krew – burknął już cicho do siebie.
Ten sędziwy wojownik stal teraz w drzwiach domu uzbrojony w azurytowy miecz i ciemna zbroje. Promienie zachodzącego słońca unikalny kontaktu z dziwną czernią napierśnika jakby kryła się w niej nicość, z której nigdy nie powrócą. Garbacz stał już osiodłany, gotowy do drogi.
Znów mrowienie skory i już wyraźny glos rozległ się w umyśle. Tym razem nakazujący i zdecydowany. Pod nogami garbacza otworzył się gwałtownie zielony dysk wsysając go wraz z jeźdźcem do środka.
W mgnieniu oka znaleźli się w dusznym korytarzu otoczeni ciałami martwych ophidian. Wokół toczyła się zacięta walka. Szybko rozpoznał znajome twarze z Legionu. Nie musiał pytać, po co go tu wezwano i co ma robić. Odpowiedz była przed nim.
Po godzinie ciężkich walk natrafili na silnie broniona komnatę. W środku znajdował się ogromny kryształ emanującym energia. Była on tak silna ze dosłownie namacalna.
- To tu !!! Wreszcie odnaleziony – rozlegle się glos tajemniczego maga.
Dziś spotkał go po raz pierwszy, ale szybko docenił jego zdolności magiczne. Ponadprzeciętną moc i wiedza objawiały się w potędze jego magii. Żaden mag Legionu nie mógł się z nim równać Może kiedyś...
- Chodźmy już lepiej – z zamyślenia wyrwał go glos przyjaciela – Te ściany nie wytrzymają tego, co je czeka. Biegiem do wyjścia !!!
Tąpnięcia i gwałtowne trzęsienia ziemi świadczyły o uwolnionej energii. Co chwile huk zawalającego się stropu rozchodził się echem po korytarzach... Kolejny łoskot zapadającej się ściany gdzieś blisko... Ziemia dosłownie wirowała uniemożliwiając zwierzętom i ludziom zachowanie równowagi. Kolejne nagle tąpniecie podcięło nogi wierzchowca. Jeździec próbował jeszcze zeskoczyć, ale było za późno. Spadł wraz z garbaczem w dół przepaści...
Świadomość wróciła wraz z przeszywającym bólem ciała. Wszędzie panowały ciemności, a unoszący się pyl dusił i palił. Po omacku wojownik próbował odnaleźć jakąś drogę. Wyczul ciało – należało do martwego garbacza. Nie, tym razem nie da rady. Opadał z sił krztusząc się i próbując wspinać. W korytarzach wyżej dalej rozchodził się łoskot walących się ścian i stropów. Kurz wciskający się w rany na skórze piekl niemiłosiernie, impulsy bólu w głowie niemal rozrywały czaszkę. W całym tym piekle wyczuł coś znajomego... Intuicyjnie przeczołgał się po omacku w tamta stronę. Błysk... - leżał na piaskach Nujel'm otoczony kompanami.
- Myślałem ze już po mnie, że... - zemdlał.
- Znow o włos uniknął śmierci - w zamyśleniu powiedzial szaman.
Wokół rozległy sie smiechy.