Pomyslalem sobie, ze skoro bylem swiadkiem ewentu, to wypadaloby go opisac.
Wlazlem na forum i stwierdzilem, ze jeb** opis jakis.
Jeb*** zatem.
Oh! Jak dobrze, zem poscil, inaczej mdlosci wywleklyby moj zoladek na druga strone i nie obeszloby sie bez inwigilacji moich trzewi przez personel medyczny o podejrzanej proweniencji. Kiedym jednak pomyslal, ze tak podrozuja dzisiaj ludzie swiatli i uczeni, a G. skarcil mnie niewybrednym komentarzem o moim wieku oraz wrazeniu prenatalnego powrotu do lona matki, usprawiedliwilem w duchu portale i w pore ugryzlem w jezyk, gdyz kolejne 'kurwy i szatany' juz pedzily wraz z moimi spostrzezeniami na temat wygody ow srodka transportu.
Umysl, zaraz po tak ciezkiej podrozy, przez chwile musi sie uporzadkowac. Wrazenie mialem takie, jakoby swiadomosc ulegajac przedziwnej implozji, zapadla sie w sobie, by powstac raz jeszcze, w tej samej kondygnacji, z wierzchu identyczna, wewnatrz jeszcze bardziej chaotyczna. Jak wojska gotowe do przemarszu, przegrupowuja sie, to przemieszczajac swoje falangi, szykujac sie porzadnie, castrorum acies ordinada. W tej lichej konfuzji trwajac, widzialem oczyma wyobrazni, stojace w rzedzie arimaspy, w kanonie wyspiewujace arie na nasze przywitanie. Ichni hebdominariusz, w workowatym ubiorze z roznokolorowych warstw i lat chwalil nasze imie pod niebiosa, ramiona wyrzucajac niezwykle energicznie, jak kolos podtrzymujacy niebosklon nie boi sie wyciagnac swe ramiona pod firmament gwiazd. Rychle sie jednak okazalo, ze to tylko kolejne igraszki umyslu, a podsmiechujacy sie G. skwintowal cale zdarzenie jako obraz nedzy i rozpaczy starczej, ktora wsrod zebranych wywolala aure roztropnosci wobec mojej osoby i indywiduum G. Namietnosci mojej wyobrazni bowiem, poddane sa dyscyplinie przez niezbita wole, choc czasem, popuszczajac jej wodze, percepcja plata figle, przeplatajac w sobie akcedanty somnambuliki i gruntu na pozor rzeczywistego, z rzeczy zwyklych tworzych niezwykle, jak ktos, kto laczy cialo czlowieka z kozim lbem.
Oh! Zapomnialbym sie podzielic celem mojej podrozy, ktory zobrazuje byc moze opis moich konfratow, z ktorymi zebralem sie tegoz dnia, jak oficjele zbieraja sie w ratuszu podejmowac wazkie dla narodu decyzje! Z poczatku myslalem, ze paleta osobowosci niezwyklych bedzie nieskonczona i palec moj zmieknie, niz zlicze na papierze wszystkie glowy. W rzeczywistosci jednak zebralismy sie w piecioro, to jest ja, wasz czcigodny narrator, bard wielki i artysta o nieskalanej opinii wszetecznego, moj nieodlaczny kamrat G., strojacy sobie zarty wytwor lokalnego systemu edukacji, przyjaciel moj Dahak oraz dwoch blizej mi wowczas nieznanych mlodzian, ktorych won nie tylko nie odrzucala, ale zdawala sie laczyc w sobie zapachy naturalne dla wyczulonego wechu G.
Nie bede wdawal sie w dysputy, jakesmy prowadzili w tej konstrukcji plemiennej pachnacej ziolami i nieco alembikami alchemicznymi - jak mi sie poniekad zdalo, a przynajmniej mieszaninami roznych substancji - z tegoz tez powodu, ze nie byly to rozmowy warte zanotowania, a basnie nazwali poeci od bajania, poniewaz nie sa to rzeczy prawdziwe, jedynie stworzone w mowie. Nie istotnym jest zatem dla historie detal ten retoryki mej, wspomne jedynie, ze Dahak pareneza mnie skarcil, cobym nie za wiele sie odzywal, gdyz jezyk moj, zatruty przez obecnosc G., zakusy bezpruderyjnej mowy umyslu zwykly jest dzielic sie w potoku slow, strumieniu swiadomosci nieopwanowanej ramami jakiejkolwiek hierarchii moralnej i etycznej. Po krotce wydalo sie jednak, podczas rozmowy, ze toc osobistosci, ktorych przedstawil mi Dahak, to Asheyowie, jak sie przedstawili, lud plemienny o bogatej kulturze i tradycji.
Zaraz po tym zapoznaniu, udalismy sie w progi krolestwa lasu, przystrojonego pogodnym zarem slonca, gorujacego nad nami jak ptak, orzel dopatrujacy sie naszej nieuwagi. Nie wspominalem jeszcze, ze slonce nie jest domena G. i ten rzeczywiscie ozywa, kiedy to dzien legatem przekazuje promienie sloneczne ksiezycowi, zamieniajac podly zar nie do zniesienia, jak te bicze pokutne besztajace nas po plecach, w mleko i miod patronatu nocy, saczonego powolnie pod jezykiem. W retrospekcji pamietam, ze G. szalal wielce w lesie, dopatrujac sie w kazdej szczelinie czujnych oczu sykofantow zwierzecych - to wielkich slepi sowy, czy zrecznych zrenic szczurow. Wspinal sie na drzewa, skad upatrywal kolejne plamy cieni na zimowej polaci lasu. Ponaglalem go i straszylem gwaltem, coby nie tylko nie ukazywal braci naszej ze strony chromoty ale w oczach moich nie popadal pod definicje calkowitego skretynienia.
W taki dosc cyrkowy sposob dotarlismy na miejsce naszego, jak sie mialo okazac, rytualu. Jeden z Asheyow, o trudnym mi do zapamietania imieniu jednakowoz, wypowiedzial swego rodzaju panegiryk, laudacja naszej drogiej matki, Pani Srebrnego Firmanentu, Satyrione Najdorodniejsza, gdzie serce cale oddalem jej Luna. Choc Asheyowie inaczej ujmuja imie epitomii ksiezyca najpiekniejszego Luna i nie widza jej jako kobiety o piersiach nieco sterczacych i umiarkowanie pelnych, to i tak przed oczami swymi mialem te obrazy mojej nimfy poboznie usmiechajacej sie w moja strone, jak bakalarz wpatruje sie w udolnego swego ucznia. Zaraz po nim, przypowiesc o ojcu naszym, Gaverinie, zaczal nasz predykant Dahak, ktory podzielil sie historiami naszych antenatow slowami madrymi ujmujac te drzewne opowiesci.
Przez moment wrazenie mialem niepodzielne, ze cozzes mnie obserwuje i choc zbity wyzwiskami G. o mojej niepoczytalnosci, zdalem sie byc na bakier z dowodami moich zmyslow. Percepcja, niechybnie skruszona tym wynioslym momentem, nie dojzala z poczatku bandy obserwujacych mnie cyklopow o wielkich ramionach, zdolnych zgniesc mnie, waszego czcigodnego barda, jak muche jedynie klasnieciem zadowolonych dloni. Balem sie przez moment, ze tak jak i my, przybyli swietowac i zaraz zasypia nas gradem swojego obrzedowego inwentarza, a cyklopi znani sa z tego, ze swietuja czesciami cial ludzkich i kamieniami. Coz za niegodna smierc dla barda! Pomrzec w lesie ciemnym, daleki od trunkow i lic bladych niewiast! Na szczescie jednak, kiedym tylko zamknal oczy, zeby odmowic paciorek ostatni, grupa cyklopow rozplynela sie w powietrzu, jakby jedyni byli figmenta, projekcjami mojego umyslu! Nadzieje mam jednak, ze to zapach nasz ich odstarszyl, co przyuwazyl G., z przymruzeniem oka komentujac moja wode kolonska! Coz za psia morda, szmira feudalna z tego obszczymura! Moi konfraci zdali sie nie zauwazac tego osobliwego cyrku obnoszacego sie swoimi barwami zabawowymi wokol mnie. W drodze powrotnej, towarzyszyly nam nietoperze - chocby i w dzien! - obijajac sie o siebie, jak statki bez masztow, jak oslepione konie i ryby wyciagniete na brzeg, lapczywie domagajace sie wody! Nic z tego, zem z G. probowal lapac je za nogi, aby uniesc sie w powietrze choc na moment, do gwiazd! Do gwiazd! Jak wspomnialem, nic z tego towarzysze moi sobie nie robili, patrzac na mnie coraz podejrzliwiej, jakobym rozum postradal doszczetnie! Szczescie, ze mialem przy sobie dahaka, ktory z jednej strony, swoim racjonalizmem, jak fikcyjny garb mi ciazyl, z drugiej swiadectwem pelni zmyslow pietnowal.
Kiedysmy wrocili do konstrukcji tego szalasu wielkiego Asheyow, podzielono sie z nami kepkiem tradycji ich plemiennej, polegajacej na dzieleniu sie dymem tytoniu specjalistycznego, ktory nakladem sil spirytystycznych, z pewnoscia, a przynajmniej okultystycznych, wprawial cialo w stan drzenia, ciaglego wyprezenia jak sprezyna, napiecia. W glowie jednak dzialo sie cos przeciwnego, sofizmat duszy i ciala! Umysl moj uniosl sie ponad te powloke, pogruchotane kosci i zdawal sie sondowac cale to zdarzenie. Zakusami demiurgi je nazwalem, bowiem czulem sie jak bog, dogladajacy swej trzody, jedna reka majac w garsci wszystkich pastuszkow tego swiata, w drugiej psy wojny i wilki. Oh! jaki to byl blogi stan, raz jeszcze oddac sie tej ropuscie!
Kiedy bede mial tylko czas, dopisze wiecej. Forma tego malego opowiadanka rowniez jest celowa, jakoze jest to absolutnie subiektywny opis wydarzen, pomijajacy prawdopodobnie glowny kregoslup fabularny, skupiajac sie w szczegolnosci na swiadomosci narratora. Ot!
Oj czasem lepiej nie wiedzieć co kto ma w głowie ;D
Świetne.