Plaza Brytanii, 19 dzien narodzin slonca 596 roku, godziny wieczorne.
Tajemny wyladunek, szedl po szmuglerskiej mysli. Zadnych walk w okolicy, zadnych przypadkowych najemnikow, a przede wszystkim - zadnych bestii nocy.
-Jeszcze 2 worki i ruszamy - Jeden z mezczyzn z pirackim zacieciem w glosie wydawal sie byc przewodzacym calej wymiany.
-Dobra, to wy jedzcie juz, a ja tu posprzatam i dolacze do was, wystarcza nam jedne slady. No jazda.
Odjechali powoli. Pozostaly odwrocil sie i szukal czegos co posluzyloby mu za miotle. W piasku ujrzal dziwny ksztalt, jakby niewielka galazke w ksztalcie dloni.
Zblizyl sie i odgarnal nieco piasku.
-Reka z metalu? Co to, rzezba? - W glowie natychmiast zablysly mysli o bogactwie plynace z tak duzego posagu.
Postac dmuchajac pozbyla sie piasku z okolic dloni.
- Adamantyt, jakby... - Zblizyl sie by lepiej sie przyjrzec w dogasajacym juz sloncu. Wtedy cos blysnelo...
... w jego oku.
-Tak tak! Zdecydowanie Adamantyt, hu hu, pewnie ciezki jak diabli.
Niewielka lopatka wyciagnieta z torby wygarnial piach, szukal reszty. W przedramieniu jakies dziwne mieso - wysuszone, ale polaczone w jakis dziwny sposob z metalowym szkieletem.
Kopal dalej. Dotarl do poczatku tulowia, gdzie znalazlo sie nieco skory. Ciekawosc zmieszana ze zdziwieniem, malowala sie na twarzy szmuglera, jednak nie ustawal w swoich odkryciach. Dokopal sie do glowy, pozbyl piasku. Wygladala wysmienicie.
-Toz to bedzie warte spokojne zycie! Potrzebna tylko wieksza lopata... - I odwrocil sie by w kilka krokow zaczac szukac w torbie wiekszej lopatki. Balaganiarze szukaja dluzej...
Tymczasem dolek ze szkieletem blyslal delikatna zielenia.
Kiedy szmugler sie odwrocil, slonce bylo juz za horyzontem, las ociekal ciemnoscia, a przed nim, owy posag. Zgrzyt i zsypywanie sie piasku byly ostatnimi rzeczami jakie slyszal.
Plaza Brytanii, 20 dzien narodzin slonca 596 roku, ranek.
Chmura magii buchnela nieopodal zwlok. Mag z sierpem zjawil sie po to co zwykle - krzaczki...
Juz mial isc w ich strone, gdy smrod malo nie zwalil go z nog.
Obejrzal sie w strone plazy, a tam - worg nad zwlokami konczyl wlasnie ucztowanie.
-Corp Por - worg juz nic nie zje. Mag z kolei zblizyl sie, malo nie dlawiac sie smrodem, mimo zakrytej do polowy twarzy.
Zwloki byly chyba meskie. Trudno okreslic to od razu, gdy postac ma zdarta skore. Obok zwloki jucznego konia z rozszarpana szyja.
-Pewnie sprawka wampirow... tylko, ktore bylyby tak nie finezyjne i okrutne... - splunal na sama mysl o spotkaniu owych.
-Kal Vas Flam - 3 slowa ktore mozna bylo uznac za kremacje i swego rodzaju pochowek. Szklana bryla wyladowala w wodzie, po kolejnych slowach maga... i kilku przemielonych skladnikach. Stracil juz i tak dosc czasu...
Miasto Piratow, 20 dzien narodzin slonca 596 roku, popoludnie.
Schodzac po schodach do banku, nie do konca byl pewien jak powinien sie zachowac. Nie pochlania przeciez dusz ani pamieci, a szkoda...
-Poprosze skrzynie - glos ochryply jak na kacu po 3 krasnoludzkich.
-Chyba wczoraj dobry dzien byl, co? Ledwo sie trzymasz, blady i ochryply, nie lepiej Ci bylo odespac? - Przybysz zlapal sie za gardlo i scisnal je. Po czym, bez chrypy za to z nowym akcentem odpowiedzial:
-Zdecydowanie, wczoraj byl bardzo dobry dzien..., teraz podaj mi skrzynie, spieszy mi sie. - podal kluczyk, niemal sypiacy sie.
-Hmm to napewno Twoja skrzynia? Tutaj jest napisane inne imie...
-Daj. - Dostal.
Bankier z ciekawoscia zagladal do ciezkiego kufra. Postac okryla sie niebieska szata, wyciagnela bilet i zamknela kufer. Wyszla. Szybko.
Zaginione Lady, 20 dzien narodzin slonca 596 roku, wieczor.
Krok z poczatku wolny, stawal sie nieco szybszy. Ostatecznie dotarl na miejsce. Stanal przed kratownica i pomacal sie po boku. Zdjal toge. Nowa skora byla dobra. Nie byl jeszcze pewien czy odzyska poprzedni wyglad. Mozna powiedziec, ze stracil go przez rozklad... Zebro, Zebro, dlon wedruje nieco nizej... jest. Tuz nad biodrem, niczym podreczna popielnica skryta w sztucznym boku, kryla w sobie rubinowy kluczyk. Zamek z radosnym zgrzytem otworzyl mu droge do swojego dawnego, zdawaloby sie jedynego odpowiedniego mu miejsca. Wszystko jak zostawil...
Zatrzymal sie dopiero gdy osiadl na kamiennym fotelu i zajrzal do ostatnich notatek, tych najmniej zakurzonych, pozostawionych na polce... W glebi korytarza rozlegl sie zgrzyt. Wstal z fotela i ruszyl tam spokojnie. Ktos wychodzil mu naprzeciw:
-Moglem sie Ciebie spodziewac, juz najwyzsza pora.... - Na twarazch obu postaci namalowalo sie cos na wzor usmiechu.
Wrocil...