DM2: Dziedzictwo Mistrzów

Forum Projektu DM2 => Przygody => Wątek zaczęty przez: Soszek w 2011 08 29, 01:18:35

Tytuł: Cove w płomieniach!
Wiadomość wysłana przez: Soszek w 2011 08 29, 01:18:35
Nad Cove pojawiły się gęste chmury, a ziemia się zatrzęsła.
Otworzyły się magiczne bramy, z których wyszły dziesiątki, jak nie setki szczuroludzi.
Ogromny jaszczur spadł z nieba podpalając wszystkie budynki w mieście.
Miasto ogarnęły chaos, śmierć i zniszczenie.
Tytuł: Odp: Cove w płomieniach!
Wiadomość wysłana przez: Hektor w 2011 08 29, 03:32:43
Na odległym pustkowiu w otoczeniu gęstej puszczy, oddając się całkowicie ciężkiemu treningowi sił witalnych i głębokiej medytacji, poczułem nagłe zawirowanie na granicy życia i śmierci.
Czułem liczne zastępy zmarłych i cierpienie, objawiającą się gdzieś w zasięgu naszej Sosarii.
Uległem pokusie i niezwłocznie ruszyłem w kierunku owego zjawiska, które od zawsze przykuwało moja uwagę.
Wsiadłem na mojego kościanego wierzchowca i ruszyłem w czarny wir, który przeniósł mnie bezpośrednio na miejsce wydarzeń. Tam mym oczom ukazało się w płomieniach miasto Cove, widocznie walczące jeszcze o przetrwanie z licznymi stworami, które splugawił jakiś mrok.
Stanąłem w cieniu i przyglądałem się jak śmiertelnicy walczą o swój żywot z bestią, która w rozmiarach i siłę, przypominała najgorsze pomioty, zamieszkujące Sosarie.
Widząc liczne płomienie, stosy martwych ciał, porozrzucane kawałki mięsa, kałuże pełne krwi i krzyki jak muzyka dla mych uszów, wywołały wyjątkowo na mych ustach, lekki uśmiech.
Na ta chwile, miasto wyglądało jak wielkie pole bitwy w której tym razem nie uczestniczyłem, a tylko delektowałem się jej widokiem.
Gdyby nie to, że kiedyś sam byłem gwardzistą Cove, pewnie sam jak te stwory zatraciłbym się w furii mordu i niszczenia, tego co ludzie nazywają pięknym.
Stałem tak na środku wielkiego chaosu i w mojej wyobraźni zagalopowałem się dalej, widząc ruiny pełne dymu, stosy sczerniałych w popiele domostw i pole ciał, wyżeranych przez szczury i sępie.
Ocknąłem się z zamyślenia gdy przed moimi oczami ukazał się mały chłopiec, sięgający do studni po kolejne wiadro z wodą. Cały w brudzie i licznych poparzeniach, starał się własnymi siłami ugasić ogień, który rozpętał się nad całym miastem. Stał tak w obłokach ognia, narażając własnym życiem, ratując to co mu jest drogie, a ja tylko wpatrywałem się niewzruszony w ludzkie nieszczęście.
Nadchodził powoli świt, mieszkańcy po ciężkiej nocy wygrywali bitwę i walkę z ogniem, wnet uznałem że te piękne przedstawienie dobiega końca i niestety czas ponownie zaszyć się w swoim siedlisku.
Tytuł: Odp: Cove w płomieniach!
Wiadomość wysłana przez: zolta w 2011 08 29, 14:03:44
Jakob pracował w pocie czoła nad rachunkami miasta gdy nagle poczuł coś dziwnego. Coś co wzywało go ciągnęło na północ...

Oderwał się od rachunków i wyszedł na balkon ratusza. Zew wydawał się coraz silniejszy i niósł ze sobą jakiś powiew wolności, desrukcji i wyzwolenia, a zarazem lęku i przerażenia.
Nie wiedział która to jego natura bardziej reaguje na sygnał... ta szczurza czy ta ludzka ale wiedział że oprzeć się mu nie może... i chyba nie chce...
"Panie, czemu wystawiasz mnie na taką próbę... teraz gdy jeszcze nie jestem gotów..." - pomyślał a jego ręka powędrowała ku staremu medalionowi.

Spojrzał jeszcze raz w niebo i ujrzał łunę na niebie...
"Cove, Vesper albo Minoc ..."- pomyślał studiując mapę rozłożoną na stole - "W dwóch z tych miast świadek Pana jest niemile widziany choć jego świadectwo bardzo by się tam przydało ...."
"No nic... sprawdźmy najpierw Cove..."

***

Miasto gorzało. Budynki stały w płomieniach, a po ulicach ciągnął się dławiący dym.
Zew wyczuwalny był ze zdwojoną mocą.
Serce Jakoba łomotało niczym oszalałe.
Dym.
Płomienie.
Chaos.
Zniszczenie.
Krew.
Dzikość pewnych myśli powoli zaczynała przejmować władzę nad jego osobą. Cieszył się że zdążył nałożyć maskę, która teraz skrzętnie skrywała uśmiech na jego wykrzywionych ustach.
"Kara... kara i świadectwo" - wysyczał mocno ściskając w dłoni stary amulet, lecz ku jego zaskoczeniu nic się nie stało.
Amulet nadal był chłodnym kawałkiem gliny...
"Zaraz... coś tu jest nie tak..." - z tą myślą powróciła mu na chwilę trzeźwość umysłu.
Powoli rozejrzał się po mieście i dopiero teraz zdał sobie sprawę kim byli napastnicy i czym był zew który kazał mu tu przybyć.
Wściekł się.
Nie na miasto, nie na to co się z nim działo... W życi to miał, bo to przecież nie jego miasto...
Wściekł się na siebie, że się dał podpuścić jak dziecko.
Ale zaraz też poczuł ulgę.
"To znaczy że dzień świadectwa jeszcze nie nadszedł..." - pomyślał i wyciągnął księgę by rozpocząć rytuały...

***

Walka nie była ciężka choć można ją było nazwać uciążliwą. Przeciwnik mimo że dysponował sporą przewagą liczebną, całkowicie nie potrafił jej wykorzystać stosując taktykę bliższą tępym berserkerom lub elfom niż inteligentnym istotom jakimi niewątpliwie byli, choć znienawidzeni, jego pobratymcy.
Biegali niczym motloch, niszcząc i podpalając co tylko się dało. Nie zajmowali się grabieżami ani gwałtami. No nawet się gwałtami nie zajmowali...
"Gwałtami się nie zajmowali..."
Kolejna myśl i kolejne oświecenie... To nie jego pobratymcy stali za tą napaścią... To coś wiele gorszego...

Jakby na potwierdzenie tej myśli z kopalni wychynął Żmij, przybierając postać jakiejś wielkiej demonicznej bestii, chyba wyrma ale spaczeń i tak go dosięgnęła...

Motłoch zaczął uciekać na oślep, a kilku śmiałków, których umysły najwidoczniej nie pozwoliły im zdrowym rozsądkiem ocenić z kim mają doczynienia rzuciło się na bestię...

Kapłani i medycy mieli wiele roboty...

A miasto płonęło.

Jakob wiedział że nie może stanąć do walki ze Żmijem, nie wtedy gdy jego Pan nie miał nad nim patronatu... więc wziął się za to, co i jemu i miastu przyniesie największą korzyść i chwałę...
Magia wody...
Rytuał nie był skomplikowany ale kilka razy musiał ryzykować życiem żeby go wykonać bo port opanowany był przez bestię, ale udało się...

Budynek po budynku jego wierni słudzy gasili nie bacząc na żar. Zresztą nie mieli tu nic do gadania, będąc związanymi więzią magi przywołańcami żywiołu wody musieli wypełnić wolę swego pana.

Pożar został ugaszony w większych budynkach, mniejszymi zajął się plebs.

Miasto było bezpieczne .... od ognia...

Kończąc swą pracę Jakob przedzierał się przez tłum wiwatujących na jego cześć mieszkańców kierując się w stronę banku, gdzie powiewały chorągwie co znamienitszych rycerzy wezwanych na pomoc by się z awatarem Żmija rozprawić.

Jakob słuchał uważnie jak mężowie i damy rozmawiają jakby tu gładko bestję zabić, i był pewnien że żadne z nich nie wie, z czym przyjdzie im za chwilę walczyć.

"Wspomogę was tak jak będę umiał..." rzekł wyciągając różdżkę leczenia, i w ten sposób zaproszono go do drużyny.

Dla nich był on wsparciem... jednak Jakob chciał być bezpośrednim świadkiem i choć pośrednim przyczynkiem klęski Żmija...

O samej walce niech wam już opowiedzą bardowie, bo trwała ona dzień cały i pół nocy bez mała, a bestia została pokonana...

Mieszkańcy Cove i jego obrońcy odetchnęli z ulgą.
Jakob zaczął się szykować...