- Tyle lat a on nie ruszony zebem czasu. - Podstarzala kobieta stala przed wywieszonym w muzeum plaszczem.
Mimo wieku ubrana byla w zbroje plytowa,czarna jak smola i u pasa wisial lsniacy czerwienia topor wojenny.
Wygladalo na to ze gada do siebie bo tylko ja bylam tam procz niej.
Mimowolnie prychnelam cichym smiechem.
Kobieta zwrocila swoj wzrok na mnie, uniosla brwi i rzekla juz mocniejszym glosem.
- Doprawdy nie wiem co widzisz zabawnego w tym miejscu. - Z kwasna mina obejrzala mnie od stop do glow.
Wskazala ruchem reki plaszcz wiszacy przed nia.
- Wiesz co to jest? - Zapytala.
- No plaszcz przeca.. - Odparlam wzruszajac ramionami.
- Hahahaha, hahahaha, haha ekchrzmmm. - Rozejrzawszy sie szybko czy aby nikt nie widzi, splunela soczyscie pod sciane.
Przez moment myslalam ze sie udlawi.
- Jaka mloda taka glupia. Chodz no tu i przyjrzyj sie. A nawet dotknij poki nikogo nie ma. -
Skinela na mnie ponaglajaco.
Podeszlam szybko i zlapalam w garsc pole plaszcza.
- Och.. - Wyrwalo mi sie.
Zdawało mi się ze uchwycilam w dlon garsc puchu.
Zwrocilam na nia swoje zapewne zdumione oblicze.
- A co on taki miekki? - Moje glupawe pytanie wywolalo usmiech na twarzy kobiety.
Ganilam sie chwile pozniej w myslach, ze zachowalam sie jak podrostek.
- Hmm, ... nie wiem jak on sie tu dostal do muzeum, ale moge ci opowiedziec w jaki sposob zostal stworzony. Bylam przy tym i to jedna z ciekawszych historyjek zapamietanych przeze mnie. - Spojrzala pytajaco, zabawnie przy tym ruszajac brwiami.
- O tak. Opowiedz mi o tym. - Odpowiedzialam pospiesznie.
Kobieta siegnela do plecaka i po chwili szperania wyciagnela zen chleb czosnkowy i solidne peto pieczonej kielbasy. Pomachala mi ta kielbasa przed nosem, ale odsunelam glowe ze wstretem. O co to to nie. Nie jem takich rzeczy bo potem bede miala brzuch jak ten oblesny straznik kole mostu. Podziekowalam grzecznie dajac do zrozumienia zem najedzona. Kobieta mlaszczac uporala sie z taka pokazna porcja jedzenia w try miga wprawiajac mnie tym w oslupienie.
Gdy juz uporala sie z jedzeniem, otarla usta wierzchem rekawiczki po czym usiadla na zwinietej pole plaszcza swego.
- Kilka lat temu mieszkalam w Minoc - Kobieta zaczela swa opowiesc. - Polowalam w poblizu i pracowalam w kopalni.
Pewnej mroznej nocy taszczylam skory zwierzat do banku. Bylam juz zmeczona. Ciezkie, wypchane plecaki, zimno przeszywajace niemalze do kosci, ciemno pomimo kilku mdlych latarni bo burmistrz nakazal oszczedzac i nedzna chabeta pode mna szla powoli.
Za soba uslyszalam nagle okrzyki i tetent kopyt. Odwrocilam sie i zobaczylam chudego a wysokiego czleka niemilosiernie okladajacego lame na ktorej siedzial.
Zblizali sie ku mnie w smieszno-straszliwym pedzie.
Biedna lama wygladala na bardzo zmeczona, piana na pysku i parujace boki, za to widok trzymajacego w gorze nogi jegomoscia siedzacego na niej przyprawilby mnie o atak smiechu gdyby nie moje zmeczenie i zawartosc plecakow z calego dnia polowan.
Krzyczaco-parujacy cyrk minal mnie szalonym galopem i objal kierunek w ktorym i ja podazalam.
Moja dlon zeslizgnela sie z rekojesci topora i wyraznie uspokojona podjechalam pod minocki bank.
Karmiac uwiazanego konia uslyszalam gluche trzaski i dzwieczne glosy magow.
*An Ex Por*
*An Ex Por*
Wpadlam szybko z toporem w garsci do srodka przez otwarte drzwi.
Dwa kroki za progiem stanelam jak wryta, w uszach dzwieczaly mi jeszcze chwilke slowa czaru rzuconego przez ktoregos z magow.
*An Ex Por*
- Przestan, ta dziewka od nas jest. - rzucil krotko jeden z zakapturzonych mezczyzn.
- Niezla - Zasmial sie rzucajacy czar.
- Jak lubisz takie to stajnia jest z tylu banku - Odparl z przekasem pierwszy.
Efekt czaru ustapil, przewrocilam sie na podloge i dlugo probowalam wstac.
Po ochlonieciu rozejrzalam sie po sali.
Na srodku lezal nieruchomo znajomy mi dosiadacz lamy.
Magowie zajeli sie przetrzepywaniem sakw lezacego.
Co chwila wykrzykiwali "Och, popatrz na to" i smiali sie do rozpuku.
Drugi w milczeniu wyciagnal z plecaka jegomoscia czarny, polyskujacy w swietle lamp plaszcz, strzepnal go i pokazal pierwszemu.
- Popatrz co ten zlodziej mial przy sobie...
- Zatem nauczka podwojna widze byla - Drugiemu zaswiecily sie oczy.
- Tak. Mistrzu, odzyskalismy plaszcz naszego pana.
- Co to za plaszcz? - Spytalam stojac juz o wlasnych silach.
Magowie rozejrzeli sie wokol i spojrzeli na siebie znaczaco.
Drugi podszedl do mnie i narzucil mi go na ramiona.
Utonelam w boskiej miekkosci i cieple.
- Sliczna jestes, wiesz? - Mag zrzucil kaptur i usmiechnal sie do mnie.
- Raeyl! - Ostry glos pierwszego zabolal mnie tysiacem krysztalow lodu w uszy - Natychmiast schowaj plaszcz i ruszamy.
Mlodszy mag zerwal ze mnie plaszcz i chowajac go do sakwy pospiesznie podazyl za pierwszym.
Wygladajac przez okno zdolalam zobaczyc wielki niebieski okrag w ktorym znikaja obydwaj.
- Spotykalam wielokrotnie pozniej owego maga lecz nigdy sie nie dowiedzialam kim byli i co to za tajemniczy plaszcz, a dzis go widze tu w muzeum.
Widze ze od tamtej pory nie zmienil sie nic a nic.
To pewnikiem jakies czary. - Kobieta rzucila szybko wzrokiem po mnie.
- I to wszystko co wiesz o nim? - Spytalam chrapliwym glosem.
Milczala zapatrzona gdzies w nieokreslony punkt.
Niedoczekawszy sie odpowiedzi skinelam milczaco glowa po czym wyszlam. Na zewnatrz przywitalo mnie slonce i cieplutki wiaterek.
Nie zdazylam nawet zapytac o jej imie.