- Siergiej Ty znasz go prawda? - mężczyzna do którego zwrócił się młody chłopak ukryty w krzakach splunął siarczyście. - Tak właśnie myślałem - Po chwili rozległ się szelest gałęzi - Idzie... To on? - młody chłopak znów zwrócił się do rosłego mężczyzny - Da... - rzucił krótko herszt - Przygotować się bydlaki...
Zasadzka nie miała prawa się nie udać. Zaskoczyli go leśnym trakcie, choć początkowo nie zdawał sobie sprawy, że będzie ich więcej niż trzech na jednego... Naprzeciw niego stanął rosły mężczyzna, o ogorzałej twarzy i bujnej, sięgającej piersi brodzie. W prawej dłoni dzierżył pergamin, w lewej pobłyskiwało krótkie, zakrzywione ostrze. Zbój przyjął pozycję, która wyraźnie sugerowała, że to nie będzie przyjacielska rozmowa. Zerknąl najpierw na papier, potem na podróżnika.
- Gorsavić!? - rzucił ochryple, ukazując cały szereg krzywych zębów - Ty jesteś Vladen Gorsavić?
- Być może... - odparł mężczyzna, mierząc wzrokiem rozbójnika, który wydał mu się znajomy - A może i nie, ale skoro wymieniamy uprzejmości, to chętnie dowiem się z kim ja mam do czynienia?
Zbój zignorował uwagę i pewnym krokiem podszedł do mężczyzny nachylając się ku niemu. Kiedy wypowiadał słowa z jego ust wydobywał się zapach przetrawionej gorzałki pomieszany z fetorem cebuli. Mężczyzna ponownie nabrał przeczucia, że gdzieś już widział tę gębę.
- Szukaliśmy Cię Vladen!
- Szukaliśmy? - podróżnik powtórzył po opryszku - Jacy my? My, szlachta?
- To on! Brać go hołota! - zakrzyknął w odpowiedzi rudobrody przenosząc wzrok za plecy swojego rozmówcy.
Mężczyzna szybko cofnął się kilka kroków, jednocześnie rozglądając się dookoła. Najpierw, kątem oka dojrzał pierwszego z towarzyszy rozbójnika, wyłaniającego się z cienia pomiędzy drzewami po swojej lewej stronie. Potem drugiego po prawej, a zza pleców doszły go szydercze śmiechy dwóch kolejnych. Zrozumiał, że rozmowa skończyła się, zanim na dobre zdążyła się rozpocząć. Co to za czasy, kiedyś wystarczyło dwóch, może trzech, żeby obić komuś facjatę - pomyślał. Nie czekał, aż napastnicy zdecydują się działać. Zamiast tego, oceniwszy swoje szanse, rzucił się z impetem na bandytę stojącego z boku, uderzając w niego ciałem i obalając go na ziemię. Kopnięciem w głowę pozbawił go chęci do walki i szybkim i zdecydowanym ruchem wyszarpnął sztylety z pochew, odwracając się do reszty przeciwników. Dalej wszystko potoczyło się szybko. Zatańczyły ostrza z obu stron i kilka chwil potem został już tylko on i rudobrody, który miotał w jego kierunku stosy przekleństw. W odpowiedzi, Vladen posłał mu obraźliwy gest i natarł na niego z całą bezwzględnością. Wyprowadził kilka szybkich cięć, które choć nie sięgneły celu, pozwoliły mu znaleźć lukę w obronie zbója. Następny atak był już tym ostatnim. Ciężko charcząc i plując krwią, bandyta osunął się na ziemię.
- Oby Cię wilcy zeżarli! - Vladen splunął, spoglądając na zastygłe w bez ruchu ciało. I wtedy zauważył leżący obok pergamin, który zbój uprzednio trzymał w dłoni. Podniósł go i przyjrzał się misternemu rysunkowi przedstawiającemu jego własne oblicze. Niezłego artystę sobie znaleźli - pomyślał. Pod podobizną widniał krótki tekst:
"Witaj Siergieju! Powołując się na naszą braterską przyjaźń, proszę o Cię o pomoc i wsparcie. Musisz odszukać bandytę i szubrawca, który niegdyś shańbił się tchórzostwem i podstępnie ranił mnie we śnie. Zowie się Vladen Gorsavić, tylko jego śmierć pozwoli mi uznać dług za spłacony. Nie zawiedź mnie, liczę na Ciebie. - Twoj brat Dmitrij."
- Dmitrij!! - Vladen przeniósł wzrok na martwego przywódcę napastników. - Więc ten rudy tutaj, to Siergiej! To dlatego ta parszywa morda wydała mu się znajoma! Siergiej, jeden z grupy Dmitrija Ryżego, z dawnych szczenięcych czasów, teraz leżał martwy na leśnym trakcie, wieszcząc nie lada kłopoty. Bo jeśli po tylu latach, Dmitrij nie zapomniał dawnej zniewagi i wysłał na poszukiwania swojego brata, to znaczy, że może być już tylko gorzej. Chyba czas odwiedzić stare śmieci - pomyślał Vladen i jego wzrok skierował się na południe, w kierunku strzelistych wież Brytanii.
Ciąg dalszy nastąpi...
Dzielnica doków Brytanii była dokładnie taka, jaką ją zapamiętał. Zewsząd buchał smród przegniłych rybich wnętrzności, a nieliczne latarnie dające słabe światło, z trudem można było nazwać strażnikami tego opustoszałego i spowitego mrokiem miejsca. I do tego ten przeklęty deszcz... Vladen nie spodziewał się, że stolica uraczy go swą gościnnością i przyjmie niczym długo oczekiwanego gościa. W myślach porównał się do choroby, która powraca, żeby toczyć słabe i wycieńczone ciało. Otuliwszy się skrzętniej płaszczem, ruszył przed siebie w kierunku tawerny, w której, na co w duchu liczył, spotka człowieka zdolnego do udzielenia mu odpowiedzi na nurtujące pytania.
Nie pomylił się... Jak widać, trudno pozbyć się starych nawyków - pomyślał, spoglądając na siedzącego w kącie niemal pustej sali mężczyznę wpatrzonego w opróżnioną do połowy szklanicę, podłego zapewne, piwa. Zdecydowanym krokiem przemierzył pomieszczenie i zanim tamten zdołał go zauważyć, w ramach powitania zamachnał się ręką i strącił trunek ze stołu. Zamyślony do tej chwili mężczyzna podniósł wzrok i zmrużył oczy, przyglądając się Vladenowi. W tym samym momencie na stół trafił odebrany bandytom zakrwawiony list, przyszpilony sztyletem do grubego, drewnianego blatu.
- Chcę wyjaśnień, Zygfried. I to już! - warknął Vladen, wpatrując się bezczelnie w mężczyznę. Po chwili ciszy dodał już spokojniej - Jeśli na tym zadupiu o czymś się mówi, to Ty to wiesz na pewno.
Mężczyzna westchnął ciężko i rozejrzał się po pomieszczeniu - Dobrze, ale nie tutaj. To nie jest... odpowiednie miejsce - dodał. Wymienili krótkie spojrzenie i siedzący za stołem Zygfried podniósł się powoli. - Chodź ze mną - rzucił krótko - chyba że się obawiasz, że zaciągnę Cię w jakiś ciemny zaułek i poczęstuję nożem w plecy? - na jego twarzy wykwitł grymas, który ktoś przyglądający się z boku z trudem mógłby uznać za uśmiech. Vladen kiwnął w odpowiedzi głową, poczym obaj wyszli na zewnątrz. Kluczyli przez kilka chwil ulicami dzielnicy portowej, jednak Zygfried zdawał się doskonale wiedzieć dokąd idzie. W końcu dotarli do celu. Był nim mroczny róg ulicy z przytulonym doń starym, opuszczonym magazynem, służącym zapewne niegdyś jako pomieszczenie do przetrzymywania ładunków okrętowych. Przewodnik rozejrzał dokoła i jego wzrok spoczął na śpiącym pod ścianą budynku starym pijaczyną. Podszedł bliżej i kopnął go lekko czubkiem buta, upewniając się czy ten śpi i gdy usłyszał chrapnięcie, uśmiechnął się.
- Wiesz, że tkwisz w czarniutkiej rzyci, bracie? - zaczął, odwracając się do Vladena.
- Nie, ale widzę, że Ty wiesz - Vladen skrzyżował ręce na piersi - I liczę na to, że mi powiesz.
- Gówno Ci powiem!!! - mężczyzna wrzasnął niespodziewanie, budząc śpiącego ochlejusa, który spojrzał na dwóch obcych nieprzytomnym wzrokiem. - Wiesz co mi zrobią, jeśli puszczę parę z gęby!? Pokażę Ci, co! - Zygfried skoczył w kierunku pijaka, schwycił go za włosy, a w jego drugiej dłoni nagle pojawił się sztylet. Błyskawicznym ruchem przeciągnął ostrzem po szyi mężczyzny, który otworzył tylko szeroko oczy i osunął się spowrotem na ziemię. Vladen machinalnie cofnął się, spodziewając się najgorszego. - Nie martw się, nie zrobiłbym krzywdy bratu. - Zygfried pociągnął nosem, wycierając ostrze w poły płaszcza.
- Może i tak. - odparł Vladen - Ale nie przypominam sobie, żeby zaufanie było częścią naszego fachu. Długi, natomiast, są... Jesteś mi to winny, czy tego chcesz, czy nie.
Przez długą chwilę mężczyźni mierzyli się wzrokiem. - Dobrze, posłuchaj. -Zygfried westchnął i zawiesił na chwilę głos - Po pierwsze, to był błąd, żeby się tu pokazywać. Tutaj każdy Ciebie szuka. Po drugie, Dmitrij dogadał się z kimś w Vesper, ma teraz silne plecy i wsparcie... Wiesz jaka jest nagroda za twój łeb? Sto tysięcy dukatów! Rozumiesz to!? Każda menda w okolicy będzie chciała położyć łapy na tym złocie. Z tego, co mi wiadomo - zastanowił się przez chwilę - Już wysłali za tobą Siergieja.
- Wiem, zdążyliśmy się już spotkać.
Zygfried pokręcił głową - Szczęściarz... Przynajmniej teraz jest o jednego głupca mniej. Ale jeśli on nie będzie długo wracał, pojawią się następni. Słyszałem, że Saska jest w okolicy, a jemu nie dasz rady. Moim zdaniem, powinieneś się ukryć, zaszyć gdzieś i przeczekać.
Vladen pogładził się po brodzie w zamyśleniu, a Zygfried kontynuował. - Nawet nie myśl o tym, żeby pokazywać się w Mieście Mostów, to tak jakbyś wkładał kij w mrowisko. Poza tym, ja sam powinienem donieść o tym, że Cię widziałem, bo cenię sobię moją głowę na końcu szyi. Więcej o nic mnie nie pytaj, bo nic Ci nie powiem. Przez wzgląd na dawne czasy, pójdę o Tobie zameldować okrężna drogą, a Ty wynoś się stąd, jak najprędzej. Rozumiesz?
Vladen posłał mu porozumiewawcze spojrzenie - Więcej mnie nie zobaczysz - rzekł i odwróciwszy się, ruszył w mrok spowijający ulicę.
- Obyś się mylił, bracie, obyś się mylił... - szepnął po chwili Zygfried, ale Vladen był już za daleko, żeby go usłyszeć.
Słowa Zygfrieda potwierdziły się niczym przepowiednia. Pojawili się kolejni... i to niejednokrotnie. Chociaż Vladen korzystał ze swych talentów i umiejętności, a także ze wszelkich dostępnych środków, ludzie Dmitrija cały czas deptali mu po piętach. Skara Brae - leśne miasto, potem Jhelom, siedziba wyznawców Pana Wojny, gdziekolwiek by się nie udał, bandyci byli zawsze o kilka kroków za nim. Czy ktoś mógł śledzić jego poczynania? Jeśli tak, to w jaki sposób?
Ciąg dalszy nastąpi...
Bank Jhelom był praktycznie pusty. Wysoki mężczyzna o czarnych włosach siedział spokojnie przy ladzie. - Pani znasz może kogoś kto się zowie Valden Gorsavic? - zapytał cicho bankierkę. - Nie. niestety nie trzyma u nas skrzyni - powiedziała spokojnie wertując papiery - Dziękuje, miłej nocy życzę - wstał powoli ruszając w stronę drzwi.
"Zdor'ove!
Ufam, ze wciąż żyjesz i miewasz się dobrze? Potraktuj ten list jako propozycję nie do odrzucenia. Zapraszam Cię na spotkanie, do mojego karczemnego przybytku na wyspie Occlo. Przybądź niezwłocznie, bracie, będę Cię oczekiwał. Nie musisz się niczego obawiać, tym razem Cię nie zabiję - jeśli nie uczynisz nic głupiego...
Podpisano: Saska"
Vladen zgniótł pergamin w pięści, wpatrując się w tańczący płomień świecy stojącej na jego biurku. - Najpierw Vesper, teraz Occlo? - pomyślał. - Jak daleko jeszcze sięgają macki wpływów Dmitrija? Przecież to nie możliwe, żeby ten głupiec był aż tak dobrze ustawiony. Nigdy nie był na tyle sprytny! O co w tym wszystkim chodzi!? Vladen przez jakiś czas rozważał wszystkie za i przeciw dotyczące wizyty na wyspie wspomnianej w liście. Intencje Saski pozostawały jednak nieodgadnione. W końcu zdecydował się. Ukrywanie się na dłuższą metę było bezcelowe, ostatecznie znajdą go i poderżną mu grdykę gdzieś w ciemnej uliczce, albo co gorsza, we śnie. Była też druga możliwość, bezustanne ucieczki doprowadzą go do pomieszania zmysłów i skończy w przybytku dla obłąkanych w Brytanii, pod samym nosem swoich prześladowców. I tak źle, i tak nie dobrze. - Niech Ci będzie, Saska. - rzekł sam do siebie. - Zobaczymy, czym mnie zaskoczysz...
Na szczęście podróż nie trwała długo. Na miejscu, kilku bardziej rozmownych marynarzy wskazało mu karczmę, której szukał. Jednak na pytania o Saskę, wszyscy jak jeden mąż zapominali języka w gębie. Vladen właściwie się temu nie dziwił, Saska zawsze cieszył się reputacją człowieka, który wiedział, kiedy się o nim mówi i który bezwzględnie rozprawiał się z ludźmi o zbyt długim języku. A mimo to zawsze znalazło się kilku głupców, którzy po kilku flaszkach gorzałki powtarzali niepochlebne plotki. Starczy rzec, ze kończyli marnie i raczej niezbyt szybko...
Vladen bez trudu znalazł karczmę należącą do Saski. Okolica nie wyglądała na ostrzegająco podejrzaną, ale było oczywistym, że to tylko pozory - Prawdziwa zabawa zacznie się w środku. - pomyślał i pchnął drzwi prowadzące do środka. Gdy tylko przekroczył próg karczmy, gwar ucichł i spojrzenia wszystkich obecnych spoczęły na nim. Rozejrzał się dokoła w poszukiwaniu tego, do kogo przyszedł, ale nigdzie go nie było. Jeden z siedzących przy barze zbirów wstał i podszedł do niego pewnym krokiem. - Saska czeka na górze. - kiwnął głową, wskazując znajdujące się na końcu pomieszczenia stopnie prowadzące na piętro. Vladen pociągnął nosem i ruszył w kierunku schodów, odprowadzany wzrokiem wszystkich mężczyzn w karczmie.
Saska siedział na końcu długiego stołu będącego centralnym punktem niewielkiego tarasu, rozparty na krześle niczym król, popijając piwo, które zagryzał pętem tłustej kiełbasy. Gdy zobaczył Vladena, zrazu odstawił trunek i jadło, otrzepał koszulę i podniósł się, prezentując masywne ramiona i potężną sylwetkę. - Vladen, bracie mój! Nareszcie! - zakrzyknął uradowany, rozkładając ręce. - Niechże Cię uściskam! - Nie przyszedłem tu wymieniać uprzejmości. - odparł Vladen. - I obaj o tym wiemy.
- Oj, Vladen, przestań się dąsać jak kurtyzana! No dalej, uściśnij mnie!
Vladen nie poruszył się ani o krok, zamiast tego pokręcił głową, delikatnie się uśmiechając. - Widzę, że dalej gustujesz w męskich wdziękach, Saska.
Wyraz twarzy mężczyzny zmienił się w ciągu jednego uderzenia serca. Błyskawicznym ruchem chwycił butelkę piwa stojącą na stole i z całej siły cisnął nią w kierunku swojego rozmówcy. Vladen przechylił głowę, a pocisk śmignął tuż koło jego twarzy i rozbił się na ścianie za jego plecami. Stali bez słowa, mierząc się wzrokiem niczym gladiatorzy na arenie. Po chwili oblicze Saski znowu przybrało łagodny wyraz. - Przynieść mi tu piwa, ino chyżo! - Krzyknął olbrzym w kierunku schodów. - I jakiegoś jadła, dla mojego gościa! A ty, - zwrócił się do Vladena, wskazując mu jedno z krzeseł - siadaj, mamy do pogadania!
- Zbytek gościnności, nie trzeba mi niczego.
- Och, bracie, ja po prostu chcę mieć czyste sumienie, kiedy Cię zabiję! Przecież mnie znasz, nieprawdaż? - uśmiech goszczący na twarzy Saski rósł z każdym wypowiedzianym słowem.
Do sali weszła dziewka służebna, niosąca na tacy dwa dzbany ze złocistym płynem oraz chleb i kiełbasę, które postawiła przed Vladenem. Kiedy odwróciła się, żeby opuścić pomieszczenie, Saska mlasnął z zadowolenia, wpatrując się w jej krągłości. - O czym to ja...? - urwał - Ach tak, drogi bracie! A więc, skoro już tu jesteś, skosztuj tego, co ci przynieśli, a ja będę mówił. - Saska ponownie rozparł się na krześle, położył nogi na stół i pociągnął solidny łyk piwa.
Vladen odsunął od siebie trunek i tacę z jedzeniem. - Do rzeczy. - rzucił.
- Pamiętasz, kochany Vladenie, moje zamiłowanie do hazardu, prawda? - nie doczekawszy się odpowiedzi, pozwolił sobie kontynuować - Chciałbym Ci zaproponować pewną grę, a raczej wybór. Wybór spośród dwóch możliwości. Możesz stąd wyjść nogami do przodu - zawiesił głos, żeby jego słowa dotarły do rozmówcy - albo głową. Od Twojej decyzji zależy, co stanie się dalej. - Saska założył ręce za głowę.
- Jest też trzecia możliwość. - Odparł Vladen. - Mogę Cię wypatroszyć jak rybę i wyjść stąd, jak mi się będzie podobało.
Saska ryknął donośnym, tubalnym śmiechem. - Kogo Ty chcesz oszukać - mnie, czy siebie?
Vladen nawet nie próbował oceniać swoich szans. To pytanie było raczej ukierunkowane na coś zgoła innego. Istniała możliwość, że układ z Saską okaże się dla niego korzystny. Postanowił kontynuować grę gospodarza. - Wolałbym stąd wyjść z głową w dalszym ciągu tkwiącą na końcu mojej szyi - przypomniał sobie słowa Zygfrieda, które idealnie pasowały do sytuacji.
- Wiedziałem o tym, zanim tu przyszedłeś! - Saska huknął otwartą dłonią w stół. - Doskonale! A więc... Zabijesz dla mnie Dmitrija!
Vladen wytrzeszczył oczy jakby zobaczył ducha. - Chyba żartujesz!
- Och nie, jestem śmiertelnie poważny. Gwoli ścisłości, uczynisz to nie dla mnie, a dla Jugo.
- Jugo? Kim u diabła jest Jugo?
- To uczciwy i szanowany kupiec, taki jak ja. - Saska klepnął się w pierś - Pracuję dla niego, podobnie jak i Dmitrij. Tyle że... sam wiesz, że to nieudacznik.
- Oczywiście, że wiem, ale doszły mnie słuchy, że Dmitrij ma jakieś większe układy w Vesper, nie chcę się wpieprzyć w jeszcze większe bagno. - Vladen skrzywił się.
- Bracie, Ty dalej nic nie rozumiesz. To właśnie jest Jugo! - Saska był wyraźnie rozbawiony niewiedzą gościa. - W przejawie dobrej woli, postanowiliśmy Ci to nawet nieco ułatwić.
- Dlaczego sami tego nie zrobicie?
- Och! To byłoby niepolityczne! Ale za to Ty, masz motyw. Spójrz na to z tej strony - Dmitrij zabiera się za zemstę na niewłaściwym człowieku i sam pada ofiarą swoich dążeń, poetyckie prawda? Grunt, żeby wieść rozniosła się, że to Twoja robota. My umywamy ręce!
Vladen zastanowił się przez chwilę. - A co ja będę z tego miał? - pochylił się w kierunku Saski, opierając łokcie na stole.
- Twoje przewiny zostaną ci darowane... - odparł ceremonialnie Saska.
- I zostawicie mnie w spokoju. - dodał Vladen.
- O nie, bracie, co to, to nie! Jak już rozprawisz się z tym przegrańcem Dmitrijem, zaczniesz pracować dla nas. To jest warunek naszej współpracy.
Vladen poderwał się gwałtownie z krzesła, które runęło z hukiem na podłogę. - Sabaka! Niedoczekanie Twoje!
- Tego też się spodziewałem. Dlatego podjąłem decyzję, że złożymy wizytę tej Twojej, - Saska zmrużył oczy sugerując, że szuka w pamięci słowa - Yumece? Tak jej na imię?
Tego było już za wiele. Vladen parsknął, krzywiąc się przy tym. - To młoda i głupia dziewka! Możesz z nią robić, co zechcesz! - Urwał, ale po chwili milczenia odezwał się znowu, a na jego twarzy wymalował się grymas obrzydzenia - Ale nie sądziłem, że teraz babrzesz się we krwi kobiet i do tego dzieci.
- Vladen, Vladen... - głos Saski stał się łagodny niczym u mnicha - Ja się w niczym nie babrze. Mówiłem Ci już, że jestem uczciwym kupcem. Przecież sam wiesz jak to wygląda...
- Daruj sobie! - Vladen miał już dosyć tej rozmowy. Nie podobało mu się, że był zmuszony tu być, oglądać parszywą gębę Saski i przystawać na jego warunki. - Powiedziałem już, że to zrobię. A kiedy już przyniosą Ci łeb Ryżego na tacy, wtedy sobie pogawędzimy. Na innych zasadach. - utkwił wzrok w gospodarzu, zaciskając zęby.
- Może i tak. A może nie. - odparł Saska. - W każdym razie, cieszę się, że doszliśmy do porozumienia. Wyczekuj kolejnego posłańca. Wtedy poznasz szczegóły. - Olbrzym dopił piwo i podniósł się z krzesła. - I pamiętaj, o czym tu mówiliśmy. To ma wyglądać na Twoje dzieło. A teraz, pożegnamy się. Niezmiernie miło było Cię widzieć. - Zarechotał pod wąsem i zniknął, udawszy się w dół schodów.
Vladen został w komnacie jeszcze przez chwilę. Myśli kotłowały mu się w głowie. Niewiele brakowało, a w pewnym momencie przestałby nad sobą panować i siegnął po broń, a wtedy zrobiłoby się gorąco. Saska to był kawał bydlaka, a do tego wcale nie taki znowu durny jak reszta tej całej zawszonej hołoty. Vladen spojrzał na pełny dzban piwa, który dla niego przyniesiono. Niewiele myśląc, chwycił go, wychylił do dna i z brzękiem odstawił spowrotem na ławę. Czas się stąd wynosić, ale najpierw...
Kiedy zszedł na dół, Saski już nie było, podobnie jak większości zbirów, których widział wcześniej. Pewnie straż przyboczna - pomyślał. Jego wzrok padł na tego, który przywitał go, gdy tutaj wszedł. Tamten dalej siedział przy barze i wyglądał na mocno pijanego. Vladen przeszedł przez salę i stanął tuż obok, odwracając się do niego. - Ej, ty! - rzucił. Zbir powoli przekręcił głowę w jego kierunku. Wtedy, Vladen chwycił go za włosy i z całej siły trzasnął jego głową o blat baru, rozkwaszając mu nos i rozbijając czoło. - Powiedz swojemu szefowi, że będę czekał na jego wiadomość w Cove! Tam mnie znajdzie! - puścił go, a jego głowa opadła bezwładnie na bar. Vladen wyrwał ścierkę stojącemu za barem zdumionemu szynkarzowi i rzucił w głowę nieprzytomnemu zbirowi. - Masz, wytrzyj sobie rzyć, bo Ci sie pobrudziła - dodał, spoglądając na obitą twarz mężczyzny. Potem rozejrzał się po karczmie, sprawdzając czy ktoś będzie szukał z nim zwady, ale nie było chętnych. Wzruszył ramionami i wyszedł na zewnątrz zadowolony, że dał upust swojej złości.
Ciąg dalszy nastąpi...
Saska siedział w swojej komnacie, pochylony nad masywnym biurkiem, na którym piętrzyły się stosy papierów i dokumentów o tylko jemu wiadomej treści. Przekładał niecierpliwie stronę za stroną, wpatrując się w kartki z wyraźnie niezadowoloną miną. W pewnej chwili nie wytrzymał i rzucił je na stół, mieląc pod nosem przekleństwa, jakich nie powstydziłby się nawet mistrz cechu szewskiego. Wzdychając ciężko, podniósł się z krzesła i podszedł do okna. Rozsunął zasłony wpuszczając do pokoju nieco księżycowych promieni, które padając na jego twarz nadały mu iście upiorny wygląd. Wtem do drzwi rozległo się pukanie. - Wejść! - Saska odwrócił się od okna w kierunku drzwi po przeciwległej stronie pomieszczenia. Drzwi otworzyły się i do komnaty wślizgnął się ubrany w ciemne szaty mężczyzna. Saska nie mógł dojrzeć jego twarzy skrywającej się w cieniu, choć doskonale wiedział kim jest przybysz.
- Mów! Zrobił to? - Zapytał Saska.
- Tak, Dimitr nie żyje - zameldował szybko przybyły.
Saska nie mógł się powstrzymać przed wybuchem śmiechu. Jego rechot odbił się echem po pomieszczeniu. - Byłeś tam, jak mniemam? - spytał, wracając do swojego fotela. Usiadł i oparł łokcie na biurku.
Mężczyzna pokiwał głową w odpowiedzi. - Widziałem niemal wszystko. Trafił do meliny Dimitra dokładnie według naszych instrukcji, ale nikt nie będzie w stanie o tym zaświadczyć.
Saska uśmiechnął się i dał znak mężczyźnie, by ten kontynuował. - Najpierw próbował dostać się do środka sposobem, ale jego plan wziął łeb. Widać, Dimitr miał dobre wtyki... Ale ostatecznie nie miał kłopotów z dostaniem się do celu. Pogawędzili chwilę i załatwił go sztychem pod serce, szybka i czysta robota. Wyniósł się równie szybko, jak wszedł. I po drodze wykończył jeszcze paru ludzi.
- A nasza umowa? - Saska chciał wiedzieć, czy Vladen będzie powiązany ze śmiercią Dimitra.
- Zostawił podpis na ścianie, krwią Ryżego, dla ścisłości - dodał informator.
Saska pokręcił głową. - Niegłupie, może trochę teatralne, ale na pewno, wystarczająco wyraziste. Dobrze, że był widziany na miejscu. To jeszcze bardzie u wiarygodni mój plan. - Pochylił się do biurka, otworzył jedną z szuflad i wyciągnął z niej zalakowany list, z którym podszedł do mężczyzny stojącego przy drzwiach. - Idź z tym do Jugo! - rozkazał. - I jeszcze jedno. Dobrze się spisałeś, nie zostanie Ci to zapomniane...
Tamten skłonił się i wyszedł zostawiając Saskę samego w komnacie. Olbrzym wrócił do okna i wyjrzał na zewnątrz, pogrążając się w rozmyślaniach. No no, Vladen, wiedziałem, że się na Tobie nie zawiodę. Po raz kolejny okazało się, że stary Saska ma łeb i nosa do interesów. - pomyślał, szczerząc się do siebie. - A teraz, z Twoich talentów zaczną korzystać właściwi ludzie. Dla Ciebie to dopiero początek, przyjacielu...
Ciąg dalszy nastąpi...