Myślałam, że nie chcą już słuchać o Miłości.
Ludzie, krasnoludy, elfy, mroczne elfy, niziolki...
Odarta z uroku, banalna, tak naga, tak wyświechtana, zaniedbana...
Wyglądem niemalże dogoniła Cnotę, te płaczliwą starą pannę w okropnym kapeluszu.
Myślałam, że wolą niebanalnie piękną, na swój sposób uroczą i tak kojącą Śmierć
Lub Ognistą Krew.
Każdego dnia mam nadzieję, że się mylę.
Teraz wiem, co czułeś, mówiąc:
,,To co się kłębi w mojej głowie nie nadaje się do spisania"
Przyszedł tu do mnie taki człowiek. A może nie był człowiekiem, może mrocznym elfem? Nie pamiętam. Jak on miał na imię? Nie pamiętam, czekaj, czekaj, proszę daj mi chwilkę!
Dziury w umyśle...
Wokół mnie pustka...
Nie słyszę własnych słów
Moje myśli przechodzą obok..
Jego słowa przechodzą obok...
Ty wiesz, ze dużo nie podróżuję.
Ruth... Ruthieris! Tak
Bałam się, że zrobi mi krzywdę.
Ty wiesz, że nie umiem się bronić.
Stuknięcie w drzwi, jakby laską, kijem.
Otworzyłam.
Zaproponowałam mu coś do picia. Po chwili namysłu dodałam, że mam tylko mleko.
Ty wiesz, że lubię pić.
Ty wiesz, że dzięki Tobie tego nie robie.
Miał niezwykłego wierzchowca. Mówił na niego Lisek. Chyba Liska zapamiętałam lepiej od niego.
Patrzył tak na mnie... z pożądaniem. Zapytał ile mam lat. Nie umiałam powiedzieć dokładnie. Już nie liczę. Po co. Dobrze, że nie zapytał o dzień tygodnia. Powiedziałam, ponad 40 lat. Prawił mi komplementy na temat młodego wyglądu. Potem zerknął na mlot, kowadlo... zapytał czy robie... no wiesz, wyjatkowo wytrzymale przedmioty z rud. Czułam rumieniec na twarzy. Wszystkie istoty, które spotykałam są silne, wytrzymale, znaja się w wielu dziedzinach. Ja mam swoje dziedziny umilowane, ale w zadnej z nich...
Zdziwił się.
Zbladł kiedy mu powiedziałam, że nie uniosę cieżkiej zbroi i nie potrafię władać żadną bronią, oprócz...
Ty wiesz jaką.
Ucałował moje ręcę. Nie wiem czemu. Równie dobrze mógłby je wsadzić do ognia. Nie wiem czy bym zauważyła.
Było mi to tak obojętne.
Potem zaczął się zachwycać, że mój mąż ma dobrze, kobieta wszystko sama.
Ty wiesz, że nigdy nie byłam zamężna.
On też już wie.
Ty wiesz, że kocham.
On też już wie.
Pytał się, czy umarłeś.
Odpowiedz była jedna
Nie wiem
Pytał o Twoje imię. Nie powiedziałam mu. Twoje imię... To jedna z tych niewielu rzeczy, które pamiętam, wyryte tak głęboko we mnie. Twoję imię... to moja uwodzicielska, zmysłowa tajemnica.
Odwiedził mnie złocistowłosy elf. Miał Twoje notatki. Przyniósł mi nadzieję, ale osłabła... miał przybyć, ale więcej się nie pojawił.
A może mi się to śniło...
Ciężko powiedzieć.
Tak bardzo chciałabym zapalić. Albo pociągnąć łyk piwa.
Ty wiesz, jak to jest.
Ty wiesz, bo piłeś ze mną w tej cholernej karczmie Brytanii.
Ty wiesz, że pragnęłam się z Tobą upijać. Uwielbiam się z Tobą upijać. I nie mówię o alkoholu.
Tamten męzczyzna... czekaj jak on miał? Mówiłam Ci przecież.
Ruthieris, tak, Ruthieris...
Zostawił po sobie ślicznego białego wilka, ale puściłam go na wolność.
Wszyscy coś po sobie zostawiacie.
Carduelis Czerwony prośbę upieczenia steków. Dwadzieścia lat temu.
Mardob Adilach opowieść o ghulach, spacer do mojego domu. Bronił mnie przed bestiami, choć najpierw chciał zjeść. Około siedemnastu lat temu.
Ezadian śliczną suknię. Kilka lat temu..
Ruthieris białego wilka. Niedawno.
Pamiętam wszystkie istoty, z którymi się zaprzyjaźniłam lub spotkałam.
Ty...
Listy, Gwiazdy, skrzynię z orzecha, spotkania w karczmach, pojawianie się niewiadomo skąd, droczenie się, uścisk dłoni, wieczór przy Drzewie Stwórcy, gdzie ukazałeś mi swoje oblicze, opowieści o Eregdos, rytuał nad Księgą Czterech, z Avenavo, tak bardzo się bałam...
młode godziny nocne u mnie...
Pamiętasz? Siedziałam na krześle. Delikatnie objąłeś moją dłoń swoją. Otuliłeś, choć była chłodna, wzbudziła gorąco. Kucnąłeś zaraz obok.
,,Mae, wiem, ciężki ze mnie do życia elf..."
Wtedy byłam najszczęśliwszą i najbardziej przestraszoną kobietą w Sosarii.
To jeden z dowodów na to, że jeśli czegoś pragniesz najbardziej w świecie, wiesz, że to dobre, ale Twoje serce obawia się ran, nie można się wahać, trzeba mieć odwagę zrobić krok naprzód.
Tak bardzo tęskniłam za tym, żebyś to powtórzył. Żebym mogła Ci powiedzieć czego pragnę, zamiast skrywać się za aluzjami, zamiast liczyć na Twoje domysły. Nigdy nie mówiliśmy wprost.
,,Uparty elf poczeka na upartą kobietę, aż sama będzie wiedziała do czego chce być przywiązana".
Nie nazywaliśmy swoich uczuć. Nie nadawaliśmy im właściwych imion.
Może to nas zgubiło.
Dalej kuję. Kiedy zaczynałam, obiecałam sobie, że wykuję dla Ciebie coś pięknego. Tak bardzo lubię do Ciebie mówić różnymi sposobami – mimiką twarzy, śpiewem, mruczeniem, gestami, muzyką. Przedmiotami również.
Kiedy pracowałam w skupieniu, piec buchnął ogniem groźnie. Odskoczyłam, żar poleciał na kowadło. Nagle mocno zawiał wiatr, zgasił drwa w kominku.
,,Byłem wiatrem, zabłąkanym jego podmuchem"
Miałam nadzieję, że to przeciąg, bo ktoś otworzył drzwi. Rozejrzałam się, w pracowni nikogo. A jednak szepnęłam Twoje imię. Nikt nie odpowiedział. Odsunęłam się w kąt, żeby widzieć całe pomieszczenie.
Kiedyś wiatr nosił Twoje słowa, elfie. Teraz przynosi tylko chłód, który cierpiałeś. Kiedy słyszę wycie wiatru, mam wrażenie, że to mój własny jęk, gdzieś w środku, z tęsknoty. Kochany, nie miałam nic prócz Ciebie.
Kochany, choć może nie wolno mi Cię tak nazywać.
A jednak wciąż wierzę...
wklejono na prosbe
bardzo milo sie czyta, widac ze ktos tu ma smykalke do pisania :wink:
Tej nocy coś we mnie umarło.
Tyle lat czekałam na to spotkanie...
To nieznośne pukanie do drzwi, które ostatnio tak często się zdarzało. Za często. Psia juha, otworzyłam. I zobaczyłam śliczne, wypucowane schodki swojej pracowni, zieloną trawkę, zagródke, usłyszałam pianie kur. Wszystko to, co mnie nie interesowało.
Żadnej żywej istoty, żadnego ciepłego oddechu, żadnych kroków, żadnego chichotu. Poczułam jak podnosi mi się ciśnienie, a serce zaczyna walić mocniej niż kowalski młot w mojej ręce, kiedy jestem wściekła.
- Bardzo brzydki kawał! – krzyknęłam niepewnie. O rany, rany, jaka nadzieja w sercu. Zatrzasnęłam drzwi. Za późno, cholera, za późno. Głos dobiegł już ze środka.
- Nie stój tam, bo zmarzniesz – znajomy, ale jakby zmieniony. Bardziej rzeczowy...
Chłodniejszy?
Niepewność.
- Wejdź do środka! – ten sam głos, tym razem pewność. Otworzyłam drzwi z rozmachem. Nie mogłam uwierzyć. Patrzyłam niemo, osłupiała, niemalże przerażona. Pomyślałam, że może wyjdę, że widziadło zniknie, tak, tak, to na pewno widziadło, oszalałaś do reszty, uszczypnij się, to minie. Szczypałam. Ty pieprzona wariatko, już dawno powinni byli Cie gdzies zamknąć albo związać i wrzucić do morza. Byłoby zdrowiej dla Ciebie.
- Siadaj – krótkie. Usiadłam. – Tak lepiej, nieprawdaż? – wyglądał na absolutnie spokojnego. Bogowie! Nie, to złe słowo... wyglądał na śmiertelnie spokojnego, tak, tak trafniej. Jak on wyglądał! Biała skóra, duże niebieskie oczy lustrujące otoczenie, zwracające uwagę na najdrobniejszy ruch, czarne jak pióra kruka włosy. I na policzku... na policzku...
Dotknęłam jego dłoni, rąk, pogładziłam przedramiona.
- To naprawdę Ty? Naprawdę Ty? – szepnęłam drżącym głosem.
- Naprawdę ja, a któż by inny?
- Ja... ja... ale ja... - jąkałam się, słowa grzęzły w gardle.
- Ty? – patrzył pytająco. Rozszlochałam się. – Opanuj się kobieto i przemów wreszcie! – To nie mój elfik. Gdzie jest mój elfik, mój czuły elfik? Siedział niewzruszony, a ja wychodziłam z siebie z nerwów. Patrzyłam na niego i nadziwić się nie mogłam. Co miałam mu powiedzieć? Mój drogi Elfie, jak miło Cie widzieć... albo nie... mój drogi Elfie, cóż za wspaniale spotkanie... nie, czekaj. Hej Elfie, jak się masz, przecież widziałam Cie wczoraj. A może – ach, witaj elfie, dobrze ze jesteś, tak, nie było Cie długo, ale przecież to normalne że najbliżsi znikają na kilka lat bez słowa, a potem wracają i zachowują się dziwnie, nie zważaj na moje zachowanie, przecież to wcale nie wzbudza moich najmniejszych emocji.
Rozejrzał się po pomieszczeniu.
- Jest dokładnie tak, jak zapamiętałem. Tylko my się trochę zmieniliśmy – zaczął, chichocząc. Nie mogłam zrozumieć jego beztroski. Nie umiałam zrozumieć jego zachowania w ogóle. Nic nie tłumaczył. Pojawił się z nikąd. Jak zawsze. Uwielbia mi to robić.
Ciekawe, czy wie, że to rani. Nie zawsze. Czasami.
- Dalej nosisz to paskudztwo – próbowałam chociaż zacząć mówić. Byłam zszokowana, czułam ogromny smutek. Myślałam, że się ucieszę, jak z długo oczekiwanego prezentu. Tymczasem był ten pieprzony smutek i cholerne pragnienie wypicia byle czego, ważne żeby miało kopa.
- Pozwala mi widzieć rzeczy takimi, jakimi są naprawdę – tłumaczył spokojnie inne zalety przedmiotu.
- Tak? A jak ja wyglądam naprawdę? – odparłam odrobinę szyderczo.
- Chodź, chcę Ci pokazać moje sanktuarium – pociągnął mnie za rękę, umiejętnie zmieniając temat. – Trochę niezagospodarowane, ale nigdy nie mam na to czasu.
Przeszliśmy przez przesmyk w cieniach. Nigdy nie lubiłam tej przedziwnej podróży. Stronię od potęg, od magii. On był moim łącznikiem z wielkim światem, opowiadał rozmaite historie.
Weszliśmy do środka słusznego rozmiaru budynku.
Prowadził mnie w ciemności po schodach za rękę. Tu było niemalże... ponuro. Nagle wskazał drzwi po naszej prawej.
- Tam lepiej nie wchodź. To składzik – po czym otworzył drzwi i zaprosił do środka. Wydało mi się to odrobinę paradoksalne, ale kobieca ciekawość zwyciężyła. – Zajrzyj, zajrzyj – zachęcił do otwarcia drzwiczek jednej z szaf.
Zobaczyłam dziesiątki butelek z elfim winem. Musiał mi to pokazać akurat teraz, kiedy czułam taką ochotę...
- O nie, wyjdźmy stąd, wyjdźmy, ajj... - niemalże rzuciłam się do drzwi. Miałam butelkę na wyciągnięcie ręki... Kusiciel. Potworny Kusiciel. Po chwili pokazał bibliotekę, a potem...
Sanktuarium?
Przełknęłam wolno ślinę. Przez mrok nocy przebijał się blask dziesiątek run. Ściany usłane obrazami. Po środku kamienny tron.
Jeden.
- Siadaj – rozkazujący ton głosu. Zawahałam się. Powoli ruszyłam w stronę siedziska z opuszczoną głową, niczym skazaniec. Ciało napięte jak struna. Stanął za tronem. Poczułam dreszcze i gryzący chłód ociosanej skały.
- Co widzisz?
- Pustkę, Elfie...
- Pustkę? – zdziwiony ciut głos. – Opisz ją.
- Ona nie wygląda. To jest najgorsze, nie da się jej nawet usłyszeć, ani zobaczyć, ani dotknąć. Tylko czuć – słowa beznamiętnie wydobywały się z moich ust obojętnym tonem.
- Ja zaś spytałem, co widzisz – nie zwracał uwagi. Interesowała go odpowiedź na jego pytania, sam nie chcąc udzielić na żadne z moich.
- Księgę. Magiczny twór – dotknął palcami moich włosów. Zamilkłam. Nabrałam powietrza głęboko w płuca. – Obrazy... najbardziej podoba mi się ten wodospad po prawej.
- Taaak, tak myślałem – przesunął zimne dłonie na moje ramiona delikatnie. – Każdy obraz symbolizuje inne miejsce, inny Czas. – słuchając, zaczęłam lepiej przyglądać się obrazom. Taaak... - pogładził moją szyję, muskał końcówkami palców, aż czułam mrowienie wzdłuż kręgosłupa. – Stęskniłem się za Tobą...
- Bałam się, że nigdy nie wrócisz – zciszyłam głos. To miejsce wręcz zmuszało do szeptu, do dyskrecji. Całe było tajemnicą. Symbolem.
- Ja nigdy nie odejdę... - odpowiedział spokojnie.
- Mogę Ci zadać jedno pytanie? – odwróciłam się do niego, żeby spojrzeć w błękitne gwiazdy elfiej twarzy. Odgarnął moje włosy gestem pełnym gracji.
- Mów – przekrzywił głowę swoim zwyczajem.
Poczułam zawstydzenie. Uśmiechnęłam się, patrzyłam ciemnymi oczami łagodnie.
- Czy Ty mnie kochasz?
,,To pytanie nigdy nie pozostaje bez odpowiedzi. Jest nią każdy gest, ruch, oddech, milczenie, spojrzenie, słowa, każda najmniejsza reakcja".
Wzdrygnął się lekko. Milczał. Cisza. Bogowie, powiedz coś! Uśmiechnij się, spojrzyj, na wszystkich Bogów! Cokolwiek!
Odwrócił się.
,,Co czuje kobieta po takiej odpowiedzi? Tak trudno to nazwać. Czy każda czuje tak samo? Nie wiem... poczułam pragnienie, pragnienie tak ogromne, że graniczące z niepohamowanym pożądaniem.
Śmierci. Śmierci.
Było tak wielkie, że aż przesłaniało ból. I tak ciche, jak kobieta, kiedy przeżywa najwyższą rozkosz. Tylko jej twarz krzyczy ekstazą w swym wyrazie. We mnie krzyczało serce, z rozpaczy. Ale nie dopuściłam go do głosu. Gdybym mogła, wyrwałabym je sobie z piersi."
- Za dużo pytań mała, za dużo – odwrócił się gwałtownie, nie dając mi czasu na jakąkolwiek reakcję. Przycisnął mnie do tronu. – Chcę Cię poczuć.. – szepnął mi do ucha, zamruczał. Poczułam na szyi jego zimny oddech. Pozostałam spokojna i nieruchoma, obojętna.
- Proszę...
Zabij mnie.
-... zrób, co zechcesz...
Wbił delikatnie kły...
Mój ból...
Ciągle szykuje na mnie swój nóż
Ciągle go ostrzy
Gdzie go wbije?
Od razu w serce?
Syknęłam cicho, otwierając szeroko oczy.
Czułam jak wypełnia mnie ciepło, rozchodzące się do koniuszków palców, docierające do każdego zakamarka mojego ciała. Tak przyjemne, tak rozkoszne, ach... przymknęłam oczy, a moje ciało rozluźniało się, miękko opierając na krześle. Uczucie dawało niemal... niemal ekstazę. Poczułam, jak odpływają złe myśli, wszystko wokół mnie znika, jestem tylko ja...
Ja, mój oddech i moje serce. Każda chwila, tak miarowa, powolna...
Przytrzymywał mocno moje wiotkie ciało. Po chwili uchwyt zesłabł, ciepło zaczęło mnie opuszczać... a ja tak chciałam je czuć, jeszcze i jeszcze. Dlaczego odchodzisz? Zostań...
Poczułam dłonie głaszczące mnie po głowie, jakby cieplejsze, bardziej...
Żywe?
- Ciii... - szepnął. Podszedł do obrazu, dotknął go. Rejestrowałam powoli jego ruchy... byłam taka odrętwiała. Mruknęłam coś niezrozumiale, nie mając siły ułożyć słów, poruszyć wargami, co nie uszło jego uwadze.
- Czujesz się słaba? – zapytał, przyklękając przy mnie. Chyba próbował spojrzeć mi w oczy, ale nie umiałam skupić wzroku na jednym punkcie.
- Mo...możesz... to zroobic.. jeee.. jessszzzcze raaz? – wymruczałam z siebie, wytężając siły.
- Law – wstał, odpowiadając szorstko. – Martwie się o Twoje zdrowie – dodał już spokojniej. Skrzywiłam się jak dziecko. Siły wracały powoli, odrętwienie w ciele ustępowało. Oparłam się wygodnie i spojrzałam na niego maślanymi oczyma.
- Proooszę... - słodki szept. Tak! Przyklęknął. Ujrzałam obnażające się kły. Gładził nadgarstek pieszczotliwie. A to dopiero przedsmak tej przyjemności, która mnie czekała...
Śmierć.
Drżałam lekko pod jego dotykiem.
- Kuu..kusisz mnie – próbowałam uśmiechnąć się dziarsko, ale osiągnęłam jedynie krzywy grymas na twarzy. – Kusisz mnie.. bo wie..wiesz... ze Ci wierze... - parsknęłam paskudnym śmiechem.
- Chcę żebyś była silna – uśmiechał się, jakby odrobinę rozbawiony.
- Elfie... Prooooszę...
- Tak? O co prosisz?
- O ciepło... o mrowienie...o... zrób to jeszcze raz ... to jest jak – przymknęłam oczy. Już prawie skleciłam zdanie. Zmarszczyłam czoło w zamyśleniu. – nie mogę znaleźć dobrego słowa...
- Spróbuj...
- To jest jak... chociaż wiem... ze przytulanie się... do Ciebie... przynosi mi wiecej... wiecej... - Nie nadążałam za swoimi myślami, umykały mi gdzieś, nie potrafiłam ich zebrać, zatrzymać. – nie, to nie jest przyjemność... nie... to jest przyjemność... ale to złe słowo... złe słowo. To gdzieś w sercu... radość... i potem... nie jest mi tak smutno... ale nie jest tak gorące... jak to...
- Tak, jest wiele sposobów na walkę ze smutkiem – jego wzrok wciąż spoczywał na moim nadgarstku.
- Elfie, proszę, nie głaszcz mnie tylko... posuń się dalej...
- Posuń się dalej i?
Uwolnisz mnie od bólu... od mojego ciała... od Ciebie... od miłości... od życia...
- Proszę... zrób to jeszcze raz... dla mnie... - słowa cicho płynęły, wyrażając się w kuszącym szepcie.
Pochylił się nad nadgarstkiem... jego lekki oddech na mojej skórze... to było tak miłe, tak zmysłowe... zacisnął dłoń, tętnica uwydatniła się. Znów to mrowienie oczekiwania... Niech już to zrobi, skończmy z tym. Byłam słaba, byłam, wiedział, ale chciałam, tak bardzo chciałam, jeszcze raz, ostatni raz... w nim moja krew... to prawie, jakbyśmy byli jedno... moja krew... żyłabym w nim... jeśli nie z nim, to w nim... tak, chcę. Zabij mnie, tak bardzo proszę, błagam, tak rozkoszna, gorąca śmierć... tak, już tak blisko, czuję niemalże dotyk jego warg, kłów...
Nagle wszystko we mnie zatańczyło. Po moich policzkach spłynęły łzy.
Nie przyszło ukłucie. Nie nadeszła Śmierć.
Przywitała mnie czułość, tak, czułość. Muśnięcie wargami, tak miękkie, tak wzruszające...
Poczułam ogromną ulgę. Bałam się, że uczucia w nim ostygły, że umarły wraz z jego ciałem.
- Nie, moja mała. Chodźmy stąd – pokręciłam głową, przytrzymałam się kurczowo kamiennego tronu – Będę czekał – otarł z moich policzków łzy i wyszedł cicho z pomieszczenia.
Patrzyłam niemo w obraz z wodospadem. Wstałam na chwiejnych nogach i podeszłam do piedestału, na którym spoczywała Księga. Chciałam otworzyć, zbliżyłam dłoń, ciekawość tak wielka, a jednak w moim wnętrzu sprzeciw. Nie. Ucałowałam ją jedynie i wyszłam. Siedział przy stole, zaprosił abym dołączyła. Poczęstowałam go kawałkiem chleba, ale odmówił.
- Nie jestem już głodny, moja mała. Ty mi dałaś życie – wyjaśnił, łagodniej i spokojniej niźli wcześniej.
- My mogliśmy dać nowej istocie życie, razem – położyłam szczególny nacisk na ostatnie słowo. – Teraz otacza Cię jeszcze grubszy pierścień cieni.
- To świadomy krok. Mała, moja Mała. Czas już spisał moje losy, Cienie wyznaczyły ścieżki, którymi podążam. Nie ma tu się czego bać, uwierz mi.
- A myslisz, że ja... czego się boję?
- Boisz się, że odejdę. Boisz się tego kim, czym się stałem – jedną rękę położył mi na ramieniu, drugą chwycił dłoń. – Chodź – wyprowadził przed budynek. Wskazał wschód. – Noc powoli ustępuje. Mój czas dobiega końca. Przeniosę Cię do domu, póki jeszcze mam siły – znalazł przesmyk w cieniach. – Nie mogę witać słońca tak, jak witałem kiedyś.
Znów ta dziwna podróż... Staliśmy na moim ganku.
- Gdzie teraz się udasz? – spytałam z niepokojem.
- Do miasta ukrytego przed śmiertelnikami. Nie mogę Cię tam zabrać.
Zapadła taka niezręczna cisza.
- Elfiku... - starałam się, żeby mój głos zabrzmiał miękko. – Możesz się chociaż przytulić? – objął mnie. Ucałowałam jego czarne jak noc włosy.
- Będziesz na siebie uważała? – zawsze o to pytał. Zawsze miał dla mnie ,,uważaj na siebie". Nigdy nie zapominał.
- Będę. Idź już – ucałował mnie w czoło.
- Namaarie – wypowiedział zaklęcie i po chwili zniknął, pozostawiając pustkę...
Delikatne światło, bijące od wygrawerowanych na podłodze run, migotało na srebrzystych oprawkach rozłożonej księgi. Każda strona wyglądała jak głęboka sadzawka, na której dnie przesuwały się zamazane obrazy, przesłonięte równymi rządkami ciemnych, nieustannie zmieniających się liter.
* Cichy szelest przewracających się kartek *
Sceneria, wiszącego naprzeciw księgi gobelinu, powoli się zmieniała. Ukazywała mały domek, strużkę dymu leniwie unoszącą się z kominka, zachodzące słońce, gasnące światła, cichą, spokojną noc i... znów pokazywał leniwą wspinaczkę słońca zza nieboskłonu, śliczną, mała kobietkę otwierającą energicznie drzwi i wybiegająca karmić swoje zwierzaki. Cicho do nich szepczącą, pełna życia, lecz noszącą w sobie wyraźny smutek, który wypływał w każdym jej ruchu. Zamykające się drzwi... Odgłosy kucia, śpiew, płacz. Nadchodzącą noc.
Tak wkoło, wiele, wiele razy. Obrazy tak inne a zarazem tak podobne.
- Zdajesz sobie sprawę dlaczego przyzywam tamte obrazy? – odezwał się głos dobiegający z punktu zawieszonego gdzieś pomiędzy księga i gobelinem.
* Milczenie *
- Myślisz, że oglądałeś już je zbyt wiele razy? Znasz odpowiedź, dlatego milczysz. Milczysz bo to twoja broń. Minęło tyle czasu, tyle czasu przeleciało Ci przez palce, ty grasz jednak dalej swoją smutną rolę.
* Milczenie *
* Cichy szelest przewracających się kartek *
Obraz na gobelinie powoli znikał, zalewany ciemnymi falami cieni. Zapadła ciemność, z niej zaś powoli wyłaniał się kolejny.
*******************
Delikatne światło, bijące od wygrawerowanych na podłodze run, migoczące na srebrzystych oprawkach rozłożonej księgi. Każda strona wyglądająca jak głęboka sadzawka, na dnie której przesuwają się zamazane obrazy, przesłonięte równymi rządkami ciemnych, nieustannie zmieniających się liter.
Ściany obwieszone wieloma obrazami, których jedynym niezmiennym elementem są ramy.
Duży, topornie ociosany na kształt krzesła kamień, wbity w posadzkę dokładnie w środku pokoju, naprzeciw rozłożonej na piedestale księgi.
Siedząca na nim postać elfa w czarnej, pochłaniającej nikłe światło masce, wyprostowana, bacznie wpatrująca się w gobelin.
*******************
- Twoje myśli są już zapisane, chcesz bym Ci je przeczytał?
- Nie – odpowiedział ten sam głos, dobiegający jednak nie z nicości lecz z kamiennego krzesła. – Znam swoje myśli. Widzę dokąd zmierza moja droga. Nie boje się o siebie. – zawiesił na chwilę głos – Ale ona? Ona...
- ... na to nie zasłużyła. – wpadł mu w zdanie głos – Ty skazałeś ją na cierpienie. To ty stałeś tam każdego dnia od tak dawna i patrzyłeś. Potrafiłeś tylko patrzeć. Nie zrobiłeś nic by jej ulżyć...
- To nie prawda! – syknęła postać na krześle. – Nie mogłem do niej przyjść, nie byłem gotowy, chciałem by o mnie zapomniała, rozumiesz?!
- Dobrze wiesz, że nie mogę samemu myśleć, wszystko co ode mnie słyszysz jest tylko głosem twoje sumienia, twoimi własnymi myślami Nar. Bałeś się, a przez twoja słabość ta kobieta cierpiała. Cierpiała przez ciebie!
- Dość, dość! – postać w czarnej masce zerwała się z kamiennego tronu, w dwóch krokach doskoczyła do Księgi i zamknęła ją gwałtownie. Głos ucichł, gobelin przybrał swoja dawną formę. Zapadła długa, męcząca cisza. Białe dłonie zaciskały się kurczowo na marmurowym podeście.
*******************
Gdzieś w oddali - zupełnie nie świadomy istnienia dwóch bardzo smutnych istot, złączonych przypadkiem przez złośliwy los, nie w tym czasie i nie w tym miejscu - pewien nieznany bard nucił cicho swoją pieśń....
Zrozum to, co powiem
Spróbuj to zrozumieć dobrze
Jak życzenia najlepsze te urodzinowe
albo noworoczne jeszcze lepsze może
O północy, gdy składane
Drżącym głosem, niekłamane
Z nim będziesz szczęśliwsza
Dużo szczęśliwsza będziesz z nim
Ja cóż - włóczęga, niespokojny duch
Ze mną można tylko
Pójść na wrzosowisko
I zapomnieć wszystko
Jaka epoka, jaki wiek
Jaki rok, jaki miesiąc, jaki dzień
I jaka godzina
Kończy się
A jaka zaczyna
Nie myśl, że nie kocham
Lub, że tylko trochę
Jak cię kocham, nie powiem, no bo nie wypowiem
Tak ogromnie bardzo jeszcze więcej może
I dlatego właśnie żegnaj
Zrozum dobrze żegnaj
Ze mną można tylko
W dali zniknąć cicho...
*******************
Miotał się niczym opętany, rozrzucając stosy książek, przewracając szafki i stoliki. Szukał, wahał się, pomimo tego szukał, choć się wahał. Ściany stały się podłoga, posadzka sufitem, niebo nie istniało...
Zapomnienia, szukał zapomnienia, choć się wahał.
*******************
Pisał, darł papier, pisał darł papier, myślał, chciał przestać, myślał, chciał przestać. Pisał i nie przestawał.
*******************
Gładził delikatnie zdobione okładki Księgi. Znał każdą jej stronę, każdą która do tej pory została zapisana. Była jak on, znała go jak nikt inny. Pomyślał o swojej małej kobiecie, smutnej i zmęczonej, oszukanej przez życie, oszukanej przez niego. Ona go nie znała, zawsze uciekał, zawsze się ukrywał. Jakim był głupcem – odtrącił swoją jedyną szansę. Dlaczego głupcy są ślepi?
Spojrzał ponownie na Księgę, był jej to winny.
Całe jego życie spisane i zamknięte w magicznym pojemniku. Każda myśl, każde uczucie, żadnego fałszu. Był jej to winny...
*******************
Pochylił się nad tak znajomym, drobnym ciałkiem. Odgarnął niesforny kosmyk rudych włosów. Zawsze lubił to robić. Popatrzył w jej zamknięte oczy. Pomimo powiek, widział tam nie przemierzony ocean uczuć.
Otworzył powoli torbę i wyciągnął z niej Księgę emanującą lekkim światłem, wsunął ją pod poduszkę.
Wszystkie pytania moja mała Mel, wszystkie pytania znajda tutaj odpowiedź. Ucałował ja delikatnie w czółko, poruszyła się.
Wyprostował się, wziął do ręki swój list. Myślał. Poczuł jak powoli wilgotnieją mu oczy.
Myślał. Już nie chciał. Chciał odejść. Nie umiał. Już nie chciał.. odejść. Stał. Myślał. Chciał by się obudziła i zatrzymała go przy sobie. Stał. Czekał. Ledwo znosił kłujący ból w sercu.
Spojrzał na kawałek pergaminu, który trzymał w ręku. Spojrzał na mały, palący się kominek. Ostatni raz spojrzał na jedyne szczęście jego życia. Trzema zdecydowanymi ruchami przedarł delikatny papier, cisnął w ogień, doskoczył do drzwi i gwałtownie je szarpnął. Powitał go zimny podmuch powietrza.
Wybiegł.
Zbyt szybko by zobaczyć jak wiatr cudem ratuje jeden z kawałków pergaminu i bezpiecznie przenosi go na mały stolik.
Mały, podarty kawałek papieru. Wyraźne, ładne litery. Ocalały fragment...
...kocham...
*******************
Biegł przed siebie, nic nie czuł, pozbył się przeszłości. Był jak nowo narodzony. Nie miał wyrzutów. Czuł się świeży.
Przebiegał koło dużego, pustego domu. Zwolnił kroku. Zatrzymał się. Patrzył na niego.
Mieli go razem umeblować, on i ona, kto wie, może kiedyś razem zamieszkać. Pytała go... on był głupi...
Poczuł wilgoć, powoli, nieubłaganie nadchodzącą. Płakał, płakał jak nigdy. Szedł powoli naprzód. Powoli znikał, znikał w ciemnościach. W ciemnościach zapomnienia.
*******************
Gdzieś w oddali - zupełnie nie świadomy końca istnienia dwóch bardzo smutnych istot, złączonych przypadkiem przez złośliwy los, nie w tym czasie i nie w tym miejscu - pewien nieznany bard nucił cicho swoją pieśń....
Między nami nic nie było!
Żadnych zwierzeń, wyznań żadnych,
Nic nas z sobą nie łączyło
Prócz wiosennych marzeń zdradnych;
Prócz tych woni, barw i blasków
Unoszących się w przestrzeni,
Prócz szumiących śpiewem lasków
I tej świeżej łąk zieleni;
Prócz tych kaskad i potoków
Zraszających każdy parów,
Prócz girlandy tęcz, obłoków, Prócz natury słodkich czarów;
Prócz tych wspólnych, jasnych zdrojów,
Z których serce zachwyt piło,
Prócz pierwiosnków i powojów
Między nami nic nie było!
*******************
[/i]
Serce nie sługa, nie zna, co to pany, nie da się okuć przemocą w kajdany
Zawsze mi się wydawało, że będę płakać w takiej chwili.
W takiej chwili... że będę krzyczeć z bólu, że moje serce wyda z siebie rozdzierający wrzask niewysłowionego cierpienia. Pójdę na krawędź i skoczę do morza. Albo wezmę sztylet i rozpruję sobie żyły.
Ale tak nie było.
Płakałam, tak.
Ale to były dobre łzy.
Pewnie myślał, że zrobił dla mnie ostatnią rzecz w życiu.
Może nawet nie wie, jak bardzo się pomylił.
Może nigdy się o tym nie dowie...
Ostatnia rzecz, którą dla mnie robisz, będzie zawsze Nar.
Tak, zawsze, bo Miłość jest wieczna.
A ja czuję jej obecność przy sobie nawet teraz.
A może nawet bardziej niż kiedykolwiek?
Bo wcześniej bałam się.
A teraz wiem na pewno.
Przebudziła się... słońce dawno przywitało ziemię.
Przewróciła się na pryczy, położyła na boku. Oparła głowę na poduszce...
Zaraz, zaraz...
Wyczuła pod głową coś sztywnego.
Wsunęła rękę...
Dotknęła dłonią sztywną oprawę, papier... mnóstwo papieru.
Księga!
Podniosła się gwałtownie, aż zakręciło jej się w głowie. Opadła na pryczę z powrotem. Odrzuciła na bok poduszkę i...
Zobaczyła.
Zobaczyła Księgę... Księgę, tę Księgę! Z Sali, z Sanktuarium! Pogładziła okładkę, przytuliła do siebie. Przymknęła oczy, uśmiechając się.
Chciał mi coś powiedzieć.
A może ona od początku była dla mnie? Może dlatego tak przyciągała, a jednak czułam, że nie czas jeszcze, że nie wolno mi. I czułam jej niezwykłą bliskość, ucałowałam, nic więcej.
*cichy szelest przewracających się kartek*
Każda strona wyglądająca jak głęboka sadzawka, na dnie której przesuwają się zamazane obrazy, przesłonięte równymi rządkami ciemnych, nieustannie zmieniających się liter.
Łzy płynęły, a litery nie rozmazywały się, wciąż wyraźne, mocno wdzierały się w jej głowę znajomym głosem, nieprzerwanie, każde słowo, wrażenie, odczucie, myśl...
Na przemian płakała z radości i smutku.
Przeżyli razem tyle pięknych chwil.
Byli dla siebie.
Puste luki w sercu wypełniły się, wypełniły się nim, nim samym, jego emocjami, przeżyciami.
Nareszcie... uczucie pełni.
Godziny płynęły, ale dla niej czas stał w miejscu.
Opadła z wyczerpania na pryczę nad księgą, która wysunęła się z jej rąk. Okładki przyległy do stronic, a mówiący głos ucichł.
Nagle przebudziło ją dotknięcie, jakby pstryczek w nos.
,,Byłem wiatrem, zabłąkanym jego podmuchem..."
Położyła dłoń na nosku, nie otwierając oczu.
Kawałek papieru.
Zacisnęła go w dłoni. Usiadła ostrożnie by obejrzeć zawartość.
Znajome, staranne, uwielbione przez jej wzrok pismo.
I słowo, o którym marzyła każdego dnia, za którym płakała cicho każdej nocy.
,,...kocham..."
Nie usłyszała go nigdy. Do teraz. Tyle razy powtarzało się w Księdze! Tyle razy mówiący głos tej nocy pieścił jej uszy tym słowem. A ona bała się, bała...
Kiedyś.
Podniosła się z pryczy sprężystym ruchem. Wyszła przed dom, by przywitać spojrzenie z granatowym niebem usłanym gwiazdami.
Ich gwiazdami.
Poczuła zimny dotyk na ciele.
Kap, kap, kap...
Wzniosła do góry ręce. Zawołała głośno. Kropelki deszczu wnikały w jej ubranie, włosy, skórę... Wybiegła na mokrą trawę boso, zaczęła tańczyć na polanie. Jej ruchy młodzieńcze, a z ust radosny śpiew.
E ma ya e a ku ma ya e
Oo a ye
E ma ya
Ooh ah e ma ma ya
E ma ya
E ma ya e ku ma e o
Ku ma ya e
Tak go żegnała. Tańcem i okrzykiem w deszczu, chwaląc się światu i gwiazdom największą przygodą swojego życia. Żegnała go na swój sposób. Tak, jak on żegnał swoim sposobem.
Ona głośno, odważnie, całą sobą.
On cicho, dyskretnie, z ukrycia.
Każde z osobna, w duchu razem.
,,Odtąd jedno, choć dwoje, nadal dwoje, lecz jedno."
Te stronice rozpaliły jej miłość.
Nie miała żalu.
Była świeża, wolna.
I kochana ponad wszelkie pojęcie.
Kiedyś znów się spotkamy.
A wtedy nie będzie czasu, bólu i łez.
Tylko Ty i ja.
A przed nami Wieczność.