Nie wiadomo skąd w ręce licha nagle pojawił się mały, jakby od ognia poczerniały sztylet. Mężczyzna bez wahania wbił lekko zgięte ostrze w środek swojej dłoni i nieznacznie przekręcił rękojeść. Nigdy wcześniej jego twarz bardziej nie przypominała wyżętego z wszelkich uczuć oblicza kamiennej rzeźby. Wykute z zimnego marmuru rysy nawet na moment nie wykrzywiły się w grymasie bólu. W Świątyni panowała grobowa cisza, jedynie nieumarły stojący przed nim z każdą chwila co raz częściej dyszał. Powietrze stawało się geste niczym smoła , wręcz nie do zniesienia.
- A teraz ty – głos Nekromanty nagle stracił sztuczne, uroczyste brzmienie. Mag przyłożył sztylet do dłoni nieumarłego i pozwolił, by ostrze zagrało potępieńcze pieśni na jego ciele. – Zabijaj zdrajco. Wiem, że nie możesz się powstrzymać. Zapach krwi, której tak pragnąłeś, drażni, wabi cię, chociaż musisz już przeczuwać, czym przyjdzie ci za nią zapłacić. Zabijaj, dla odnowienia ślubów, które złamałeś. Zabijaj, dla odbudowania więzów, które zerwałeś!
Zabijaj!
- Lećcie, niespokojne dzieci Chaosu, jego wszystkowidzące oczy i nieomylne uszy. Lećcie i odszukajcie tych, którzy powstają przeciw Nam. Wyrusz w drogę i ty, Fortisie. Idź i przynieś dziesięć świeżych głów do mnie.
Wraz z tymi słowami demon, a raczej: wrażenie jego obecności w świątyni, ulotnił się bez śladu. Dopiero teraz każdy z zebranych uświadomił sobie, jak ciężkie i zimne było do tej pory powietrze.
Najemniczka wkroczyła pewnym krokiem do plugawej świątyni Twierdzy wraz z towarzyszącym jej fechmistrzem Domu Noqu'arn - Ugenem oraz zajęli miejsca daleko za innymi mordercami, którzy dziś się tu licznie zebrali. Wszyscy z niecierpliwością czekali na przybycie Fortisa, byłego wojownika Przymierza Krwi, grupy banitów błąkającej się od miasta do miasta. Kroki ciężkich, skórzanych butów rozbrzmiały w gmachu świątyni, rozmowy ucichły - idzie pomyślała Iliv'dril, w końcu stanie przed obliczem wszystkich i wyjaśni czego od nas oczekuje.
(http://i.imgur.com/2QHjt.jpg)
Fortis został obrzucony spojrzeniami wszystkich zebranych dla, których dotychczas był śmiertelnym wrogiem. Lich od razu położył swoje łapska na ramionach berserka i wbił w niego swoje puste oczodoły, przeraźliwie oblizując się długim językiem.
Mordercy wszelkich ras i kast zbliżyli się do ołtarza, aby złożyć należyty hołd swoim złym Bóstwom oraz żeby być bliżej zaprzysięganego Fortisa.
(http://i.imgur.com/mFgyL.jpg)
(http://i.imgur.com/6LH1J.jpg)
(http://i.imgur.com/wTJD6.jpg)
Rytuał prowadzony przez Licha, pytania morderców do Fortisa oraz jego zaprzysiężenie zakończone było słowami Kapłana oraz wygłoszeniem przez niego modlitwy.
(http://i.imgur.com/VIXGw.jpg)
(http://i.imgur.com/Zy1HU.jpg)
Były banita z Przymierza Krwi wygłosił swoje oświadczenie oraz prosił o łaskę zebranych Chaośników, wybierając nowego Boga, któremu odda się w całości oraz będzie głosił jego wolę.
(http://i.imgur.com/Fqrr7.jpg)
(http://i.imgur.com/ZXXty.jpg)
Zebrani w świątyni synowie Chaosu po zakończeniu inicjacji oraz krwawej mszy z przypadkowo zbłąkaną ofiarą zaczęli szykować się do drogi, aby szerzyć wolę swych Bóstw oraz plugawić kolejne zakątki świata. Tym razem padło na świątynie Donara położoną na byłych prowincjach Królestwa. Zebrani na placu Twierdzy formowali szyki i czekali, aż Anseis skończy formować czarną bramę.
(http://i.imgur.com/YVboB.jpg)
Przemierzali opustoszałe miasto kierując swe kroki ku świątyni Donara. Gdy dotarli na miejsce zaczęli się rozglądać po świętym miejscu. Lich zaczął odprawiać rytuał mający na celu zbezczeszczenie miejsca kultu wielu synów Królestwa. Mordercy rozpierzchli się po gmachu niszcząc wszystko co się dało. Sprytny Ugen zaczął kraść co cenniejsze rzeczy.
(http://i.imgur.com/HsPqg.jpg)
(http://i.imgur.com/tTzrU.jpg)
Oczom zebranych ukazała się manifestacja samego Donara, który chciał przerwać niszczenie jego świątyni i próbował przemówić do upadłego syna orderu - Anseisa. Crom szybko zauważył, że jego słowa nic nie znaczą dla obecnych tu istot i postanowił przemówić bardziej znanym im argumentem - siłą. Rozgorzała walka pomiędzy bogiem, a mordercami. Wrzawa oraz wszechobecny zamęt opanował świątynie, w której mierzyło się bóstwo z Chaośnikami. Walka była ciężka, ich broń oraz magia okazały się bezużyteczne w stosunku do tak potężnej istoty. Bitwę przerwało nagłe objawienie się Daywadosa – Pana Chaosu i Destrukcji.
(http://i.imgur.com/ojcvS.jpg)
(http://i.imgur.com/TEuw1.jpg)
(http://i.imgur.com/EV8UW.jpg)
(http://i.imgur.com/FJTqb.jpg)
Zdezorientowani mordercy spoglądali na gniewnych bogów oczekując na niechybną walkę obu. Do pojedynku jednak nie doszło, Daywados zakończył niedoszłą walkę zadając szybki cios mieczem w kierunku Croma.
(http://i.imgur.com/Z8c3Y.jpg)
Gdy bóstwo zniknęło w świątyni rozgorzało prawdziwe piekło. Daywados rozkazał swym sługom, aby palili święte miejsce. Ognie płonęły w całej świątyni, od podłogi do sklepienia. Chaośnicy zaczęli się wycofywać z gmachu, aby uniknąć kolejnych strat w swoich szeregach. Anseis zakończył wizytę w byłym miejscu swojego kultu podpalając bramy budynku, po czym Erenen zaczął natychmiast przygotowywać czar umożliwiający zebranym szybki powrót na tereny Twierdzy. I tym razem wierni nie zawiedli oczekiwań swego Boga, a zarówno Daywados jak i Pajęcza Królowa Lloth, której sługom była najemniczka byli zadowoleni.
(http://i.imgur.com/Zk8zB.jpg)
(http://i.imgur.com/908MH.jpg)
Rozejrzal sie dookola. Swad dymu unoszacego sie nad swiatynia draznil ostrza; duzo gorzej, niz odor rozkladajacych sie jeszcze organow Erenena.
Przepiekne zdobione dywany, wystawne, starannie wykute rzezby, oltarz, pelen czci - kamienne arcydzielo, wykonane rekami najlepszych rzemieslnikow i artystow Britanni. Wszystko plonelo.
Nie tylko drogocenne zdobienia i elementy kultu mieszkancow stolicy. Plonelo cos wiecej – serce zakonu, jego dusze... Pamiec tysiecy poleglych i zyjacych bezczeszczona przez zlowrogie plomienie, napelnione silami z zaswiatow.
Zniszczenie, destrukcja, unoszaca sie w powietrzu aura mordu i krwi. Wszystko ma swoj sens i cel. Niewinnosc nie istnieje. Tak jak dobro i tak jak zlo.
Jezeli zlo wymierzone jest przeciw smiertelnemu wrogowi, to staje sie dobrem. Tak wlasnie to rozumial.
Uniosl ciezki luk i przymykajac jedno oko, powolnie naprezyl cieciwe. Strzala przebila powietrze, wydajac przerazliwy swist.
Kruk stoczyl sie bezwolnie z dachu i uderzyl mocno o marmurowe schody u wyjscia swiatyni. Dookola malego ciala rozlala sie krew, rozchodzac sie rownomiernie we wszystkich kierunkach. Cherin spojrzal na truchło, bez wyrazu i emocji. Oto symbol wolnosci lezal martwy u jego stop.
Okolica pokryla sie klebami czarnego dymu. Ruszyl pospiesznie w strone portalu, wycierajac noge z krwi i pierza...