Lindi właśnie wybrała się do banku, sprawdzić czy wszystko w dokumentach miastowych jest w porządku i czy nie wpłynęła kolejna skarga lub groźba od ich ukochanego Sog-soga. Szła właśnie przez trawnik gdy napotkała gnoma. Gnom jak gnom, kapelusik z piórkiem, cały na zielono jak ogórek no i oczywiście w sandałach. Wydawał się być dość przeciętny gdyby nie ta jego powalająca uroda i słodycz która od niego biła.
Lindi gadać uwielbia, więc nie zwlekała z pozdrowieniem przyjezdnego. Gnom przedstawił się jako Abruzi i okazał się być przemiły. Uraczył niziołkę czekoladą z nadzieniem kokosowym oraz likierem brzoskwiniowym. porozmawiali sobie chwilkę i wtedy Abruzi napomknął, że prowadzi handel obwoźny po miastach i ma worek pełen niesamowitych przedmiotów. Niziołki, jak to niziołki zawsze ciekawskie więc Lindi poprosiła o zaprezentowanie towaru.
Cóż to były za cudeńka! Kula która pokazuje przyszłość, kij który zmienia się w węża, siedmiomilowe buty oraz przepiękna szarfa. Niziołka widząc buty od razu pomyślała o swoim niesfornym dziecku, zapewne nie raz przydały by mu się w ucieczce przed zazdrosnymi mężczyznami których kobiety ten malec raczył podrywać. Szarfa zaś przypadła jej samej do gustu. Gnom wycenił przedmiot lecz z butami kazał zaczekać na następne spotkanie. Lindi nie chcąc stracić okazji zabrała gnoma do banku i zapłaciła za szarfę.
Tuż po tym jak niziołka zdążyła ją przymierzyć gnom już był w drzwiach krzycząc że się śpieszy. I tyle go widziała...
Chwilkę później z dołu do banku wszedł jej znajomy. Przytoczyła mu całą historię i po chwili sama zaczęła się zastanawiać nad tym, czemu ten gnom tak szybko uciekał. Obejrzała szarfę dokładnie, nadal była piękna i nie wydawała się być bublem. Coś tu jednak nie grało...
Wraz z przyjacielem udali się na poszukiwania gnoma by dopytać się, o co w tym wszystkim chodzi lecz znajdowali tylko w miastach pozostawiane przez gnoma ślady w postaci pozostawionego jedzenia. Ślad po nim zaginął.
Lindi napisała krótką notkę i powiesiła na tablicy w każdym mieście z nadzieją, że gnom się jeszcze do niej odezwie. W końcu zapomniała dopytać, jaka magia drzemie w jej szarfie.
Co? A mi tylko czekoladę sprzedał :( (dodam, że drogo)
hehehehe :D Mi dał dwie za darmo ;)
A to że kokosowe to chyba ja mu podsunąłem :)
Ja też :P Marudził że to jakaś moda ;)
Był piękny dzień a niziołka pracowała w swoim przydomowym ogródku kiedy usłyszała odgłosy nieporadnego człapania. Rozejrzała się w okół i zobaczyła dziwnego stwora przypominającego żabę skrzyżowaną z rybą i jakimś skrzatem. Pierwszy raz widziała coś takiego na własne oczy. Stwór spoglądał na nią, a ona na niego. W końcu podeszli do siebie wybadać się na wzajem. Żabostwór powąchał pierw jej nogę, potem się o nią otarł jakby badając czy "nie gryzie". Zauważył szarfę przewieszoną przez ramie niziołki, tę samą która zakupiła dzień wcześniej od gnoma. Stwór dotknął szarfy i najwyraźniej stwierdził brak zagrożenia. Niziołka sięgnęła do swojego pudełka na drugie śniadanie i rzuciła na ziemie dwa pierogi z serem. Potworek zerknął na nie i po chwili wpakował pierogi do buzi. Lindi uśmiechnęła się nieznacznie, jej pierogi jeszcze nigdy nie spotkały się z odmową. Stwór po posiłku pobiegł w stronę miasta a niziołka już nie mogła go odnaleźć.
Wróciła do pracy kiedy to od strony miasta przyszła do niej zapłakana kobieta. Zgłosiła zaginięcie męża rybaka oraz trzech innych mężczyzn. Lindi zaniepokoiła się i obiecała kobiecie, że zrobi wszystko co w jej mocy żeby ich odnaleźć.
Wyruszyła niezwłocznie statkiem zbadać cała zatokę Ocllo, jednak na nic niepokojącego się nie natknęła więc wróciła do miasta. Skierowała się do banku żeby zgłosić zdarzenie i tam spotkała małe zebranie. Był tam gwardzista, Jackee Green władca Ocllo oraz dwóch innych mężczyzn i o czymś dyskutowali. Okazało się, że Ocllo napadane jest przez chmarę stworów właśnie takich, jakiego Lindi miała okazję spotkać. O dziwo z opowieści mężczyzn wynikało, że te miłe stworki które lubią pierogi są krwiożerczymi potworami które zabijają ludzi w całym mieście. Niziołka nie mogła uwierzyć w te słowa, ale przecież mężczyźni nie mieli powodu by kłamać.
Jeden z mężczyzn okazał się być znawcą magicznych przedmiotów i po oględzinach pięknej szarfy niziołki stwierdził, że może ona mieć związek z całą sytuacją. wszyscy rozeszli się szukać jakichś informacji, jedni do bibliotek, inni natomiast poszli w teren.
Gwardzista zaprowadził Lindi do ciała, a raczej jego resztek które zostały po ataku stworów. Widok był masakryczny jednak niziołka nie wykazywała poruszenia. Zdjęła z pleców płaszcz i przykryła ciało. Posłała syna po kobietę która zgłosiła zaginięcie męża, może mogłaby ona zidentyfikować ciało? Syn wrócił twierdząc, że kobieta również zaginęła. Po powtórnych poszukiwaniach nie udało się odnaleźć kobiety. Wrócił również Jackee z głównej biblioteki i oznajmił, że nic nie udało mu się znaleźć na ten temat.
Wspólnie ustalili, że do wyjaśnienia sprawy rybołówstwo stanowi zagrożenie życia jednak James, syn niziołki stwierdził, że nie obchodzi go to i pobiegł mimo zakazu matki w stronę portu. Niziołka nie czekając ani chwili pobiegła za synem i wskoczyła do odpływającego już statku. Młodzieniec dostał niezłe manto jednak to nie powstrzymało go od połowu. Jeśli on jest na tyle głupi, żeby nie rozumieć zagrożenia, to ona jako matka ma obowiązek pilnowania jego bezpieczeństwa. Stwierdziła, że to może też pomóc w poszukiwaniach.. gdyby tak udało się złapać jednego stwora. Usiadła na pokładzie i oparła się o maszt pilnie obserwując wodę. Fale lekko kołysały statkiem, czas mijał a nic się nie działo. Po paru godzinach Lindi znudzona już do granic możliwości morzem popłynęła do siebie uprzednio pouczając syna w razie jakichś niebezpieczeństw. Był nieroztropny, ale sprytny, musi dać sobie radę.
Słuchaj Vinggard, właśnie się dowiedziałam od tego pana co mi tą szarfę badał, że dowiedział się dwóch rzeczy na temat całej tej sytuacji.
Pierwsze to to, że ta szarfa tak na prawdę należała pierw do jakiegoś szlachcica z niebios który spadł do morza. I jak on tak spadł, to go król ryboludzi uratował. W podzięce dostał właśnie tę szarfę. Myślę, że ten gnom po prostu im ją ukradł i chciał szybko sprzedać łupy, temu tak uciekał jak tylko za nią zapłaciłam.
Druga rzecz to ta, że ci ryboludzie są niczym mrowisko. Jest Król i jego poddani. Poddanych są dwa rodzaje, jedni to robotnicy, a drudzy to wojownicy. Ci pierwsi są mali i żywią się glonami, są raczej niegroźni i głupi Ci drudzy zaś to wojownicy, krwiożercze potwory które nie wahają się zaatakować człowieka. Stad ta różnica między tymi potworami które wy opisywaliście, a tym którego ja miałam okazję spotkać. Musiałam po prostu trafić na robotnika.
Dowiedział się też tego, że o ile ryboludzie mówią w swoim jakimś dziwnym chlupiącym języku, to ich król biegle mówi w wielu naziemnych językach. Jest szansa, że po prostu uda nam się z nim dogadać, może zwrócić szarfę i wszystko będzie cacy. Jakoś sobie z tym poradzimy prawda?