Wstęp
Był to dla niego zwykły wieczór. Odpoczywał po całym dniu spędzonym w pracy, łóżko powoli wzywało go do siebie. Ułożył się zatem wygodnie, westchnął głęboko i spojrzał w sufit przed zamknięciem oczu. Nagle, czerń spowiła sklepienie i opanowała całą sypialnię. W mgnieniu oka znalazł się w innym świecie. Rozejrzał się wokoło, było wietrznie i pochmurno, ciemny i ciężki pył uderzał o jego twarz. Przetarł oczy w bólu aż zauważył przed sobą potężną postać, znał ją ze snów.
- Nadszedł czas zemsty - usłyszał głos dochodzący z postaci stojącej przed nim - dokona się ona z twych rąk.
- Zemsty? Jak to? - odpowiedział, nie rozumiejąc na początku.
- Magincja znów będzie moja - w dłoni postaci pojawił się zwój. Wyciągnął dłoń w stronę naszego bohatera.
Dotknął papieru by znów zostać oślepionym silną czernią spowijającą go z każdej strony. Poczuł, że coś go odepchnęło, poczuł że porusza się zbyt szybko, spada i nie może się zatrzymać...
Wtem, wylądował znów na swoim łóżku. Nie był pewien, czy to był sen czy nie. Zwój opadający z sufitu na jego brzuch rozwiał wątpliwości. Usiadł szybko, przetarł oczy i otworzył pieczęć zwoju. Zaczął czytać jego zawartość. Z każdym słowem coraz bardziej zdawał sobie sprawę z tego co niedługo się wydarzy. W jego umyśle począł formować się plan działania, ta noc na pewno nie będzie przespana...
Następnego dnia nie pojawił się w pracy, nie było na to czasu. Ubrał się odświętnie, jak przystało na fanatyka i wyruszył w podróż, poszukiwać elementów planu.
Części układanki
Zbliżył się powoli do bardzo znamienitego nieznajomego, wokoło którego leżały już sterty ciał. Widok ten imponował mu lecz nie dał tego po sobie poznać. Sam nigdy nie odważył się na taki rozmach, przeszkodziłoby mu to w jego karierze. Tymczasem krótka rozmowa rozpoczęła się. Już w pierwszych słowach wyraził pogardę dla osoby stojącej przed nią i tego co reprezentuje.
- Nie mam ochoty na tą rozmowę tak samo jak Ty - powiedział będąc znudzony
- Zatem zróbmy to szybko
- Nasz Pan, Netheril, zgłosił się do mnie z misją. Nie wiem dlaczego do mnie a nie do Was. Biorąc jednak pod uwagę to co o Was słyszałem to mu się nie dziwię?
(http://half-life.elsat.net.pl/uo2/magincja-2013/screen_1.jpg)
Nieprzyjemna rozmowa trwała jeszcze chwilę. Tajemnicza postać wyjawiła niewiele, lecz przekaz był prosty.
- Przygotujcie się, za kilka dni dokona się zemsta za grzechy przeciw Netherilowi. Zbierz tą całą swoją Radę, bądźcie czujni. Gdy czas nadejdzie, to właśnie Wasze imię będzie na językach całego świata. Magincja będzie znów nasza...
Obawiając się przybycia niepożądanych gości, rozeszli się w swoje strony. Nie było z resztą czasu, tak wiele jest do zrobienia.
...
Przechadzał się powolnym krokiem po ulicy Skara Brae. Wszedł do pracowni stolarza. Poza pracownikami była tam też ona, osoba która miała wykonać dla niego pierwszy element zemsty. Przyjrzał się jej dokładnie, była tak samo młoda jak urodziwa. Tym lepiej, nikt jej nie znał, mało kto będzie jej żałować.
- Witam Panią, słyszałem, że jest Pani niezłym alchemikiem?
- Skąd ta wiedza? To dziwne.
- Mam swoich informatorów i mam też dla Pani zadanie, które nie powinno być trudne dla tak sprawnych rąk jak Pani.
Młoda kobieta bardzo podejrzliwie i niechętnie wysłuchała kolejnych słów jakie padły z ust nieznajomego kapturnika. Doskonale jednak usłyszała słowa "nagroda" oraz "złoto", brzmiały o wiele przyjemniej... Zgodziła się podjąć zadania.
- Chciałbym by wykonała Pani dla mnie pewną miksturę wedle przepisu jaki posiadam...
- Zamieniam się zatem w słuch, proszę mówić
- Zatem, niech Pani notuje. 10 garści siarki, 20 sztuk wilczej jagody... - począł wypowiadać po kolei wszystkie składniki.
Panna C. pobiegła więc do pobliskich kupców, odwiedziła też magazyniera po czym spotkała się znów z nieznajomym w miejskiej pracowni alchemicznej. Rozłożyła wszystkie składniki na stole, przygotowała narzędzia. Nekromanta począł przekazywać instrukcje i kolejność wrzucania reagentów do moździerza. Z każdą chwilą substancja w środku stawała się coraz bardziej nietypowa i niebezpieczna. Po ostatecznym rozmieszaniu wszystkiego, ostrożnie przelała ciecz do buteleczki i wepchnęła korek do środka.
Lekki uśmiech pojawił się na twarzy nieznajomego, który szybko chwycił za butelkę i schował do kieszeni pod togą.
- Oto obiecana nagroda - opuścił na stół woreczek wypełniony złotem.
- Dziękuję bardzo - rozweseliła się kobieta
- To ja dziękuję, nawet nie wiesz ile osób od tego umrze... - dodał schodząc po schodach do wyjścia.
Uśmiech na twarzy kobiety zniknął momentalnie a w oczach pojawiło się przerażenie...
...
Nasz bohater przechadzał się po świeżo odbudowanych murach Ocllo. Dzień był piękny, pogoda cudna, jak zawsze w tej części regionu. Wszedł do pracowni stolarskiej, gdzie spodziewał się znaleźć kolejną osobę. Chwycił dłonią pierwszego który prawie na niego wpadł.
- Witaj, słyszałem że zbierasz zlecenia, może chciałbyś wykonać jeszcze jedno?
- Chyba żartujesz, mam pełne ręce roboty! Ten na górze właśnie kazał wykonać 6 grubych beczek.
- Czyli nie interesuje Cię sakiewka pełna złotych monet?
Rozmowa zmierzała w zła stronę. Młody Hezren zdawał się nie rozumieć powagi sytuacji, z każdą chwilą coraz bardziej denerwując nieznajomego. Zignorował go i wyszedł z budynku. Nagle przeraźliwe zimno przytrzymało go w miejscu.
(http://half-life.elsat.net.pl/uo2/magincja-2013/screen_2.jpg)
Mężczyzna wyszedł za nim i położył dłoń na jego ramieniu...
- Proszę jedynie o dyskrecję, to dla mnie bardzo ważne...
- Nie dotykaj mnie! Straże! Straże! Pomocy! - zawołał co sił. Pobliski strażnik spojrzał w ich kierunku jednak szybko odwrócił wzrok.
- Jeśli dowiem się, że za dużo gadasz, powieszę sobie Twoją głowę na kominku - wypowiadając te słowa kopnął młodzieńca w zadek po czym wrócił do środka pracowni.
Spojrzał w sufit i powiedział do siebie: to chyba nie był on, prawda? - nie otrzymał oczekiwanej odpowiedzi.
...
Gęsty las otaczał go ze wszystkich stron, był daleko od jakiejkolwiek cywilizacji. W oddali usłyszał odgłosy walki. Zbliżając się coraz bardziej do źródła dźwięków, zauważył leżące nieopodal ciała leśnych zwierząt. Zbliżył się do młodzieńca który akurat wyjmował swoją gwiazdę zaranną ze łba martwego niedźwiedzia.
- Witam młodego wojownika! Niezła potyczka tu była widzę. - przywitał zaskoczoną i zdziwioną postać.
- Skąd tyś się tu wziął Panie?
- Oj no, żyje się już trochę, zna swoje skróty... ale nie o tym chciałem porozmawiać, może interesuje Cie zarobić trochę złota?
Rozmowa potoczyła się o wiele szybciej, gdy nieznajomy potrząsnął przed oczyma L. sakiewką wypełnioną monetami. Młodzieniec był jednak bardzo zainteresowany imieniem nieznajomego i jego pochodzeniem. W odpowiedzi otrzymał jednak zupełnie coś innego.
- Twoim zadaniem jest dostać się do miasta zwanego Magincja, zabrać ze sobą moje wiaderko farby i rozlać trochę obok fontanny
- Dziwna jest Twoja prośba. A co jeśli będą problemu?
- Oczywiście nie znamy się, nigdy się nie widzieliśmy, na pewno coś wymyślisz.
Wojownik przestraszył się i przestał pytać o imiona. Poprosił nawet, by nie mówić mu więcej.
(http://half-life.elsat.net.pl/uo2/magincja-2013/screen_3.jpg)
Umówili się zatem co do miejsca odbioru nagrody i rozeszli. Pojechał co sił w stronę najbliższej bramy miejskiej. Po drodze odwiedził swój dom, chwycił togę leżącą w szufladzie i zamoczył we wiadrze farby, którą przed chwilą otrzymał. Dziwnym trafem farba spłynęła po materiale, nie pozostawiając na nim żadnych śladów. Skrzywił się po czym powrócił do wykonywania swojego zadania.
Niedługo później jego oczom ukazała się Magincja. Widok imponujący, szczególnie z podwyższenia terenu na jakim się znajdował. Zjechał niżej do miasta i zaczął przeszukiwać powoli każdą uliczkę w poszukiwaniu fontanny. W końcu znalazł ją, wielką, stojącą majestatycznie w centrum obok banku miejskiego. Okolica była akurat bardzo spokojna. Znachor zaczytany w księgi, obwoływacz ryczący co sił swoje ogłoszenia.
Zszedł z konia, okrążył fontannę, rozglądając się wokoło, przybliżył rumaka do fontanny dając się mu napić. Stanął za swoim wierzchowcem po czym ukradkiem wylał odrobinę farby na chodnik.
(http://half-life.elsat.net.pl/uo2/magincja-2013/screen_4.jpg)
Obwoływacz spojrzał w jego stronę i westchnął zażenowany, myśląc, że jego koń właśnie wypróżnił się w tym miejscu. Pan L. wtarł butem farbę w chodnik po czym wsiadł na konia i odjechał w panice z miasta. Skierował się w stronę południowego mostu Vesper, gdzie czekała już na niego obiecana nagroda.
- Jeśli właśnie wpakowałeś mnie w jakieś kłopoty to Cie znajdę - powiedział stanowczo wojownik.
Odchodzący od niego nekromanta uśmiechnął się tylko i zniknął za rogiem.
...
Tajemnicza postać przechadzała się znów spokojnymi ulicami Skara Brae. Rzucił mu się w oczy młodzieniec uderzający z całych sił bronią w manekina stojącego obok zakładu kowalskiego. Zaczął się przyglądać postaci.
- Witam - odpowiedział Han Daemon po czym zemdlał i opadł na ziemię nieprzytomny.
Na twarzy nekromanty pojawił się grymas. Podniósł rękę do góry i powąchał swoją pachę.
- To chyba nie ja... - pomyślał po czym poszedł dalej, w stronę banku. W zagrodzie przy banku spotkał kobietę na koniu. Podszedł do niej bliżej i zaczął oceniać ją w stosunku do zadania jakie ją czeka. Młoda Ayayne zignorowała go jednak i wymówiła znane mu słowa: Kal Ort Por. Nekromanta rozejrzał się wokoło, czy w ogóle go widać. Gapił się na niego jednak strażnik, z dziwnym wyrazem twarzy. Zarzucił on zatem kaptur mocniej na twarz i oddalił się z miasta.
Niebawem potem wszedł do banku Buccaneer's Den. Tam, poza pracownikami miejskimi, przebywała młoda Pani A. szperająca w swojej skrzyni. Po krótkiej rozmowie szybko wyraziła chęć pomocy w zamian za zaoferowane złoto.
- chciałbym byś odwiedziła miasto Magincja. W jej centrum, obok banku, znajduje się pewna fontanna. Jest charakterystyczna bo znajduje się obok plama fioletowej farby, nie możesz się pomylić. Gdy tam dotrzesz, wylej do niej zawartość tej buteleczki - wskazał kobiecie niebieskawą butelkę, wyglądającą na dość niebezpieczną.
Kobieta zapytała o drogę i o końcowe instrukcje.
- Gdyby ktoś pytał, nie znamy się, nie rozmawialiśmy, na pewno coś wymyślisz. A potem wróć do tego miasta, będę czekał przy kamiennym moście.
Kobieta pobiegła zatem w stronę bramy księżycowej. Po dotarciu na miejsce, przywitał ją dziki nocny żuk, mszczący się na niej za to, że go tam porzucono. Nie sprawił on jej większych przeszkód. Nie oglądając się za siebie na zwłoki, przeszła przez bramę miasta. Wydawała się nie znać okolicy, zapytała więc strażnika o drogę. Ten zaskoczony pytaniem, wskazał palcem za siebie po czym burknął cicho: *ehhh, turyści*.
Kobieta uśmiechnęła się i wesoło powędrowała dalej. Na końcu drogi ujrzała miejsce docelowe, fontannę. Podeszła bliżej, zauważając plamę z farby o której wspominał zleceniodawca.
(http://half-life.elsat.net.pl/uo2/magincja-2013/screen_5.jpg)
Rozglądnęła się wokoło, podziwiając architekturę miejską. W końcu niezauważalnie i z wielką ostrożnością pozbyła się zawartości buteleczki w wodzie fontanny. Ciecz szybko rozpuściła się, nie pozostawiając śladu.
Odchodząc, z uśmiechem pożegnała miasto, które już niedługo miała spotkać wielka tragedia.
(http://half-life.elsat.net.pl/uo2/magincja-2013/screen_6.jpg)
...
Tego samego dnia, tajemnicza postać zapukała do drzwi siedziby pewnej Sekty. O tym jednak trochę później...
...
Na pierwsze oznaki choroby nie trzeba było długo czekać. Mieszkańcy miasta powoli osuwali się na ziemię w silnym kaszlu. Zapanowała epidemia. Reakcja władz była szybka i stanowcza, miasto ogłosiło kwarantannę.
...
Rytuał
Rada Nekromantów obradowała jak zawsze o tej porze, omawiając też incydent który wydarzył się kilka dni wcześniej. Na rozwiązanie tajemnicy nie musieli długo czekać. Ich oczom ukazał się nieznajomy, o którym przed chwilą mówili. Szybko zdali sobie oni sprawę, że sług ich Pana można doszukiwać się w różnych miejscach. Czasem też tam, gdzie nikt by się ich nie spodziewał.
Tajemnicza postać wyjawiła im w końcu cała historię, a raczej tą która ściśle ich dotyczyła. Poznali też plan dalszych działań.
- Zapewne słyszeliście już o epidemii która nawiedziła Magincję. To właśnie moja mała mikstura, którą dostarczyli do miasta moi pomocnicy. Jednak to nie koniec, to nie jest końcowe działanie tej mikstury. Zatruta woda dostała się też do wód gruntowych. Właśnie w tej chwili cała wyspa Magincji emanuje energią Netherila!
Nie było czasu na dalsze obradowanie, to był czas by działać.
Każdy z nich wiedział doskonale co ma zrobić. Misja była niebezpieczna ale warta poświęcenia. Zebrali wszystkie potrzebne im przedmioty i wyruszyli w drogę.
Bramy miejskie były dla nich zamknięte, z resztą były zamknięte dla wszystkich. Wewnątrz szalała choroba, miasto opustoszało. Wszyscy leżeli w łóżkach, próbując zwalczyć symptomy i uniknąć śmierci.
Nekromanci podpłynęli więc ze wschodniej strony, przycumowali statek do brzegu i stanęli na małej polance za murami miasta. Tam czekała już na nich kolejna wyznawczyni Jedynego Boga. Przebywała w tym miejscu trochę dłużej, była otoczona o wiele silniejszą energią. Wkrótce i oni poczuli w sobie tą moc, moc ziemi skażonej Netherilem. Rozłożyli zatem składniki w kręgu, stanęli na jego obrzeżach i rozpoczęli inkantacje.
- Może zaczniemy od czegoś prostego? - zapytał jeden z nich. Wszyscy kiwnęli głową na zgodę i wymówili po cichu tajemne słowa.
W środku kręgu pojawił się lich, tak szybko jak nigdy, jak za sprawą pstryknięcia palcami. Spojrzeli po sobie zaskoczeni.
- Czego!? Czego ode mnie chcecie?! - wykrzyczał ochryple lisz.
- Nadszedł czas! Czas zemsty. Wykonaj polecenie naszego pana. Idź i niszcz wszystko na swojej drodze - powiedzieli po czym wskazali palcem kierunek.
Lich wyruszył w stronę miasta. Nekromanci popadli w euforię, jeśli można tak nazwać ponurą atmosferę jak panowała w kręgu.
- To może jednak coś silniejszego? - zaproponował jeden z nich.
Skupili się zatem bardziej i wypowiedzieli silniejsze słowa czarów. Nagle nad ich głowami pojawiła się eskadra nieumarłych smoków. Jeden z nich wylądował za nimi, pytając o powód. Odpowiedź ucieszyła go niezmiernie. Stanął na tylnych łapach, rozpostarł kościane skrzydła, zakrywając cieniem zgromadzonych. Ryknął mocno w stronę miasta po czym wzbił się znów w górę. Za nim poleciała reszta smoków, która krążyła nad kręgiem. W mieście zapanował totalny chaos.
Z każdą inkantacją czciciele popadali w coraz mocniejszy trans, w zamian otrzymując coraz lepsze wyniki. Mroczne i prastare kreatury opanowywały ulice miasta. Śmierć kroczyła od drzwi do drzwi, zabierając wszystkich ze sobą.
...
Końca walki nie było widać, tymczasem Członkowie Rady byli już daleko, w bezpiecznym miejscu. Przepełniała ich niebezpieczna radość z tego co się dokonało i dokonać miało...
(http://half-life.elsat.net.pl/uo2/magincja-2013/screen_7.jpg)
Zapraszam wszystkich do komentowania i opowiadania swoich części historii. Imiona osób zaangażowanych specjalnie zostały ukryte. Jeśli ktoś chce to sam się ujawni. To oczywiście nie koniec...
Trzech śmiałków z wielkim trudem pokonało kościanego smoka, który wylegiwał się nieopodal portalu w Magincii. Niestety w drodze powrotnej zostali zaatakowani przez kolejnego smoka! Skoczył niczym kot z olbrzymiej palmy wprost na włócznię i... padł. Wracając z łupem do banku zaczęli kaszleć, smarkać. Droghey kilka razy musiał przykucnąć za palemką.
Choroba!
Bismot, Droghey i jakiś śmierdzący bard Schirra ?
Na reakcję Korony nie trzeba było długo czekać. Tego typu wydarzenie nie może obejść się bez konsekwencji. Władze Królestwa posłały po swoich najlepszych ludzi. Sprawiedliwości zwycięży i tym razem - szumnie zapowiedział jeden z rycerzy, prowadzących śledztwo. Odmówił jednak dalszych komentarzy, gdy zapytany został o to przez ciekawskich mieszkańców Stolicy.
(http://half-life.elsat.net.pl/uo2/magincja-2013/sledztwo.jpg)
Pomieszczenie wypełniło się jakby zapachem życia a lekko zdezorientowana, ku uciesze niektórych naga, kobieta poczęła szybko zbierać z ziemi swoje rzeczy.
- Witaj w Rodzinie, Siostro. - Wojownik odezwał się stanowczo, lecz jakby łagodnym głosem, podając kobiecie czarną niczym noc togę. Na jej twarzy zagościł delikatny uśmiech walczący z otępiałym wzrokiem który jakby nie chciał opuścić dopiero co wskrzeszonego ciała.
W trakcie kiedy reszta uczestników składała gratulacje świeżo oczyszczonej Siostrze, myśli wojownika przerwało dziwne wrażenie. Pomimo że w pomieszczeniu nie było okien, zdawało się jakby wszystko dookoła budynku zamarło, ucichło. Jął się szybko rozglądać po ścianach piwnicy po czym nozdrzami zaciągnął porządny chełst powietrza. Jego powieki delikatnie opadły a oczy jakby nieobecne zdawały się projektować właścicielowi obrazy wszystkiego co wydaje jakikolwiek zapach w promieniu najbliższego tysiąca kroków. Nomadowie, żyjąc na pustyni w ostrym słońcu, nauczyli się wyczuwać chociażby najmniejszą nutkę zapachu wszystkiego co może nadawać się (lub nie) do jedzenia - dzięki temu wiedzą jaką drogę obrać na pustyni aby znaleźć to czego potrzebują.
- Dziwne... - wyszeptał pod nosem, obejmując wzrokiem zgromadzenie, jakby sprawdzając czy na pewno jest tam gdzie był.
- Chodźmy do góry! Trzeba to uczcić jakimś poczęstunkiem! Zapraszam! - Kapłan choć udając miłego, zamaszystym gestem jął wręcz przepędzać obecnych do góry.
Gdy tylko wszyscy zasiedli do stołu, szmer rozmów przerwało lekkie jakby pukanie do drzwi. Intuicja wojownika zdawała się go niepokoić, zdecydowanie ruszył w kierunku drzwi otwierając je z impetem. Jego oczom ukazało się.... nic nadzwyczajnego. Strażnik na ławce pod schodami jak zwykle dłubał w nosie, udając że nikt nie widzi smarków wycieranych pod ławkę, wiatr co prawda bił trochę chłodem ale nie było to dziwne o tej porze roku. Jedynie niebo wydawało się jakoś niepokojąco poszarzałe. Wtem oczom wojownika ukazała się dziwna, Tajemnicza postać, odziana w czarniejszą niż sama esencja mroku togę, Ba! czarniejszą niźli sam Całun kostuchy grasującej w ruinach nieopodal Dollenost. Jednak spod togi nie wystawał ani skrawek zbroi, a w swych bladych, kościstych rękach przybysz nie dzierżył żadnej broni. Jedynie pierścień podobny do tych które noszą nekromanci spod Delucji. Postać zmierzała prosto do bramy podwórka przylegającego do budynku, które samo w sobie było niewielkim cmentarzem porośniętym magicznymi grzybami.
- Witaj, czego tu szukasz nieznajomy? - Choć jego umysł wypełniony był po brzegi ciekawością, wojownik rzucił jakby niedbale w stronę przybysza.
- Wpuścisz mnie do środka? - Postać zapytała tak pewnie jakby stała u wrót własnego domu.
Wojownik spojrzał wnikliwie na postać próbując odczytać jej zamiary lecz bezskutecznie.
- Skoro sam chcesz wejść do środka to musisz mieć nie lada powód... - znów jakby od niechcenia rzucił w stronę przybysza, lekko uśmiechając się pod nosem.
-... zapraszamy więc. - Dodał skinąwszy na wciąż dłubiącego w nosie strażnika by otworzył bramę. Ten jedynie obrzucił przybysza groźnym spojrzeniem, jakby zły że musi przerwać dłubanie by otworzyć tę cholerną bramę.
W środku panował już lekki niepokój gdyż część zgromadzonych obserwowała "powitanie" przybysza przez berserkera, wyglądając zza jego pleców. Sam strój Tajemniczej postaci również nie wyglądał na przypadkowy. Jedni patrzyli groźnie, ci młodsi z mieszanką niepewności i mimo wszystko strachu. Wszyscy jednak byli ciekawi a ich nerwy uspokoił choć chłodny i stonowany to jakby przyjazny głos:
- Ciekawe macie te swoje rytuały... w ogóle jesteście ciekawi... ale do rzeczy: chcecie trochę zarobić? - Spod kaptura przybysza skrupulatnie zasłaniającego głowę, pierwszy raz wyłonił się skrawek twarzy, konkretniej usta a na nich, trochę ciężki do dostrzeżenia, wymalowany w kącikach ust uśmiech....
- Potrzebuje kogoś kto ma łódź... porządną dużą łódź... - Nieznajomy wycedził jakby niespodziewanie w odpowiedzi na oczywiste spojrzenia zgromadzonych.
"Rytuały? Ciekawi? Łódź?" Berserker łypnął tylko na szereg łodzi ustawionych przy brzegu nieopodal siedziby w której się znajdowali, jego myśli nie dawały mu spokoju. Wiedział że nie przypadkowo Tajemnicza postać trafiła właśnie do tej bramy, co gorsza, wygląda na to że nie przypadkowo, trafiła zaraz po rytuale oczyszczenia. "Kto to jest?" zastanawiał się z początku wcale nie zwracając uwagi na rumor jaki zrobił się gdy przybysz oznajmił ile płaci....
Więcej jak tylko znajdę dłuższą chwilę aby opisać ten ultimowy dzień bogaty w przygody ;) Dzięki za świetną zabawę, fajnie brać udział w takich dłuższych, globalnych questach. Z mojego punktu widzenia quest pierwsza klasa :)
well done, swietny opis. To teraz czekamy na pozostale questy:)
Niedaleko jednej z niewielu oaz na pustynnej wyspie piasek zaczął się nieznacznie poruszać, ziarenka powoli odrywały się od podłoża delikatnie wibrując, by po chwili dołączyć do tworzącego się wiru. W jego centrum pojawiła się niewielka kula energii, która zaczęła gwałtownie wzrastać, zapadać się w sobie i znów rozszerzać, by w końcu przyjąć kształt owala. W jednym momencie wir ustał, ziarenka piasku zamarły w powietrzu, a powierzchnia portalu stała się gładka. W jej wnętrzu majaczył rozmazany samotny budynek na urwisku. Po chwili widok został zasłonięty przez pierwszą istotę, która przeszła przez portal, za nią podążyło 4 kolejnych. Nie odzywali się. Jedynie piasek chrzęścił pod ich butami, gdy zmierzali w kierunku brzegu. Tam cumował juz statek mający przetransportować nekromantów na wyspę która należała niegdyś do ich pana.
...
Gdy łódź ich zacumowała przy wschodniej części Magincji elf wziął głęboki wdech. W parnym powietrzu dało się wyczuć energię śmierci.
-Tak cała wyspa jest skażona mocą Netherila. Nam pozostaje jedynie ukształtować tę energię
Zeszli na ląd i po chwili doszli do niewielkiej polany na której miała się rozpocząć zagłada miasta. Tam czekało już kilku wyznawców, przygotowujących obrzędy. Nekromanci rozeszli się na skraj polany tworząc okrąg i zaczęli przygotowywać się do rytuału.
- Może zaczniemy od czegoś prostego?
Jeden z nich zaczął szeptać słowa inkantacji, jednocześnie ściskając w dłoni śnieżnobiałą kość. Po chwili w centrum polany zaczął materializować się lich, jego części wyrywały się z ziemi, stare kości, porwane szmaty, na koniec z dłoni nekromanty wyrwała się śnieżnobiała kość by zniknąć gdzieś wewnątrz licha. Stwór powoli się podniósł, pustymi oczodołami powiódł po zebranych. Po chwili dało się słyszeć głos, dochodzący jakby z wnętrza licha:
- Czego!? Czego ode mnie chcecie?!
- Nadszedł czas! Czas zemsty. Wykonaj polecenie naszego pana. Idź i niszcz wszystko na swojej drodze.
Istota zaczęła podążać na zachód by zniknąć w gąszczu drzew i krzaków otaczających polanę. Nekromanci spojrzeli po sobie, jeden z nich rzekł
- To może jednak coś silniejszego?
Nekromanci wyciągnęli fiolki z krwią smoka i poczęli powoli przemieszać się wewnątrz koła z początku szepcąc, by pod koniec prawie krzyczeć inkantacje, pozostawiając po sobie strużki zielonej substancji, gdy pentagram wpisany w koło został zamknięty, każdy z nich był znów na swym miejscu, a krew pulsowała zielonym blaskiem oświetlając słabo ich twarze.
Gdzieś wysoko nad nimi nastąpiło kilka wyładowań, ciemne od nocy niebo poczerniało, gwiazdy przestały na moment świecić. Po chwili do ich uszu dobiegł świst, który z każdą chwilą stawał się głośniejszy, każdy ze zgromadzonych cofnął się o krok, chwile przed tym gdy potężny kościany smok uderzył w centrum kręgu. Powiew wywołany przez uderzenie załomotał ich szatami, od smoka słychać było trzeszczenie ocierających się o siebie kości gdy potężna czaszka smoka sunęła nad ziemią przed każdym z zebranych. W jego oczodołach widać było czerwony blask.
Smok, gdy zrozumiał gdzie się znajduje, wzbił się w górę, odsłaniając krater stworzony przy lądowaniu i wywołując potężnych podmuch. Po chwili wyspą wstrząsnęło kilka uderzeń wywołanych spotkaniem się drako liczy z podłożem.
Rada nekromantów wciąż szeptała inkantacje. Każdy z nich w dłoni dzierżył już czaszkę z obsydianu której szczęka drgała coraz szybciej. Po chwili sięgnęli po noże nacinając wnętrza swych dłoni, oblewając czaszki świeżą krwią, ta gdy skapywała zaczynała syczeć i podążać w kierunku całunu kroczącej śmierci znajdującego się wewnątrz kręgu. Z każdą chwilą całun przybierał coraz to nowe kształty, rozpychany i ściągany od środka, szata w końcu się uspokoiła przybierając kształt zgarbionego człeka, z rękawów wysunęły się dłonie pokryte liszajami. Istota ruszyła powolnym krokiem na zachód a z każdym jej krokiem z ziemi wstawali nieumarli pobudzeni mocą kroczącej śmierci
Ciała nekromantów powoli zaczęły opadać z sił. Wiedzieli, że gdyby teraz znaleźli ich obrońcy miasta, nie mieli by szans się bronić. Jednak obrońcy byli już dawno uwikłani w potyczkach na ulicach, gdzie zawitała śmierć. Nekromanci powoli powlekli swe wyczerpane ciała w kierunku łodzi...
Sorry, że tak długo, pracowity tydzień miałem.
Dochodzenie trwa
Rycerz Korony skontaktował się z szanowną Rada Druidów w nagłej sprawie.
- Wiem, że co jakiś czas zbieracie dla nas próbki naszych ziem do archiwum. Potrzebujemy nowe, ale tylko z terenu wyspy miasta Magincja. Musimy porównać je z tymi z przed lat.
- Podejrzewacie, że coś głębszego tam zaszło? - jeden z członków zabrał głos.
- Dokładnie, jednak aby mieć pewność, musimy wykonać porównanie próbek
Darith Levener wystąpiła z szeregu druidów w stronę rycerza, uśmiechnęła się do niego i położyła dłoń na jego ramieniu.
- Nie obawiaj się, pomożemy Ci.
- Dobrze więc, skontaktujcie się ze mną kiedy będziecie gotowi i znajdziecie godną osobę...
...
Spośród wszystkich Dzieci Natury, wybrana została jedna, bardzo obiecująca, Lithari Aynere. Wkrótce zjawiła się w kręgu modlitewnym. Darith przywitała ją jak zwykle z uśmiechem.
- Dobrze Cie widzieć, mamy dla Ciebie zadanie ale lepiej by opowiedział Ci o nim sam zainteresowany...
Druidka poczęła mamrotać słowa czaru, ziemia wokoło zaczęła lśnić. Po chwili stanął na niej zdezorientowany Rycerz Korony.
- Czyś ty oszalała? Nie wiadomo co mogłem akurat robić! - Rycerz wydarł się na Darith
- Oj no, już już, nic się nie stało. Czas nagli, jest tutaj nasza wybranka, przekaż jej zadanie.
Zbrojny odwrócił się do Lithari, uspokoił i wytłumaczył sprawę.
- Chciałbym abyś udała się do Magincji i zebrała próbki gleby, piasku, kory drzewnej i wody z różnych miejsc na wyspie. Weź ze sobą kogoś do obrony a kiedy skończycie, oddaj te próbki Pani Darith.
Młoda adeptka zabrała od rycerza fiolki i wyruszyła na swoją misję...
Lithari leniwym ruchem przeczesywała gałęzie jabłonki, gdy nagle poczuła wezwanie. Powiew wiatru niósł zapach kwiatów, tak intensywny, że aż kręciło się w głowie. Ale za ucisk w skroniach była już odpowiedzialna moc. Znajoma, tętniąca życiem, przenikająca tak krew w żyłach jak i soki pobliskiego drzewa. Nie pozostawiająca żadnej wątpliwości co do miejsca swego pochodzenia.
Zaklęcie później oczom kobiety ukazało się wejście do świętego gaju i znajoma sylwetka czuwającej nad nim drudki. Nacisk mocy jeszcze bardziej się nasilił.
- Czekałam na ciebie. Jest pewne zadanie do wykonania i postanowiliśmy powierzyć je właśnie tobie. Ktoś pragnie się z tobą zobaczyć – rzekła Darith Levener, ledwie Lithari zdążyła siąść z konia.
Ziemia zalśniła rozbłyskiem mocy, po czym u boku druidki pojawił się Rycerz Korony. Odziany w pełną zbroję, ściskając miecz i tarczę, nic a nic nie pasował do tego miejsca; drepcząc po kolana w kwiatach wyglądał niemal absurdalnie. Ale z gniewnej tyrady, którą wygłosił do opiekunki gaju, wynikało, że znają się całkiem dobrze, więc jego obecność nie stanowiła jakiejś kosmicznej pomyłki.
- Więc to ciebie wybrano – przeniósł spojrzenie na Lithari. – Jak może wiesz druidzi regularnie pobierają próbki wody i gleby z różnych miejsc świata, po czym składają je w archiwum.
- To pewnie pozwala określić ewentualne zmiany... - odparła niepewnie. O procederze, rzecz jasna nie wiedziała. Bo i skąd.
- Właśnie. Chcę, abyś wybrała się do Magincji i pobrała dla nas w kilku miejscach próbki gleby, kory drzewa, wody i piasku. Musimy dowiedzieć się, co się stało z tym miejscem. I to szybko.
- No to chyba będę potrzebowała łopaty – mruknęła pod nosem. – I wiadra – dodała w myślach.
Okazało się, że rycerz miał całkiem niezły słuch.
- Nie nie nie, nie ma mowy o łopacie. Czyś ty oszalała, gdzie byśmy to składowali. To mają być małe próbki. Małe! – podkreślił, wręczając kobiecie komplet fiolek. – Mogłabyś wziąć kogoś do opieki. Nie wiadomo, co zastaniesz na miejscu. A kiedy wrócisz, przekaż fiolki Darith.
Sprawa była jasna i nagląca. Lithari zastanawiała się przez chwilę, po czym w rozbłysku zaklęcia pojawiła się przed wejściem do jaskini. Szczęście jej sprzyjało, w środku bowiem zastała tych, których szukała. Czarodziejkę i towarzyszącego jej zwykle czworonoga – teoretycznie wilka, ale cechującego się szeregiem podejrzanie przyjaznych psich zachowań. Oraz wyglądem, którym można by straszyć dzieci. Ale gadzinom do gardła rzucał się pokazowo.
Otaczająca portal dżungla powitała ich zaskakującą ciszą. Wilk zniknął momentalnie pośród listowia, czarodziejka ruszyła w ślad za nim. Lithari pocieszyła się myślą, że stworzenie raczej zawczasu wyczuje wroga i nie pozwoli się im na niego wpakować. Co było ważne, jako że podczas ostatniej wizyty w Magincji nad lasem krążyły kościane smoki. Pozostawiwszy rekonesans towarzyszom, skierowała się ku wejściu do świątyni Methestela. Choć miejsce zostało jakoby zbezczeszczone, trudno uwierzyć, by trwające tyle lat błogosławieństwo boga miało tak szybko wyparować z okolicznym ziem. Pobrany przy wejściu kawałek kory, grudka ziemi i fiolka wody z pobliskiej sadzawki miały o tym jednoznacznie zadecydować.
Na szczęście, nie licząc kilku goryli, dżungla okazała się pusta. Wyglądała wręcz zwyczajnie. Trójka podróżników urządziła krótki postój pod bramą miasta, Lithari zebrała ponownie korę i glebę, po czym w przypływie natchnienia spróbowała zdrapać trochę piasku z muru.
Kosztowało ją to paznokieć.
Klnąc pod nosem i ssąc skaleczony palec, ruchem dłoni wezwała czworonoga. Jego pazury z pewnością sprawiłyby się lepiej. Nawet wykosztowała się na kawał mięcha w ramach zachęty. Niestety zwierzę zupełnie nie zrozumiało intencji i we wskazanym miejscu zaczęło radośnie kopać dziurę, wyrzucając za siebie strumienie ziemi. Ale kiedy już miała odciągnąć je od muru, ten lekko zadrżał. I się zawalił.
Cóż, droga do Magincji stała otworem, a w zasięgu nie wzroku nie było nikogo, kto oczekiwałby tłumaczeń.
Ayayne owinęła twarz zaimprowizowanym kompresem. Lithari machnęła na to ręką, w końcu była tu już raz i nic się nie stało. Wilk tylko wywalił jęzor, po czym cała trójka ruszyła pustymi ulicami miasta w kierunku biblioteki. Nie zastali nikogo po drodze. Nikt też nie przeszkadzał, kiedy przy podwójnym moście kora, gleba i garść piasku trafiły do fiolek.
W północnej części wyspy pozostały jeszcze jakieś niedobitki mieszkańców. Wszystkich jednak dotknęła zaraza, niemoc i ogólna rozpacz. Poza, naturalnie, szmuglerem, którego interes kwitnął, choć jak sam twierdził, z Magincji nie wypływało nic poza jego łajbą, a obcego statku na oczy nie widział już ho ho i trochę.
Obwoływaczka wykazała trochę więcej życia, natychmiast zaprzyjaźniając się z ,,pieseczkiem". Wprawdzie Ayayne ofuknęła ją, że to wilk, dziewczyna nie przejęła się tym jakoś przesadnie. Lithari spokojnie obcięła korę rosnącej przy fontannie palmy, nabrała wody, i po chwili namysłu zeskrobała kilka płatków pokrywającej obmurowanie plamy.
- Chyba wam tu jakiś koń napaskudził – rzuciła na zachętę do kobiety.
- A skąd, ktoś coś po prostu rozlał.
Chciała jeszcze o coś zapytać, kiedy nagle w głowie jej się zakręciło, a płuca rozdarł suchy kaszel. Ledwo dała radę utrzymać na nogach. Obwoływaczka spojrzała na nią smutno.
- Więc i was wzięło. Wszystkich dopada. Wszyscy tu umrzemy, wszystkich spotka ten sam koniec.
Lithari ogarnęła panika. Z przerażeniem spojrzała na towarzyszy, których naraziła, sprowadzając w to miejsce. A ona łazi sobie po mieście, tocząc pogaduszki z kim popadnie. Na szczęście nie wyglądało, aby cokolwiek im dolegało. Przynajmniej na razie.
Kaszląc co pewien czas, dotarła na plażę miejską. Piasek wypełnił kolejną fiolkę. Nie marnując już czasu odesłała towarzyszy na kontynent, a sama ruszyła do gaju. Przystanęła w pewnej odległości od druidki i odwróciła twarz ku skałom. Między kolejnymi napadami kaszlu zrelacjonowała sytuację, kładąc kolejne fiolki na trawie, po czym cofnęła się kilka kroków. Opiekunka pozbierała próbki i spojrzała na nią z żalem.
- Oj, źle wyglądasz moja droga. Trzeba ci będzie znaleźć jakieś lekarstwo.
Lithari pokiwała smętnie głową, rzuciła coś o potrzebach jednostki a potrzebach tłumu, i poprosiła o informacje, co też zebrane próbki wykażą. Po czym przeniosła się na próg domu.
Ostatnią jej sensowną myślą było, co też ma u licha zrobić z koniem...
Przygotowania trwały już trochę czasu. Niby miała to być zwyczajna rozmowa jednak z takimi jak on nie ma żartów. Rycerz Korony przestąpił progi garnizonu, ściągnął hełm i spokojnie powiedział:
- Panowie, idziemy.
Rycerze wstali na baczność i w pośpiechu zabrali resztę ekwipunku. Chwilę później byli już przed drzwiami. Wraz ze swoim dowódcą wyruszyli na nietypowe spotkanie.
Podczas tego przydługiego spaceru kapitan zastanawiał się czy nie posyła swoich ludzi na pewną śmierć. Wcześniejsze doświadczenia pokazują jedynie rozlew krwi. Z resztą, o ironio, o krew właśnie tu chodzi.
Dotarli w pobliże miejsca gdzie wszelkie tropy Wampirów urywały się. Wcześniejsze obserwacje pozwoliły dokładniej poznać teren i spenetrować obszary strasznego zamczyska. Okolica nie była już dla nich tajemnicą. Rycerze zajęli wcześniej wyznaczone pozycje. Kiedy wszystko było gotowe, kapitan wyszedł zza drzew w stronę przejścia. Spojrzał za siebie, jakby po raz ostatni, po czym wszedł głębiej. Czujny strażnik zamczyska szybko zaatakował go. Był jednak mniej doświadczony. Rycerz ogłuszył go tarczą, przysunął sztylet do jego gardła i kazał się uspokoić.
- Wysłuchaj mnie a nic Ci się nie stanie
- Czego chcesz plugawcze? - zapytał niezadowolony wampir
- Pójdziesz teraz grzecznie do swoich braci i zawołasz kogoś kto ma więcej oleju w głowie niż Ty. Tylko bez sztuczek, chcemy jedynie porozmawiać - po czym kopnął strażnika w zad.
Strażnik opadł na kolana. W panice podniósł się i truchtem pobiegł do zamku. Jedyne co przychodziło mu do głowy to pobiec po maga, który przechadzał się po zamku chwile wcześniej. Ruszył w stronę jego komnat...
Tymczasem rycerz wrócił na zewnątrz przejścia i stanął spokojnie, wyczekując tego co nastąpi.
Minęła dłuższa chwila, zauważył słaby cień na ścianach sklepienia. Postać powolnym, nieśmiałym krokiem wynurzała się z cienia. Stanęła przed rycerzem, blask księżyca padł na ich oboje. Niewątpliwie, było to pierwsze od dawna spotkanie Korony z Wampirami.
- Dziwne spotkanie, prawda? Niecodzienne na pewno. Tak się jednak składa, że potrzebujemy Waszej pomocy.
- Czego może oczekiwać od nas nasz wróg?
- Zapewne dobiegły Was słuchy odnośnie wydarzeń w Magincji. Pragniemy byś coś dla nas zbadał - wojownik włożył dłoń pod płaszcz i wyjął z niej stojaczek z trzema fiolkami, wypełnionymi czerwonym płynem. - W środku jest krew chorych ofiar z Magincji. Chcielibyśmy abyś ją zbadał hmmm... fachowym okiem...
Długo musiał czekać na tą chwilę. W końcu jednak strażnik wszedł do jego komnaty.
- Panie Kapitanie, są już wyniki - wypowiedział od progu
Rycerz podniósł się szybko, zabrał swoje rzeczy i wyszedł. Ciekawość przyśpieszała jego krok, od dziecka ciekawiły go tajemnice alchemii. Czuł, że rozmowa z mędrcami będzie pouczającym wykładem.
W całym skrzydle laboratoryjnym, jak zawsze z resztą, panował odmienny zapach. Czasami był nie do zniesienia, czasami wręcz przyciągał do siebie ludzi. Dowódca wszedł do pracowni, w której jak zwykle panował ruch i poruszenie. Starcy biegali wokoło stołów, dolewając różne specyfiki do różnych kociołków. Inni obserwowali dym unoszący się z fiolek i pośpiesznie notowali na zwojach. Jeszcze inni ślęczeli po uszy zakopani w starych, zakurzonych księgach.
- Kapitanie! Tutaj tutaj! Zapraszam! - Młode oczy dostrzegły w drugim końcu sali rycerza i od razu zawołały do siebie. Podszedł więc. Zza ksiąg wychyliła się postać kobiety. Niecodzienny widok. Mało która kobieta zainteresowana była takim zawodem. I to jeszcze tak młoda? Nie poczuł zaufania na początku. Pierwsze zdania pozwoliły mu zmienić zdanie. Został wręcz zarzucony czymś co brzmiało jak bełkot uczonego, rozmawiającego z prostym chłopem z pola.
- Dobrze, chwile, stop! Czy może Pani do mnie mówić po ludzku?
Kobieta uśmiechnęła się tylko i zamrugała oczyma, stojąc przez chwile w milczeniu.
- No więc, to jest trucizna i to bardzo silna. Na razie nie znamy na nią lekarstwa. Biorąc pod uwagę złożoność składu, który udało mi się ustalić, możemy nie dać rady uratować chorych na czas. Co gorsza, nie tylko ludzie chorują ale cała wyspa.
- Cała wyspa? To możliwe? - spoważniał
- Tak, trucizna przeniknęła do gleby, Znajduje się w dużej ilości w drzewach i wodach gruntowych. Na szczęście wody wokoło wyspy są dość czyste lub trucizny było za mało aby je opanowała. Tym lepiej, to mogło dopłynąć potem do Ocllo i Ziem Piratów.
Rycerz zrobił się blady. Spojrzał w sufit i odetchnął głeboko. Tymczasem kobieta kontynuowała.
- Z jakiegoś powodu jedynie ziemie wokoło budynku Świątyni Methestela pozostają zdrowe. Nie mam pojęcia czemu. Reszta natomiast będzie powoli umierać i z czasem zamieniać się w nieumarłych... Co do całej sprawy, nie jestem pewna, kto może być autorem takiej trucizny. Znalazłam natomiast wzmianki w księgach o dawnej rodzinie alchemików, która eksperymentowała ze składnikami podobnymi jak te użyte niedawno w Magincji. Z tego co mówią jednak inni, rodzina ta nie istnieje od dziesiątek lat.
- Ktoś jednak widocznie istnieje lub znalazł ich prace - Kapitan zaczął się zastanawiać - czy to już wszystko?
- Tak - odparła - na tą chwilę to wszystko co możemy powiedzieć.
- Chyba wiem, kto może nam pomóc - uśmiechnął się lekko, podziękował kobiecie i po ukłonie, wyszedł zamyślony z pracowni.
Dostałem opis od jednego z graczy:
- Immorthia... -rzekł ponurym głosem postać przeodziana w czerni. Pozostali towarzysze przytaknęli.
Zanim podróżnicy dotarli do celu. Przybyli sporą drogę. Zapadł zmrok. Mijali wzgórza i góry. Było widać budynki jak i również osamotnioną czarną wieżę. Z oddali było słychać przeróżne dźwięki. Stukot ciężkich stóp cyklopów. Odgłosy umierających zwierząt czy oddające ostrzeżenie na widok obcych podróżników. Niektóre podążały za wędrowcami. Do czasu, gdy nie skierowali w stronę wejścia do Zamku Wampirów. Nie wiedząc czemu nagle znikły. Możliwe, że coś wyczuwały złego lub lękały tego miejsca.
Postać w czerni od razu rozpoznał miejsce. Dwa szkielety. Pewna śmierć dla śmiertelników. Ostrzeżenie.
- Wojownik zostaje na straży... a my udamy do środka – rzekł władczym głosem.
Suche powietrze przepełniające dziwnym fetorem rozkładu ciał. Mrok panował w ogromnej jaskini. Postać w czerni użyła czaru aby oświetlić, im dalszą wędrówkę.
Straż rozpoznała jednego z nich. Widzieli go tu ostatnio. Przepuścili. Nie mówiąc to samo o młodym towarzyszu. Spoglądali na niego łakomym wzrokiem. Młode ciało. Młoda krew. Przysmak wampirów.
Zsiedli z wierzchowców prowadząc je za uzdy. Po przekroczeniu mostu ujrzeli bramy Zamku. Skierowali w stronę banku. Lecz jak spodziewali. Świecił pustkami nie licząc wampirów, którzy byli zajęci swoją codzienną pracą. Nie zwracali zbytnio uwagi. Kierowali od czasu do czasu ukradkowe spojrzenia na śmiertelników.
Opuścili Zamek kierując w stronę innych zabudowani Immorthi. Przedzierali prze labirynt stalagmitów. Odór jaskini zanikł. Podróżnicy przesiąknięci fetorem a zapach już tak zawitał w nozdrzach, że nie odczuwali go. Po ciężkiej przeprawie przez stalagmity znaleźli przy wieży. Obeszli ja dokoła szukając wejścia. Lecz wejście nie istniało. Postać przeodziana w czerń zaczynał wątpić co do zadania. Natomiast młody towarzysz spoglądał dookoła siebie. Było widać, że strach wejrzał w jego serce.
W czerni postać stał w miejscu i spoglądał w stalagmit mieniący barwami. Towarzysz postaci w czerni wyszczerzył oczy. Spoglądał na bladą postaci podążającą w ich kierunku.
- X... X... - starał wymówić imię - Patrz! –wykrzyknął z strachu i tylko to słowo wyszło mu przez gardło.
Postać zerknęła w stronę, gdzie pokazywał jego towarzysz palcem. Uśmiechnął. Skłonił przed wampirem.
- Jesteście odważni zapuszczając tutaj. Nie zabije was od razu – Odparł Wampir.
- Dobry początek oby tak dalej – pomyślała postać w czerni.
Postać w czerni podeszła do Wampira przekazując mu fiołki – Nie przechodzimy tu z pustymi rękoma. -Szukamy informacji a te fiołki są naszym prezentem. –, po czym skłonił w stronę Wampira.
Wampir przyjął fiołki chowając je do torby.
- Słucham, więc, po co tu przybyliście.
W tym samym czasie przybył wilkołak o srebrnej sierści.
- Może pomówimy na osobności ? – spojrzał na wampira to na wilkołaka.
- Niestety, nie mogę rozkazywać dowódcy wilkołaków. – wampir uśmiechnął tajemniczo.
Postać w czerni skinęła głową. Spojrzał jeszcze raz na wilkołaka, gdzie znów skierował wzrok na wampira.
- Przybyłem tu w poszukiwaniu informacji o pewnym wampirze. – rzekł pewnym głosem nie okazując krzty strachu. - Jeśli udzielisz mi satysfakcjonujących odpowiedzi to będziesz miał u mnie dług – zastanowił - być może u innych osób też...
- Niech będzie –odparł wampir- Pytaj więc...
- Doszły do mnie słuchy, że Korona was odwiedziła. W szczególności pewną osobę, która umie badać nie typowe eliksiry czy mikstury – rozejrzał po zgromadzonych.
- Sprawa jest mi znana – odrzekł po dłuższej chwili wampir.
- Właściwie chodzi mi o pewną substancję którą dostarczyli – uśmiechnął - o krew z Magnicji. – uśmiechnął tajemniczo – Chcę wiedzieć wszystko, co zostało odkryte co powiedzieliście koronie oraz czy znacie ich jakieś plany.
Wampir zadumał. Spoglądał na obcych. Obserwował ich mimikę twarzy.
- Te fiołki były zepsute skażone jakąś dziwną substancją – zadumał – reagująca na ogień.
Postać w czerni skinęła głową.
- Coś jeszcze?
- No cóż... - spojrzał wampir – przebrzydła straż miała nikomu nie mówić o tym, że dotykałem tej krwi – zerka zdenerwowany.
W tym samym czasie przybyła Wampirzyca. Nie zbyt zadowolona na widok śmiertelników a w szczególnie na jednego.
- Proszę, proszę – Wampirzyca uśmiechnęła – Darmowa uczta.
Postać w czerni zerknął srogim wzrokiem na kobietę.
- Witaj Piękna – Uśmiechnął.
- Kobieta spojrzała uśmiechając szeroko – Naprawdę uważacie śmiertelnicy, że możecie tu wchodzić?
Wilkołak o srebrnej sierści wpatrywał w stronę wampirzycy czekając na znak.
- Moja Droga – rzekła postać w czarnej todze, natomiast Wampirzyca jak zwykle lubiła pokazywać swój młot w ostrzeżeniu. – Naprawdę tego chcesz – Postać w todze spojrzała na Kobietę.
- Wiele Chce.
- A może – spojrzał na Wampirzyce.
- Daję Ci chwilę na wyjaśnienie czego tu szukasz. –, po czym znów zaczęła wymachiwać młotem.
- Prowadzę pewne dochodzenie związane z Koroną. –uśmiechnął ironicznie- Nie chcemy aby odkryli pewnej prawdy. A ślady prowadzą do was, które chcemy zatrzeć – uśmiechną.
-Tu? –Wampirzyca spojrzała ciekawsko
- Tak.. Bo tu Zakon zawitał...
- A ten za Tobą to mam rozumieć prezent powitalny – Wampirzyca uśmiechnęła.
- Nie – Odpowiedziała postać w czarnej todze – Moja piękna przybyłem tu w pewnej sprawie. – Podszedł do Wampirzyc i poda ampułki z krwią, po czym kolejną część podarował wampirowi.
- Zakon nie zakon... Myślisz, że mi to robi różnice? – Spojrzała Wampirzyca na Postać w todze- Wasze marne ludzkie podziały? – uśmiechnęła – Każdy jest dla mnie wart tyle samo... NIC!
Wampirzyca znudzona postacią w czerni podeszła do jego towarzysza. Podniosła twarz dłonią. Spoglądała mu uważnie z błyskiem w oku. Wampir przychylił łeb zaciekawiony. Po pewnym czasie pojawił obok Wampirzycy. Młody towarzysz spojrzał w bok wystraszony na pojawienie Wampira.
- Jak się nazywasz – Rzekła Wampirzyca
- V... V.... – nie mógł wydobyć dźwięku, gdyż strach sparaliżował go.
Wampirzyca przyglądała długo młodej postaci.
- Moja droga! Nie ruszaj jego ! – Powiedział wściekły głosem Postać w czerni.
- Uczynię z, nim co będę chciała... Tak samo jak i z Tobą – uśmiechnęła.
Wampir spoglądał zaciekawiony na scenę. Kobieta opuściła młodzieńca, który upadł na ścianę. Podtrzymał rękoma na nie równości wieży aby nie wylądować twarzą na ziemi.
- Zamierzasz mi rozkazywać?
- Moja Pani...
Wilkołak o srebrnej sierści rzucił na postać w czarnej todze, który był odwrócony tyłem do niego. Ciężar ciała przygniótł postać w todze łamiąc mu żebra. Swoimi pazurami przeciągnął po plecach człowieka. Nie wydobył żądnego głosu.
Wilkołak w końcu zatopił swoje zębiska w gardle człowieka.
- Mistrzu!!! – odparł wystraszony młody towarzysz.
Wampirzyca uśmiechnęła. Zanurzając swoje kły w ciele młodego człowieka. Ostatnie spojrzenie Młodego Podróżnika padło znów na martwego Wuja.
Wrzucam na prośbę gracza
Wśród skąpanej w księżycowym blasku bibliotece nekromantów Akolita przeglądał stare księgi. Niespodziewanie poczuł na prawym policzku dotyk lodowatej dłoni. Nim Akolita zdążył na tyle obrócić głowę, by zobaczyć, kto zacz doń mówi usłyszał przy prawym uchu znów cichy szept do prawego ucha.
- Ponoć mnie szukasz, a przynajmniej tak Ci się wydaje. – Nim Akolita zdążył na tyle obrócić głowę, by zobaczyć, kto zaczął szeptać przy lewym uchu usłyszał przy prawym uchu ten sam szept
- Szukają mnie tylko dwa typy "ludzi", ci, którzy szukają śmierci oraz ci, którzy pragną wiedzy. - Tym razem rozmówca pozostał w miejscu a Akolicie ujawniło się blade oblicze młodzieńca z hiszpańską bródką w czerwonym kapeluszu. Biel skóry, włosów i zarostu narzucały skojarzenie, że głowa pochylona nad ramieniem nekromanty należy do marmurowego posągu. Postać przez chwilę pozostała w kompletnym bezruchu, po czym nagły uśmiech rozwiał złudzenie.
Nim Akolita się spostrzegł w koło pojawiła się gęsta mroczna mgła. Oprócz tego, który do niego mówił spostrzegł dwa kamienne Licze.
Niepozorny młodzieniec wyprostował się, zdjął z głowy kapelusz i w iście teatralnym stylu zamachną, nim na powitanie, lekko skłaniając głowę.
- Obawiam się, że zaszło tu pewne nieporozumienie i ze snu zostałem zbudzony przez głosy Sosarii wypowiadającej me imię. Obecny tu Licz trochę namącił, na skutek intrygi uknutej przez detektywa Korony. Jednak nic straconego. Wciąż może to obrócić się na naszą korzyść, gdyż tym sposobem zdobył ich zaufanie. Gdy skończę prawić będziesz mógł wypytać go, o co pragniesz, jednak pierw Akolito Netherila wysłuchajcie mej propozycji. - Maniera marmurowego maga w czerwieni świadczyła o dawno zapomnianym arystokratycznym obyciu.
- Osłabiliście już Magincje i jej popleczników, jednak wciąż trzeba zadać, im ostateczny cios. Przyznaje zaraza którą spowodowaliście szczerze mi zaimponowała, wciąż jednak nie jest doskonała! Jam jest Władca Sześciu Żywiołów i Największy Emitor Jadów rozprowadzanych do szybkiej lub powolnej śmierci ludzi. Chciałbym złożyć wam propozycję pomocy w przechytrzeniu Korony, pokonaniu Inkwizycji i zdobyciu przez Was Magincii. W zamian pewnego dnia, ten dzień może nigdy nie nadejść, poproszę Radę Nekromantów o przysługę. Ale do tego czasu traktuj to jako prezent z okazji dnia, w którym postanowiłeś zadać ostateczny cios Magincji i wspierającej ją Koronie.
- Nim powiem cokolwiek dalej zrozumieć i poprzysiąc musisz, że sprawa pozostanie tylko miedzy naszą czwórką i nie wypłynie dalej niż poza Radę Nekromantów. Księżna Wampirów jak i reszta primogenu nieprzychylnie patrzą na ingerencję w sprawy śmiertelnych.
*znaczną część fragmentu nie jesteś wstanie odczytać*
- A uwierzą w to ? - odparł Akolita z lekkim rozbawieniem –
- Oni uwierzą we wszystko – odrzekł jeden z liczy.
- Przecież to on, im ją zbadał... - dodał po chwili Mag w Czerwieni – Myślą, że im pomaga. – Jeden z Wampirów pokiwał głową potwierdzając wypowiedziane słowa przez pobratymców. – A teraz Nekromanto możesz go wypytać o wszystko czego pragniesz wiedzieć. Na dodatek przekaże, im co będziecie chcieli. – Nekromanta skinął głową. – I mam jeszcze jedną sprawę... - wampir uśmiechnął upiornie - *dalszy ciąg tekstu został zamazany*
- Znalazłeś może pewien wiersz?
- Tak, mam gdzieś go tu...
- Znasz odpowiedź ?
- No cóż... nie miałem czasu go przeczytać – spojrzał Akolita na Wampirów – Zaszliście mnie od tyłu jak skrytobójcy – uśmiechnął lekko –
- Nie zwykliśmy informować o swej obecności – odparł Mag w Kapeluszu –
- Gdybyśmy nimi byli już byś nie żył – Rzekł drugi Licz –
- Następnym razem będę bardziej obserwował swoje plecy...
- Chciałeś się dowiedzieć co wie już korona, pytaj, więc, o co pragniesz – Odparł wampir stojący pośrodku.
Licz przychylił głowę, po czym odkaszlnął.
- Co, im zostało przekazane. O co prosili. Czy odebrali wyniki badań oraz może zdradzili jakieś sekrety.
- A więc... - zamyślił się wampir – Krew którą badałem reagowała na ogień. Pod jego wpływem – w tym samym czasie Jeden z Liczy oparł o regał – robiła się toksyczna. Czarna breja. Nie zdatna – Licz skrzywił – do picia nawet przez nas... Istoty z gola przywykł do smaku krwi. – Nekromanta uśmiechnął ironicznie – Nawet nas mogła doprowadzić do unicestwienia, bo o śmierci tu mówić nie możemy – Licz uśmiechnął lekko –
- Co ciekawe – wtrącił się Mag w Czerwieni– Skażona krew przesiąknięta jest elementem śmierci do tego stopnia, że nie powinna istnieć. Winna się rozpaść, lecz zła czarna magia podtrzymuje jej trwanie. – zamilkł .
– Wyczułem w oparach – Wampir wyglądał na zdenerwowanego – magię Boga Śmierci – powiedział drżącym głosem ostanie dwa słowa – udało mi się to tylko dlatego , że ogniś interesowała mnie ta wiedza. – zawiesił głos – Te informacje otrzymał posłaniec... tylko dlatego , że użył groźby...
Akolita pokręcił głową. Drugi z Liczów zerknął na Pobratymca.
- Mam wrażenie, że czasem mówisz stanowczo za dużo –, po czym skrzyżował ręce na piersi -
- To może wyjść na naszą korzyść – odparł Licz– przyjacielu.
- Przynajmniej wieżą, że im mówisz prawdę – odparł wampir pośrodku. Licz spojrzał w bok na rozmówcę.
- Abyście nie byli pokrzywdzeni... wyjawię wam moją tajemnice – akolita uśmiechnął ironicznie –
*pozostała część wiadomości nie nadaje do odczytania*
Akolita spojrzał na obecnych wampirów tajemniczym wzorkiem.
- To trochę dziwne... Pojawiacie tu i –Nekromanta przerwał na słowa Maga w Kapeluszu.
-List... on wszystko wyjaśni, przeczytaj go.
*Pozostała część została wytarta gumką*
Słońce coraz bardziej zaczynało przenikać przez okna biblioteki Nekromantów. Wampiry rozpłynęły, nim noc marła.