Zachodzące słońce barwiło czerwienią dachy budynków. Szła niespiesznie, chłonąc zapach pobliskiego portu. Dla niektórych tak dokuczliwy, dla niej... taki bezpieczny.
"Dom" pomyślała, zerkajac po zabudowaniach Ocllo, wsłuchując się w jazgot mew.
Dostrzegła ją kilka kroków dalej. Szare włosy, lśniące srebrem w czerwonym blasku ogniska. Ktoś siedział obok niej. Mężczyzna. Elf.
- O czym tak szeptacie, gołąbeczki? - zapytała, kładąc dłonie na ramionach siostry.
Nieznajomy uniósł głowę, szybkim ruchem dobywając sztyletu.
- To moja młodsza siostra!
Cofnął dłoń. Spojrzał w niebo. Dziewczyna przysiadła okrakiem na kłodzie, niespokojnie przyglądając się elfowi. Cienie rzucane przez palenisko oplatały jego twarz, nakładając na nią maskę upiorności. A może to nie cienie? Może to te jego oczy? Zimne... Martwe...
- Piękna noc - odezwał się niespodziewanie .
- Cudownie czyste niebo... można podziwiać gwiazdy - ostrożna odpowiedź siostry.
Chwilę później zrobiło się tak cicho, że mogły usłyszeć stłumione odgłosy z odległej o kilkadziesiąt kroków stajni.
- Słyszycie ją? - zapytał głucho.
Ukradkowa wymiana spojrzeń między siostrami.
- Słyszycie jak szepta?
Coś było bardzo nie tak...
- Ja słyszę... - skłamała młodsza, ta o delikatnym licu, nieskalanym jeszcze świństwem tego świata.
Spojrzał na nią. Jego oczy płonęły. Te martwe, nieobecne oczy zdawały się być żarem samym w sobie. Twarz dotychczas obojętną spowiła śmierć. Ale nie śmierć czekająca, cierpliwa, witająca w ramionach niczym matka.
To była śmierć udająca się na łowy.
Coś się poruszyło... To on... Coś zimnego przylgnęło do szyi dziewcząt. Ostrze... Dwa ostrza... Po jednym dla każdej z sióstr. A on pomiędzy nimi...
- Co słyszałaś? Co ci rzekła?
- Tknij ją tylko a własne flaki z ziemi będziesz zbierał - syknęła starsza ale jej syk nagle przerodził się w cichy jęk gdy ogłuszona z hukiem upadała na twardą ziemię.
"Śmierć" szarpnęła młodszą z sióstr za włosy. Pociągnęła w stronę wody. Cisnęła nią o pokład łodzi.
Bała się i chciała zrobić cokolwiek. Czuła napływające do oczu łzy. Desperacko walczyła żeby nie rozpłakać się na głos.
- Nie... nie tak... nie płacz - mężczyzna kucnął przy niej, otarł policzki. Troska w jego głosie wsiąkała w nią niczym jad, paraliżując umysł i drżące ciało.
- Siostrzyczko... już go nie ma... już cię nie skrzywdzi... zabiłem go... zabiłem go Su... Susan.
Jakieś wspomnienia, przeszłe chwile zamajaczyły jej przed oczami. Znów były razem. Ona i siostra. Siedziały na drzewach , obrzucając się kasztanami. Stara Verna stała nieopodal i...
- Siostrzyczko... już nikt cię nie skrzywdzi. Uwolnię cię. Najpierw zabiorę oczy... a potem oddam twe ciało wodzie...
Coś nią wstrząsnęło. Nie wiedziała czy ze strachu czy też z bólu gdy desperacko wyszarpywała sztylet ukryty pod spódnicą, tnąc skórę na udzie.
- Nie! Susan... tak nie można... musisz być czysta!
Strach! Namiastka strachu w jego oczach gdy dostrzegł czerwień krwi barwiącą materiał jej spódnicy! Odskoczyła. Przykucnęła przy burcie ze sztyletem w dłoni. Przeciągnęła ostrzem po przedramieniu.
- Cierp skurwysynu - wymamrotała tnąc kolejny raz.
Ostrze zalśniło nieco na krawędzi, odbijając zagubiony promień światła. Tego się nie spodziewał. Widok "siostrzanej" krwi mącił mu w głowie, odbierał pewność... gasił śmierć w oczach. Chcąc zrobić krok, zaplątał sie w linach. Potknął... Wypadł za burtę!
Chyba tylko cudem zapanowała nad rozdygotanym, szarpanym przez bol ciałem i podniosła się.
A potem... potem znowu były razem. Ona i siostra.
(http://media-cache-ak0.pinimg.com/736x/53/34/85/533485c93b8597472e4e350ac776077f.jpg)
No coz... piekne, a cieszy mnie to, ze bedzie wiecej ;p
Verna zawsze nam powtarzala:
- Pomagajcie innym bo kiedys same bedziecie potrzebowac czyjes pomocy.
No to ide, z galezia w dloni, za jakims nieznajomym, odganiac jakiegos
zapchlonego worga, a co!
Ostatnio tak mnie jeden urzadzil, ze z checia odwdziecze sie za ten tydzien
gdy nie moglam pic wina, w zamian lykajac jakies swinstwo w nadziei ze
pogryziona kostka szybciej sie zagoi.
-Ukochana wedka i swiezo zlowione ryby, pchlarz powalil mnie na snieg i porwal
wszystek- opowiadal obcy.
-Pewnikiem glodny byl wasci...gdzie to bylo?
- Kolo Ocllanskiej kopalni panienko, juz niedaleko...zwolnijmy chyba juze go
slysze...
Przystanelam na moment, nasluchuje....
Bol w karku, dzwieczaca w uszach cisza a pozniej ogarniajaca mnie ciemnosc....
Ocknelam sie czujac lod na licu, zimna woda wdzierajaca sie pokatnie w moje
nozdrza.
Rozpaczliwy lyk powietrza, niczym tonacy wynurzajacy sie na powierzchnie.
Otworzylam oczy.
Stal przy ognisku, wpatrujac sie we mnie tymi martwymi oczami.
Sprobowalam sie ruszyc ale jedyne co poczulam to coraz mocniej zaciskajace sie
wiezy na nadgarstkach i kostkach, pal za plecami zmuszal me cialo do siedzenia
prosto....
Siegnal dlonmi do swej twarzy.
-Jelito smoka... mozna je uformowac na ksztalt czegokolwiek, stworzyc obraz
kogos innego.
Uwolnil wpierw swe spiczaste, elfie uszy.
Zaraz pozniej obslizgly woal ustapil z jego lica.Peruka spadla gdzies pod
stopy.
Zobaczylam oblicze smierci, wyrafinowanej, parszywej smierci...
Jek przerazenia zamarl na mych ustach.
Przysiadl obok, tak samo jak wtedy gdy pierwszy raz nasze sciezki sie spotkaly.
Wpatrywal sie w ogien,a cienie tanczace po jego obliczu sprawialy, ze zdawal
sie byc z kamienia.
- Czego chcesz?!-
Cisza....ta przekleta cisza...
- Jesli chciales bym ci potowarzyszyla, wystarczylo zapytac- glos moj nuta
przyjaciolki brzmial, zatroskanej o bratnia dusze.
- Potowarzyszyc?!- jego glos niczym ostrza przeszyl mnie na wskros - Mam
towarzystwo.
-Prawdziwe? Czy takie ktore jeno szepta?
Gwaltownosc jego ruchu..byl tuz przy mnie, lico przy moim, usta przy uchu.
- Mym towarzystwem oni... rozmawiam z nimi a ich oczy sa zwierciadlem duszy,
przepustka do czegos dla ciebie niepojetego...
Odsunal sie nagle i stanal przy ognisku, obrzucajac mnie surowym spojrzeniem.
- Jakze moglem sie tak mylic, chyba za duzo wypilem tamtego dnia. Widzialem
ja z nim. Jej dusza jest brudna, nie pragne jej oczu.
Szare slepia mojej siostry. Usmiechnelam sie do niej.
-jestes bezpieczna...- gdzies w glebi serca poczulam ulge.
Znow byl blisko mnie, niczym dziki zwierz przekrecil glowe. Drapieznik
obserwujacy swa ofiare, cenny lup.
Dotyk opuszkow palcy na mym policzku.
-Braciszku...braciszku gdzie jestes?- z jego gardla dobyl sie przedziwny
dzwiek, dziewczecy glosik- nie chowaj sie prosze...
Oddech na mej szyi.
-Tatusiu nie, nie rob tego!
Paznokcie wbite w drewno pala, do ktorego mnie przywiazal, niczym tonacy
chwytajacy sie ostatniej deski ratunku.
Sina skora na dloniach...trace sily...
Poczulam jak uwalnia mnie z wiezow, najpierw nadgarstki, pozniej kostki...
- Nie probuj tego co siostra, jesli to zrobisz wykole ci oczy i puszcze noca,
slepa...bedziesz sie wykrwawiac powoli,a szkarlat plynacy z twoich ran bedzie
znaczyl biel sniegu.Zadbam o to.
- Podejdz do ognia, ogrzej sie.-
Nie moglam sie ruszyc. Cos upiornego w jego glosie, pewnosc siebie i obietnica
kary jesli nie wykonam polecenia.
Sprobowalam wstac.Zbyt dlugo krew nie doplywala do konczyn, zbyt mocne
wiezy... Upadlam na kamienie ktorymi wylozony byl placyk z paleniskiem.
-Zbyt dlugo bylas w wiezach- chwycil ma kostke- juz dobrze...zaraz bedzie
lepiej- kolejny upior z przeszlosci.
Dotyk...tak delikatny i czuly.
szukam ratunku za plecami. Glaz, zaciskam na nim swe chude palce i czekam...
czaje sie.
- Tatusia teraz nie ma... Jest w pracy w porcie. Co robilas dzis z bratem? Co?
Co znow zrobil ten lobuz? Pies? Jak to ? Kopnal? Biedna psina....a taka byla
wierna...
Poderwal sie na rowne nogi, bladzac dookola paleniska...szaleniec..te upiorne
martwe oczy..
-Mamusiu, on prosil...- kleczal z twarza schowana w dloniach.
-Uspokoj sie, juz dobrze... - przemknelo gdzies w mej glowie, podpelzlam
blizej...palec na ustach.
Kat i jego opetane szalencze spojrzenie.
Chwyt za me gardlo... paznokcie wbijajace sie w skore.
Poddalam sie, nie bylo sensu walczyc.
Ostatni oddech uwiazl gdzies w gardle.
Jego oczy niczym niekonczaca sie glebina...coraz nizej...nizej...tone w
szarych wodach jego wzroku...ten strach przed osiagnieciem dna....czy to brak
powietrza?
-Odejdz - szepnal i rzucil mym cialem o kamienie niczym szmaciana lalka.
-ODEJDZ!- jego dlonie poczely bladzic po ostrzach z tytanium....walczyl sam z
soba.
-Biegnij!
******
Nieprzytomna ze strachu, potykajac sie co chwila, upadajac kolanami w
zaspy..nie ogladajac sie za siebie...bieglam...