DM2: Dziedzictwo Mistrzów

Forum Projektu DM2 => Przygody => Wątek zaczęty przez: Beduinnn w 2014 01 18, 20:59:49

Tytuł: Ta piwnica...
Wiadomość wysłana przez: Beduinnn w 2014 01 18, 20:59:49
Ta piwnica...
Nigdy nie lubiłem o tym rozmawiać. To co tam się działo przerasta najśmielsze koszmary wielu ludzi. Jedni mieli więcej a drudzy mniej szczęścia. Na pewno działo się tam dużo zła. Dane  było zasmakować tam dla wielu, wielu rzeczy których nigdy naprawdę się  nie chciało. Istne szaleństwo. Smród gnijących ciał, ich szczątki oraz kości... wszędzie kości i kawałki trupów. Pomieszczenie z niczym słodkiego snu nekrofila albo kogoś lubującego się w ludzkich szczątkach który mógłby w nim zbudować ''COŚ'' co zadowoliłoby go jak nic innego z wyznaczonym do tego jakby miejscem za pomocą wielkiego pentagramu namalowanego z krwi. Pod ścianą kamienne stoły a na nich ''zabawki''. W kącie jednym fotel a w drugim żelazna dziewica. Profesjonalna sala tortur albo kapliczka szalonego bóstwa. Bądź jedno i drugie...
Najczęściej nowi ''szczęśliwi wybrańcy'' zwani potocznie według mnie gośćmi mieli do wyboru śmierć albo... uśmiercić swą dusze i oddać nie nurtowi szaleństwa z pozostałymi. Nie było ucieczki... jeśli już się tam było to nie było odwrotu czy też szczęśliwego ratunku... pozostawał tylko wybór... ten prosty i ten trudny... na pewno gospodarze nie łatwo pozwalali wybrać śmierć. Była ona tylko najlepszym co mogło spotkać owego gościa...

*skrzywił się wyraźnie i mocno zacisnął pięści. Przełknął głośno ślinę a wzrokiem nieobecnym jakby ogarniał myśli zaczął błądzić po pomieszczeniu*
Tytuł: Odp: Ta piwnica...
Wiadomość wysłana przez: Beduinnn w 2014 01 19, 16:28:29
Nie dane było Ci zobaczyć starego niziołka z okuta żelazną maską ? Miażdżonych młotem kowalskim palców ? Każdy chory zwyrodnialec z Sosarii miałby tam swój mały raj pełen pękających kości, krwi, młotów, ognia, soli i maczug.
Co było tego celem ? Może go nie było...  A Kim byłem w tym wszystkim ? Genezą ? Narzędziem ? Nie mi oceniać... Może nie byłem wtedy sobą... a może bylem sobą tylko wtedy... To skomplikowane sprawy i można wywodzić się o nich klepsydrami.
Kiedyś głosy w mojej głowie kazały mi tam pójść. Był to okres kiedy często się ich słuchałem. Nie walczyłem tylko poszedłem. Noc, księżyc, las i polany. Piękny widok na tafle wody odbijającą światło księżyca. W końcu ujrzałem tą ponurą budowle mroczniejsza niż noc która ją otaczała. Widziałem jak wchodzą... Cień i jego gość... Nie był niczego świadom... Architektura go nie odstraszyła. Biedny głupiec oj biedny. Ile to już przed nim było takich samych ? Nawet ja... Dostając sakwę 250 brylantów nie patrzy się na nic. Jakby rzucał urok jak jakiś mag bądź kobieta... Jakie jest zaskoczenie ofiary gdy zdaje sobie ona sprawę ze swojej głupoty i tego jak jeden obiekt potrafi ją zaślepić...

*mówiąc ostatnie zdanie wykrzywił się nie wiadomo czemu*
Naturalnie mając już swoje klucze na które nie każdy zasługuje wszedłem za nimi. Furtka, drzwi, schody. Wszystko na pamięć. Mógłbym tak z zamkniętymi oczyma. Kolejną częścią dobrze znanego mi rytuału były sekretne drzwi wyglądające jak ściana... Następnie zawsze jest tak samo... ofiara wchodzi do środka i za późno zdaje sobie sprawę że to co widzi to nie głupi żart. Obraca się za siebie lecz w miejscu drzwi jest ściana której nie wie w jaki sposób otworzyć.
Jedni się szarpią... Grożą... chcą się wykupić... rożnie...

*westchnął jakby nad losem biedaków*
Wtedy jednak mężczyzna zachował zdrowy rozsądek. Wiedział że rzeczy o których mówiłem nic nie dadzą. Chciał tylko wiedzieć czemu... Mój Towarzysz musiał jednak udać się w pewne miejsce coś załatwić. Usadziliśmy go obaj na fotelu. Ja z jednej a Towarzysz z drugiej pasami spinał kolejno jego przedramię i piszczel tak by go unieruchomić. Gdy to zrobiliśmy wyruszył i zostawił mnie samego. To był wielki gest zaufania z jego strony. Nigdy wcześniej tego nie zrobił...
A więc zostałem z nim tak sam na sam... Szarpał się w fotelu niepewny co go czeka a ja chwile obserwowałem go spod kościanej maski. Rozkazałem mu krzyczeć to co chciałem. Stwierdził stanowczo że tego nie zrobi. ''Krzycz !''
*cytuje* powiedziałem sięgając po maczugę ze stołu. Pomyślałem ze będzie to dobry wstęp. Mężczyzna wolał żebym go zabił niż być posłusznym... póki co *dodał po chwili*. Przystanąłem przed nim i wziąłem zamach. Maczuga z impetem uderzyła o jego brzuch tak mocno że krew momentalnie poleciała z jego mordy na posadzkę zdobiąc jeszcze bardziej to chore miejsce. Ponowiłem prośbę... i wiesz co ? Nie dawał za wygraną... splunął w odpowiedzi tylko. Rozłościł mnie tym. Nie mogłem dać za wygraną. Nie po tym jak mi zaufał. Uderzyłem ponownie. Nic to nie dało wiec przedstawienie musiało trwać dalej. Maczuga trafiła w jego udo z taką siła ze chyba je złamała... wnioskuję tak po huku i trzasku jaki  wtedy usłyszałem. Płakał, szarpał się, pytał czemu mu to robię... krzyczał tylko nie to co chciałem... Złość i szaleństwo ogarniały mnie. Krew napływała do oczu a adrenalina rozsadzała mnie od środka. Musiałem panować nad sobą by za szybko go nie zabić. Podszedłem do niego od tyłu, odchyliłem jego głowę by mnie widział a maczugę przełożyłem przez jego szyję by móc go przydusić. Krew spływała po jego ustach, szyi i drewnianej maczudze. Widziałem w jego oczach zwyciężający go strach i chęć życia. Tak samo bał się kolejnego intensywnego bólu. Pragnął powoli współpracować. Nacisnąłem lekko i ponowiłem prośbę... Cisza... Szarpnąłem aż NARESZCIE usłyszałem to co chciałem...

''KOCHAM NASZEGO PANA YLOTHA !"

*w przypływie emocji spowodowanych wspomnieniami zacisnął pieść tak mocno że było słychać pykanie kości*