Wdzierające się w nozdrza drobinki kurzu, z starego, obłożonego skórą, brązowo-czerwonego tomiska, które właśnie wyciągnął z najwyższej półki biblioteki, sprawiły że prawie spadł z drabiny. Jej drobne rączki zaciśnięte aż do białości na drewnianych szczeblach uchroniły go od upadku. Trzymając pod pachą księgę powoli, szczebel po szczeblu zszedł z drabiny. Gdy był już na wyciągnięcie jej ramion zabrała księgę i pomogła mu stanąć na ziemi.
-Dziękuję Saro.
Ona tylko się uśmiechnęła i wyciągnęła tą białą chustę, którą zawsze nosiła przy sobie. Starła mu coś z policzka, pewnie jakiś kłębek kurzu który przeskoczył na niego z półki.
-Dziękuję Saro.
Bez słowa usiedli razem przy stole, on zapalił świecę i począł wertować księgę. Ona spięła kawałkiem sznurka swoje piękne, długie rude włosy i nachyliła się nad księgą. Spojrzał na nią, wpatrzoną w runiczne znaki, na jej delikatną i niewinną twarz, na jej błyszczące zielone oczy, na kosmyk włosów który co chwilę odgarniała z czoła swoimi drobnymi dłońmi.
-Kocham cię Saro.
Oderwała wzrok od księgi spojrzała mu w oczy.
-Wiem Savorze. Ja ciebie też kocham.
***
Otulił się płaszczem, zaciągnął się tytoniowym dymem z fajki. Kolejny dzień siedział w Yew, w tym dziwnym niby-mieście, w którym można było spotkać te wszystkie dziwadła, niezwykłe istoty i szaleńców. Był jednym z nich, przynajmniej tak sądził. Szukał jednego z nich.
Poszukiwania skierowały go w końcu tutaj, wcześniej czy później mógł się tego spodziewać. Przypomniał sobie te wszystkie pieniądze wydane na informacje i księgi, te wszystkie dni poszukiwań. Zdawał sobie doskonale sprawę że to dopiero początek, jednak dużo zależało od tego spotkania. Wiedział że sam sobie nie poradzi, potrzebuje pomocy, mentora, mistrza. W dużych miastach nie uzyskał pomocy, a nawet wręcz przeciwnie, mało nie stracił życia za wypytywanie o sprawy których poruszać nie powinien.
Nie rozumiał dlaczego. Przecież to kolejna dziedzina wiedzy, kolejny tom nauki, kolejne znaki przez które trzeba przebrnąć. Tak jak to robił z swoją żoną, z Sarą...
Saro...
***
-Nie jestem pewna Savorze czy dobrze robimy.
Po zapadnięciu zmroku, gdy nie było tutaj nikogo, biblioteka wyglądała zupełnie inaczej. Wielkie regały z książkami, stosy papierów, plamy po atramencie, pióra – niby wszystko to samo, ale jakieś... inne. Przerażające i fascynujące zarazem.
-Nie martw się Saro. Jeżeli coś będzie nie tak zawsze możemy się wycofać. W końcu to tylko kolejny eksperyment.
-Obyś się nie mylił.
-Nie mylę się Saro – odparł Savor zapalając ostatnią świecę, ułożoną na obrzeżach pentagramu – Jeżeli nasze obliczenia są słuszne brama się nie zamknie, chyba że tego sobie zażyczymy. Będzie dobrze Saro.
Księżycowe Bramy. Nawet wysoko wyszkoleni czarodzieje mogą otworzyć taką na parę chwil, a używać tylko co jakiś czas. A gdyby znieść te wymagania? Gdyby takie bramy stanęły w miastach, w portach. O ile by to ułatwiło życie? Ile osób by uchowało życie, bez ryzyka napadnięcia podczas podróży. Przecież takie bramy istnieją. Skoro bogowie mogą, czemu my nie możemy? Co może się nie udać?
-Zaczynajmy Saro.
***
-Panie, mógłbyś poświęcić mi chwilę? – Savor starał się zachowywać skromnie, udawać zdezorientowanego. Drow chyba się nie nabrał.
-Czego?
-Chciałbym porozmawiać, na osobności...
Miesiące poszukiwania nekromanty, mrocznego elfa od którego wszystko zależy. Jego jedno słowo, a wszystko może przepaść. Jednak jego słowo może zdjąć kłódkę z drzwi wiodących do celu.
-Chodź – odparł Drow, nawet na chwilę nie spoglądając na Savora. Wyszli przed bank, odeszli trochę dalej – O co chodzi?
Przygotowane kłamstwa, trenowane przez tygodnie do odbicia w tafli wody. Kłamstwa wyciągnięte z starych ksiąg, usłyszane od bajarzy, przefiltrowane na potrzeby Savora. Kłamstwa o wizjach, o snach. Kłamstwa że pan, że Netheril go wybrał. Kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa. I ten lekceważący uśmiech Drowa, jego spojrzenie pełne pogardy. Jego wyraz twarzy, który wręcz krzyczał: Kogo próbujesz zwodzić? Rozpacz. Wszystko przepadło. Na pewno?
-Pokaż co potrafisz. Wyjdźmy za miasto.
Drow prowadzi, Savor nie wierząc idzie za nim. Zerwał się wiatr, jego wycie próbowało ostrzec zdesperowanego maga. 'Są inne wyjścia. Nie rób tego Savorze'. Droga wydawała się wiecznością, serce wali w piersi, gardło ściśnięte, krople potu spływają po kręgosłupie wywołując dreszcze.
-Umiesz przywołać sługę Ylotha?
Wspomnienia prób przywołania demona. Mity o tym że spełniają każde życzenie, że są wszechpotężne. Tygodnie spędzone u uzdrowicieli, kręcące z nie dowierzeniem głowy, zastanawiające się jak człowiek mógł przeżyć coś takiego.
-Kiedyś próbowałem... – odpowiedział Savor, nie okłamując Drowa chyba po raz pierwszy.
-Pokaż mi.
***
-Savorze! Co się dzieje?!
Wielkie regały z książkami, stosy papierów, plamy po atramencie, pióra – wszystko to lata po pokoju, co chwile coś uderza Savora w twarz, przysłania mu obraz. Obraz wirującego pomieszczenia, niestabilnej bramy, chaosu jaki wywołał i którego powstrzymać nie może. Obraz Sary, przerażonej, próbującej dotrzeć do niego.
-Saro! Uciekaj! Nie panuje nad tym!
-Nie!
-Saro..! – głos więźnie w gardle, skądś wydobywa się straszliwy dźwięk który zagłusza wszystko. Savor szybko lokalizuje źródło. To jego żona krzyczy.
Jasność która wręcz wypala oczy.
Ciemność która pochłania.
Przebudzenie i rozpacz.
Nie ma Sary. Nie ma jej ognisto rudych włosów. Jej zielonych, głębokich oczu. Nie ma niczego. Nie ma Sary.
***
Wszystko wiruje, magia go przepełnia, kształtuje się wyrwa w planie astralnym. Savor traci siły, ledwo wypowiada słowa zaklęcia. Zamyka oczy, nie ma sił. Chce zrezygnować.
Sara.
Nie może zrezygnować. Musi walczyć, musi ją odzyskać. I nagle widzi ją. Stoi obok, wyciąga tą swoją chustę, wyciera mu czoło.
-Wspomóż mnie Saro.
Czujne ucho Drowa wychwytuje słowa.
***
Demon stoi, czeka na rozkazy. Savor ledwo stoi na nogach, spogląda na Drowa. Ten nie okazuje nawet cienia zainteresowania. Spogląda na maga, na demona.
-Odwołaj go.
Wściekłość. Savor mało nie stracił przytomności, zużył wszystkie swoje siły, przywołał potężnego demona, a teraz ma go tak po prostu odwołać? I to spojrzenie Drowa, które decyduje o wszystkim, które nie przyjmuje nie posłuszeństwa.
-Wracaj... na swój plan demonie – ledwo wypowiada Savor – Uwalniam cię.
Mag pada na ziemię, nie ma już sił. Drow powoli podchodzi, spogląda na niego z góry.
-Być może masz w sobie jakiś potencjał. Być może. Skontaktuję się z tobą kiedyś.
Odchodzi, Savor już za nim nie patrzy. Próbuje wstać, nie może. Został sam. Wyciąga białą chustkę, przykłada ją do twarzy. Czuje zapach kurzu, zapach jej włosów.
-Już niedługo... odzyskam cię Saro...
***
Jest to połączenie koncepcji mojej postaci i spotkania które miało miejsce jakiś czas temu. Miałem jakoś ochotę coś napisać, to skrobnąłem takie coś, mam nadzieję że się spodoba :wink: Wydarzenia mogą delikatnie się różnić, działo się to jakiś czas temu, ale mam nadzieję że dobrze oddałem całość. Mam też nadzieję że będę mógł okazję dopisać kiedyś resztę. Ah, i dziękuję wspomnianemu Drowowi za poświęcenie chwilki, było bardzo miło :wink:
Miasto szalencow, dziwadel, odmiencow, ktorym sam z pewnoscia byl...
Nekromanta kroczyl pomiedzy istotami nie zwracajac na nich szczegolnej uwagi, byl pochloniety rzeczami, ktorych smiertelnicy ani nieliczni niesmiertelni nie byli by w stanie pojac, ile to juz lat minelo odkad odbyla sie walka o wolnosc Yew, dla drowa byla to zaledwie chwila, czym jest 36 lat przy dlugowiecznosci jaka obdarzyla nas ta pajecza suka lloth. Walczyl wtedy, bo znal zasady - albo my albo oni, wygralismy walke ale za jaka cene. Jego wzrok spoczal na stojacy posrodku miasta pomnik Doriana, pierwszego czlowieka, ktory uczynil go przyjacielem i nie wygnal z miasta kiedy ludzie kazali mu to uczynic tak wiele lat temu. Mroczny Elf, wygnaniec na dodatek oraz nekromanta. Mimowolnie usmiech zagoscil na twarzy drowa. A dzis? krocze tu jak nigdy nic... ludzie nazwali by to ironia losu, drow wiedzial natomiast ze cos takiego jak los nie istnieje.
Jego rozmyslenia przerwal jakis czlowiek, wyzszy o glowe od drowa poprosil go o chwile rozmowy, niechetnie nekromanta na to przystal, wiedzial co sie szykuje...
Kolejne sny, kolejne nawiedzenia, czy te istoty sa naprawde tak ograniczone ? Kazdy z nas doskonale wie iz nasz Pan odzywa sie jedynie do swych slug, sprawdzonych i pewnych przekaznikow jego woli. Lecz Drow sluchal, taka byla jego wola oraz cos zainteresowalo go w tym czlowieku - bez mrugniecia okiem opowiadal klamstwa patrzac w plonace rubinowa czerwienia slepia nekromanty. Potrafil klamac to pewne, ludzie jesli nie maja w tym celu, bardzo istotnego celu - nigdy nie potrafia klamac a oczy sa zwierciadlem duszy, ten jednakze czynil to doskonale.
Skoro potrafi klamac, sprawdzmy jaki z niego mag.
Widzialem cierpienie wielu, sam przyczynilem sie do cierpienia znacznej ilosci bytow tego swiata, lecz cos nie dawalo mi spokoju. Jego oczy wydawaly sie zimne, lecz jego dusza krzyczala w rozpaczy. Normalnie bym sie tym nigdy nie przejal, coz mnie moga obchodzic cierpienia innych. Tym razem stalo sie inaczej.
- Odnajde cie kiedy nadejdzie pora.
Jak zwykle miło jest zajżeć do tego działu, aby przekonać się, że DM stoi cały czas na wysokim poziomie. Cieniu, czytało się naprawdę bardzo przyjemnie.
dal a w ryj chcesz? :D ze tylko cieniu chwalisz? :)
aha cieniu - czekam na dalszy ciag w grze... zaciekawilo mnie to
pozdrawiam
Wciągające, trzeba przyznać :)
Tylko co dalej? :)
Alvor - nie martw sie, postaram sie zeby ciag dalszy nastapil. Tylko pozwol mi narazie wyjechac i pocieszyc sie wolnym po maturkach :wink:
I dziekuje za mile slowa.
Alv o Tobie nic nie mówię, bo ile można. 8)
On by tylko chcial, żeby go tylko chwalic i chwali :D hyhyhyhy :P