Kapłan przejechał bramy miasta Skara Brae i udał się w stronę lokalnego banku. Pragnął opróżnić wypchane juki i zaznać chwili wytchnienia. Chwycił ciężkie wory i ruszył do wejścia. Jego wierzchowiec parsknął zdenerwowany. Mag zerknął przez ramię.
- A ona co tu robi? – szepnął do siebie.
Alchemiczka podała koniowi jabłko.
- Witaj – skinął lekko mężczyzna. Stali chwilę w ciszy.
- Ah...niemal za tobą tęskniłam... - świdrowała mężczyznę swymi błękitnymi oczami – Te twoje milczenie i pyskaty język...dziwne połączenie, przyznaję. Ale bywasz użyteczny – uśmiechnęła się z ironią na twarzy.
Kapłan rozglądnął się dookoła słysząc postukiwania ciężkich butów w banku.
- Udajmy się w przestronniejsze miejsce, Zeverith – wskazał karczmę nieopodal. Obydwoje wskoczyli na wierzchowce i udali się w sugerowanym kierunku.
(http://i.imgur.com/6WH7Q9p.png)
- Zaproponujesz mi coś do picia? – zaczęła siadając wygodnie przy barze. Mężczyzna przywołał gestem dziewkę służebną – Wiesz, że ,,festiwal" się zakończył?
- Co?! – krzyknął zaskoczony mag – Byłem w Cove, widziałem co tam się dzieje. Nie wyglądało mi to na zakończenie...!
- Ano, zaniosłam im lekarstwo – powiedziała niewzruszona.
- Co?! Dlaczego?! – złapał się nerwowo za głowę.
- Nie są mi już potrzebni. Osiągnęłam swój cel. Ty zdaje się swój też? – zerknęła na pustą szklankę po czym rzuciła mężczyźnie posępne spojrzenie.
- Powiedzmy... - rzucił krótko po chwili namysłu i skinął w stronę karczmarki. Na blacie pojawił się puchar wina.
- Nie lepiej od razu cały dzban? – wybuchnęła śmiechem.
(http://i.imgur.com/ajV0PO5.png)
- Do rzeczy kobieto! Dlaczego dałaś im lekarstwo? – na jego zdenerwowanej twarzy pojawiły się zmarszczki.
- Każdy zrobił swoje. Nie byli mi już potrzebni. A choroba za bardzo zwraca na siebie uwagę.
- Chciałaś sprowadzić chaos. Zagościł w nędznym Cove a teraz pozwalasz im żyć? – syknął.
- Oh...biedny...nigdy nie nauczysz się żeby nie ufać kobietom co? – pogłaskała mężczyznę po twarzy uśmiechając się słodko i niewinnie– Taki mroczny a taki naiwny. Cove było tylko demonstracją siły.
Akolita odsunął lekko dłoń kobiety.
- Rozumiem, że w twej ślicznej główce narodził się kolejny plan? – powiedział.
- Ta piękna głowa od początku miała szerszy plan. Po prostu nie było potrzeby Cię wtajemniczać. Nadal nie wiem czy podołasz. Chyba uroniłabym po tobie łzę... - szepnęła po chwili zamyślenia.
- Sprawdź mnie... - odparł patrząc Zeverith prosto w oczy.
- Cóż, chciałam się posłużyć do tego Sinthią ale sprawy potoczyły się inaczej. Chcę byś zabił dla mnie pewne stworzenie. Nie chciałam Cię narażać niepotrzebnie ale cóż...wierze, że walczyłeś z potężnymi istotami, więc i tej nie możesz nie docenić. Jest silna, szybka i przebiegła ale potrzebna mi jej krew – przeczesała dłonia swe włosy – Spotkałeś kiedyś Mantykore?
- Nie sądzę – rzucił bez zastanowienia.
- A zatem poszerzysz swe horyzonty.
- Do czego ci jej krew? – spytał mag z zainteresowaniem w głosie.
- Do tego byś mi ją przyniósł – wyszczerzyła białe zęby – Na mnie czas... – podała dłoń do ucałowania. Mężczyzna nie zareagował.
- Posłuchaj kobieto – powiedział zdenerwowany przybliżając do niej twarz – Czynie co każesz, mam w tym swój interes, lecz jeśli mam ci pomóc, muszę wiedzieć w co się pakuję.
- Sinthia też pewnie chciała by wiedzieć, kto zatruł całe miasto. Jak widzisz czasami lepiej, żeby ktoś pozostał w niewiedzy. A teraz Twoje maniery... - podsunęła dłoń bliżej.
- Moje maniery idą w parze z moją niewiedzą – syknął w twarz alchemiczce – gdzie znajdę bestię?
- Mam ci podać wszystko na tacy? – jej rysy nabrały surowości – Trop, szukaj, przekopuj. Mantykora często zmienia teren żerowania.
Kapłan wstał bez słowa, obrócił się i udał się w kierunku wyjścia.
- Hej! – krzyknęła za nim – Cove było demonstracja siły, również dla Ciebie. Nie zapomnij o tym. Idź. – odprawiła go gestem dłoni.
Trzasnął drzwiami.
- Jak znaleźć Mantykore... - kapłan szeptał pod nosem szukając wskazówek w starych księgach, które przez lata gromadził w swej skrzyni.
- Że jaka kore? – bankierka odwróciła się w stronę mężczyzny.
- On powiedział Mantykore moja droga... - lokalny jubiler zaśmiał się głośno.
Kapłan wstał z krzesła i podszedł do rzemieślnika.
(http://i.imgur.com/ZKUKR8u.png)
- Słyszałeś o tej bestii? – zapytał.
- Nie wiem, nie pamiętam – złotnik podrapał się po głowie – Ta pamięć taka zawodna...
- Tak, rozumiem – akolita machną ręką po czym wyciągnął sakwę w której brzęczało kilka kamieni szlachetnych – Może to pozwoli Ci sobie przypomnieć? – rzucił worek na szklany blat. Jubiler zaglądną do środka i wybuchną śmiechem.
- Co ja za to kupię? Bułkę? – odparł z uśmiechem na ustach.
Mag podszedł do swej skrzyni bankowej i grzebał w niej chwilę. Po kilku sekundach wyciągnął dziwne zawiniątko.
- To Ciepły Sopel. Pewnie takiego nie masz? Podoba Ci się? – spytał pokazując kamień kupcowi.
- Teraz lepiej! – chwycił kamień i schował do szuflady – Był tu taki jeden ostatnio, dziwnie się zachowywał, dziwnie mówił...Jakiś widmak, wiedźma? Nie wiem. Rozmawiał z jednym z kupców na targu. Mówili o Mantykorze. Ponoć pustoszyła szlaki kupieckie ale odleciała. Ten dziwny udał się do Yew. Ponoć Trucicielka szczurów go widziała. Łaziła później i paplała.
- Dobrze się cenisz człowieku, za garść tak nędznych informacji – mag skrzywił się lekko.
- Garść to więcej niż nic – powiedział złotnik zamykając szufladę na klucz.
Mężczyzna wyszedł z banku, wskoczył na konia i ruszył w kierunku placu handlowego. Miał zamiar dowiedzieć się więcej na temat tajemniczego łowcy. Wkraczając między stoiska handlowe zmierzył wzrokiem tutejszych sprzedawców. Jego wzrok przykuły piękne trofea przeróżnych bestii jednego z kupców.
(http://i.imgur.com/qgUWdEg.png)
- Witajcie – zwrócił się do handlarza po czym począł przeglądać towary
- Bądźcie pozdrowieni Panie, czym służyć mogę?
- Ciekawe rzeczy tu macie, choć bardziej poszukuję informacji...widzę interesujecie się wszelkimi bestiami, nie słyszeliście może ostatnio o Mantykorze?
- Ano głośno było – odparł kupiec – Napadała na wozy kupieckie, ludzie potracili kupę złota. W końcu chyba się znudziła i odleciała w stronę Yew. Ale ludzie się wściekli. Opłacili jednego zabijakę, co miał usiekać bestyję. Zlecenie przyjął, wypytał o wszystko i udał się do leśnego miasta usiekać potwora.
Akolita skinął lekko głową w zamyśleniu.
- Niedługo bestyja będzie wąchała kwiatki od spodu – kontynuował kupiec.
- Miejmy nadzieję, że dzięki mojemu ostrzu... - szepną cicho mężczyzna odchodząc.
Kapłan sprowadził konia z pokładu statku w porcie Yew i udał się ku centrum. Nie wiedział gdzie może znaleźć Trucicielkę Szczurów. Na jego drodze pojawił się strażnik.
- Witajcie Strażniku. Z zapytanie do władzy można...? – powiedział z udawaną grzecznością.
- Obywatelu...słucham tedy - gwardzista skinął lekko.
- Trucicielkę szczurów szukam. Zalęgło mi się w domu cholerstwo, pomocy potrzebuję by wytępić szkodniki...
- Obywatelu, jedźcie ta drogą a spotkacie specjalistkę. W białą szatę przywdziana – strażnik zasalutował dumnie.
Mag skinął lekko i udał się we wskazanym kierunku.
Mijając zakręt dostrzegł kobietę opisaną przez strażnika. Zeskoczył z wierzchowca zwracając na siebie jej uwagę.
(http://i.imgur.com/KxXeyes.png)
- Witaj Trucicielko – skinął lekko. W jego nozdrza uderzył zapach zgnilizny
- A witam, witam. Co potrzeba? – odparła kobieta.
- Informacji...a słyszałem, że je posiadasz. Szukam mężczyzny, łowcy Mantykory...
- Każdy czegoś szuka, jedni lekarstwa na zarazę, drudzy Mantykory. Owszem, sprzedaję informacje, ale nie za darmo. Ostatni czek miał sporo zer – wyszczerzyła poczerniałe zęby. Mag przewrócił oczami.
- Ile?! – powiedział z uniesionym głosem.
- Zawsze marzyła mi się taka piękna elfia toga. Jak na Was patrzę...za pewne wiecie o jaka mi chodzi?
- Poczekaj tu...żmijo – ostatnie słowo wypowiedział szeptem i udał się w stronę banku.
(http://i.imgur.com/rZw9S1d.png)
Pamiętał, że w mieście przebywa zacny rzemieślnik, przez ludzi zwany Smoczym Krawcem. Miał w swej ofercie przeróżne, niespotykane ubrania. Kapłan z ciężkim sercem wręczał sprzedawcy worek złota. Może i artysta potrafił stworzyć piękne ubrania lecz za swe usługi liczył nie mało. Mężczyzna wcisnął mały pakunek pod pachę i ruszył w kierunku Trucicielki.
(http://i.imgur.com/gB42tqY.png)
Podał paczkę kobiecie. Doglądnęła togę.
- Piękna – powiedziała a z jej ust wydobył się zapach zepsucia.
- A teraz informacje...
- Widziałam Mantykore, gdy zbierałam wilczą jagodę. Odleciała w góry na południe stąd i opadła w przesmyku prowadzącym do jaskiń Shame.
- Ktoś o nią pytał? – akolita drążył temat.
- Tak był taki jeden w czerń odziany z wielkim mieczem. Wczoraj! Ale nie był taki skory do płacenia to go zmyliłam nieco, błędny kierunek mu podałam – zachichotała – niech sam se radzi skąpy drań.
- Przebiegła z ciebie istotka – powiedział z krzywym uśmiechem na ustach grożąc palcem. Nie przestała chichotać...
Wyznawca Netherila powoli wjechał w przesmyk górski. Z daleka słychać było porykiwania bestii. Trucicielka go nie okłamywała.
- Niech będzie, zachowa swój żywot jeszcze na jakiś czas – pomyślał.
Gdy minął drewniane ogrodzenie spostrzegł przed sobą wojownika odzianego w czerń. Wypijał dziwne mikstury szykując się do walki.
(http://i.imgur.com/zpUiD4T.png)
Akolita wypowiedział kilka mrocznych inkantacji i zdecydowanie wjechał na otwarty plac przed starą kopalnią. Łowca momentalnie odwrócił się w jego stronę chwytając wielki miecz.
(http://i.imgur.com/A0LUMFK.png)
- A ty kto!? – wrzasnął wojownik zastawiając wejście do jaskini.
- Ej! Chyba sobie kpisz jeśli myślisz, że pozwolę Ci ubić bestię i zachować ją dla siebie – rzucił groźnie konny.
- Jestem Wiedźminem, do tego mnie najęto. Dobry kontrakt to był. Więc lepiej odejdź – groził najemnik.
Mantykora zaryczała głośno.
- Oho, jest głodna – uśmiechnął się wiedźmin obracając mieczem w powietrzu – Nie boję się Ciebie magu.
- Powinieneś... - powiedział cicho Nekromanta.
- Zróbmy tak. Zapłacisz mi równowartość kontraktu i jest cała twoja. W przeciwnym razie znikaj. Moje eliksiry działają, nie chcę tracić czasu.
- Mam inna propozycję – powiedział kapłan po chwili namysłu – pomóż mi ubić bestię, nagroda będzie twoja, mi zostawisz magiczne reagenty. Tobie nie są potrzebne.
Wiedźmin wybuchną śmiechem.
- Zapomnij magu, są zbyt cenne.
- Zatem zostaje tylko jedno wyjście – mężczyzna spojrzał na ostrze swej broni.
- Na co ci to magu. Zmarnuje energię, ty swe życie, na pewno tego chcesz? – wojownik obrócił mieczem w powietrzu po czym przyjął postawę bojową.
- Gdy już polegniesz, twe życie nie pójdzie na marne. Zasilisz szeregi nieumarłej armii...
- Zatem zdecydowałeś! – wiedźmin rzucił się do ataku. Jego mikstury dawały mu nadludzie zdolności. Był niezwykle szybki, jego ciosy były zabójczo precyzyjne. Akolita Natherila próbował osłabić ciało wojownika, lecz słowa mrocznej magii wychodzące z jego ust nie wyrządzały zbrojnemu żadnej krzywdy. Walczyli chwilę lecz potężny cios klingi zwalił maga z konia. Wiedźmin dopadł do mężczyzny.
- Ostrzegałem Cię – wymierzył pięścią w szczęknę leżącego.
Kapłan przez chwilę nie wiedział co się stało. Gdy odzyskał jasność umysłu zobaczył odchodzącego wiedźmina w stronę kopalni. Pozbierał się szybko, uzdrowił się zaklęciami i wolno ruszył za wojownikiem.
- Mówiłem, żebyś tu nie wracał! – wrzasnął zbrojny opierając się ciężko o skały. Jego mikstury powoli zaczęły tracić swą moc. Stali chwilę w milczeniu zachowując dystans. – Z resztą wiesz co? Idź do tej jaskini. Jak wyjdziesz, zgarnę zapłatę za darmo – wyszczerzył pożółkłe zęby.
(http://i.imgur.com/WK3fvsL.png)
Mag powoli wjechał do jaskini. Mantykora siedziała po przeciwnej stronie. Z jej kłów spływała ślina a błoniaste skrzydła wzbijały kłęby kurzu w powietrze. Mężczyzna wiedział, że musi się z nią rozprawić szybko, póki wiedźmin nie zażyje kolejnej porcji swych magicznych napojów. Podniósł z ziemi niewielki kamień i cisnął nim w łeb bestii. Musiał wyciągnąć ją na zewnątrz. W środku jaskini było zbyt ciasno i ciemno by toczyć walkę. Miał nadzieję, że blask słońca oślepi potwora na tyle, by mógł zadać mu śmiertelny cios. Mantykora zaryczała przeraźliwie, wzbiła się w powietrze i ruszyła za konnym.
(http://i.imgur.com/fhWuinK.png)
Walczyli zawzięcie. Mantykora próbowała rozszarpać zbroję maga. Wąski przesmyk działa na korzyść kapłana. Potwór obijał skrzydłami o skały tracąc równowagę. Mężczyzna wykorzystywał te chwile słabości i zadawał ciosy swym pudao. Ciało Mantykory legło przed wejściem do kopalni. Nim wiedźmin dostał do truchła, akolita napełnił butelkę krwią bestii. Obdarł także część skóry, która była bardzo lekka i cienka, jednak niezwykle wytrzymała. Wskoczył na konia.
(http://i.imgur.com/fso0V5u.png)
Najemnik zerknął na ciało Mantykory.
- Hej chwila! Ukradłeś skórę! Oddawaj bo zatopię swą klingę w twych żebrach! – krzyknął głośno.
Konny wybuchnął przeraźliwym śmiechem
- Ty głupcze... - trzasną grzbiet konia lejcami i pogalopował w dół przesmyku. Gdy stracił wojownika z oczu zatrzymał się, przyzwał magiczny portal by po chwili zniknąć w jego głębi.
Zeverith czekała na niego w karczmie.
- Wróciłeś.
- Mam o co prosiłaś.
- Wspaniale – odrzekła.
Mężczyzna wyciągnął butelkę z krwią podając ją dla dziewczyny lecz cofnął ją szybko do siebie.
(http://i.imgur.com/ZzEYRFm.png)
- Nie drażnij mnie – zdenerwowała się kobieta. Po chwili podał jej butelkę. – Przydała by Ci się lekcja pokory...służysz dobrze, działasz dobrze, ale pokory Ci brak. A co tam chowasz przede mną? Pokaż co tam masz. – zauważyła wystający kawał skóry z plecaka.
Wyciągnął znalezisko i położył na stole.
- Rozumiem, że to prezent? – wyszczerzyła zęby.
- A a a...nie tak szybko – zabrał skórę – dostałaś swoją krew, reszta należy do mnie.
- Mogłabym Cię otruć, zasztyletować... - zmarszczyła brwi.
- Kto by wtedy spełniał Twoje zachcianki hę? – zapytał z lekkim uśmiechem.
- Ktoś bardziej uległy i pokorny zapewne...
- Ale nie tak skuteczny...zapewne – droczył się z kobietą.
- Sam wiesz, że nie jesteś jedyny. Pamiętasz tego wojownika, który Cię zwerbował?
- Zwerbował?! – kapłan wybuchnął śmiechem – Wyświadczyłem głupcowi przysługę, za którą spełnił co mu kazałem.
Zeverith machnęła ręką.
- Co chcesz zrobić z tą skóra – zapytała.
- Miałem nadzieję, że ty mi powiesz...w ramach naszej dobrej współpracy – uśmiechnął się krzywo.
- Dla mnie to możesz sobie zrobić z nią co chcesz. Prędzej czy później zacznie gnić, a wtedy...pufff...może to Cię czegoś nauczy. – na twarzy dziewczyny widać było zdenerwowanie. – Oddaj ją mnie...
- A ty co z nią zrobisz? – zapytał ciekawy.
- Zadbam, by się nie zmarnowała.
Siedzieli przez chwilę w ciszy. Akolita zerka to na skórę to na alchemiczkę.
- Ahhh....weź ją sobie. I tak pewnie by zgniła w mym kufrze – rzucił materiał na stół.
- Mądry wybór. A teraz...możesz mi przynieść coś do picia – machnęła ręką
Kapłan spojrzał jej w oczy zdegustowany. Wstał od stołu,
- Bywaj – rzucił i udał się w stronę wyjścia.
- Ej! – mężczyzna odwrócił się – Ta pokora...nie będzie się nam współpracować dobrze, jeśli nie podporządkujesz mi swej woli. Zadanie, które ostatecznie Cię spotka, wymaga pełnej determinacji i oddania mojej osobie.
- Jeśli rozumiesz przez to usługiwanie Ci w karczmie Zeverith, to się mylisz....
- Rozumiem prze to, że spełnisz bez marudzenia każde moje słowo. A jeśli coś tak prostego, jak przyniesienie wina Cię przerasta, to może faktycznie, błędnie wybrałam – zmierzyła mężczyznę surowym wzrokiem – Spełniaj przy tym swoje cele, nie przeszkadza mi to ale twój upór jest nie do zniesienia. Jak mówię skacz, masz pytać jak wysoko. – powiedziała dosadnie obracając w dłoni srebrny sztylecik.
Akolita otworzył usta by coś powiedzieć, lecz wstrzymał się.
- Bywaj Zeberith...lub może ,,do zobaczenia" – obrócił się i wyszedł.
Nekromanta medytował w niewielkiej nekropolii, wchłaniając mroczną energie w głąb swego ciała. Ciężko było mu się skoncentrować. Do jego głowy nieustannie wracały wspomnienia ostatniej rozmowy z alchemiczka. Wyraźnie zaznaczył swe granice. Czy jego przyszłość związana jest z jej przyszłością? Czy jego przeznaczeniem jest jej służyć?
Odpędził złe myśli szeptając mroczne słowa modlitwy.
Mężczyzna przebywał w banku miasta Skara Brae. Szybkimi ruchami dłoni wertował strony Magicznej Księgi spisując najpotrzebniejsze reagenty. W pewnym momencie usłyszał stukot obcasów o marmurową posadzkę. Wiedział kto to jest. Z łatwością poznawał charakterystyczny, miękki krok. Dźwięk ten, prześladował go już od jakiegoś czasu. Skrzywił usta na samą myśl widzenia się z alchemiczką. Jego myśli nieustannie dręczyło wspomnienie ich ostatniego, burzliwie zakończonego spotkania.
(http://i.imgur.com/9U8O7rA.png)
Usiadła wygodnie na jednym z krzeseł wpatrując się w maga bez słowa.
- Witaj, Zeverith...
- Witaj... - odpowiedziała gniotąc w dłoniach kawałek papieru. – Fiolet niezbyt Ci pasuje – na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech.
- Tobie w bieli też było lepiej. Choć...ten kolor jakoś mi do Ciebie nie pasuje – skontrował ją mag – Może czerwień?
- Biel? Dlaczego? Wszak to kolor niewinności... – uśmiechnęła się słodko – Ale skoro tak mówisz...
Poprosiła bankiera o skrzynię po czym zaczęła przekładać starannie poukładane tobołki. Wyciągnęła śnieżno białą togę i poczęła się przebierać. Niezręczna cisza zdawała się trwać wieczność.
- Twa wizyta ma tu jakiś cel? Jeśli mogę spytać. – rozpoczął mężczyzna.
- Cóż, przeważnie ma – rzuciła od niechcenia papier na stół.
- To dla mnie? – spytał zerkając na lekko podniszczony pergamin.
- Dla Ciebie, weź – pokiwała głową.
Kapłan rozwinął dokument. Na pożółkłej kartce wyszczególnione były nazwy czterech bestii. Jasnym było, czego oczekuje dziewczyna.
(http://i.imgur.com/rFy9UCW.png)
- Rozumiem – rzucił krótko.
- No...To skoro rozumiesz, to na co jeszcze czekasz?
- Hm... - pogładził się po brodzie – Zastanawiam się, kiedy zdradzisz mi szczegóły.
- Wolałabym, żebyś działał. Chcesz szczegółów? Powiedzmy, że jak Twój bezsensowny upór zniknie... - zamilkła na chwilę patrząc mężczyźnie w oczy – Do zobaczenia... - wstała i pewnym krokiem wyszła z banku.
Siedział chwilę zastanawiając się, gdzie może zasięgnąć języka, dowiedzieć się czegoś o wymienionych bestiach. Na myśl przyszła mu tylko jedna osoba...Wybiegł z banku, wskoczył na czarnego rumaka i pognał w kierunku straganów kupieckich.
Szybkim krokiem wmaszerował na drewniany podest targowiska miejskiego. Pamiętał jednego ze sprzedawców – konesera trofeów. Podejrzewał, że może posiadać niezbędne mu informacje.
(http://i.imgur.com/WwetC8W.png)
- Witaj przyjacielu – przemówił mag z udawaną uprzejmością.
- Przyjacielu? – odpowiedział lekko zaskoczony kupiec. – Masz dla mnie trofeum jak prosiłem?
- Niestety nie. Ciało Mantykory było zbyt pokiereszowane po walce ze mną – wyszczerzył zęby.
- Zatem zmarnowałeś okazję na dobry zarobek.
- Ale czekaj czekaj – kapłan uniósł lekko ręce – Mam coś, co może cię zainteresować. – wyciągnął pomięty spis bestii i podał kupcowi - Czy wiesz coś na temat tych potworów?
Sklepikarz patrzył przez chwilę na kartkę wyraźnie zdziwiony.
- Cóż...Ciekawi mnie skąd zainteresowanie tego typu bestiami? Iście z Was miłośnik rzadkich okazów.
- A to już nie Twoja sprawa...przyjacielu . Oferuję ci udział. Być może dostaniesz swe trofea w zamian za informacje gdzie znajdę te straszydła.
- ,,Być może" jest ulotne – na twarzy sprzedawcy pojawił się grymas niezadowolenia.
- Wybacz, lecz nie param się precyzyjnym odcinaniem głów ścierwa, które ubiję. Lecz te bestie, zawsze posiadają jakieś ciekawe skarby.
- Za pomoc przy Mantykorze nic mi nie przypadło – rozłożył szeroko ręce kramarz. – A teraz przychodzisz i mówisz mi przyjacielu.
- Nic nie obiecywałem. Ale teraz będzie inaczej. To jak? Wchodzisz w to? – niecierpliwił się mężczyzna.
- Skarby... - sprzedawca odwrócił się w stronę stołów – Widzisz te stanowisko? Pełno ich tu.
Kapłan spojrzał na wypełnione po brzegi blaty stanowiska.
- Więc jaka jest Twoja cena? – zapytał.
Zamyślony straganiarz począł przechodzić się spokojnie wokół swego dobytku
- Na trofea liczyć nie mogę. Nie masz za wiele zatem do zaoferowania. Ale możesz zacząć od wyjawienia, dlaczego tak interesują Cię wielce nietypowe stworzenia w których istnienie nie zawsze chce się wierzyć?
- Właśnie odpowiedziałeś na swoje pytanie. Są to nietypowe okazy, które rzadko się spotyka. Kieruje mną ciekawość. – wymyślił na poczekaniu mag, nie chcąc wyjawić prawdy. – Pytasz o mój cel? Na to jest prosta odpowiedź – złoto, skarby, magiczne artefakty, sława! Pomyśl sobie... – kontynuował – Twe imię może być obok mojego, wypisane złotymi literami w pieśniach bardów Sosarii!
Sklepikarz machną ręką.
- Wolę namacalne teraz niż mgliste jutro. Wybij możliwe ostatnie okazy, jakie stąpają po tym świecie i zdobędziesz swoją sławę. Ale ja nie widzę w tym korzyści dla siebie ani powodu dla którego miałbym Ci pomóc – zamilkł na chwilę – Chyba, że... - świdrował swymi oczami wzrok maga – Skoro tak namiętnie polujesz na potężne potwory, zapewne masz coś niezwykle rzadkiego...jakiś ciekawy artefakt. Przynieś mi coś, co mnie zainteresuje a będziemy kontynuować tę rozmowę.
Kapłan przeszukiwał skrzynie przebierając zdobycze swych wypraw. Owszem, posiadał kilka artefaktów, lecz żaden nie był na tyle potężny by kupiec mógł na niego zwrócić uwagę. Wtem w jego dłonie wpadło szczelnie zamknięte pudełko. Wiedział co się w nim znajduje. Energia z wnętrza przeszywała jego ciało. Rozglądnął się po pomieszczeniu. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Otworzył opakowanie. Jego oczom ukazały się dwie szaty przez znawców zwane Całunami Kroczącej Śmierci. Legendy głosiły, że maja one w swoim materiale skrawki dusz wszystkich, którzy zostali pokonani przez moce śmierci. Ocierające się o materiał, walczące o każdą chwilę życia, jęczące i krzyczące nad swoją niedolą pozostawiły na zawsze swe ślady.
(http://i.imgur.com/aDo0rWc.png)
Mężczyzna myślał przez chwilę. Jak mógłby oddać tak cenna rzecz? Takich szat nie było wiele na świecie. Chętni je kupić płacili górę złota by ją zdobyć. Niestety, nie miał nic innego...Spakował jedna z szat do osobnego worka i wrzucił do swego plecaka. Oddał bankierowi skrzynie i wyszedł z pomieszczenia.
Sklepikarz widząc zbliżającego się maga począł zacierać ręce. Ten wyciągnął zawiniątko i podał sprzedawcy bez słowa.
- Zaiste... - wycedził zaskoczony kupiec otwierając paczkę. Po chwili szybko zamknął ją z powrotem i schował pomiędzy regały.
- A teraz informacje – syknął zły mężczyzna.
- Wybierz jedna istotę z listy.
- Chyba sobie kpisz, jeśli myślisz, że udzielisz mi informacji na temat tylko jednej bestii! – krzyknął głośno kapłan mocniej zaciskając dłoń na pudao.
- ,,Niczego nie obiecywałem". Jak chcesz, możesz odejść z niczym. Wybieraj...
- Vatter – wycedził po chwili zaciskając wargi ze złości.
(http://i.imgur.com/jdiedxz.png)
- Zatem... - zaczął kramarz - Vattery to istoty, które trzymają się ludzkich sadyb. Potrafią kryć się w cieniu, przybrać dowolna ludzką twarz, raczej są nieszkodliwe, ale potrafią się bronić. Właściwie nigdy nie ujawniają się ludziom, obserwują ich z ukrycia. W normalnych warunkach odnaleźć takiego to rzecz prawie niemożliwa. Jest jednak sposób, by takiego Vattera zwabić. Intensywnie reagują na światło. Wystarczy zwykła lampa oliwna by lgnęły do niej jak ćmy. – przerwał na chwilę – Jest jeszcze jedna rzecz. Vattery zwykle przebywają tam, gdzie obcowała śmierć. To wszystko co wiem.
- Hm... - na twarzy kapłana pojawił się krzywy uśmiech – Chyba wiem, gdzie go mogę spotkać.
Późnym popołudniem wjechał wschodnią bramą do miasta Cove. Był pewien, że Vatter ukrywa się gdzieś tu. Mimo iż plaga została opanowana, zaraza zebrała tu swoje żniwo. Zatrzymał się w centrum miasta rozglądając się w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca, w którym mógłby się przyczaić stwór. Przeszukał okolice karczmy, później udał się do kopalni. Nigdzie nie było śladów potwora.
(http://i.imgur.com/Qg3QoQ1.png)
Postanowił przeczesać opustoszałe osiedle za południową bramą. Jadąc powoli drogą wyciągnął małą pochodnię. Ufał, iż blask ognia zwabi Vattera.
(http://i.imgur.com/3EAA3k8.png)
Mijając kolejne opuszczone domki miał wrażenie, że ktoś go obserwuje. Zatrzymywał się przy każdym na chwilę wyciągając przed siebie pochodnię. Wtem na jednym z ogródków z zarośli wyłoniła się niewyraźna sylwetka. Mężczyzna podjechał bliżej. Mglista postać bezustannie wpatrywała się w blask łuczywa.
- Podoba Ci się? – szepnął kapłan po czym rzucił przedmiot na ziemię.
(http://i.imgur.com/wPkQRZQ.png)
Vatter podszedł powoli zauroczony blaskiem. Mag szturchnął konia piętą zajeżdżając istotę od tyłu. Wyciągnął swe pudao i wziął potężny zamach lecz oblicze stwora rozmyło się w powietrzu. Po chwili Vatter ukazał się ponownie atakując konnego. Mag spiął konia odjeżdżając kawałek by wzmocnić się zaklęciami.
(http://i.imgur.com/UA5ykAF.png)
Walczyli kilka minut. Mag nieustannie ciął swym ostrzem lecz potwór unikał ciosów znikając w ciemności. Vatter nie był zbyt silny lecz miał sprzymierzeńca. Wypowiadając niezrozumiałe inkantacje przywołał potężnego demona lecz kapłan był na to przygotowany. W jednym momencie odesłał szkaradę w miejsce skąd przybyła i zadał śmiertelny cios przeciwnikowi.
(http://i.imgur.com/31f2Edn.png)
Ciało stwora zdematerializowało się pozostawiając po sobie kawał dziwnej skóry i próbki krwi. Mężczyzna przeszukał zwłoki, zebrał pozostałości i ruszył w stronę portu.
Szybkim krokiem wszedł do banku i zażądał skrzyni. Ostrożnie odłożył butelkę z krwią oraz kawał cennej skóry.
- Czas złożyć kupcowi wizytę – pomyślał – Muszę go jakoś przekupić.
Po chwili zamyślenia chwycił drugą z cennych szat i ruszył w kierunku targowiska.
(http://i.imgur.com/VxH7sYh.png)
- Wróciłeś – powiedział sklepikarz widząc nadchodzącego mężczyznę.
- Było jak mówiłeś. Znalazłem Vattera.
- Świetnie. Wiesz teraz, że moje słowo wiele jest warte – wyszczerzył zęby – Z czym teraz przybyłeś?
Mag wyciągnął małe zawiniątko i położył na stole.
- Czy to Cię zadowoli?
- Mało oryginalne... - skrzywił się lekko kramarz otwierając pakunek – Więc?
- Wasgo – rzucił krótko zniesmaczony kapłan.
- Wasgo, zwany też wilkiem morza. Niezwykła bestia. Istnieje wiele mitów traktujących o jej naturze. Jeden z nich mówi, że Wasgo ma zdolność do zmiany wyglądu pomiędzy potężnym wilkiem a orką. Niewielu żeglarzy ją widziało, a tych, którzy się tym chwalili uznawano za niespełna rozumu.
- Gdzie mogę go znaleźć? – dopytywał się mężczyzna.
- Zapewne w pobliżu zatok morskich, opuszczonych plaż. Tyle wiem. – rozłożył szeroko ręce.
Akolita Netherila wsiadł na pokład statku w porcie Dollenost. Gestem nakazał wyciągnięcie kotwicy i obranie kursu na południe. Był tam kiedyś z grupą poszukiwaczy skarbów. Pamiętał, że znajduje się tam niewielka plaża, którą zajęli zuchwali piraci. Otaczające ją wody opanowane były przez przerażające Krakeny. Jeśli ma znaleźć Wasgo, to musi być tam.
Dopłynęli po kilku godzinach. Nie zauważył nic niepokojącego, wiec ruszył w kierunku dalszych wydm.
- Hej chłopcy, patrzcie, zbłąkana owieczka – Mag spojrzał na niedalekie zarośla z których wyłoniło się czterech chłopów – zabłądziłeś koleżko? – powiedział jeden z piratów uśmiechając się głupio.
- Zawrzyj gębę a może zachowacie swe nędzne życia – syknął zdenerwowany konny – Widziałeś tu jakieś przerośnięte wilki?
- Hej chłopcy, owieczka prosi się o małą nauczkę – pirat skinął na swych towarzyszy a ci natychmiast rzucili się do ataku.
(http://i.imgur.com/ZlOP8on.png)
Głowa pierwszego napastnika wzleciała wysoko w powietrze, gdy ostrze puado precyzyjnie trafiło go w szyję. Reszta agresorów rozpierzchła się momentalnie, tracąc ochotę do dalszej walki. Kapłan uśmiechnął się krzywo i ruszył dalej. Wtem zza niewielkiego nasypu wyskoczył nienaturalnie wielki wilk. Na grzbiecie miał dwie płetwy, przypominające garby. Z jego pyska ściekała ślina, pozostawiając cienkie strużki na piasku. Wasgo zobaczywszy jeźdźca wypuścił z ryja odciętą głowę pirata i zaatakował przybysza.
Wilk poruszał się sprawnie po gorącym piasku warcząc groźnie. Kłapiąc głośno szczęką próbował złapać maga za płaszcz. Ten wymachiwał swym pudao utrzymując bezpieczny dystans.
(http://i.imgur.com/C5w8E5p.png)
Po kilku minutach bestia padła z wycieńczenia oraz w wyniku otrzymanych ran. Kapłan pobrał próbki jej krwi oraz wyciął kawał niebieskoszarej skóry. Zdawała się być nieprzemakalna. Spakował zdobycze do plecaka i ruszył w kierunku statku.
(http://i.imgur.com/NnfRvBy.png)
- Tęskniłeś? – zaśmiał się akolita podchodząc do sklepikarza.
- Jak za wrzodem.
- I tym razem się nie myliłeś.
- No popatrz – wyprostował się kupiec gładząc swą szatę – Zaskoczony?
- Nieszczególnie – odpowiedział mag – Ale mógłbym być zaskoczony, gdybyś udzielił mi informacji na temat reszty potworów uznając moją dotychczasową zapłatę. Czyż nie była wystarczająca? – zmarszczył groźnie czoło.
- Dla Ciebie może wystarczająca. Co obrazuje jak Ci na tym zależy...a skoro Ci zależy, cóż... - sprzedawca pogładził się po brodzie – Niech będzie, że okażę się wielce wspaniałomyślny. Pokaż swa listę – wyciągnął rękę.
Mag rozłożył pożółkły pergamin. Na liście pozostały dwie bestie.
- Gryf zatem, to wielce potężna istota, jej pazury z łatwością rozetną Twa kolczugę a dziób roztrzaska pawęż. Nie powinieneś mieć problemu z jego ukatrupieniem jeśli tylko będziesz ostrożny. Znajdziesz Gryfa w wysokich górach. Wiją swe gniazda przy samych szczytach. Duża ilość mięsa powinna Ci pomóc go zwabić.
- A ostatnia bestia? – zapytał niepewnie mężczyzna.
- Żądasz zbyt wiele magu. Coś mi mówi, że korzyści które osiągniesz, są o wiele cenniejsze, niż zapłata za moje informacje. – kupiec usiadł wygodnie w fotelu – Zrobimy tak...opowiem Ci o ostatniej bestii ale kiedyś zażądam od Ciebie przysługi a ty mi nie odmówisz. Nie będziesz pytał o szczegóły, o nic. Spełnisz cokolwiek o co poproszę. – skierował swój pytający wzrok na maga.
Kapłan oparł się o stół głęboko zamyślony. Nie miał wyjścia, nie posiadał już żadnego cennego artefaktu, którym mógłby zainteresować kupca. Skinął lekko głową na sklepikarza.
- Ammit jest paskudnym stworem – chwycił starą, zniszczoną księgę i począł wertować strony – Niektórzy mówili, że są to twory upadłych dusz, zbuntowanych przeciwko Netherilowi, które żywią się ciałami i duszami zmarłych, tak by nie mogły trafić do Otchłani – odwrócił księgę pokazując naszkicowaną postać Ammita – Im więcej dusz, tym większa moc Ammita. Domyślasz się gdzie go szukać? Zapewne już wiesz... - uśmiechnął się lekko.
- Do zobaczenia kupcze – akolita skinął lekko i ruszył w kierunku wyjścia.
Kolejną ofiarą miał się okazać ukryty w górach Gryf. Mag udał się w pobliże najwyższych szczytów Sosarii. Zabrał ze sobą wór wypchany surowym mięsem. Gdy przybył na miejsce w oddali usłyszał machanie wielkich skrzydeł. Dostrzegł na niebie ogromny kształt. Coś kołowało nad górskimi szczytami zniżając się ku ziemi.
Lądując potwór skrobnął pazurami o zbroję jeźdźca po czym opadł na trawę z wielkim hukiem. Mężczyzna cisnął worek z mięsem o skały. Gryf skoczył w kierunku przynęty i zaczął rozszarpywać surowe żebra.
(http://i.imgur.com/InU9Ot6.png)
Akolita otworzył Codex Damnorum.
- Fluctus Puter Se Aresceret! – mroczna energia uderzyła w ciało Gryfa. Ten miotał się chwilę wykręcając łeb by po chwili paść martwym. Mag zbliżył się do truchła cicho wypowiadając słowa modlitwy. Zebrał krew i oskórował zwierzę.
(http://i.imgur.com/PtPw9ja.png)
Wyciągnął pomiętą kartkę z plecaka i skreślił potwora z listy. Została ostatnia pozycja – Ammit. Mężczyzna wyciągnął mapę i począł szukać największych nekropolii. Podejrzewał, że właśnie tam będzie grasował Pożeracz Umarłych. Uderzył palcem w punkt na mapie.
- Tu – szepnął cicho. Wyrecytował magiczne słowa wyczarowując magiczna bramę. Wjechał w głąb portalu chwytając mocniej pudao.
Kierując się w głąb mrocznych korytarzy coraz bardziej czuł obecność czegoś, czego jeszcze nigdy nie doświadczył. Wiele razy bywał w takich miejscach lecz nie odczuwał leku. Tym razem było inaczej. Coś wzbudzało w nim niepokój.
W jednym z korytarzy zauważył niewyraźny kształt. Istota pomrukiwała cicho. Najwyraźniej zajęta była pożywianiem się bo nie zauważyła konnego, kryjącego się za zakrętem. Wycofał się.
- Manes Turbidi Sollictique Resolverent – szeptał cicho magiczne słowa.
Rozrzucone wszędzie szczątki poczęły lekko drgać. Ciemna masa energii wirowała ściągając kości w jedno miejsce zarazem formując z nich pewien kształt – Kościanego Smoka.
(http://i.imgur.com/KA3En1Z.png)
Olbrzymi gad zniżył łeb oddając pokłon swemu Panu. Był to gest pełnego posłuszeństwa i gotowości na rozkazy.
- Atakuj! – powiedział wyznawca Netherila wskazując Pożeracza Umarłych.
Smok rozpostarł swe skrzydła i rzucił się na potwora kąsając jego twardą skórę nienaturalnie wielkimi kłami. Ammit bronił się zawzięcie lecz nie miał szans przeciwko kościanemu monstrum wspomaganemu mrocznymi inkantacjami maga.
(http://i.imgur.com/7cDrjsg.png)
Gdy truchło Pożeracza legło martwe, kapłan zebrał jego krew oraz kawały czarnej skóry po czym odwołał swego sługę i udał się ku wyjściu.
Zeverith czekała na niego.
(http://i.imgur.com/WlxyzRx.png)
- Wróciłeś... - zerknęła na mężczyznę bawiąc się kosmykiem włosów.
- Miałem nadzieję, że Cię tu spotkam – gestem nakazał bankierowi podać skrzynię jednocześnie rzucając na stół mały kluczyk.
- Co dla mnie masz? – spytała zaciekawiona.
- Zapewne to, o co prosiłaś – wsadził flakony z próbkami krwi do małego worka po czym podał go alchemiczce – teraz chyba możesz mi powiedzieć po co ci to?
Zaglądnęła do sakwy wyraźnie zadowolona.
- Krew ma wielką moc w sobie, ludzka, zwierzęca nawet...Zazwyczaj im potężniejszej istoty weźmiesz krew, tym większy potencjał w niej znajdziesz. Jeśli szukać umiesz oczywiście – uśmiechnęła się lekko – Co za tym idzie, tak rzadkie istoty, jakie kazałam Ci ubić...ich krew...sam rozumiesz...To na razie powinno ci starczyć – dodała po chwili.
- Tak też myślałem. Karmisz mnie strzępkami informacji. A to do czego Ci potrzebne? – podał jej kawałki różnych skór.
Kobieta oglądnęła każda z nich układając starannie przed sobą.
- No no no, powiem Ci szczerze, że naprawdę jestem z Ciebie zadowolona.
- Nawet nie wiesz ile mnie to kosztowało Zeverith! – powiedział zdenerwowany myśląc o mistycznych szatach, których się pozbył w zamian za informacje.
- Wiem wiem, jestem bezduszna ale nie myśl, że nie doceniam tego, co dla mnie robisz – wyciągnęła z kufra małą, zdobioną skrzynkę – Wiesz...kiedyś lubiłam szyć – wyciągnęła przybory krawieckie.
Ujęła w swe dłonie kawałki skór z poległych potworów po czym zaczęła szyć. Igła w jej dłoni poruszała się z niezwykłą zręcznością, z gracją niczym baletnica na scenie. Z każdą upływającą minutą materiał nabierał kształtu. Mężczyzna wyciągnął ze swej skrzyni dwie szklanki oraz butelkę przedniego wina. Napełnił szkło i postawił przed dziewczyną. Przerwała na chwilę, wychyliła trunek do dna i wznowiła szycie.
- Mam dla Ciebie prezent magu – odłożyła narzędzia na stół – Służysz mi wiernie i choć duma siedzi Ci sztywno jak miotła w rzyci, to jestem z Ciebie rada. Weź... - położyła szatę na krześle obok.
Wstał i chwycił odzienie w ręce. Nigdy nie widział czegoś takiego. Otworzył usta chcąc coś powiedzieć...lecz Zeverith już nie było.