PROLOG
CZ.1 ŚWIADECTWO WIARY
Mag przebywał w lokalnym banku miasta Yew. Lubił to miasto. Z pozoru spokojne leśne miasto, drugi przyczółek Wyznawców Asmodaya zaraz po Minoc, od czasu do czasu nękane przez Rogatego Pomiota. Bywało tu ciekawie.
(http://i.imgur.com/2yGWs5f.png)
Siedział w odosobnieniu wrzucając ,,śmieci" do skrzyni dla młodych podróżników. W pewnym momencie powietrze dziwnie zgęstniało, nie mógł złapać tchu. Opierając się na pudao wytoczył się na zewnątrz. Gestem ręki przywołał rumaka.
(http://i.imgur.com/la9wf9g.png)
- Przejedźmy się Mormerilonie. Może pęd wiatru dobrze mi zrobi.
Wskoczył na konia i ruszył w kierunku wschodniej bramy.
Jechał chwilę drogą wciągając głęboko powietrze. Po chwili zatrzymał się.
- Słyszysz? – spojrzał w niebo. Koń zarżał niespokojnie – No właśnie. Nic. Chicho...Zbyt cicho... - poklepał rumaka po szyi i ruszył dalej.
(http://i.imgur.com/iuqHfww.png)
Wyjechał z leśnej gęstwiny. Jego oczom ukazał się zgarbiony starzec siedzący na spróchniałej kłodzie. Ciężko łapał oddech.
- Ohh...jak dobrze. Wędrowiec...wody...błagam... - wymamrotał z trudem.
- Na cóż ci woda, najwyższy czas na Ciebie starcze, Otchłań czeka... – pomyślał mag mierząc wzrokiem nieznajomego.
Zeskoczył z konia i podał dziadkowi skórzany bukłak lecz ten wyprostował się w jednej sekundzie łapiąc kapłana silnym uściskiem za nadgarstek. Druga dłonią złapał za pudao wyrywając je niczym lizaka dziecku.
- Puszczaj! – wydarł się mag próbując się uwolnić. – Czego ode mnie chcesz!?
- Nie ruszaj się. Chcę...wszystkiego... - szepnął tajemniczo – Twój umysł jest niczym otwarta księga. Taaak....
- Pożałujesz tego!
- Doprawdy? – nieznajomy odepchnął maga – Cóż, Twoja dusza jest młoda i nic nie warta, jednak nie mam wyboru, muszę się nią posłużyć.
- Tylko spróbuj starcze! Chyba nie wiesz z kim masz do czynienia! – syknął groźnie akolita.
- Jesteś nikim – zaśmiał się głośno – Ale kroczysz właściwą drogą, choć nie zawsze...Jakiego boga wyznajesz śmiertelniku? – wygładził pomięta szatę ozdobioną dziwnymi runami – No śmiało. Wyduś to z siebie.
- Podobno mój umysł jest jak otwarta księga? Zapewne już wiesz komu służę? – wystawił przed siebie broń kierując ostrze ku nieznajomemu.
- Ależ o ile przyjemniej będzie, gdy sam to powiesz – uśmiechnął się złowieszczo – Zatem? Nie mam wieczności dla Ciebie...
- Służę Boskiemu Zwiastunowi Śmierci, Netherilowi – powiedział zdecydowanie.
- Ohh...jaki pewny siebie. Padnij na kolana zatem nędzna istoto! – jego słowa zabrzmiały donośnym echem wśród pobliskich drzew. Dziwna magia wypełniła otaczające ich powietrze unosząc lekko porozrzucane kamienie - Oto stoi przed Tobą ktoś, komu winnyś posłuszeństwo!
Kapłan padł na kolana. Starzec spojrzał na niego z góry.
- Tak lepiej. Oszlifujemy Cię magu. Jeśli się nie mylę, może coś z Ciebie być. Służysz wiernie Panu, zbierasz dla niego dusze choć wiesz niewiele. Dosiądź swojego wiernego Mormerilona – na jego twarzy pojawił się kpiący uśmiech.
Kapłan bez słowa wykonał polecenie. Starzec wykonał lekki ruch dłonią...zniknęli.
- Znasz to miejsce? – zapytał nieznajomy.
- Tak – odpowiedział zdecydowanie. Bywał W Zamku Nekromantów wiele razy oddając się medytacji.
- Wejdź zatem do środka i zaczekaj.
Mag skinął posłusznie. Wszedł do środka i zajął miejsce przy kamiennym stole.
(http://i.imgur.com/2n6Q2OW.png)
Po chwili pojawił się starzec. Kapłan uniósł się z krzesła.
- Siedź – rzucił od niechcenia – Jestem Khan'Yen Thrast, lecz Ty będziesz się do mnie zwracał Mistrzu Thraście – popatrzył na akolitę surowym wzrokiem - Zwykle na takie zaszczyty poświęca się lata. Nieraz całe życie. Najpierw jednak śmiertelniku, kwestia Twego oddania i wiary. Rzekłeś, że w Netherila wierzysz...ale też nie wyznałeś mi całej prawdy. Komu jeszcze służysz? – jego wzrok zdawał się przeszywać maga na wylot.
(http://i.imgur.com/iwpvojh.png)
Akolita otworzył usta by coś powiedzieć, jednak przerwało mu skrzypienie wrót. Do pomieszczenia wszedł mężczyzna odziany w szatę koloru hebanu.
- Mortalis...świetnie – powiedział Khan'Yen zerkając w stronę drzwi – Zasiądź po mojej lewej ręce, proszę...
- Co to za intruz? – wymamrotał Nekromanta.
- Zaraz powiem. Zapraszam – Mistrz wskazał miejsce. Przybysz podszedł spokojnie nie spuszczając nowicjusza z maga. – Zanim odpowiem Ci Mortalisie, on musi mi odpowiedzieć na pytanie, które mu zadałem.
Nastała chwila niezręcznej ciszy, która zdawała się trwać wiecznie. Przerwał ją cichy głos nowicjusza.
- Wyraziłem chęć zastania Immorth, wierzę w Glaaifhesta...
- Cóż – Thrast pogładził się po brodzie – Nadal nie mówisz mi wszystkiego, ale to na razie mniej istotne.
- Powiedziałem wszystko, nic nie ukrywam – zapierał się młody Kapłan. Siedzieli chwile w milczeniu.
- Widzisz Mortalisie – zaczął Khan'Yen – Nasz młodzieniec jest zielony jak trawa na wiosnę. Mało wie ale serce ma gorliwe, choć wole zachwianą. Mimo to służy Panu, lecz nie tylko. Czci także innego Boga i jest narzędziem w czyimś ręku. Spójrz na niego proszę i powiedz co myślisz.
Nekromanta oparł łokcie o blat stołu wpatrując się w oblicze maga.
- Znałem tylko dwóch jemu podobnych, przedstawicieli jego rasy. Zaprawdę jedni z najpotężniejszych magów śmierci, jakich dane mi było spotkać – przerwał na chwilę – Cóż, widzę w nim jednego z Morn'gilów. Zapał jest ale dużo kamienia do ciosania.
Na twarzy Khan'Yena pojawił się lekki grymas...uśmiech?
- Ah...jeśli chcesz zgłębiać magię śmierci – kontynuował mag odziany w heban – Możesz zrobić to na dwa sposoby. Ścieżka którą kroczysz...albo pójdziesz nią sam i na końcu zawrócisz, jak zrobił już niejeden, nawet sam mistrz Rady, Thazar Anskuld albo posłuchasz i zawrócisz już na jej początku...
- Mortalisie... - Mistrz Thrast wepchnął głębiej gałkę oczną, która omal nie wypadła z oczodołu – Wybacz, że Ci przerwę. Cieszy mnie chęć edukacji tego śmiertelnika, gdyż po to Cię tu weź...zaprosiłem. Jak mówiłem wcześniej podczas naszej rozmowy, potrzeba nam sług. Ten tu – wskazał bladym palcem na młodzieńca – potrafi zginać kolana, zobaczymy za chwile jak bardzo. Oddane ma serce i dusze, sam mam jednak zbyt wiele na głowie by go uczyć. Dla Ciebie jednak było by to...wspaniałe zadanie, mógłbyś sam dzięki temu odzyskać siły.
- Cóż wychowałem nie jednego wiec czemu nie miałbym zająć się nim – na twarzy Mortalisa znaleźć można było tylko obojętność. – Jeśli byłby w połowie tak dobry jak poprzedni to i tak warto...
- To się okaże – Mistrz Thrast rozpłynął się niczym mgła.
W jednym momencie znaleźli się w Świątyni Netherila.
- Oto stoisz młodzieńcze przed ołtarzem Pana. Twoja obecność tutaj może okazać się bluźnierstwem lub pierwszym krokiem na właściwej ścieżce. Stoisz tu teraz przed nami, członkami Rady Nekromantów by złożyć przysięgę i obietnicę. Pan nasz jak nigdy potrzebuje sług, stąd spotka Cię szansa, na która niektórzy poświęcili lata. Na krew i duszę swoją, oczekujemy Twej przysięgi wierności i oddania! Jesteś na to gotowy!? – demoniczny głos Khan'Yen Thrasta dźwięczał pośród kolumn Świątyni.
(http://i.imgur.com/hX9J0yL.png)
Nastała chwila ciszy. Powietrze wypełniło się potężną magią, która wirowała trzęsąc ołtarzem ofiarnym.
- Przysięgnij na krew i dusze lub odejdź i nie wracaj nigdy wyklęty w imię Pana! – ton głosu Mistrza z każdą chwilą przybierał na sile.
- Na krew i duszę, przysięgał służyć memu Panu, Boskiemu Zwiastunowi Śmierci, Władcy Otchłani, Netherilowi! – akolita padł na kolana.
- Czy uznajesz mnie, Khan'Yena, jako Mistrza Rady Nekromantów i przysięgasz wypełniać mą wolę bezwzględnie i zawsze!?
- Przysięgam! – powiedział zdecydowanie.
- Zatem zbliż się do ołtarza i przelej swą krew jako potwierdzenie swoich słów.
(http://i.imgur.com/BS8seSm.png)
Nowicjusz wyciągnął sztylet, chwycił ostrze gołą dłonią i pociągną zdecydowanie. Krew spłynęła cienką strużką na kamienny stół. Thrast wyciągnął małą fiolkę i zebrał odrobinę posoki.
- Zatem stało się... - szepnął cicho Mortalis.
CZ.2 LEKCJA HISTORII
- Z woli Netherila, który przemawia przeze mnie, kroczysz od teraz jako sługa Pana. – mówił Mistrz Rady - Mortalisie, czy przyjmujesz tego nowicjusza jako ucznia swego?
- Niech i tak będzie – zgodził się Nekromanta – Przeleję w to puste naczynie wszelkie mądrości Pana.
- Nakazuje Ci słuchać Mortalisa, wypełniać jego rozkazy jakbym ja sam do Ciebie przemawiał – Khan'Yen zwrócił się do akolity – Będziesz pobierał od niego nauki i gdy on uzna żeś gotów, staniesz przed Radą, która oceni czyś godzien stąpać pośród nas. – spojrzał młodemu magowi prosto w oczy – Mam wobec Ciebie spore oczekiwania...nie zawiedź mnie. Inaczej spotkasz mój gniew...Słowa te wyryły grubą rysę w umyśle maga. Krzątały się po jego głowie nieustannie jednocześnie napawając go dumą.
(http://i.imgur.com/YCIUAH8.png)
Z zamyślenia wyrwało go ciche stuknięcie krzesła o kamienna posadzkę. Znajdowali się w Zamku Nekromantów cierpliwie czekając na to co chce im przekazać Mistrz Rady.
- Ciężki czas nastał dla nas – zaczął Khan'Yen – Rada poszła w rozsypkę, mało pozostało wiernych gorliwie służących Panu. Stąd oto zjawiłem się ja na tym świecie. Zapewne nie słyszałeś o mnie nigdy wcześniej – Thrast skierował swój wzrok ku akolicie – Ale nic w tym dziwnego, gdyż umarłem setki lat temu, zanim się narodziłeś...zanim narodził się ktokolwiek z żyjących dziś. Zasiadałem w Otchłani po prawicy Pana. Gdy ją opuścił, cóż... - mistrz utkwił swój wzrok w płomieniu świecy stojącej na kamiennym stole – Wielkim zdziwieniem było dla mnie iż nikt z Rady nie robi nic, by go odszukać. Dlatego porzuciłem Otchłań by ponownie stąpać po tej ziemi. Wojna Bogów nie wybiera. Nasz Pan stąpa gdzieś po świecie w śmiertelnym awatarze swego oblicza, tymczasem nikt nie robi nic...-walną pięścią o blat – Sam rozumiesz, dlaczego nie ma miejsca na żadne ustępstwa w tym czasie. Nie będę tolerował żadnego sprzeciwu, niefrasobliwości. Twoje ciało i umysł w pełni mając być oddane Panu. Im więcej się nauczysz od Mortalisa tym lepiej.
Mistrz Thrast wstał z krzesła i począł przechadzać się wzdłuż stołu. Zatrzymał się obok Nekromanty.
- Wiem Mortalisie iż normalnie nauki trwają latami i są nieregularne, jednak sam rozumiesz...
- Cóż, wszystko zależy od chłonności ucznia –na twarzy odzianego w czerń maga pojawił się lekki grymas.
- I od nauczyciela sporo zależy. Powaga sytuacji tego wymaga. Teraz już nie ma odwrotu – wrócił do swego siedziska i opadł na nie z trudem – Cóż, jeszcze jedno. Wy dwaj już złożyliście przysięgę wierności i oddania. Wszak są inni... - zerknął na Mortalisa – Każdego kogo uda Ci się sprowadzić, nie wtajemniczaj zbytnio, nie bardziej niż to konieczne. Prowadź ich do mnie. Jeśli nie złożą przysięgi, nie będzie dla nich miejsca – spojrzał na młodego maga – Tak więc, istnienie naszego ucznia jest na razie tajemnicą dla wszystkich.
Młodzieniec odchrząkną głośno.
- Tak? – zapytał Khan'Yen.
- Mistrzu Thraście, czy też mogę się jakoś przysłużyć oprócz skupieniu się na naukach?
- Oh niewątpliwie, niebawem – na jego martwej twarzy pojawił się grymas...uśmiech? – Tedy nie zajmuję Was dłużej – wstał – Mortalisie, dziękuję Ci za dziś... - skłonił się lekko w stronę Nekromanty i wyszedł.
Mortalis zerknął na młodzieńca a na jego twarzy zagościło dziwne zadowolenie.
- Cóż, w pierwszej kolejności pomożesz mi wrócić do dawnej formy. Zaczniemy niebawem. Muszę odkurzyć swoje księgi a tymczasem możesz wrócić do swoich zajęć – odprawił młodego kapłana gestem dłoni.
- Mistrzu Mortalisie... - akolita ukłonił się i ruszył w kierunku wyjścia.
ROZDZIAŁ I
- Ileż można czekać na ucznia – powiedział Mortalis znudzonym głosem.
Młody Akolita wszedł niepewnym krokiem do głównej sali Zamku Nekromantów.
- Mistrzu Thraście...Mortalisie... - skinął lekko w stronę siedzących i zajął miejsce za stołem.
- Witaj – odrzekł Khan'Yen.
- Widać pora na pierwszą lekcję uczniu... - zwrócił się do niego Mortalis nie odwracając głowy – W naszych kręgach panują pewne zasady. Od wczoraj jesteś moim uczniem i masz się do mnie zwracać ,,Mistrzu". Nie zmieni się to dopóki nie uznam, że jesteś gotów stanąć przed obliczem rady... - zniżył ton głosu.
- Tak, Mistrzu Mortalisie – uczeń pochylił lekko głowę.
(http://i.imgur.com/I9jMAgH.png)
Tymczasem Khan'Yen wyjął pomięty zwój i rozwinął go przed sobą.
- Cóz to? – zapytał Nekromanta.
- Nie przejmuj się tym – Thrast machną reką – Udało mi się odnaleść ten zwój. Może okazać się ważny...lecz najpierw muszę odczytać znaki – zamilkł na chwilę – Mortalisie, zdaje się, że przygotowałeś coś na dziś?
- Ah..tak – spojżał na młodego.
- Zatem możecie odejść – Mistrz Rady uczynił wymowny gest dłonią.
Wyszli na zewnątrz. Mortalis wykonał kilka gestów rękami i otworzył portal.
- Co tak stoisz? – zerknął na ucznia – Ciekaw jestem, czy już tam bywałeś. Zapewne Twój ciekawski umysł już Cię tam zaprowadził – na jego twarzy pojawił się szyderczy uśmiech – Wchodź pierwszy...w razie gdyby coś się stało będzie mniejsza strata...
Akolita przełknął głośno ślinę i wskoczył w magiczną bramę.
- Znasz to miejsce?
- Nie Mistrzu – odpowiedział uczeń rozglądając się dokoła.
Znajdowali się u podnóża wysokiej Wieży zbudowanej z kamiennych bloków w kolorze hebanu. Mortalis wszedł pierwszy. Znaleźli się w małym przedsionku, w którym znajdowały się przejścia do poszczególnych poziomów Twierdzy. Był tam ktoś jeszcze...
(http://i.imgur.com/7fswIAm.png)
- Hm...a któż to? – Mortalis spojrzał na nieznajomego.
- O to samo mogłabym zapytać – odpowiedziała postać obojętnym głosem – Tutaj byłam niegdyś uczennicą Redhariusa.
- Jak Cię zwą?
- Khaze...
- Zamieszkałaś w tej Twierdzy? Przez wieki stała niemalże pusta. – dopytywał się Nekromanta.
- I dalej tak jest. Spędzam tu wiele czasu...wybaczcie, na mnie już czas.
- Tak, opuść nas istoto – Mistrz machną ręką.
Kobieta wyszła przez kamienne wrota.
- Do czego to doszło. Jacyś włóczędzy zasiedlili nasz przybytek – Mortalis pokręcił głową niezadowolony – Wielu nie lubi tego miejsca...mówię o Nekromantach. Jednak ja odnajduje w nim prawdziwe skupienie. Ale może dlatego, że sam nadzorowałem jego budowę – podrapał się po głowie patrząc na przejścia – Taaak...to tutaj.
Weszli do owalnego pomieszczenia. Na podłodze wyrysowany był wielki pentagram. Na środku leżał pożółkły pergamin.
(http://i.imgur.com/oLbg9nZ.png)
- Cóż to za śmieci? – Mortalis kopnął lekko zwój. Po chwili podniósł go niedbale i począł czytać mrucząc cicho – Co to za herezje!? – podniósł głos ze zdenerwowaniem.
(http://i.imgur.com/y742iCN.png)
- Coś się stało Mistrzu? – zapytał nieśmiało uczeń podchodząc bliżej by dostrzec pismo.
- Zaprawdę, to co się tu dzieje... - złapał się za głowę – Spalić to! Kal Vas Flam! – pergamin zajął się ogniem. – Ten kto spisał ten pakt, spotka go kara...
(http://i.imgur.com/KxEjvXM.png)
- Wróćmy na górę... - Mortalis skierował się ku wyjściu.
Udali się do komnaty wypełnionej regałami pełnymi starych ksiąg. Gruba warstwa kurzu oraz wszechobecne pajęczyny dawały do zrozumienia, że dawno nikt tu nie zaglądał. Mistrz rozsiadł się wygodnie w kościanym fotelu i sięgnął po pierwszą księgę z brzegu. Wertował chwilę puste karty po czym rzucił woluminem w kąt. Młodzieniec począł przechadzać się pomiędzy siedziskami, gdy w pewnym momencie usłyszał głuchy chrzęst kamiennych drzwi.
(http://i.imgur.com/pSKfJfI.png)
- Ktoś tu jest... – powiedział szeptem zerkając na Nekromantę. Mortalis wstał powoli nasłuchując niespodziewanego gościa. Zbliżył się do kamiennych drzwi oddzielających główną część biblioteczki od małego pokoiku. Złapał za uchwyt...
- Zamknięte... - powiedział.
Odeszli kilka merów przeszukując pozostałe regały. Nagle drzwi do gabinetu otwarły się z hukiem i tajemnicza postać wybiegła z biblioteki. Magowie ruszyli za nią.
Akolita dopadł ją w przedsionku.
(http://i.imgur.com/DTLwNCT.png)
- Stój! – krzyknął w złości.
- Nie zabijajcie! Błagam... - młoda kobieta przywarła do ściany - Nie wiedziałam, że ktoś tu jeszcze będzie, przysięgam! – upadła na kolana.
- Co tu robisz? – Mortalis zwrócił się do niej spokojnym głosem.
- Nic...ja tylko...przechodziłam i chciałam zajrzeć...
- Łżesz! – uczeń przystawił swe ostrze do jej szyi.
- Niee! Nie kłamię!
- Bądź posłuszna a może oszczędzisz swe życie. Jak Cię zwą? – kontynuował Nekromanta.
- Jadya.
- Mów, czego tu szukałaś? Wiem, że przeglądałaś regały.
- Naprawdę nic...
- Nie chcesz gadać? Dobrze... - skinął na młodego kapłana – Na górę z nią.
Kobieta rozglądnęła się niepewnie. Znajdowali się na małym ołtarzu z wyrytą w podłodze hebanową laską. Uczeń pchnął ja mocno by padła na kolana.
- Podejdź dziecino... - powiedział Mortalis.
Zbliżyła się do niego szurając kolanami o kamienny bruk.
- Bliżej... - Nekromanta chwycił dziewczynę i rzucił na ołtarz.
- Mówiłeś, że nic mi się nie stanie! – krzyknęła ze łzami w oczach.
- Cóż, pożytku niewiele z Ciebie, kłamałem. Uwierzyłaś Nekromancie? – zaśmiał się szyderczo.
- Panie...błagam...
- Zamilcz! Twoje szlochania nic nie zmienią. Nie mamy z Ciebie pożytku a nasz Pan wyjątkowo potrzebuje teraz siły więc Twoja ofiara nie pójdzie na marne.
Kobieta złapała się togi młodzieńca
- Błagam...litości...
- Mów czego szukałaś w Wieży!? – ryknął młodzieniec.
- To niczego nie zmieni. Ona nie ma nic do powiedzenia a ofiara z niej będzie dla naszego Pana więcej warta niż potok jej marnych, nic nieznaczących słów... – rzucił Mortalis wyciągając sztylet ofiarny – Dawno tego nie robiłem... - uśmiechnął się krzywo – Cóż, miała być dziś lekcja z historii ale nadarzyła się świetna okazja do lekcji rytuałów – wybuchnął demonicznym śmiechem – Chwyć ją za prawą dłoń.
(http://i.imgur.com/aLh6w9b.png)
Mortalis pociągną ostrzem sztyletu po delikatnej dłoni dziewczyny rozszarpując ją niemal na pół. Krzyczała próbując się wyrwać. Akolita trzasną ją na odlew w policzek. Jej krew spłynęła szeroką strugą na symbol Netherila wypełniając idealnie kształt laski. Nekromanta szeptał inkantacje, które brzmiały coraz rytmiczniej. Do ich uszu dotarł dźwięk pojękiwań, zupełnie jakby inne dusze napływały nad Wieżą tworząc lekki wir energii.
(http://i.imgur.com/5avksPd.png)
- Spójrz uczniu...to jest esencja...gdy byłem w pełni sił, ten wir zataczał krąg, który było widać w samej Delucji. Wkrótce znowu tak będzie – spojrzał na młodzieńca – Musimy złączyć siły. Pomóż mi dokończyć inkantacje.
(http://i.imgur.com/p1tCOkt.png)
Stanęli nad ciałem kobiety unosząc ręce w górę. Ich szepty przeradzały się w coraz to mocniejsze nawoływania. Usta trupa rozwarły się. Z ciała uleciał blady obłok.
Mortalis przyklękną nad ciałem jakby opadł z sił.
- Mistrzu... - uczeń chwycił Nekromantę pod ramię.
- Pomóż mi wstać...mamy gościa – powiedział ze spokojem w głosie jakby kogoś oczekiwał.
U stóp Wieży słychać było rżenie konia. Wrota do Twierdzy otwarły się i zamknęły z hukiem. Po chwili przy wejściu do ołtarza ofiarnego ukazała się tajemnicza postać. Zlustrowała zebranych podejrzliwie.
(http://i.imgur.com/BXdAnzY.png)
- Witaj szanowny magu... - zaczął Mortalis.
- Co się tu dzieje? – twarz przybysza skryta była w fałdach kaptura.
- Cóż... - Nekromanta trącił nogą ciało, które zamienione w proch rozsypało się po ołtarzu – Drobna niefrasobliwość pewnej osoby...
- Ofiara? – oparł się o kamienna kolumnę – Nie należę do Rady lecz mam nadzieję, że nie wadzę tu swoja obecnością?
Nastała chwila niezręcznej ciszy.
- Może chciałbyś wstąpić w jej szeregi? – powiedział pewnie Mortalis jakby czekając na to już jakiś czas.
- Hm...być może, ale Rada nieco się zmieniła. Kiedyś, w dawnej Radzie było miejsce dla takich jak ja, czyli dla tych, co czynem rozlewają krew niewinnych i składają ofiarę...
- Nasz Pan hojnie nagradza każdą ofiarę...
- Wy bardziej poświęcacie się medytacji i modłom...
- Można to zmienić – na twarzy Mortalisa pojawił się tajemniczy uśmiech.
- Jeśli rada potrzebuje szpica to może i bym się nadał...
- Widzisz Czarny Magu, należałem do pierwszej Rady Nekromantów, byłem przy jej narodzinach. Zwą mnie Mortalis. Powstałem z martwych i zamierzam przywrócić dawny blask naszej magii. Jestem mostem a tu przed nami stoi drugi jego koniec – obydwaj spojrzeli na młodego kapłana. – Myślę Czarny Magu, że przydałby się ktoś, kto wyprowadziłby Nekromantów z obłędu, skierował ich na właściwą drogę...przypomniał im czym jest duch wojny. Jeśli chciałbyś się do nas przyłączyć, to wymaga pewnej przysięgi. Możesz to przemyśleć jeśli chcesz, ale możesz też podjąć decyzję teraz.
- Przysięgi? – przybysz zdziwił się lekko – Przysięgę już dawno złożyłem Netherilowi...
- Zatem musisz kogoś poznać... - Mortalis skinął na swego ucznia po czym wyszli na zewnątrz. Młodzieniec wypowiedział magiczne słowa otwierając magiczny portal.
Khan'Yen siedział zgarbiony studiując podniszczony pergamin. Gdy wrota do sali otwarły się powoli podniósł wzrok.
(http://i.imgur.com/75Z0VKU.png)
- Przyprowadziliśmy kogoś... - zaczął Mortalis.
- Witam... - Czarny Mag skinął lekko.
- Witaj przybyszu... - Thrast wstał bardzo powili i niezgrabnie opierając się na krześle.
- Nasz przyjaciel jak i my jest oddany Panu. Dość dobrze zna historie Rady....
- Wiedza to nie wszystko – Khan'Yen uniósł dłoń przerywając Mortalisowi – Było wielu w piśmie, których teraz nie chcą jeść nawet robaki – zmierzył wzrokiem nieznajomego.
- Rozumiem, że rozmawiam z Mistrzem Rady? – zsunął z głowy kaptur odsłaniając swą nienaturalnie bladą twarz.
- Owszem, przejąłem to stanowisko tymczasowo. W Otchłani zasiadałem po prawicy Pana. Nazywam się Khan'Yen Thrast. Rozumiem, iż Mortalis przedstawił Ci obecną sytuację?
- Tak. Kroczymy tą samą drogą, służąc Netherilowi...
Mistrz Rady wydawał się mocno osłabiony. Oparł druga dłoń na kamiennym krześle by nie stracić równowagi.
- Wszystko w porządku Mistrzu? – wtrącił się młodzieniec.
- Gdyby było w porządku pozostałbym w Otchłani. – rzucił groźnie po czym zerknął na przybysza. Stał tak chwilę w milczeniu, jakby chciał przejrzeć go na.
- Rozumiem, że celem jest otworzyć Panu drogę by mógł ponownie wrócić do Otchłani? – zaczął Czarny Mag przerywając ciszę.
- Tak, w obecnej sytuacji przepływ dusz jest zachwiany. Choć to nie jedyny cel. Zanim to się dokona, chcę naprawić to, co zmarnowały pokolenia. Rada powinna budzić strach, a nie wywoływać śmiech.
- A więc co mogę zrobić?
- Cóż...to zależy od Ciebie. Moje zasady są bardzo restrykcyjne, choć bardzo proste. Nie uznaję nieposłuszeństwa, wymagam bezwzględnego posłuchu od każdego, kto złoży mi przysięgę. Każdy kto do nas dołącza składa przysięgę krwi powołując na świadka naszego Pana. Jeśli jesteś na to gotów, chętnie przyjmę Cię do naszego grona.
- Ja w imię Netherila nie cofnę się przed niczym. Jeśli jesteś jego głosem, złożę przysięgę... - Czarny Mag ukłonił się lekko.
Thrast skinął lekko głową i podszedł do stołu ofiarnego, który znajdował się na lekkim podwyższeniu. Chwycił mały, zdobiony sztylet i niewielką fiolkę.
- Czy twe martwe ciało, ma jeszcze nieco nieskrzepłej krwi? – zapytał odwracając głowę.
- Obawiam się, że już dawno nie... - przybysz odsłonił bladą rękę.
- Zatem wystarczy, choć będziesz musiał głębiej rozcinać sobie żyły.
(http://i.imgur.com/PkV73e2.png)
Khan'Yen podał ostrze dla Maga. Mortalis i jego uczeń wstali z krzeseł, przyglądając się uważnie rytuałowi. Nieumarły chwycił sztylet i bez grymasu na twarzy rozciął sobie dłoń. Thrast zebrał nieco skrzepniętej krwi do szklanej fiolki.
- Przysięgam służyć Panu i Radzie, przywracając jej dawną świetność służąc po kres mych dni. Uznając Ciebie za głos Netherila będę wypełniać Twą wolę – pochylił głowę.
Mistrz Nekromantów odłożył fiolkę z krwią i usiadł na swoje miejsce zapraszając nowego członka do stołu.
- Wyraziłeś chęć poznania Słowa Pana. Tradycyjnie każdy nowicjusz...choć to słowo w Twoim przypadku brzmi dziwnie, zaczyna od pobierania nauk. Następnie, gdy jego opiekun stwierdzi, że jest gotowy, Rada decyduje o jego dalszym losie – zerknął na Mortalisa pytająco.
- Cóż, dwóch uczniów...to spore obciążenie lecz jeśli nasz Pan tego wymaga... - powiedział Nekromanta.
- Mortalisie, jak twe ciało? – Thrast zerknął na lewo – Oswoiło się z duszą ponownie w środku? Mam nadzieję, że starczy Ci sił bo mam dla Was zadanie – Mortalis skinął lekko – Podczas gdy Was nie było, studiowałem ten przeklęty pergamin. To ciało marnie mi służy – zerknął po sobie – Ale znalazłem sposób, na odtworzenie swego własnego. Mimo to, będę potrzebował kilku rzeczy.
- Czego Ci trzeba Mistrzu – zapytał Czarny Mag.
- Pewien przedmiot, który kiedyś należał do mnie. Bransoleta. Gdy składano me ciało do ziemi, miałem ją przy sobie. Wchłonęła część mej magii. Dzięki niej, będę mógł zrekonstruować me ciało, choć pewnie ona sama nie wystarczy. Udajcie się zatem na cmentarz niedaleko miasta Vesper. Znajdziecie tam miejsce mego pochówku i mam nadzieję, że ową bransoletę...Ruszajcie – Thrast wykonał gest dłonią, odprawiając zebranych.
Przejeżdżając wrota cmentarzyska natknęli się na kilka zbłąkanych dusz, pałętających się bez celu. Te widząc trzech emanujących magią śmierci jeźdźców rozpierzchły się w jednej chwili. Przeszukali wszystkie grobowce lecz nic nie znaleźli. Uważali, że tak wielka osobistość jak Khan'Yen Thrast została pochowana w jednym z sarkofagów, znajdujących się w nekropolii. Tymczasem...
(http://i.imgur.com/UiOWjgu.png)
- Chyba ten...! – zawołał Czarny Mag na tyłach cmentarza.
- K.Y.T... - szepnął Mortalis zerkając na płytę nagrobka – To nie może być inna jak ta.
Nekromanta przykucnął przy mogile włożył dłoń do pękniętej trumny.
- Mistrzu, wyczuwasz coś? W tej szczelinie może cos być – odezwał się młody Akolita.
- Tak uczniu, wyczuwam że powinieneś się tym zająć. Zakasaj rękawy... - skinął na trumnę.
(http://i.imgur.com/KQMATzn.png)
Młodzieniec skrzywił się lekko lecz posłusznie wykonał polecenie mentora. Przyklęknął i włożył rękę do szczeliny. Grzebał tam chwilę po czym wyciągnął strzęp materiału w charakterystycznym niebieskim kolorze. Podał Mortalisowi.
- Gdzieś to już widziałem... - szepnął mag po czym zerknął na niewielkie zejście do starej kryjówki wampirów. Wskazał palcem.
- Zejdźmy i się przekonajmy... - Nekromanta ruszył zdecydowanym krokiem.
- A cóż to...któż to..? –wampir wyszczerzył kły widząc trzech magów.
- Wstrzymaj swe rządzę Immorth... - syknął Akolita obchodząc wampira dookoła – Mistrzu to ten! – krzyknął wskazując palcem podartą szatę.
Młodzieniec wykonał szybki ruch pudao przykładając ostrze do szyi grabieżcy.
(http://i.imgur.com/rWffmHm.png)
- Szabrownik jak rozumiem? – powiedział Mortalis zerkając z grzbietu swego konia.
- Nikt nie dogląda tych grobów... - powiedział krwiopijca.
- Jak widać ty doglądnąłeś aż nadto.
- Zakopuję ich, coś mi się należy. Na co im kosztowności.
- Obawiam się, że masz coś co należy do Nas – rzucił krótko Czarny Mag.
- Hę? – zdziwił się lekko – Sprzedaję cały ten złom. Chodzi Wam o cos konkretnego? Przez tyle lat, wykopałem wiele rzeczy...
- Szukamy bransolety z konkretnego grobowca. Wygląda na świeżo rozkopany, więc pamięć twa na pewno sięga tak daleko. – kontynuował Mortalis.
- Zaiste, rozkopał go jakiś jegomość... Chciał mi sprzedać tę błyskotkę lecz żądał za dużo. Potem widziałem jak wychodzi przez bramę.
- Gdzie go znajdziemy? – spytał Nieumarły – Radze Ci dobrze pomyśleć i wskazać nam drogę.
- A skąd ja mam to wiedzieć? – wampir rozłożył szeroko ręce – Wyglądał na pustelnika. Miał dziwny akcent, jakby pochodził z innego kontynentu. Nie pytałem o nic, bo po co mi to ale wspomniał coś o dzikusach. W każdym razie nie wyglądał na wojownika, bardziej na maga. Śmierdział bagnem. Jego toga miała podobny kolor do tego tu... - skinął na młodego kapłana. - Ah... i uszy...szpiczaste chyba.
- Zatem Drow. Ale chwila, chwila – Czarny Mag zeskoczył z konia – Sadzę, że nie możemy tego tak puścić płazem... - wskazał palcem wampira - Widział hebanowy znak na nagrobku a mimo to...
- Zostawcie go...to zwykły szabrownik – uspokoił nowicjuszy Mortalis – Ruszajmy.
- Wiesz Cappaadocianinie, jeśli nas kłamiesz, wrócimy tu...
Zastanawiali się chwilę, gdzie wznowić swe poszukiwania. Było wiele miejsc, gdzie osiedlili się barbarzyńcy. Młody Akolita przypomniał sobie, że niewielkie plemię zamieszkuje bagna nieopodal Osady Aurin. W głębokim lesie znajduje się karczma. Być może znajdą tam jakieś informacje.
Dwaj nowicjusze pewnym krokiem przekroczyli próg gospody.
(http://i.imgur.com/8HD1nVQ.png)
- Co podać? – zapytała karczmarka.
- Informacje. Mieszka tu jakiś pustelnik? – syknął Kapłan.
- Za te płaci się więcej niż za trunki...
- Ty chyba jesteś tu zupełnie sama? – powiedział Czarny Mag podchodząc do właścicielki.
- Poważnie, zrobię dziś użytek z tego pudao – młodzieniec wstał z krzesła i przeciągnął ręką po ostrzu.
- Dobrze, dobrze.. – przestraszona karczmarka uniosła dłonie – Tam, nad rzeką... - wskazała palcem.
Zbliżając się do brzegu jeziora zauważyli niewielką, bambusową chatę. Stróżki dymu unoszące się z otworu w dachu zdradzały czyjąś obecność. Weszli do środka...
(http://i.imgur.com/NyQwFaj.png)
- A czego tu!? – pustelnik zerwał się na równe nogi.
- Tak witasz gości? – powiedział spokojnie Czarny Mag.
- Nie lubię gości...
- Nas polubisz, obiecuję Ci... - na twarzy maga zagościł szyderczy uśmiech.
Mortalis zerknął na prawą dłoń Drowa. Ten widząc to zakrył dłoń rękawem.
(http://i.imgur.com/X9xid33.png)
- Nie chcecie iść? – skrzywił się szpiczastouchy – Kal Vas Xn Tor! – wypowiedział inkantację.
- Próbujesz nas tym wystraszyć marny magu?
- Tak, dokładnie tak. Bierz ich! – pustelnik wskazał palcem na magów śmierci.
(http://i.imgur.com/m9uWnYD.png)
W jednym momencie w pomieszczeniu zmaterializował się olbrzymi Demon. Rzucił się na trzech jeźdźców w szaleńczej furii. Akolita spiął kościanego konia i ruszył do ataku. Ciął zawzięcie swym pudao podczas gdy Czarny Mag wypowiadał mroczne inkantacje osłabiając przeciwnika. Demon był nadzwyczaj silny. Machał swymi błoniastymi skrzydłami powalając pobliskie drzewa. Walczyli długo i zawzięcie...
- Corp Por! – Nieumarły uderzył energią magiczną. Demon padł martwy.
Tymczasem Mistrz Mortalis zajął się pustelnikiem. Gdy dwaj nowicjusze weszli do chaty, na środku pomieszczenia zastali martwego złodzieja. Czarny Mag kucnął przy zwłokach.
- Jest nasza zguba – ściągnął bransoletę z ręki truchła i podał Mortalisowi. Ten przetarł artefakt rękawem i schował w fałdy swej szaty.
(http://i.imgur.com/0ZJhVPL.png)
- Mistrzu... - weszli do sali i zajęli swe miejsca.
Mortalis podał odnalezioną bransoletę Khan'Yenowi.
- Mieliście z tym trudności? – spytał unosząc błyskotkę.
- Cóż, pomoc mych uczniów okazała się bezcenna...Moje ciało jeszcze nie jest do końca sprawne a nie obyło się bez walki.
- Jak mówiłem, liczą się dla mnie efekty – obrócił bransoletę w dłoni – To w prawdzie tylko jeden z trzech elementów układanki ale mam już coś, co było związane z mym śmiertelnym ciałem.
- Są jeszcze jakieś inne zguby? – dopytywał się Czarny Mag.
- Nie zupełnie zguby. Jedną rzecz świadomie oddałem komuś, kogo uznawałem za godnego następcę. Trzecia rzecz właściwie została ukryta – zerknął na każdego z osobna – Spisaliście się świetnie, nie mogę wymagać dziś od Was więcej. Udajcie się na zasłużony spoczynek. Wezwę Was w odpowiednim momencie... - skinął lekko i wyszedł z Sali.
Głośne krakanie kilkunastu pośpiesznie odlatujących wron ledwie zagłuszało ryk rozdzierający się po całym lesie... chociaż ryk... to mało odpowiednie słowo. Konwulsyjny jazgot płonącego żywcem ettina.
-UCISZCZE GO BO CAŁY LAS ZWALI NAM NA GŁOWY!!
Młoda elfka błyskawicznie napięła łuk i wypuściła zaklętą strzałę prosto w rozwartą paszczę potwora. Grot, napotkawszy na swej drodze jedynie miękkie podniebienie, wbił się głęboko w mózg istoty i eksplodował.
- cholera! – zakuty w lekko podrdzewiałą już zbroję wojownik, który stał najbliżej stworzenia, odskoczył gwałtownie by uniknąć kontaktu z rozbryzgującą dookoła tkanką.
-mówiłem żeby go ominąć, pewnie i tak nic przy sobie nie miał- podszedł do zwłok i bezceremonialnie kopnął je, tak by obróciły się na plecy.
- ale śmierdzi! Parszywy czarowniku! Nie mogłeś go porazić czy co? zaraz zrzygam się!!!
- wtedy też by się zapalił, lepiej przeszukaj jego sakwy.
Wojownik zatkał nos skórzaną rękawicą i klnąc wyjątkowo szpetnie zabrał się za przeszukiwanie zwłok.
-tu jest coś dla ciebie – rzucił czarodziejowi główkę czosnku.
Młody Nord, adept sztuk magicznych złapał ją, po czym odrzucił w krzaki – a na cholerę mnie ten badyl? W magazynie mam ze 3 skrzynie tego. Sprawdź lepiej czy miał szmaragdy, ćwiczę nowe zaklęcie.
- Zobaczmy... nie, szmaragdów nie widzę. Jest tylko diament, trochę rubinów... chcesz?
-Pff... nie opłacę tym nawet kilku minut nauki... Ta wyprawa to jakaś porażka...
Elfka z gracją niespotykaną u innych ras wskoczyła na swego białego rumaka i skinęła delikatnie głową.
-Zgadzam się, wracajmy do miasta, robi się ciemno. Jutro wznowimy poszukiwania.
Chociaż nie zawędrowali daleko, nim ujrzeli przed sobą mury miasta oświetlone pochodniami, słońce już całkowicie schowało się za horyzontem. Zmęczeni popędzili konie by jak najszybciej znaleźć się w karczmie i rozgrzać zmarznięte kości dzbankiem dobrego, mocnego wina.
Nagle czarodziej zbladł jak ściana, jękną, złapał się za skronie i ciężko dysząc zsunął się z grzbietu konia. Wywalił gałki oczne w głąb czaszki. Kamienny stół w ciemnej komnacie... rozpadający się trup odziany w pogrzebowy całun siedzący u szczytu stołu... wołał go... zamek na skałach, fale rozbijające się o klify... i ból, przeraźliwy ból!
-Czarowniku! Czarowniku!
Nord otworzył oczy, to jego kompan wołał go, tłukąc przy tym zawzięcie po spoconej twarzy.
Czarodziej podniósł rękę na znak, że już wrócił między żywych, pozbierał się niezdarnie i wysapał:
- Wołanie, wołają mnie. Muszę iść... tak... tak... czas na mnie...
- Co ty bredzisz? Kto cię woła? I na Bogów... co Ci się stało!?
-Dowiesz się innym razem... jeszcze nie czas... Zanieś moje sakwy do banku, jutro porozmawiamy.
Czarodziej nie czekając na odpowiedź wyciągnął z plecaka runę teleportacyjną... i mrucząc coś pod nosem rozpłynął się w powietrzu.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jaszczurka wygrzewała się w słońcu, leżąc na czaszce jednego z wrogów Pana Śmierci, przykutego do skały i zapewne zagłodzonego lata, o ile nie dekady temu. Nagle tuż obok, na samym brzegu morza, zmaterializowała się odziana w bure, znoszone szaty postać norda. Rozejrzała się dookoła, przechyliła głowę pierw w lewo, następnie w prawo, strzelając przy tym stawami, ruszyła pośpiesznie w stronę bram zamku. Jakiś szmer, łoskot, błysk niebieskiego światła. Na środku plaży pojawiła się magiczna brama, z której wyszła kolejna postać. Elf, odziany w czarną togę wykonaną z najlepszych tkanin. Człowiek spojrzał na nekromantę po czym skinął głową na znak powitania.
- Mistrzu, rad jestem że cie widzę.
Elf podrapał się spokojnie za uchem po czym również skinął głową.
-Nie wątpię. Ruszajmy, czekają na nas.
W komnacie jak zawsze panował półmrok... nie było tam praktycznie nic prócz długiego, masywnego, kamiennego stołu otoczonego wysokimi krzesłami utrzymanymi w tym samym stylu. W sali zebrało się już kilka osób, większość ubranych podobnie do elfa. Na szczycie stołu zasiadł nieumarty, spojrzał na nowoprzybyłych i nakazał im zająć swoje miejsca. Czekał spokojnie aż wszyscy usiądą po czym otworzył usta by coś powiedzieć, jednak w tej samej chwili po sali poniósł się głośny rechot. Za plecami Mistrza Rady pojawiła się zjawa odziana w luźno powiewające resztki czarnej togi.
Nieumarły pomasował się po skroni i powoli zaczął mówić.
-Dobrze, skoro wszyscy już są, powiedźcie mi proszę, czy ktoś z was był ostatnio w świątyni Pana?
Nekromanci spojrzeli po sobie jednak nikt nie odezwał się. Mistrz westchnął cicho, pokiwał głową po czym zaczął kontynuować.
-Udacie się zatem w to miejsce teraz. Coś tam jest nie tak. Nie potrafię powiedzieć co dokładnie... –chwycił dłonią swoją gałkę oczną, która wypadła podczas kiwania, i wepchnął ją na swoje miejsce – ale coś jest nie tak... czuję to wyraźnie...
Spojrzał na zebranych po czym dodał – Ruszajcie.
(http://i.imgur.com/tuBKNkc.png)
Powietrze było dość chłodne a okolica wyjątkowo ponura. Wciśnięta w ścianę magiczna brama obłożona wielkimi, zniszczonymi kamieniami, pobłyskiwała czerwonym światłem i buczała cicho... Weście do głównej świątyni Netherila... Nagle martwy spokój, który zwykle królował w tym miejscu, został zakłócony głuchym łoskotem. Z ziemi wylał się portal błyszczący szmaragdowym światłem. Magiczne przejście unosiło się chwilę w powietrzu, po czym rozbłysło mocniej i wypluło z siebie odzianą na czarno postać... i jeszcze kolejne cztery, wszystkie lubujące się w martwych, ponurych kolorach.
Akolici i kapłani boga śmierci rozejrzeli się, spojrzeli po sobie i ruszyli w stronę przejścia. Na szpicy szedł jedyny przedstawiciel Gwardii Netherila obecny w tej wyprawie. Na głowie nosił kościaną maskę przypominającą czaszkę, na ramieniu oparł wielki młot bojowy. Sądząc po dźwiękach jakie towarzyszyły każdemu krokowi gwardzisty można było wywnioskować że nosi na sobie jakąś zbroję, jednak trudno było cokolwiek wywnioskować spod ciemnego płaszcza, szczelnie owijającego postać.
Na pierwszy rzut oka w świątyni nie zmieniło się prawie nic. Miejsce było ponure jak zawsze, powietrze zimne jak zawsze, drzewa martwe jak zawsze. Nekromanci skierowali się w stronę szerokich schodów wykonanych z czarnej cegły i zaczęli powoli wspinać się na szczyt. Dopiero gdy dotarli, zrozumieli o co chodziło wielkiemu mistrzowi. Z kamiennego blatu zniknęły wszystkie artefakty- zastąpiono je złotymi świecami. Na samym dole wyrysowanego krwią pentagramu który chyba od zawsze zdobił podłogę tego miejsca, ktoś umieścił kulę pobłyskującą złotym światłem. Czarni magowie rozstawili się dookoła i zaczęli zawziętą dyskusję ma temat tego czym owa kula jest i jak się jej pozbyć. Elficki nekromanta przykucnął powoli, podrapał się za uszami jak to najwyraźniej miał w zwyczaju i nie spuszczając artefaktu z oczu powiedział beznamiętnym głosem:
Chyba widziałem już coś takiego, pamiętasz przyjacielu? – zerknął w stronę gwardzisty który właśnie podejmował próby szturchnięcia artefaktu swoim młotem. Wojownik pokiwał głową i ze wzrokiem cały czas utkwionym w przedmiocie wymamrotał:
– W świątynie Deli, mam rację?
-mhm... ten artefakt będzie pochłaniał moc z otoczenia... tak długo aż zabraknie mu miejsca lub nie będzie miał już co pochłaniać... a wygląda na to ze miejsca ma aż nadto...
Ciche szuranie sprawiło że wszyscy spojrzeli na schody po których właśnie wchodził kolejny nekromanta. Przywitał się uprzejmie a następnie oparł się o filar i zaczął strugać marchewkę tak jakby wszystko co dzieje się dookoła nie było godne jego uwagi. Elf parsknął cicho i przysunął się bliżej kuli, wyciągając jednocześnie rękę w jej kierunku. Przedmiot natychmiast zareagował, zabuczał głośniej i wypuścił z siebie ładunki energii, które trafiły wszystkich zebranych. Większość instynktownie cofnęła się. Zjawa która do tej pory tylko chichotała i potrząsała swoją latarnią wycharczała – A więc to może nas zabić? – zmaterializowała się za plecami młodego norda – wepchnijmy tam ucznia! Zobaczymy co się stanie – zarechotała złośliwe i rozpłynęła się w powietrzu. Nekromanta który do tej pory interesował się jedynie warzywem, rozejrzał się po zebranych twarzach i z ustami rozciągniętymi w uśmiechu wypalił - możemy umrzeć w świątyni boga śmierci? Paradoks, na dobrą sprawę powinniśmy się w to rzucić. – dyskusja między kapłanami rozgorzałą na nowo. Uczeń, który stał najdalej od kuli, przyglądał się tej scenie z coraz mniejszym zainteresowaniem, gdy nagle usłyszał za plecami jakiś szelest. Odwrócił głowę i wbił wzrok między wiecznie nagie, obdarte z liści i kory drzewa – Coś tam jest! – Nekromanci jak jeden mąż zamilkli i spojrzeli na młodzieńca, który z kosturem uniesionym w pozycji obronnej ruszył w stronę hałasu. Nie doszedł jeszcze do połowy schodów gdy jego uszu dobiegło głośne CHOLERA! Z pomiędzy gałęzi wyrwał się potężnie zbudowany, nawet jak na przedstawiciela swojej rasy krasnolud. Rzucił gniewne spojrzenie nordowi i popędził w stronę wyjścia. Młody skoczył w jego stronę a nekromanci zablokowali jedyną drogę ucieczki. Krasnolud podniósł topór i przepitym głosem wychrypiał – Puśćcie mnie to nie pozabijam was! – Kapłan Netherila który przybył do świątyni jako ostatni podszedł do ucznia i powiedział cicho- idź na zewnątrz i popilnuj wejścia do świątyni, my musimy porozmawiać z naszym przyjacielem...
(http://i.imgur.com/ropruDX.png)
Hmm... powoli zaczyna świtać... Uczeń stał oparty plecami o grzbiet swojej wiernej szkapy. Dobrze mu służyła, starał się nie przywiązywać do niej... ale to zwierze przeszło z nim ostatnio naprawdę wiele, było wiernym towarzyszem wszystkich podróży. Tak... szkapa dobrze mu służyła i będzie służyć jeszcze długo... także po swej śmierci... Spokojną lecz wiejącą nudą kontemplację przyszłego nekromanty przerwał rozbłysk czerwonego światła, ktoś przeszedł przez bramę. Młodzieniec szybko odwrócił głowę w kierunku źródła światła. Krasnolud. Spojrzał na norda, po czym wypiął dumnie pierś i ruszył pewnym krokiem przed siebie. Akolita szybko wepchnął rękę do sakwy ze składnikami zaklęć i zakrzyknął – Stop! Ani kroku dalej! – krasnolud obdarzył czarodzieja kpiącym uśmiechem po czym odburknął – zostaw mnie, tamci pozwolili mi odejść – Kolejny rozbłysk czerwonego światłą, znowu ktoś przeszedł przez bramę. Drugi uczeń. Podszedł powoli do norda i powiedział tylko – Puść go.
Oboje przyglądali się krasnoludowi, który dziarsko zmierzał w stronę wyjścia z kotliny. Gdy tylko brodata istota oddaliła się od świątyni, z przejścia wyszedł elficki nekromanta, podszedł do uczniów i wysyczał – śledzimy go. Chociaż wojownik maszerował szybko jak na swój rozmiar, to jednak nie wystarczająco szybko. Trzech magów śmierci szybko złapało trop i dotarło do miejsca docelowego wędrówki. Przed sobą ujrzeli Krasnoluda, który rozmawiał z jakimś magiem, prawdopodobnie człowiekiem, odzianym w piękne szare szaty oraz z twarzą skrytą pod rondem wielkiego kapelusza ze szpiczastym czubkiem. Nagle między uczniami rozbłysnął czarny portal z które zaczęli wychodzić nekromanci. Czarodziej odwrócił się w ich stronę po czym rzucił do krasnoluda – zajmij się tym, w końcu za to ci płacę – ostatnie słowo wypowiedział rozpływając się niczym mgła w powietrzu. Krasnolud chwycił swój topór w obie ręce – mówiłem żebyście mnie zostawili, teraz musze was zabić- Nekromantów jednak było zbyt wielu, szybko okrążyli wojownika, sparaliżowali go i wytrącili mu broń z ręki. Starszy z uczniów podszedł do brodacza i bez namysłu przebił go sztyletem, wpychając ostrze po samą rękojeść. Krasnolud zacharczał, opluł swojego kata krwią i ciężko zwalił się na ziemię.
- Pięknie, po co go zabijałeś? – Gwardzista spojrzał gniewnie na akolitę – Martwi nie są już tak gadatliwi jak wcześniej...
Elf podniósł dłoń przerywając wypowiedź przyjaciela. Zsunął z głowy kaptur odsłaniając swe śnieżno- białe włosy i ukazują niemal że hebanową cerę, przyklęknął nad trupem. Wyciągnął z sakwy kilka kości, rozgniótł je w dłoni i wysypał na truchło, jednocześnie opierając drugą dłoń na jego piersi i mamrocząc pod nosem długie i skomplikowane zaklęcie.
Truchło zacharczało, wygięło się w łuk, z jego ust i nozdrzy zaczęła sączyć się czarna mgiełka. Opary zbierały się chwilę nad zwłokami by w końcu przyjąć kształt mniej bądź bardziej przypominający krasnoluda. Mglista postać szarpnęła się wściekle po czym zawyła przeraźliwie. Niestety zaklęcie, które ożywiło ją, było niemal że nie do złamania.
- Coś...ście uczyn.. nili parszyywi magoowie! Jak śmie..eecie bez...cześcić moje zwłooki!?
- To ty zostawiłeś artefakt w świątyni?
Zjawa wydała przeraźliwy jazgot – A czeee..muż to ma..am wam odpowiaaadać? Zaabić i tak... już mnie nie moo..żecie – kolejny jęk.
- Śmierć nie jest najgorszym co może spotkać cię z naszej ręki... jeśli chcesz byśmy kiedykolwiek uwolnili twoją duszę to odpowiesz na wszystkie pytania.
Zjawa zamilkła i zawisła w powietrzu, dokładnie nad swoimi zwłokami. – Ja... ja zoo os...stawiłem kulę...
Nekromanci odprężyli się nieznacznie, odzyskiwali kontrolę na sytuacją.
- Czym ona jest?
- N.. nie... nie wiem... Czaroodziej ka azał więc z...z ostawiłeem!
- Czemu wykonujesz jego polecenia?
- Płacił n..n.. nam czysty..m złootem!
-Nam? Więc jest ktoś jeszcze?
- J..JJ..a i mm...oja kompania aa!
- Gdzie odnajdziemy zatem twoich przyjaciół?
- Roozdziel...liliśmy się... w... stolicy... cz..y terraaz uwolnicie mniiee?
Jeden z nekromantów podszedł do zjawy. Wciągnął głęboko powietrze po czym uśmiechnął się pobłażliwie.
- Zbłądziłeś przyjacielu... jednak teraz damy ci możliwość odkupienia swych grzechów. Odejdź do otchłani, Pan przebaczył Ci...
Zjawa rozpłynęła się najwyraźniej nieświadoma tego co właśnie uczynił jej czarny mag... cóż, miała się dowiedzieć tego niebawem...
Nekromanci spojrzeli po sobie, następny cel ich wędrówki był jasny... czas udać się do stolicy Sosarii.
(http://i.imgur.com/3QbWPOc.png)
W porcie Brytanii było spokojnie, rybacy wypłynęli już na połów, podczas gdy złodzieje nie wstali jeszcze po nocnych robotach. Na pomoście błysnęło niebieskie światło, księżycowa brama. Z przejścia kolejno wynurzały się odziane na czarno postacie.
Przedstawiciel gwardii Netherila poprawił młot na swym ramieniu – powinniśmy zacząć od portowej karczmy, jest tam pewien paser, przedstawiciel gildii złodziejskiej. Wie o wszystkim co dzieje się w mieście.
Karczma mimo że prawie pusta, cały czas była przesiąknięta zapachem podłego alkoholu i taniego, śmierdzącego tytoniu- pozostałościach po nocnych hulankach marynarzy. Nekromanci weszli do środka. Osoba, której szukali od razu rzuciła się w oczy. Pysk typowego cwaniaka, lekko obity, zaczerwienione oczy, uśmiech w którym dało się dostrzec kilka złotych zębów... i paskudny, zardzewiały kordelas leżący na stole, w zasięgu ręki pasera.
- Złodzieju. Szukamy kogoś... Czarodziej odziany na szaro, i kilku towarzyszy, w tym krasnolud.
Złodziej uśmiechnął się paskudnie, pokazując że nie wszystkie luki w uzębieniu zdążył do tej pory uzupełnić złotem – Może... nie wiem, nie pamiętam chyba. – Wyszczerzył się bezczelnie. Starszy z uczniów spojrzał na niego z agresją w oczach i wycedził przez zaciśnięte zęby – a jak połamiemy Ci palce to przypomnisz sobie!?
Gwardzista obdarzył ucznia gniewnym spojrzeniem po czym nakazał mu zamilknąć. Wyciągną z kieszeni płaszcza mieszek pobrzękujący złotem i cisnął go na stół – A teraz? – Złodziej bezceremonialnie porwał sakiewkę i zważył ją w dłoni – chyba coś zaczyna mi świtać... Byli tu ostatnio tacy. Dziwna kompania... Czarodziej, krasnolud, elf i człowiek... nie wiem jak oni do cholery dogadywali się między sobą. Zabawili kilka dni, wypytywali o nas o różne informacje, głównie o nekromantów – przyjrzał się czarnym togom – płacili złotem za każdy ochłap – rozsiadł się wygodniej na ławie.
- Gdzie są teraz?
- Ah... stary jestem... pamięć już nie ta... - obdarzył magów śmierci kolejnym powalającym uśmiechem. Jeden z nekromantów cisnął na stół kolejną sakiewkę złota. Paser schował go do kieszeni, napił się z brudnego kufla po czym odparł – Rozdzielili się kilka dni temu. Jeden znich, nie pamiętam który... - zatrzymał się widząc że jego rozmówcą powoli zaczynają puszczać nerwy – Tym razem poważnie nie pamiętam! Chyba czarodziej, udał się do Vesper. Szukał jakiegoś Parinsa... Prinsa... Perginsa... Tak, na pewno Perginsa. Podobno ma on jakąś tam księgę...
Nekromanci dowiedzieli się wszystkiego czego potrzebowali, opuścili obleśny przybytek bez słowa pożegnania.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Spokojne życie Vesper przerwał głośny dźwięk galopujących wierzchowców. Przez targowisko przewaliło się sześć czarnych jak noc sylwetek... kierowali się prosto do wieży magów...
Nekromanci zatrzymali się tuż przed drzwiami. Jeden z nich obejrzał budynek i cicho wymamrotał – w środku jest starzec, uczony i specjalista w wyrabianiu magicznych ksiąg. Powinien wiedzieć gdzie znajdziemy Perginsa... tylko że- rozejrzał się po akolitach Netherila- nie mogę tam wejść... i on też nie- wskazał skinieniem głowy na wojownika - Ostatnio ukradliśmy mu księgę, pozna nas.
Wojownik wyciągną z kieszeni drewnianą fajkę i nabił ją tytoniem- może uczeń pójdzie?- wskazał na norda – i jego mistrz... niech uczą się współpracy... Tylko zdejmijcie te togi, staruszek może źle zareagować na czarny kolor.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Uczony siedział z swoim biurkiem i skrobał coś w jednej z ksiąg, gdy drzwi do pokoju otworzyły się gwałtownie. Jego oczom ukazało się dwóch mężczyzn, dość wiekowy elf i młody człowiek. Obaj odziani w perfekcyjnie wykonane, skórzane tuniki. – Pięknie, znów ktoś będzie zawracał mi głowę...- pomyślał, jednak na głos powiedział coś zupełnie innego- Oh, witam, w czym mogę szanownym panom pomóc?- mężczyźni spojrzeli po sobie, po czym starszy powiedział
– szukamy niejakiego Perginsa, wiesz gdzie jest?
- Perginsa... a po cóż go szukacie jeśli mogę zapytać?
- Chcę kupić księgę zaklęć dla mojego ucznia – Elf wskazał młodzieńca.
- Księgę? Ja też mogę sprzedać wam księgę, znam się na tym, większość magów w Sosarii korzysta z mych wyrobów – Starzec uśmiechnął się pogodnie
- Nie, to musi być Pergins... jest moim... naszym przyjacielem. Tylko do niego mam zaufanie...
W głowie uczonego zaczęły rodzić się podejrzenia... nie zwrócił jeszcze na to nawet uwagi, ale cóż... ziarno zostało zasiane.
- Obiecuję że mam tu wszystko czego potrzebujecie, nie zawiedziecie się. Jaka to ma być księga?
- Powiedź nam po prostu gdzie znajdziemy tego człowieka i znikamy. Nie mamy czasu na to wszystko!
Kolejna myśl- A to tupet... obrażać moje dzieła... i Pergins... co oni się tak na niego uparli... czego oni chcą od mojego starego przyjaciela!?- Podejrzenia w głowie starca zaczynały nabierać na sile. Wpadł jednak na dość prosty pomysł.
- Skoro jesteście przyjaciółmi Perginsa... to zapewnie wiecie jak on się nazywa?
Na twarzach mężczyzn zaczęło malować się zmieszanie. Starzec rozciągnął usta w lekkim grymasie... coś jakby uśmiechu?
Nagle drzwi do pokoju roztwarły się z głośnym hukiem. Do pomieszczenia wparował starszy z Uczniów – Ja znam nazwisko! – podskoczy błyskawicznie do starca i zacisnął brutalnie rękę na jego krtani. Do pokoju wbiegli pozostali wyznawcy boga śmierci. Uczony zbladł widząc ich szaty. Gwardzista warknął głośno na porywczego akolitę i nakazał mu zwolnić uścisk... to był błąd. Wytwórca ksiąg gdy tylko odzyskał oddech, wypuścił potężny podmuch energii, który cisnął uczniem o ścianę.
-PRECZ!
Po jego przedramieniu zaczęły przeskakiwać języki ognia. Wszystkie kierowały się do ręki, tworząc kulę ognia.
-WYNOCHA! –powieka starcza zaczęła nerwowo drgać. Nekromanci widząc ilość mocy przepływającą przez ich przeciwnika natychmiast rzucili się do ucieczki. Nagle kula ognia uderzyła w pierś elfa, rozbiła chroniące go magiczne lustro i wypaliła ogromną dziurę w ciele. Jeden z rozprysków płomieni rozwalił ramię najmłodszego z zebranych. Chłopak osunął się na kolana chowając zmasakrowaną rękę pod siebie. Któryś z czarnych magów starał się go podnieść, lecz kolejna kula płomieni trafiła nekromantę w twarz. Kolejny dźwięk pękającego lustra. Maga cisnęło w regał z książkami jak szmacianą lalką. Uczeń pośpiesznie wyczołgał się z pokoju. Płomienie z płaszcza który zajął się ogniem podczas eksplozji kuli przysłaniały my wzrok... przed nim zamajaczyły dwie zjawy... duchy nekromantów...
Nie tak łatwo zgładzić z tego świata wybrańców Netherila...
(http://i.imgur.com/bd6BE9G.png)
Nord spojrzał w niebo, z którego powoli spadały małe, idealnie białe płatki śniegu... Matka zima wydostała się z lodowych wysp i zaczęła rozpościerać swoje skrzydła nad Sosarią. Młodzieniec ruszył powoli w stronę banku, z każdym krokiem wydając ciche mlaśnięcie butów wyrywanych z błota. Pod bankiem Cove ostatnio bywało coraz tłoczniej, kupcy i rzemieślnicy przekrzykiwali się, znów jakiś mało rozgarnięty głupiec zostawił swego tłustego konia pod samym przejściem, blokując wszystko dookoła. Zwierze parsknęło cicho, po czym podniosło ogon i zostawiło na samym środku wejścia do budynku wieki placek. Czarodziej zaczął przeklinać pod nosem, licząc najwidoczniej na to, że ukróci to nieco czas oczekiwania. Nic z tego. Spojrzał w stronę szpitala z którego właśnie wracał. Ramię niby goiło się... ale wyjątkowo powoli i paskudnie. Według uzdrowiciela zostanie całkiem spora blizna. –W czym mogę pomóc? – Młodzieniec wyrwał się z zadumy. Zauważył że dziewczyna pracująca w banku wpatruje się w niego. ,,No nareszcie". Wyciągnął z kieszeni klucz do skrzyni i bez słowa podał go kobiecie. Dziewczyna kojarząc już postać młodzieńca, zabrała klucz i odwróciła się na pięcie. Wróciła po chwili, niosąc ze sobą skromnie wyglądającą skrzynie.
Odziany w bure togi młodzieniec grzebał w kufrze, co chwila wyciągając garści jakichś ziół i upychając je w sakwie. –Gotowy? – Chłopak zerknął przez ramię i ujrzał za swoimi plecami owiniętą czarnym płaszczem postać, która opierała na ramieniu wielki młot bojowy. Członek Gwardii Netherila był chyba jedyną osobą która wyszła bez szwanku ze starcia ze starym czarodziejem Vesper. Błąd narwanego ucznia kosztował Radę sporo krwi... Przyszły nekromanta nie musiał pytać o co chodzi, spodziewał się że niedługo zostanie wezwany. Kiwnął tylko głową, porwał swój plecak i ruszył w stronę stajni. Po kilku chwilach oboje pędzili już w stronę bram miasta.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Statek szmuglera był całkiem zwinny, jednak nim dotarli do Vesper zapadł już zmrok. Dwie postacie przemknęły przez miasto i pognały w stronę wieży magów. Młodzieniec rozejrzał się po okolicy po czym wbił wzrok w gwardzistę i wypalił:
- A gdzie reszta? Może przybyliśmy przed czasem...
- Nie ma reszty, nie zdążyli jeszcze dojść do siebie po ostatnich... wydarzeniach. Za godzinę powinna być tu kapłanka. Pomoże nam.
Czekanie dłużyło się niemiłosiernie, jednak kapłanka była punktualna. Nadjechała na swym czarnym jak ukrywająca jej twarz noc koszmarze... i wbiła wściekłe spojrzenie w młodzieńca. Zeskoczyła z wierzchowca i wysyczała – a więc to ty jesteś uczniem elfa!? – nie czekając na odpowiedź zrzuciła młodzieńca z konia, złapała za gardło i uniosła wysoko nad ziemię. Przyjrzała się jego twarzy, po czym bezceremonialnie zwolniła uchwyt. Uczeń zwalił się ciężko na kolano. – Przekaż swojemu mistrzowi pozdrowienia ode mnie – Zwróciła głowę w stronę gwardzisty. Dopiero z tej perspektywy akolita dostrzegł że kobieta jest wampirzycą. Gwardzista odwzajemnił spojrzenie krwiopijcy, uśmiechnął się jakby zobaczył dobrego przyjaciela i w krótkich, zwięzłych słowach wytłumaczył jej rolę. Kapłanka miała wykorzystać jeden ze swych darów, by przybrać bardziej... żywą... formę, a następnie przekonać starca do wyjawienia gdzie ukrywa się Mercellus, czarodziej który zostawił w świątyni Pana złotą kulę, i ukradł hebanowy kostur, jeden z przedmiotów mistrza Thrasta, niezbędnych do przywrócenia nieumartemu jego dawnej siły. Niestety, gdy tylko Kapłanka wypowiedziała odpowiednią inkantację, osunęła się z konia, a jej nowa twarz pobladła straszliwie. Coś poszło nie tak... być może to bliskość tak silnej istoty magicznej... w osobie przebywającego w wieży staruszka rzecz jasna. Gwardzista podskoczył do kapłanki i pomógł jej wstać.
- Dasz radę?
- Nie... nie jestem pewna... czuję się... s...strasznie...
Młodzieniec zerknął na kapłankę bo czym wymamrotał cicho – Panie... może ja dam radę, znam odpowiednie zaklęcie. A skoro Pani nie jest w najlepszej formie... to może być nasza jedyna nadzieja. – Kapłanka obdarzyła ucznia wściekłym spojrzeniem jednak torsie znów szarpnęły jej ciałem. Gwardzista cały czas podtrzymując wampirzycę, potaknął głową – idż, będziemy podsłuchiwać.
Nord całkiem już wprawnym ruchem przewertował stronice czarnej księgi, wyjął z sakiewki trochę ziół i rozgniatając je w dłoni wymamrotał zaklęcie. Gęsty dym omotał postać, a gdy tylko rozwiał się, na koniu siedział już ktoś, przynajmniej z wyglądu, zupełnie inny. Czarodziej pomacał swoją nową twarz, szybko zdjął togę pod którą zwykł ukrywać zielonkawą, bagienną zbroję, zeskoczył z konia, i ruszył w stronę ciężkich, podwójnych drzwi chroniących sanktuarium magów przed resztą świata.
(http://i.imgur.com/EBVVp9C.png)
Człowiek wspinał się powoli po schodach, gorączkowo myśląc co ma właściwie powiedzieć. Zatrzymał się na holu piętra, przed drewnianymi drzwiami. Poprawił skurzaną tunikę, nabrał głęboko powietrza i pchnąć odrzwia. W pomieszczeniu panował półmrok, jedyne oświetlenie stanowiło kilka kandelabrów rozstawionych po półkach. Przy kamiennym blacie siedział starzec odziany w pomarańczową togę. Dźwięk otwieranych drzwi wyrwał go z zadumy. Przyjrzał się uważnie gładko ogolonemu młodzieńcowi z rozczochraną, rudą grzywą. Przybysz podrapał się po głowie po czym podszedł do mędraca.
-Eee... witaj... czarodzieju...
Stary obrzucił chłopca ponownie spojrzeniem, dopiero z bliska dało się dostrzec szczegóły, które wcześniej zakrywała ciemność... tyle że tam nie było właściwie szczegółów. Ot zwyczajny młodzieniec, przeciętnej urody, żadnych blizn, tatuaży, kolczyków.... Nic szczególnego.
- Witaj... z kim mam przyjemność?
- Wybacz Panie, jestem... Trevis....
Chłopiec ponownie podrapał się po głowie.
- Ah, doskonale, powiedz mi zatem Trevisie, cóż cię do mnie sprowadza...
- Ja... szukam kogoś.. osoby zwanej Mercellusem...
-Taa... znam Mercellusa, całkiem dobrze mógłbym nawet rzec. Powiedz mi jednak, po co chcesz go odnaleźć?
Młodzieniec wbił wzrok w podłogę. – jak by to... powiedzieć...
- Najlepiej powiedź prawdę – Starzec uśmiechnął się pogodnie. Dziecięca naiwność i zmieszenie malujące się na twarzy chłopca sprawiały, że mędrzec czuj w stosunku do niego niemal instynktowną litość.
- Dobrze zatem... jestem członkiem zakonu... Methestela. Przychodzę z polecenia mego mentora...
- A któż to jest twym mentorem?
Rudzielec zająknął się na chwilę, po czym wypalił pośpiesznie poskładanym imieniem, które w jego mniemaniu nie miało prawa istnieć.
- Mejslejes... - i szybko dodał- zwany uczciwym, słyszałeś może o nim... panie?
- Nie przypominam sobie... ale to nieistotne. Kontynuuj proszę.
-Mój mistrz twierdzi ze miał... wizję, czy coś w tym stylu. Sam Methestel podobno objawił mu się. Nasz pan obawia się, że działania Mercellusa mogą mieć... daleko idące konsekwencje odnośnie naszego świat. Wysłał nas byśmy... eee.... sprawdzili... czy praca czarodzieja nie... pochłonie jego... oraz wszystkiego dookoła... Obawiamy się że podjął się on zadania... ponad jego siły...
Młodzieniec spojrzał ukradkiem na swoje dłonie. Jego skóra stawała się ponownie coraz bledsza. Prawdopodobnie włosy też są już nieco dłuższe i ciemniejsze. Zaklęcie przestawało działać... Chwała Panu, że jest środek nocy...
Staruszek pogładził się po długiej, siwej brodzie.
- Przykro mi ale Mercellus jest wolnym czarodziejem... nie należy do naszej gildii. To bardziej przyjaciel. Nie wiem nic na temat jego badań... ale... może pomogę ci odnaleźć go... Mercellus wyruszył kilka dni temu z Cove... i jeśli nie mylę się, to ruszył w stronę Yew. Jeśli pośpieszycie się, to może złapiecie go w jednej z karczm...
Młodzieniec podziękował i ukłonił się pośpiesznie. Jego kozia bródka zaczynała powoli odrastać. Ruszył w stronę wyjścia. – Chłopcze! - Na twarz młodego nekromanty wypełzł paskudny grymas, szybko jednak zamaskował go niemrawym uśmieszkiem i odwrócił się w stronę starca – Tak Panie?
- Weź ze sobą te czapkę.- Wyciągnął z szafy brązowy, szpiczasty kapelusz czarodziejski, jeden z tych z ogromnymi rondami... a do tego z długim, wielokolorowym, i w mniemaniu chłopca całkowicie obciachowym piórem. – Dzięki temu Mercellus zobaczy w tobie przyjaciela.- Uśmiechnął się łagodnie.
Uczeń porwał szybko nakrycie głowy, ukłonił się i popędził do wyjścia. W jego wyglądzie już prawie nic nie przypominało młodzieńca, z którym rozmawiał mędrzec.
-Słyszeliście wszystko?- Gwardzista pokiwał głową. -Dobrze się spisałeś, ale nie ma czasy na pochwały.- zerknął na wampirzycę. -możesz przenieść nas do Cove?- Kapłanka przytaknęła, po czym wygrzebała z plecaka runę, zamknęła oczy i wymamrotała zaklęcie. Powietrze przed wyznawcami Netherila rozdarł błysk szmaragdowego światła. Powietrze cicho zabuczało. Po kilku chwilach anomalia ustabilizowała się, przybrała postać jajowatej bramy.. i zawisła tuż nad ziemią. Odziane na czarno postacie po kolei znikały w środku.
(http://i.imgur.com/JlcXZ0D.png)
Noc była chłodna i gwieździsta. Ciszę co chwila przerywało przenikliwe wycie wygłodniałych wilków. Gościńcem z Cove pędziły trzy postacie... trzech wysłanników samego Netherila, ucieleśnienia śmierci...
Kobieta jadące na czele nagle szarpnęła gwałtownie wodze swojego czarnego koszmara, zmuszając potężnie zwierze do gwałtownego skręcenia między drzewa. Tuż za nią popędził gigantyczny fioletowy żuk, tratując wszystko na swej drodze. Siedzący na jego grzbiecie mężczyzna poprawił kościany hełm by choć trochę osłonić twarz przed lodowatym powietrzem. Konwój natomiast zamykał uczeń na swej koślawej klaczy, która z wysiłku zaczęła już wywalać język.
Nekromanci rozejrzeli się po karczmie... budynek był wyjątkowo obskurny, ciasny i nie licząc właściciela przybytku, pusty. Gwardzista spojrzał na tłustego, rumianego niziołka, od którego trąciło na kilka stóp tanią gorzałą. – Szukamy kogoś, zatrzymywał się w tym... - ponownie obrzucił lokal pełnym obrzydzenia spojrzeniem - ...przybytku... jakiś... czarodziej? – Niziołek, który pod wpływem alkoholu najwyraźniej poczuł nagły przypływ odwagi prychnął ostentacyjnie. – pff... dbam o prywatność moich gości!- Uczeń stanął tak by zagrodzić wyjście, podczas gdy gwardzista ściągnął z ramienia swój młot, pozwalając głowni opaść swobodnie na podłogę... i wybijając sporą dziurę w deskach. Jednak kapłanka położyła dłoń na jego ramieniu i oznajmiła – ja zajmę się tym...- uśmiechnęła się słodko do niziołka, którego mina zmieniła się teraz na bardziej podejrzliwą, i położyła mu dłonie na ramionach. Spojrzała głęboko w oczy, łamiąc umysł pociesznej istotki... Już po kilku krótkich chwilach ofiara wampirzycy zaczęła ślinić się niczym bezradnie dziecko. Nieumarła odetchnęła głęboko, niestety smród karczmarza nie zniknął razem z jego wolną wolą. Kobieta szybko więc pożałowała tej krótkiej chwili wytchnienia. Obrzuciła pijaka wściekłym spojrzeniem po czym warknęła- zatrzymywał się tu ostatnio odziany na szaro czarodziej?- wzrok niziołka rozjechał się jeszcze bardziej... prawdopodobnie widział teraz dwie, przeciwległe ściany pomieszczenia. Strużka śliny pociekła po wszystkich z jego trzech podbródków. Uśmiechnął się niczym osoba cierpiąca na debilizm i wymamrotał:
- Był.... wczora...jj... od..jjecha... ł...
- Czy był sam?
- Taa...aa...
Wampirzyca podrapała się długim paznokciem po kąciku ust
- Dokąd udał się później?
- ... W... st..nee... Yeww...
Kobieta sapnęła ciężko i zerknęła w stronę wojownika – Czy masz jeszcze jakieś pytania?- Człowiek skinął głową po czym odrzekł- zapytaj go czy czarodziej miał ze sobą coś specjalnego... coś co przykuło by jego uwagę.- Wampirzyca powtórzyła pytanie lecz wzrok niziołka zaczął już odzyskiwać swoją starą, pijacką mętność, oczy znów zjeżdżały się w stronę bulwiastego nosa. Kapłanka odepchnęła pijaczynę na podłogę po czym warknęła – Nic więcej nam nie powie. – Zerknęła na wszyty w rękawicę zegarek – Zaraz będzie świtać, nie mogę iść z wami dalej. Otworzyć wam bramę do Yew?
(http://i.imgur.com/AdGQZat.png)
Pod bankiem Yew rozbłysło niebieskie światło. Z jego wnętrza wyskoczyło dwóch zakapturzonych mężczyzn. Nie zwracając uwagi na nic ruszyli w stronę budynku. Przebrali się szybko w coś bardziej zwyczajnego. Gdy Tylko opuścili miastowe bramy, wojownik rzucił do młodego czarodzieja: - zakładaj kapelusz, może spotkamy go na trakcie- Młodzieniec spojrzał z głupią miną na jeszcze głupszą czapkę, poprzeklinał chwilę, jednak zabrakło mu odwagi by sprzeciwić się starszemu rangą towarzyszowi. Z niezadowoloną miną wcisnął kapelusz na głowę. Jak na złość w, niemalże tej samej chwili zza linii drzew, wyszedł Mercellus odziany w powiewające na mroźnym wietrze szaty. Uczeń spojrzał w dal i parsknął ,,widok jak z obrazka...".
Kultyści zatrzymali się kilka metrów od Maga. Uczeń przyjrzał się uważnie jego odzieniu... tak, to jego widzieli z krasnoludem tamtego feralnego dnia... to on ich zaatakował... uderzył prosto w samo serce, w świątynię Pana śmierci... ich Pana... - Witaj czarodzieju- Mercellus przyjrzał się uważnie kapeluszowi młodzieńca – skąd to masz? – Uczeń zająknął się na chwil... nie lubił improwizować, dobre kłamstwo powinno przygotować się wcześniej, przemyśleć... -dostałem...- zaczął wytężać szare komórki kombinując dalej, jednak czarodziej sam wybawił go z opresji, może w skutek zmęczenia... a może niecierpliwości... -Od Perginsa?- młodzieniec aż wywalił oczy z wrażenia, nie zamierzał jednak przepuścić takiej okazji.
-Tak.. tak, od Perginsa... przysłał nas byśmy... pomogli...
- Doskonale, przydajcie się więc na coś, Jeden z naszych twierdzi, że mym tropem podąża trzech ludzi, wypytują w karczmach o czarodzieja... to może mieć związek z kosturem, znajdźcie ich i... - czarodziej podrapał się po brodzie- ... hmm... zabijcie, nie możemy pozwolić sobie na ryzyko...
Gwardzista pokiwał głową, po czym wtrącił się do rozmowy:
-Jak ich rozpoznamy Panie?
-Według tej wiadomości... - wyciągnął z kieszeni wąski pasek pergaminu, idealny by przywiązać go do nóżki gołębia- to młody mag, kobieta, i ,,wyjątkowo paskudny wojownik"
Gwardzista zgrzytnął zębami – jest na tym świecie wielu młodych magów, kobiet, i ... wyjątkowo paskudnych wojowników – ostatnie słowa niemal że wycedził przez zaciśnięte zęby. Mercellus zdawał się jednak tego nie dostrzegać.
- podobno wszyscy są odziani w czarne szaty, na pewno ich rozpoznacie. Po wszystkim spotkamy się w karczmie... idźcie już, nie płacimy wam za gadanie!- nie czekając na nic ruszył w stronę miasta.
Wyznawcy Netherila natomiast, chichocząc co chwila popędzili wierzchowce w przeciwną stronę. Gdy tylko znaleźli się po za zasięgiem widoku zatrzymali zwierzęta i rozsiedli się wygodnie pod drzewami- poczekajmy chwilę, nie możemy wrócić zbyt szybko.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Gospoda z powodu wyjątkowo wczesnej godziny, jak przystało na tak spokojną ostatnimi czasy mieścinę, była praktycznie całkowicie pusta. W powietrzu unosiły się całkiem przyjemne zapachy. W palenisku wesoło strzelał ogień, pożerając łapczywie wielkie szczapy sławnego na cały kontynent yewieńskiego drewna. Karczmarz siedział za barem, służka wyjątkowej urody leniwie ścierała blaty stołów. Czarodziej siedział w kącie, powoli sącząc elfickie wino o krwisto czerwonym zabarwieniu i wpatrując się w kominek. Kultyści w przebraniach podeszli do niego spokojnym krokiem i zajęli miejsca naprzeciwko Mercellusa. Czarodziej obrzucił ich ledwie przelotnym spojrzeniem.
- Szybko wróciliście...
- Miałeś rację panie, byli tuż za tobą.
-Zadanie wykonane?
Gwardzista skinął głową- mag i wojownik martwi, kobieta niestety uciekła nam...
- Eh... szkoda. Mieli coś przy sobie?
Wojownik wyciągną z kieszeni garść trochę, którą kupił u miejscowego jubilera ledwie kilka minut wcześniej i rzucił ją na blat – Tylko to Panie.... To prawdopodobnie najzwyklejsi w świece rabusie, którzy zobaczyli samotnego wędrowca i liczyli na łatwy łup...- Magus obejrzał bez zainteresowania jeden ze złotych pierścieni wyciągniętych z kupki i odrzucił go z powrotem.
- Pewnie tak... W każdym razie... Wiecie gdzie przebywa teraz Pergins?
- Niestety Panie... wspominał tylko coś o starym kontynencie...
- Szkoda... chciałem byście zanieśli mu kostur...
Uczeń wbił wzrok w blat drewnianej ławy by nie było widać jego zaciskających się z frustracji szczęk. Zęby zgrzytnęły o siebie. Wojownik jednak nie stracił głowy – Ale powiedział panie że za dwa dni skontaktuje się z nami.
- Nie... samu mu go chyba jednak zaniosę... dobrze się spisaliście. Pokazaliście, że możecie się do czegoś przyda. Zaczekajcie tutaj na wiadomość od jednego z naszych współpracowników. On będzie miał dla was dalsze instrukcje. – Czarodziej nie czekając na odpowiedź podniósł się z ławy i ruszył w stronę wyjścia. Akolici odprowadzili go wzrokiem. Gdy tylko wyszedł, gwardzista westchnął ciężko, i rozejrzał się po pomieszczeniu, jego wzrok zatrzymał się na szachownicy z porozwalanymi pionkami, która stała na jednym ze stołów przy kominku. Wskazał ją głową – Zagramy?
(http://i.imgur.com/NcoHKrZ.png)
Urodziwe dziewczę usługujące w yewiańskiej karczmie ziewnęło przeciągle. Było już długo po północy, żar w palenisku dogasał powoli... Budynek opuścili już niemal wszyscy... nawet właściciel zostawił jej klucze i udał się na spoczynek. Został tylko jeden klient... w sumie można by go wyprosić... ale młodzieniec zostawiał jej kupę złota w postaci napiwków... przynajmniej ona uważała taką sumę za coś nadzwyczajnego... Młodzieniec siedział rozłożony wygodnie na jednym z wielkich, obitych czerwonym aksamitem foteli, ustawionych przy kominku. Jego twarz zdobiło kilka kościanych kolczyków. Blada cera silnie kontrastowała z ciemną, niemal że czarną togą... natomiast jedyne co było ciemniejsze od jego odzienia to włosy. Czarne niczym pióra kruka, luźno związane na wysokości karku. Chłód, który panował w pomieszczeniu od dobrej godziny, zdawał się w ogóle mu nie przeszkadzać. Właściwie to był nawet całkiem przystojny z tą swoją zamyśloną miną oraz blizną wychodzącą z kącika ust, nadającą jego twarzy lekko arogancki wyraz. Był tylko jeden problem... nie mogła wciągnąć go w rozmowę... zbywał ja tylko pojedynczymi słowami. Siedział tak bawiąc się kieliszkiem czerwonego, elfickiego wina, zagryzając w zębach czarną, pięknie zdobioną fajkę i wpatrywał się w obraz naprzeciwko... Nagle mężczyzna sapnął ciężko, spadł z krzesła i zwalił się na kolana. Kieliszek wypadł z jego dłoni i rozbił się o podłogę, wino rozlało się po deskach niczym krew i prawie natychmiast zaczęło wsiąkać między szpary w drewnie. Dopiera teraz dziewczę zauważyło że dłoń, którą młodzieniec podparł się na podłodze, zdobił piękny, duży pierścień, wykonany z najczystszego kawałka obsydianu jaki kiedykolwiek widziała. Drugą natomiast przycisnął do głowy, jak by chciał wbić ją do środka. Podbiegłą szybko do klienta. Chciała mu pomóc, lecz gdy tylko dotknęła jego ramienia on wydał z siebie głęboki syk. –Zostaw!- Dziewczyna odskoczyła natychmiast, oparła się plecami o bar i wybałuszyła oczy. Mężczyzna jednak nie zwracał na nią uwagi. Pomasował się po skroni, złapał swój kostur, który oparł o ścianę gdy tylko przyszedł i ruszył w stronę drzwi wyjściowych... tak po prostu, bez żadnego słowa... przechodząc obok jednej z ław zostawił na niej kilka złotych monet...
Ze wschodniej bramy miasta Wypadł wielki koń... a właściwie już niemal że sam szkielet konia. W głębi oczodołów świeciły dwa małe, czerwone punkciki. Z rozwartego pyska, pełnego wielkich, ostrych kłów, przystosowanych do zabijania i rozrywania mięsa, buchały kłęby pary... Potwór pogalopował w stronę lasu. Na jego grzbiecie pochylała się zakapturzona postać owinięta czarnym płaszczem. Jeździec wolną ręką poklepał kościsty grzbiet i uśmiechnął się pod nosem... Obiecał że stara szkapa będzie mu służyła jeszcze długo po swojej śmierci... i słowa dotrzymał. Chociaż zwierze było takie samo już tylko w teorii... W praktyce ,,szkapa" stała się znacznie silniejsza, szybsza, wytrzymalsza, odzyskała dawny wigor. Zakwitły w niej też niewyczerpane pokłady agresji. Wiecznie nienażarta bestia pochłaniała teraz niezliczone ilości surowego mięsa... I była całkowicie poddana woli swego pana...
Stworzenie błyskawicznie zbliżało się do linii drzew, nagle jeździec szarpnął lejce. Potwór zaparł się kopytami, zostawiając głęboki bruzdy w ziemi zatrzymał się... tuż przed twarzą opalonej dziewczyny obdarzonej wyjątkowo krnąbrna twarzą. Nieumarły koń kłapnął zębami przed jej nosem, jednak harda kobieta prychnęła tylko i poprawiła swoją zniszczoną, kapitańską czapkę. Znała już dobrze zarówno konia, jak i jego jeźdźca. Nord skinął oszczędnie głową na powitanie, po czym rzucił szmuglerowi ciężki mieszek złota. Nie musiał nic mówić, doskonale wiedziała gdzie ma go zawieść. Oboje ruszyli w stronę brzegu, gdzie ukryta pod gałęziami i liśćmi czekała mała, poniszczona łajba...
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Słońce właśnie zaczynało wynurzać się znad ogromnego masywu górskiego, otaczającego niemal że całą dolinę, zwaną przez sosaryjczyków zaginioną krainą. Niewiele osób zdawało sobie sprawę że da się dostać tutaj też droga wodną. Na szczęście szmuglerka była jedną z tych osób, które znały morski szlaki niczym własną kieszeń. Łajba przybiła do brzegu piaszczystej wysepki, z której wyrastał czarny zamek. Młodzieniec sprowadził wprawnie swoje zwierzę na plażę i zerknął w stronę kobiety. – Możesz wracać, nie muszę chyba powtarzać co się stanie jeśli komuś zdradzisz nasz mały sekret? – Pani kapitan przełknęła głośno ślinę i pokiwała energicznie głową. Martwego konia mogła znieść, ale to miejsce było upiorne, bliskość zamku i znajdujących się w środku istot skutecznie wybijała z niej cały zapas brawury. Krnąbrności z resztą też... Pośpiesznie odcumowała łudź i odbiła od brzegu. Mężczyzna zerknął w stronę schodów prowadzących na zamek. Na samym ich szczycie stała postać owinięta czarnym płaszczem. Ruszyła nieśpiesznie w jego stronę. ,,Cholera, znowu spóźniłem się... trzeba będzie popracować w końcu nad tym zaklęciem magicznej bramy...". Nim dokończył myśl postać zbliżyła się już na tyle by dało się zidentyfikować jej twarz. Kapłanka. Uczeń nekromantów wzdrygną się na myśl o ich ostatnim spotkaniu. Na Netherila Pana. Ważył prawie osiemdziesiąt kilogramów... a ta kobieta podniosła go jedną ręką, niczym jakąś szmacianą lalkę. Był pewny że mogła by zmiażdżyć mu krtań nie wysilając się przy tym nawet o ułamek swej siły. Ukłonił się głęboko. – Moja pani...- Wampirzyca spojrzała na niego obojętnym wzrokiem. – Spóźniłeś się... chodź, pomożesz mi- Nie czekając na odpowiedź otworzyła księżycową bramę i bezceremonialnie wepchnęła ucznia do środka.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Uczeń wypadł z drugiej strony bramy i omal nie rozbił głowy o porty małej krypty, zbudowanej z czarnych cegieł. Zaraz za nim wyszła nieumarta i ruszyła do wnętrza budynku. Stanęła na środku i ... rozpłynęła się w powietrzu. Młody popędził za nią. Gdy tylko postawił stopę w centrum budynku, Magia przerzuciła go do wielkiej, okrągłej komnaty. Pod ścianą wykonaną z czarnej cegły rozstawiony rozstawione były masywne kolumny. Na środku podłogi ułożonej z połyskujących, czerwonych płytek unosiła się kolejna magiczna brama... jednak ta była inna. Energia śmierci promieniująca z murów tego miejsca skaziła najwidoczniej magię portalu i zabarwiła ją na kolor najgłębszej, najciemniejszej nocy. Kapłanka widząc niewyraźną minę towarzyszą rozłożyła ręce i powiedziała – witaj w dawnej siedzibie wyznawców Netherila... w Wieży Nekromantów... - I ponownie nie czekając na jakąkolwiek reakcję za strony podwładnego, ruszyła między kolumny, do runy, która przeniosła ją na wyższy poziom, a młodzieniec pobiegł oczywiście za nią...
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Oczom ucznia okazał się długi korytarz wiodący do kolejnej, okrągłej hali. Wszystko było utrzymane w tym samym stylu co pomieszczenie wejściowe. Młodzieniec nie miał jednak czasu rozejrzeć się dokładnie. Kapłanka obrzuciła go litościwym spojrzeniem i rzekła:
- Słuchaj uważnie, za chwilę zjawi się tu Pergins. Zabijemy go... Przygotuj się do walki, nie wdawaj się z nim w dyskusje, ukryjemy się przy wejściu, gdy tylko wejdzie zaatakujesz. Zrozumiano?
Nord pokiwał głową po czym wyciągnął woreczek z ziołami i jął rzucać na siebie zaklęcia ochronne... zarówno te z zakresu zwykłej magii, jak i silniejsze... nekromantyczne... Gdy tylko skończył, ustawił się pod ścianą, naprzeciwko wejścia i rzucił zaklęcie niewidzialności. Kapłanka ustawiła się po drugiej stronie korytarza, mniej więcej na tej samej wysokości i zrobiła to samo. Teraz pozostało tylko czekać...
Uczniowi zdawało się, że minęły wieki, chociaż w rzeczywistości do przyjścia Perginsa upłynęło ledwie kilka minut. Człowiek zmaterializował się na runie teleportacyjnej, Rozejrzał dokładnie po pomieszczeniu, po czym ruszył nieśpiesznie przed siebie. Ukryty pod zaklęciem przyszły nekromanta obserwował go uważnie... czekał aż bluźnierca minie ich, znajdzie się do niego plecami... i doczekał się. Gdy tylko nadarzyła się odpowiednia okazja, zdarł z siebie zaklęcie ukrywające i szybko wysyczał nowe- Corp Por- Niebieskawy promień magicznej energii w najczystszej postaci wystrzelił z wyciągniętej w kierunku ofiary dłoni i pomknął z zabójczą prędkością w stronę heretyka. Magia wypaliła dziurę w odzieniu Perginsa, na wysokości lewej łopatki, rozbiła się jednak o jego magiczne wzmocnioną zbroję którą miał pod spodem. Choć człowiek nie odniósł obrażeń od samego zaklęcia, to jego moc cisnęła nim na kilka metrów. Uderzył kolanami boleśnie o posadzkę. Szybko pozbierał się i skoczył w stronę ucznia, który właśnie szykował kolejne zaklęcie... inkantacja była jednak z byt długa. Pergins bez problemu dotarł do młodzieńca, uderzył go w brzuch by przerwać czar, i trzasnął nim o jedną z kolumn. Przed oczami norda eksplodowała tęcza barw, osunął się ciężko na podłogę. Przeciwnik szykował się już by dobić rywala, jednak w tym momencie podmuch mocy ponownie pchnął go na ziemię. Z ciemności wyskoczyła wampirzyca. Z prędkością dzikiego zwierzęcia skoczyła w jego stronę, dobywając jednocześnie zza pleców piękny, bogato zdobiony sztylet. Celowała w tętnicę szyjną. Ostrze jednak uderzyło o kolumnę pod którą jeszcze przed chwilą leżał intruz, i wyrwało z niej kawał gruzu. Pergins wyprostował nogę i kopnął wampirzycę w podbrzusze, ta straciła dech i osunęła się na kolana. Uśmiechnięty człowiek wziął duży zamach by ją dobić... gdy nagle zamarł. Dwa zaklęcia szóstego kręgu wystarczyły by zniszczyć magię chroniącą jego pancerz. Zaklęcie paraliżujące ucznia, który właśnie zaczynał normalnie widzieć wbiło się w jego plecy. Kapłanka pozbierała się, uśmiechnęła z wyższością do bluźniercy, i wbiła sztylet w jego serce z takim impetem, że leżący za nim nord zobaczył jak ostrze wyłamuje kawałek pancerza i wychodzi jego plecami. Zaklęcie przestało działać a Pergins upadł na ziemię niczym worek ziemniaków. Wampirzyca przyjrzała mu się, szturchnęła zwłoki butem, po czym bezceremonialnie odrąbała głowę. Zawinęła ją w jakieś szmaty i wysyczała do ucznia. – No, nie czas na leżenie! Thrast na mnie czeka...- Młodzieniec pozbierał się niezgrabnie, głowa bolała go jak by została rozrąbana na pół.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Z krypty wynurzyły się dwie, zakapturzone postacie. Regeneracja wampirzycy zrobiła swoje, natomiast panujący w okolicy półmrok przysłaniał słońce, wiec nie przeszkadzało jej, że jest prawie południe. Uczeń wyglądał ,,trochę" gorzej podpierał się prawie całym ciężarem obolałego ciała na kosturze, resztę masy natomiast utrzymywał trzymając się siodła swego konia. Ponieważ po uderzeniu w brzuch był zgięty w pół, dało się dostrzec że jego kaptur na potylicy przesiąka krwią. Kapłanka złapała go za kark i wciągnęła głęboko w płuca zapach świeżej krwi. Jednak zasady były jasne, nie może zabić ucznia bez dobrego powodu... a on, bądź co bądź pomógł jej dzisiaj... Zamiast tego więc uraczyła się buteleczką szkarłatnej cieczy upuszczonej z jakiegoś innego nieszczęśnika. Opróżniła fiolkę właściwie na raz, przetarła usta rękawem i otworzyła magiczną bramę. – Wykonałeś swoje zadanie, nie jesteś już potrzebny. Ten portal przeniesie cie do Yew.
Wojownik przemierzał bezkres pustynnych piasków Zaginionych Ziem. Rozbijał młotem łby, to orkom, to gargulcom, to jakimś młodym smokom. Nudne zajęcie zarobkowe przerwała mu śmierdząca ptaszyna siadająca na jego ramieniu. Człek odwiązał list od jej wykrzywionej nogi i zrzucił ją z ramienia."Mam dla was kolejne zadanie. Spotkajmy sie tam gdzie ostatnio, za dwie godziny.
Hekatos"
Wojownik skrzywił sie lekko, odpalił nabitą fajkę i ruszył w stronę opustoszałego Miasta Tysiąca Bagien. Odnalazł tam jakiegoś szmuglera, który pomógł mu dostać sie do Yew. ***
Gwardzista pobiegł do banku, aby zabrać przebranie. Laska, płaszcz, toga... popędził do karczmy. Siedział w niej już jego przyjaciel i rozmawiał z Hekatosem.- Ooo, jest i spóźnialski -
rzucił człowiek w irokezie. - właśnie rozmawialiśmy z twoim przyjacielem.
- Jakie jest kolejne zadanie? -
spytał się Gwardzista bez większego przywiązania uwagi na uprzednie słowa.- Musicie znaleźć bardzo rzadki kryształ. Ponoć jego złoża już się skończyły, ale ostatnio, podczas trzęsienia powstało parę szczelin i okazało się, że jednak nieco go zostało. Niestety część została już zebrana. Musicie znaleźć go jak najwięcej. Znajdziecie do gdzieś na Lodowej Wyspie. -
opowiedział to z wielką ekscytacją i euforią w głosie. - Aaaah, no tak i nie dajcie się zabić. -
dodał po chwili.- Dobrze, ruszamy więc, do zobaczenia.
Gwardzista i uczeń udali się do banku, aby zdjąć przebrania. Rozesłali gołębie po sprzymierzeńcach. Jednak pożyteczne stworzenia z tych ptaków. Ruszyli do Vesper.***
Tam, na umówionym miejscu w porcie, czekała reszta Akolitów. Wojownik poprosił by ustawili się w jednym rzędzie i opowiedział pokrótce o co chodzi. Stanął jeszcze na chwilę, aby obejrzeć dokładnie każda z postaci. Z mimowolnym uśmiechem wpatrywał sie w siedmiu magów, starszych i młodszych stażem.- Piękny widok, rośniemy w siłę. -
powiedział półgłosem i zwrócił się w stronę portu. - Kto ma dużą łódź?***
Po kilkudziesięciu minutach rejsu dotarli do brzegów Lodowej Wyspy. Ich oddech zaczął parować, a brwi powoli pokrywać się szronem. - Poszukamy pierw w górach, w jaskini orków. -
rzekł Gwardzista.Oddział Netherila pobiegł ku wzgórzom. Po wycięciu kilku lokatorów od razu zauważyli pęknięcie w podłożu. Wojownik nachylił sie nad nim, było jednak puste. Udało mu się zebrać jedynie kilka okruchów dziwnego materiału. Gwardzista wskoczył na niedźwiedzia i spytał kompanów dokąd teraz. Jeden z Nekromantów wyczuł tropy jakichś Bestii, które wyraźnie nosiły znamię mocy od kryształu. Popędzili ku kolejnej jaskini. Były w niej trzy kreatury, zrodzone jakby z lodu. Przy pomocy kościanych smoków i potężnych zaklęć nekromanckich, Akolici uporali się z nimi bardzo szybko. W jaskini była kolejna szczelina. Wojownik zauważył w niej niebieskie światło. Położył się na ziemi i włożył rękę głęboko do dziury. Wyciągnął całkiem spory, lodowy kryształ. - To chyba by było na tyle. -
spojrzał nieco zdezorientowany po swoich kompanach. - Wracamy.
***
Gwardzista i uczeń udali się do karczmy Yew, ponownie w swoich przebraniach. W środku czekał już na nich Hekatos.- Szybko się uwinęliście. -
rzekł wyraźnie ucieszony.- Nie napotkaliśmy większych trudności. -
odparli niemal jednomyślnie Gwardzista ze swym uczniem.- Dobrze pokażcie mi kryształ -
powiedział podekscytowany, wyciągając ręce.Wojownik oddał całe znalezisko człekowi. - Teraz musimy czekać, aż Pergins się z kimś skontaktuje. Tylko on wie co dalej. Jak się pojawi, to Marcellus chce się spotkać z wami trzema. -
powiedział z wyraźną satysfakcją.- Dobrze, więc, będziemy czekać na kontakt od Perginsa. -
Odrzekł z lekkim uśmiechem na ustach Gwardzista.Co prawda Pergins nie był w stanie sam się z nimi już skontaktować, ale postanowili, że to oni porozmawiają z nim. Ruszyli na wyspę.***
Wojownik i uczeń weszli do kamiennej komnaty, gdzie czekało kilku Akolitów. Gwardzista podszedł do kamiennego stołu, gdzie leżała głowa nieszczęśnika Perginsa. Poprosił jednego z Nekromantów o ożywienie łba nieboszczyka. Postać w czarnej todze podeszła po stołu i wymamrotała zaklęcie, a głowa zamrugała oczami.- Możesz zadawać mu pytania. -
powiedział Nekromanta do Gwardzisty.- Witaj Perginsie. Już się poznaliśmy, ale teraz to nieistotne. Do czego potrzebny był wam kryształ i co dalej mieliście robić? -
wojownik zadał pierwsze pytanie.- Kryształ... Eelf, elf chcę zamknąć... zamknąć Otchłań! Ku... kula... kostur... -
głowa zakaszlała skrzepnięta krwią i zagryzła wargi.- Gadaj! -
wykrzyknął wojownik i spojrzał na Nekromantę, a ten począł nasilać zaklęcie.- Sztylet.. potrzebuje sztyletu i ołtarza ee... elf. -
po tym głowa wypluła szary język i zamknęła oczy w zadowoleniu.- Szlag, by to! -
wojownik pięścią uderzył w łeb nieboszczyka, a ten rozpadł się na kawałki. - Niech uczniowie to posprzątają. -
powiedział pełnym zdenerwowania głosem.Nie dowiedzieli się zbyt dużo, także nie wiedzą co Pergins miał robić dalej, po zdobyciu kryształu. Pora przejść do ofensywy...
Młodzieniec zbiegał szybko po schodach karczmy, zawiązując jednocześnie pas togi. Zaspał!
Przebiegł bez słowa cała główną salę i wypadł przez drzwi. Zimne, poranne powietrze uderzyło go w twarz, nie miał jednak czasu by podziwiać skąpane w blasku wschodzącego słońca Cove. Ślizgając się po błocie pognał w stronę stajni. Treserka- młoda kobieta o przyjaznej i urodziwej twarzyczce pokrytej piegami aż podskoczyła gdy tuż za jej plecami rozległo się głośne stukanie ciężkich, podróżniczych butów. Odwróciła się pośpiesznie i ujrzała bladą twarz czarodzieja, który pomieszkiwał od kilku miesięcy w mieście... ostatnio jednak pokazywał się zdecydowanie rzadziej. Przyjęła od niego pomięty świstek papieru, który wskazywał że młodzian chce odebrać swoje zwierze. Według pergaminu wszystko było opłacone z góry. Widząc że klient najwyraźniej śpieszy się, oszczędziła sobie zbędnych słów i ruszyła w głąb budynku, szukając odpowiedniego boksu.
Potężny kary wałach wypadł z bram miasta, pędząc prosto na ogromny dąb znaczący granicę lasu. Siedząca na jego grzbiecie postać jedną ręką obejmowała szyję zwierzęcia, starając się utrzymać w siodle, drugą natomiast przytrzymywała schowaną pod sobą runiczną księgę. Jej usta poruszały się wypluwając z siebie ledwie słyszalne słowa. Powietrze przed dębem zafalowało. Przestrzeń rozdarła pobłyskująca błękitnym światłem szczelina. Chociaż rozszerzała się szybko to jednak nie wystarczająco. Czarodziej wbił w anomalię przestraszone spojrzenie, przejście przez bramę, która nie otworzyła się do końca może mieś fatalne skutki. Skupił się i jął nasilać zaklęcie. Niemal że wyczuwał moc uciekającą z jego ciała, chwytającą krawędzie szczeliny i rozrywającą ją na boki. Tyle musi wystarczyć. Zwierzę wykonało potężny skok i wpadło do portalu.
Młody czeladnik alchemika właśnie ciskał wymyśle obelgi pod adresem swojego mistrza, który zwlekł go o tak wczesnej porze z łóżka i wygnał do lasu po jakiś cholerny czosnek... przecież mają w pracowni tego chwastu od groma!... Ale nie! Musi być świeży! Nagle powietrze między drzewami zajarzyło się błękitem, zafalowało i zaczęło buzować energią. Chłopiec intuicyjnie odskoczył do tyłu, wpadając w kałużę... i bardzo dobrze zrobił. Portal nie otworzył się jeszcze do końca, a już ze środka wypadł ogromny czarny koń. Jedno z kopyt spadło ciężko obok jego głowy, łamiąc przy tym grubą jak przedramię dorosłego człowieka gałąź, i wbijając się głęboko w ziemię. Czeladnik nie zdążył nawet pomyśleć a jeździec już zniknął między drzewami. Pozbierał się energicznie i spojrzał w stronę portalu... Nigdy nie widział czegoś takiego... Nad ziemią unosiło się teraz idealnie równe jajo. Jego krawędzie były w kolorze najczystszego nieba. W środku majaczył jakiś obraz... jakby oglądany przez taflę zmąconej wiatrem wody... w oddali dało się dostrzec drewnianą palisadę z potężną żelazną kratownicą pełniącą funkcję bramy. Na słupie obok powiewała lekko chorągiew, w Coviańskich barwach.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Gwardzista stukał niespokojnie palcami w blat stołu. Co gorsza siedzący naprzeciwko niego Hekatos najwyraźniej również zaczynał tracić cierpliwość... ,,młody oberwie za to po uszach..."
Głośny łoskot pośpiesznie otwieranych odrzwi rozniósł się po pomieszczeniu. Hekatos podniósł wzrok i obrzucił przybysza zniecierpliwionym spojrzeniem. W wejściu stanął dość postawny mężczyzna. Jedyne co dało się dostrzec spod obszernego kaptura togi była lekko rozczochrana przez wiatr, długa kozia bródka. Nosił jednak na plecach luźno zwisający, granatowy płaszcz gildii najemników wynajętych przez Mercellusa... Tyle wystarczyło, nikt inny nie ośmielił by się założyć tego na siebie.
Drugi z najnowszych członków grupy obrzucił mało dokładnym spojrzeniem gości karczmy, po czym ruszył żwawym krokiem w stronę czekających na niego ludzi. Hekatos poczekał aż nord usiądzie przy stole, po czym wykręcił głowę pierw w lewo, następnie w prawo, strzelając przy tym kośćmi karku.
- Doskonale... skoro już jesteście, powiedźcie mi... czy skontaktował się może z wami Pergins?- Młodzieniec uśmiechnął się pod nosem na wspomnienie walki, którą stoczyli razem z kapłanką nim udało im się uśmiercić uczonego. Zadbał jednak by skryć swoją mimikę pod kapturem. Gwardzista panował nad swymi emocjami lepiej. Wbił pewne siebie spojrzenie w Hekatosa i powiedział jakby od niechcenia:
- Odezwał się. Powiedział że spotka się z nami, jednak dopiero za kilka dni, teraz ma jeszcze coś ważnego do załatwienia.
- Dziwnie... co może być ważniejsze od naszego planu... No nic, mówi się trudno. Mercellus chce się widzieć z wami dzisiaj, w świątyni Netherila... zanim jednak udacie się tam, czeka was jeszcze jedno zadanie... -Spojrzał na rozmówców, wyciągnął z kieszeni płaszcza starą mapę, rozwinął ją na stole i zaczął kontynuować – Ten pergamin wskazuje pewną wyspę... ale nie zwyczajną. Znajduje się na niej zamek Nekromantów. Udacie się tam i odszukacie pewien przedmiot... nie wiem dokładnie co to... być może jakaś urna, albo flakon... zawierające prochy... pewnej istoty. – Rycerz śmierci zerknął na ucznia po czym skinął głową. – Liczę że po powrocie zdradzisz nam nieco więcej z tego całego planu – Hekatos zrobił niezadowolony grymas twarzy, w końcu jednak kiwną głową i krótkim machnięciem ręki dał do zrozumienia, że rozmowa jest skończona... przynajmniej póki nie zdobędą tego o co prosił.
(http://i.imgur.com/2GnzxQw.png)
Rycerz począł wspinać się po czarnych schodach. Uczeń ledwie nadążał za nim. Wojownik wpadł do gabinetu znajdującego się na głównym dziedzińcu siedziby i rozejrzał się po komnacie. Jego wzrok utkwił w dość sporej urnie wykonanej z barwionego na czarno marmuru. Podniósł pokrywę i zajrzał do środka z nieobecną mina. Wpatrywał się przez chwilę w zawartość aż głos ucznia wyrwał go z zadumy.
-Mistrzu... co jest w tej urnie?
- Huh? – Gwardzista zerknął na młodzieńca po czym ponownie przerzucił wzrok na przedmiot.- Hmm... to są prochy nieumartego.... Prastarego licha o niezrównanej wręcz mocy. Istota ta zbuntowała się przeciw naszemu Panu wiele zim temu... - Zamknął oczy przypominając sobie czasy gdy to jego mistrz opowiadał mu tę historię - ... Jeszcze za czasów dawnych nekromantów, którzy podobnież stoczyli z istotą straszliwą i zaciętą walkę nim udało im się ją unicestwić...
- Może zatem nierozsądnie jest oddawać to Hekatosowi... Może zostawić to tutaj a w zamian zanieść mu jakiegoś spopielonego wilka czy coś...
Wojownik wyciągnął z kieszeni piękną złotą fajkę i nabił ją tytoniem. Włożył ją nieśpiesznie do ust, a następnie odpalił. Zaciągnął się i wypuścił z ust obłoczek magicznego, zielonkawego dymu. – A co jeśli nasi wrogowie zorientują się że to oszustwo? Eh... jeśli chcemy spotkać się z Mercellusem to obawiam się że musimy oddać prochy...- Młodzieniec podrapał się po brodzie po czym również wyciągną z kieszeni swoją fajkę, ta jednak była trochę inna. Wykonana z najciemniejszego drzewa ohii jakie kiedykolwiek wyrosło w okolicy Yew, zdobiona pięknymi runami. Niestety w przeciwieństwie do złotej fajki nie posiadała w sobie nawet krztyny magii. Uczeń złapał za główkę fajki i zaczął stukać nią w dłoń, myśląc przy tym gorączkowo. – Może zatem powinniśmy odsypać tylko ich część do jakiegoś fiolki... szkoda stracić tak cenny artefakt. – Wojownik wypuścił kolejny obłoczek dymu, tym razem o fioletowym zabarwieniu, po czym pokiwał powoli głową. – teraz i tak nie wymyślimy nic lepszego. Zejdź do piwnic, tam znajduje się warsztat alchemiczny. Odszukaj jakiś flakon i przynieś mi go.
(http://i.imgur.com/R0Ol9qp.png)
Tym razem człowiek z irokezem nie czekał na nich w karczmie jak ostatnio, ale siedział na ławce przed nią. Uśmiechnął się widząc dwie postacie zmierzające ku niemy od strony stajni. – No proszę, szybko wam poszło.- Gwardzista wzruszył ramionami i odpowiedział- W zamku nie było praktycznie nikogo, tylko kilku uczniów.
-Zatem macie to o co prosiłem... -Wyciągnął dłoń w stronę przybyszów- Poproszę. – Wojownik wyciągną z kieszeni Piękny czarny flakon, który wcześniej przyniósł mu uczeń. Nie podał go jednak Hekatosowi – Zdaje się że miałeś zdradzić nam po co to wszystko robimy...- Hekatos pokręcił głową – Pierw muszę zobaczyć czy prochy są autentyczne... równie dobrze mogliście spalić w lesie kawał kłody i wsypać to tutaj
- Nic z tego. Pierw wyjaśnisz nam o co tu chodzi, musimy wiedzieć czy nie pakujemy się w coś niebezpiecznego. – Człowiek pokazał zęby po czym wyciągnął spod płaszcza długi sztylet, który musiał być ukryty przy pasie, na plecach. Na gwardziście co prawda kawałek stali, który w porównaniu z jego młotem bojownym mógł służyć jedynie jako wykałaczka, nie robił większego wrażenia. Jednak dało mu to do zrozumienia, że w ten sposób do niczego nie dojdą. Westchnął zniecierpliwiony i podał rozmówcy przedmiot. Hekatos uśmiechnął się z wyższością po czym odkorkował fiolkę, wsadził do środka sztylet, nabrał odrobinę. Powąchał po czym... wciągnął wszystko nosem. Uczeń wywalił oczy nie wierząc w to co widzi. ,,właśnie wciągną... nosem.... Licha. To jakiś szajbus!". Człowiek wyprężył się gwałtownie, wszystkie jego mięśnie skurczyły się, z wyjątkiem źrenic. Te bowiem rozszerzyły się do niemożliwych wręcz rozmiarów, praktycznie nie dało się dostrzec białek. Stan ten trwał jednak tylko kilka chwil, po krótkim czasie wszystko wróciło mniej więcej do normy. Hekatos chrząknął głośno, potrząsnął głową, po czym smarknął i wytarł teraz już dość zaczerwieniony nos w rękaw. – Taaak.... To zdecydowanie to... doskonale, Mercellus będzie zadowolony... A skoro o nim mowa to chce się z wami spotkać w jaskiniach nieopodal Cove... nie wspominał po co- I dodał- on na pewno wszystko wam wyjaśni. – Uśmiechnął się paskudnie i bez słowa ruszył w stronę banku. Uczeń spojrzał blado na wojownika. Mercellus zmienił miejsce spotkania... A to może oznaczać, że zostali zdemaskowani. Sądząc po minie gwardzisty, pomyślał on o tym samym. Młody wyciągnął księgę runiczną i wymamrotał cicho zrezygnowanym głosem – Cove...? – jego mistrz pokręcił głową – Pierw na zamek. – ich plan sypał się... będą musieli stanąć do walki z czarodziejem.
(http://i.imgur.com/hFibMd6.jpg)
Towarzysze liczyli, że na zamku znajdę przynajmniej kilku nekromantów, którzy pomogą im w walce z Mercellusem... mylili się... Nie było tam praktycznie nikogo z wyjątkiem starego mistrza Rhodara, który nie stawał w szranki od kilku dobrych dekad. Oprócz wykładowcy znajdowało się też co prawda kilku najmłodszych uczniów, którzy z fascynacją malującą się na twarzach wysłuchiwali opowieści nieumartego o bogach, historii Rady oraz fundamentach istnienia ich organizacji. Tyle że... to były jeszcze niemal dzieci. Godziny spędzane nad kajetami sprawiły, że nie posiadały nawet podstaw potrzebnych do walki, większość z nich nie zaczęła uczyć się jeszcze magii. Wojownik nakazał uczniowi zaczekać w sali wykładowej a sam udał się na górny dziedziniec. Młodzieniec oparł się o Kamienny portal zdobiący wejście do pomieszczenia. Odpalił swoją fajkę i zaczął przysłuchiwać się lekcji... Sam był dużo starszy gdy został odnaleziony przez nekromantów. Ominęły go zatem nauki Rhodara. Od razy przydzielono mu mistrza, zaległości natomiast nadrabiał z książek w wolnych chwilach. Tak niewiele brakuje a wszyscy mogą zginąć... na szczęście nie oddali Hekatosowi mapy... mało prawdopodobne by bez niej trafił tutaj ktokolwiek kto nie zna drogi... Głośny tupot żołnierskich butów uderzających o kamienne schody wyrwał norda z zadumy. Jego mistrz niósł ze sobą urnę prastarego licha. Gestem nakazał młodzieńcowi ruszyć za nim, po czym skierował się do jednej z bocznych komnat. Oparł urnę na kamiennym blacie i nabrał trochę prochu do garści, następnie wtarł to wszystko w wyciągnięty wcześniej z plecaka bandaż. Widząc minę ucznia który wpatrywał się w niego pytająco, wyjaśnił – Widziałeś co stało się z Hekatosem gdy wciągnął proch do nosa? Ciekawe jaki może mieć efekt gdyby wprowadzić je do krwiobiegu... Najpewniej zabije mnie to... ale jest cień szansy że stanie się coś innego... a skoro i tak mam zginąć... - Uśmiechnął się blado do ucznia- Ty zresztą tez pewnie zginiesz... - Akolita przełknął głośno ślinę. Stawanie we dwóch do boju z tak potężnym czarodziejem prawie na pewno oznaczało samobójstwo... ale nie mieli wyjścia, pozostali członkowie Rady nie odpowiedzieli na wezwanie....
Chociaż masyw górski nieopodal Cova jest pełen jaskiń, znalezienie tej właściwej nie sprawiło o dziwo wyznawcom Netherila większych problemów. Towarzysze zsiedli z wierzchowców i spojrzeli po sobie. Oboje doskonale wiedzieli, że ich plan to kolos na glinianych nogach, które właśnie – o zgrozo- mogły zawalić się niczym domek z kart. Ruszyli powoli w głąb jaskini. Mercellus czekał na nich na samym końcu... i był sam. Może jest jeszcze płomyk nadziei... Czarodziej widząc nadciągające postacie uśmiechnął się sztucznie i bez żadnych wstępów nakazał im zdjąć kaptury. Uczeń przełkną ślinę. Nie maskował się do tej pory pod zaklęciem bo i potrzeby takiej nie było, przecież jedyni członkowie gildii którzy ich znali to krasnolud oraz Pergins... oboje leżeli teraz martwi gdzieś w lasach zaginionych krain a na ich zwłokach ucztowały pewnie kruki... Nie było jednak sensu kombinować. Młodzieniec zerknął na swojego mistrza po czym oboje odchylili nakrycia głowy tak by dało się dostrzec twarze. Czarodziej który cały czas dzierżył starą, hebanową laskę, od której zaczęła się ta historia, wyciągnął z kieszeni jakiś pergamin, zerknął na niego pobieżnie. – a oto i nasi nekromanci... HA!- podał akolitom z zadowoloną miną kartkę. Gwardzista przyjął ją i zaczął przeglądać. Uczeń zerknął przez jego ramię, zastanawiając się co też może tam być...
,, Drogi Mercellusie.
Na wstępie chciałbym jeszcze raz podziękować za Twoją pomoc. W ramach tych że podziękowań, oraz wiedząc czym się obecnie zajmujesz, postanowiłem przeprowadzić małe śledztwo. Poniżej przedstawiam Ci spis wszystkich członków Rady Nekromantów. A są to:
#LISTA IMION WSZYSTKICH AKTUALNYCH CZŁONKÓW RADY NEKROMANTÓW WRAZ Z KRÓTKIMI OPISAMI CECH SZCZEGÓLNYCH#
Nie mam najmniejszych wątpliwości że ludzie Ci działają w służbie Netherila, a co za tym idzie mogą być niezwykle niebezpieczni. Proszę uważaj na nich oraz na siebie.
Twój przyjaciel,
# NIECZYTELNY PODPIS # ,,
Młodzieniec zbladł widząc swoje imię wśród listy. Może mieli szpiega... nie istotne. Zaraz zacznie się walka. Uczeń wsunął dyskretnie dłoń do sakiewki z ziołami z zaczął wpatrywać się w Czarodzieja. Gwardzista natomiast zrzucił z ramion płaszcz gildii, prosto w błoto i spokojnie wyciągnął z kieszeni swoją złotą fajkę. – skoro zatem i tak mamy zginąć... to może zdradzisz nam chociaż po co to wszystko? –Mercellus uśmiechnął się triumfalnie.
- Po co? Myślałem że biedny Pergins opowiedział wam już wszystko.
- Wspominał coś o zamknięciu Otchłani... ale stan w którym znajdował się nie pozostawił mu wiele... swobody. A oboje przecież wiemy że z bogiem konkurować nie możesz...
-Ja nie mogę – kolejny parszywy uśmiech- Jednak mój Pan owszem!
- Którym z bogów zatem jest twój pan czarodzieju?
-Bogów? O nie.. on nie jest bogiem... on jest czymś większym, lepszym... WSPANIALSZYM! Zniszczy was, waszego bożka... i wszystkich starych bogów w ogóle! Na świecie zapanuje nowy porządek!
Gwardzista wyjął spokojnie jedną ze strzał z kołczanu, sprawdzając przy tym czy jego uczeń jest już gotowy. Zagryzł fajkę w zębach. Zacisnął dłoń na grocie strzały i gwałtownie szarpnął głęboko rozpruwając tkankę. – I myślisz... że gdy już nastanie ten.. ,,nowy" porządek... to twój pan wielce łaskawie oszczędzi ciebie? Zginiesz razem ze wszystkimi innymi gdy tylko przestaniesz być przydatnym...
-Nic nie rozumiecie...- Z cienia dookoła zebranych zaczęli wyłaniać się skrytobójcy. Młody akolita odruchowo zaczął liczyć wojowników... Dwóch... trzech... pięciu... Mocą żaden nie mógł równać się Mercellusowi... ba... nie mogli równać się nawet jemu. Tyle że ich siła wyraźnie nie leżała w magii... a i liczebność dawała ogromną przewagę. – Służę mojemu Panu wiernie... A gdy zabije was!... zostanę jego prawą ręką! – Gwardzista obrzucił czarodzieja kpiącym uśmiechem, wyraźnie starając się go sprowokować i zaczął owijać poharataną dłoń bandażem pokrytym prochami nieumartego – Plugawi nekromanci! GIŃCIE!!!
W tym samym momencie rycerz śmierci rozpłynął się w powietrzu. Skrytobójcy nieco zdezorientowani tym faktem zawahali się. Uczeń wykorzystał moment, najważniejsze to unieszkodliwić czarownika – AN EX POR – Promień czystej energii którego obecność zdradzały jedynie gwałtownie wibracje powietrza błyskawicznie pomknął w stronę czarodzieja i rozlał się po jego ciele, unieruchamiając wszystkie, nawet najdrobniejsze mięśnie. Kątem oka dostrzegł szarżującego w jego kierunku zabójcę. Elf poruszał się niemal bezszelestnie... niemal. – VAS FLAM- młody mag uwielbiał to zaklęcie, było tanie, proste, niezwykle szybkie, a dobrze wycelowane również niebywale śmiertelne... Pewnym ruchem wycelował głownię kostura w kierunku napastnika. Na jego przedramieniu zapłonęły drobne płomyczki. Zdawało się że ogień łapczywie pochłania rękaw, jednak już w następnej chwili przeskoczył na dłoń, ukazując tkaninę, którą zostawił w nienaruszonym stanie. W kolejnym ułamku sekundy płomienie zebrały się na zwieńczeniu kija. Uformowały niewielką kulę ognia, która rosnąc jednocześnie pomknęła w kierunku oponenta. Nieszczęśnik nie miał czasu nawet zareagować. Biegnący nisko nad ziemią elf oberwał prosto w twarz, jego głowa oskoczyła gwałtownie do góry, natomiast on sam runął na plecy. Nagle nord poczuł straszliwy ból w mostku. Spojrzał w dół i zobaczył czerwony od jego własnej posoki czubek długiego krisu, wystającego z jego piersi. Jeden ze skrytobójców pojawił się za jego plecami... Oprawca oparł nogę na krzyżu ucznia i wyszarpnął brutalnie oręż wyrywając przy okazji falistym ostrzem świeżą tkankę. Krew zebrała się w jego ustach i wypłynęła na zewnątrz, bulgocząc przy tym w kącikach ust. Stróżka czerwonej cieczy spłynęła po brodzie i zaczęła ściekać na ubranie. Młodzieniec upadł ciężko na kolana. Uderzenie prawdopodobnie obiło solidnie stawy, jednak to nie miało już znaczenia, nic nie miało znaczenia... liczyło się tylko to że... zawiódł... Runął twarzą w piach pokrywający podłoże jaskini.
Rycerz śmierci poczuł straszliwe pieczenie gdy tylko popiół nieumarłego wszedł w kontakt z krwią. Mroczna energia przenikała wszystkie komórki ciała, pochłaniała je, niszczyła i przerzucała się na kolejne. Ból narastał od rany w górę, cal po calu... coraz wyżej i wyżej... Myślał że zaraz zginie, jednak przeciwnicy przebiegali obok... zupełnie jak by go nie widzieli. Złapał ręką wystający z ziemi stalagmit i niemal że sparaliżowany oglądał walkę. Uczeń radził sobie nie najgorzej... Ból przeradzał się w przyjemnie ciepło narastające w okolicy piersi... młody sparaliżował czarodzieja... ciepło rozpływa się po ciele... ciało elfa runęło na ziemię, w miejscu twarzy widnieje tylko dymiąca, spopielona dziura... mrowienie palców oznacza że odzyskuje władzę nad ciałem... za uczniem pojawia się kolejny zabójca... Gwardzista odruchowo krzyknął chcąc ostrzec towarzysza o niebezpieczeństwie, za późno...
Magia skrywająca go przed światem przestała działać.
Zabójca patrzył z uśmiechem na ciało swojej ofiary. Jej krew ściekała z długiego falistego ostrza – prezentu który dostał od kolegów z bractwa gdy zakończył szkolenie – i wsiąkała w piach. Krzyk wyrwał go z zadumy. Obrócił się przez ramię i ujrzał gwardzistę odpinającego od pasa ogromny młot. Jeden z jego kolegów skoczył w jego stronę. Wojownik wziął potężny zamach i przygniótł biedaka do ściany. Trzask łamanych żeber poniósł się po jaskini. Kolejny brat pomknął w stronę rycerza. Kolejny zamach. Dźwięk rozłupywanej czaszki. Wojownik poruszał się z siłą i szybkością którą nie pogardzili by najstarsi z wampirzych rodów. Czwarty z zabójców wykazał się trochę lepszym instynktem samozachowawczym. Zamiast atakować... rzucił się do ucieczki. Nic mu to jednak nie dało. Wojownik złapał broń za sam koniec rękojeści i cisnął młotem w uciekiniera. Głownia wbiła się z trzaskiem w jego plecy, łamiąc przy tym kręgosłup, żebra... i pewnie przebijając płuca. W głowie obserwującego całe zajście mordercy przeskoczyła prosta myśl... to będzie długa i paskudna śmierć... szybko jednak otrząsnął się. Jeśli chce przeżyć nie może rozpraszać się. Wojownik zapewne bez bronie nie jest wiele mniej niebezpieczny niż z nią. Chwycił pewnie kris, zza pleców wyciągnął sztylet. Zaczął powoli cofać się obmyślając jednocześnie strategię. Na jego szczęście czarodziej odzyskał władzę nad swym ciałem. Potężny podmuch energii z rykiem wparował na wojownika i cisnął nim o skały. Mercellus nie spodziewał się że rycerz odważy się wprowadzić prochy do swego krwiobiegu. Doskonale jednak wiedział co dzieje się z kimś kto przyjął taką ilość. Pośpiesznie wyczarował magiczną bramę. Gwardzista za kilka chwil umrze... ale teraz jest śmiertelnie niebezpieczny. Nie czekając na ciąg dalszy przeszedł przez portal. Ostatni z żywych skrytobójców również nie zamierzał zostawać tutaj sam. Skoczył w kierunku księżycowego przejścia, które w kilka chwil później zamknęło się.
Wojownik Netherila rozejrzał się po jaskini. Dookoła walały się zmasakrowane ciała... w tym jego. Dookoła panowała upiorna, przenikliwa cisza, zmącona jedynie cichymi jękami dobiegającymi gdzieś z oddali... może to wiatr... albo szepty... dźwięk był wytłumiony tak mocno że tylko w pełnym skupieniu można było coś usłyszeć... Kolory wyblakły... nie były czarnobiałe... ale i tak wyblakłe do tego stopnia że ledwie dało się je rozróżniać. Wyjątkiem były fioletowe smugi pełznące po podłożu... Klątwa przygotowana wcześniej przez Mercellusa zapewne. Wojownik pokiwał głową z uznaniem. Był wściekły, ale i tak pełen podziwu... była to stara i niesamowicie potężna magia... do niedawna jeszcze uznawana za zaginioną... oznaczała jednak że nie mogą opuścić tej jaskini... przynajmniej do czas aż znajdą ich pozostali słudzy Netherila... może oni będą w stanie przełamać zaklęcie... Widmo spojrzało na swoje dłonie. Jego dusza była czarna niczym pustka, nie zakłócona nawet najdrobniejszym pasemkiem jakiejkolwiek innej barwy... Dar Netherila... niezniszczalna dusza... Nigdzie nie dało się dostrzec ucznia... ruszył powoli ku wyjściu z jaskini. Znalazł go. Biała niczym śnieg zjawa odziana w zwiewne pasma utkanej z mgły tkaniny unosiła się tuz przed wejściem. Zapewne odkrył już że nie może wyjść. Nie ruszał się, nie wydawał dźwięków, jego twarz była wyprana z wszelkich uczuć, niczym kamienna maska. Wpatrywał się tylko w dal... w linię lasu wznoszącą się nad horyzontem. Wojownik stanął obok i spojrzał w tym samym kierunku. Spomiędzy drzew powoli wynurzało się kilka odzianych w zwiewne, czarne togi postaci...
(http://i.imgur.com/wyGwxQb.jpg)
Gwardzista siedział w karczmie Yew popalając fajkę. Czekał na umówione spotkanie z kandydatem na ucznia. Chciał z nim jeszcze trochę pogadać, bo miał pewne podejrzenia... Wypalił cały tytoń i akurat wszedł wyczekiwany elf. Spiczastouchy usiadł naprzeciw wojownika.
- Opowiedz mi o sobie, chciałbym lepiej poznać naszego kandydata. Czym się zajmujesz? - rzekł gwardzista bez zbędnych ceremonii powitalnych.
Cóż, jestem grajkiem, łowię ryby, ukrywam się... - wymieniał młodzieniec, podczas gdy przerwał mu wojownik.
- Ha! Lubisz się skradać co? - rzekł żywo człowiek, dokładnie obserwując kandydata.
- Nie.. tylko się ukrywam - odpowiedział z lekką niepewnością w głosie.
- No dobrze... Ah! Jesteś przecież grajkiem, zaśpiewaj mi coś. - rzekł gwardzista z uśmiechem.
- No cóż.... dobrze. - odpowiedział elf z niepewnością w głosie i zaczął brząkać na lutni. - Był sobie kot, mieszkał na ulicy. Był bardzo biedny i nikt go nie kochał. Chodził po płotach, błąkał się pod karczmami. Raz go przygarnął pewien chłopiec...
- Dość, marny z ciebie śpiewak. Znasz jakieś opowiadania? Może w tym okażesz się lepszy. - rzekł wesoło gwardzista.
- Jakie byś chciał usłyszeć panie? - odpowiedział elf, nieco zmieszany po swoim śpiewie.
- Najbardziej lubię takie o szpiegach. Fascynujące osoby. Nigdy tak naprawdę nie wiesz kto nim jest. Wiesz o czym mówię prawda? - wojownik już nieco spoważniał i dokładnie przyglądał się elfowi.
- Tak, niestety nie znam żadnych takich opowieści. - odrzekł nieco niepewnie.
Wojownik wywrócił oczami, chwycił swoją kosę leżącą obok i wstał mozolnie.
- Ostatnie pytanie... KIM DO CHOLERY JESTEŚ? - krzyknął gwardzista wbijając ostrze kosy w stół.
- Właśnie dużo o sobie opowiedziałem. - odpowiedział elf, niepewnie spoglądając na wojownika.
- Zatem pozwól, że ci coś pokażę. - rzekł spokojnie wojownik, zdecydowanie poirytowany, po czym wyszedł z karczmy.
Gwardzista wyszedł powoli z karczmy, a elf udał się za nim. Oboje zatrzymali się obok karczmarza, który stał przed budynkiem.
- Powiedz mi karczmarzu, słyszałeś może coś o osobie imieniem Illeasar? - rzekł gwardzista.
- O nikim takim nie słyszałem, nie mam pojęcia kto to. - karczmarz skrzywił tylko facjatę i pokręcił głową.
Gwardzista obrócił się do stojącego za nim elfa. - Wytłumaczysz mi to?
Elf wzruszył ramionami. - Niestety nie potrafię.
- Ujmę to tak. Pojawiasz się nie wiadomo skąd, nikt cię nie zna. Mówisz, że jesteś bardem, ale nie potrafisz ani trochę śpiewać, za to potrafisz się ukrywać. Tak się też składa, że mamy szpiega, a wiemy, że jest on elfem. Jak to wygląda? - zdenerwowany wojownik wbił wzrok w kandydata.
- Niestety nie potrafię. - odrzekł elf z nieco rozczarowaną miną.
- Zatem masz chwilę, aby podać mi powód dla którego mam cię nie zabijać. - gwardzista zaczął sięgać po bolę przyczepioną do pasa.
- Cóż, wiem, że sytuacja wygląda nieciekawie, ale mam w interesie tylko dobro Rady, mogę to udowodnić. Wiem, gdzie znaleźć Marcellusa. - rzekł pośpiesznie elf.
- Hmm. Zatem prowadź, ale będę miał cię na oku. - gwardzista był wyraźnie zdziwiony.
Nekromanci zebrali się pod Skara. Ruszyli do lasów, prowadzenie przez elfa. Po jakiejś godzinie marszu dotarli do zniszczonej przez nich kapliczki Dalii. Na stole stała kula, identyczna jak ta, która zostawiono w Świątyni Netherila. Gwardzista podszedł do kuli, gdy nagle zauważył wykradającego się za drzewami Marcellusa. Wojownik dał znak do ataku. Nekromanci popędzili ku czarodziejowi. Walczył zaciekle, ale nie miał szans ze sługami Pana Śmierci. Gwardzista podszedł do zwłok i wyrwał z jego ręki kostur. Wreszcie go mają. Ale musieli dowiedzieć się jeszcze kilku rzeczy.
- Kapłanko, podejdź. Musimy go jeszcze przesłuchać. - rzekł pośpiesznie wojownik.
Kapłanka wypowiedziała inkantację, ale... duszy już nie było. Nie trafiła do Otchłani, jej po prostu nie było... Nekromanci nie wiedzieli co o tym myśleć. Uznali, że spytają się Mistrza, gdy powróci, on zapewne będzie wiedział. Ale teraz, pora na rekrutację. Elf dowiódł swojej przychylności dla Rady. Nekromanci wraz z uczniem udali się do wieży. Zasiedli w sali Rady, a uczeń stanął przed nimi. Ledwo rozpoczęty proces rekrutowania przerwał niespodziewany powrót Mistrza Khana. Nekromanci powstali i podeszli nieco do niego. Gwardzista chciał zacząć rozmowę o kosturze, ale zwrócił uwagę na dziwne zachowanie Mistrza. Khan stał z wbitym wzrokiem w elfa.
- To ty... - Mistrz mówił jakby z przestrachem.
Nagle elf wyjął sztylet wykonany z niebieskiego kryształu. Popędził w stronę Khana i w mgnieniu oka był przy nim, dźgnął go dziwną bronią. Z ust Nekromanty buchnął tylko niebieski dym i ciało padło na ziemię.
- ZABIĆ GO! - wrzasnął zdezorientowany gwardzista.
Nekromanci popędzili za elfem, lecz ten był za szybki... rozpłynął się w powietrzu zaraz po wybiegnięciu z sali. Ciało mistrza leżało w bezruchu, wyglądało na wypalone od środka. Nekromanci zaczęli wypowiadać wszelkie zaklęcie, aby sprowadzić duszę z powrotem. Gwardzista siedział jedynie w bezruchu na ziemi obok ciała.
- On już nie wróci, jego dusza zniknęła. - rzekł wojownik z wyraźnym smutkiem w głosie.
- Jak to? Żadna dusza nie umiera, zmienia się tylko forma. - odpowiedział jeden z Nekromantów.
- Nie tym razem. Ta broń zabija dusze. Nie ma jej, rozpływa się, przepada.
Po wypowiedzeniu tego, wojownik wstał i powoli wyszedł z sali. Co teraz? Kolejna kula zabierająca moc Panu. Mistrz nie żyje. Nic nie układa się po myśli.
(http://i.imgur.com/MiuIbpJ.png)
- Witać – powiedział uczeń wchodząc do sali zebrań – Pustawo...
Odziany w czerń akolita uniósł lekko głowę. Skierował swój wzrok na puste miejsce u szczytu stołu.
- Tamte miejsce powinno być zajęte na pewno... - odrzekł spokojnie.
- Miało być mistrzów paru, lecz nie wiem co się dzieje, że ich nie ma – kontynuował przybysz – Dostałem wiadomość o spotkaniu, więc jestem...
Drzwi do komnaty skrzypnęły lekko. Kolejny akolita wszedł pewnym krokiem do środka zajmując miejsce przy kamiennym stole.
- Widzieliście? – zapytał – Przybyło kilku gwardzistów. Szkoda, że dopiero teraz... - skrzywił się lekko.
(http://i.imgur.com/SPw9xRg.png)
Siedzieli przez dłuższa chwilę w milczeniu czekając na któregoś z mistrzów. Każdy z nich miał nadzieję, że dowie się więcej o ostatnich przykrych wydarzeniach, które miały miejsce pośród murów tego zamku.
Wrota otwarły się ponownie. Stanął w nich mistrz Rhodar. Rzucił obojętne spojrzenie ku młodzieńcom i ruszył w stronę kamiennego fotela, który należał do Khan'Yena. Przetarł dłonią zakurzone oparcie.
- Witajcie uczniowie...tylko trzej? – żaden z adeptów nie ośmielił się odpowiedzieć – Cóż, czy któryś z was był obecny podczas...ostatnich niefortunnych zdarzeń?
Wszyscy pokręcili głowami zaprzeczając.
- Zatem od was zbyt wiele się nie dowiem. W tym trudnym czasie pozwoliłem sobie ściągnąć na wyspę gwardzistów. Z wyspy zniknęło kilka przedmiotów należących do Rady, stąd zwołałem ludzi by to miejsce było lepiej strzeżone.
- Możemy zapytać co to za przedmioty? – zapytał się jeden z uczniów.
- Prochy licza ale też cenniejsze rzeczy, bransoleta mistrza między innymi. Nie jestem też pewien co z księgą. Możliwe, że mistrz ją ukrył lub także została skradziona. Ale do rzeczy...co dokładnie wiecie?
Uczniowie opowiedzieli Rhodarowi wszystko co tylko wiedzieli, a w zasadzie to, co ogólnikowo przekazali im opiekunowie: o elfie, który pomógł odnaleźć Marcellusa a tym samym odzyskać kostur, o jego spotkaniu w zamku z Thrastem i wreszcie o udanym zamachu na Mistrza.
- To musi na razie wystarczyć – odrzekł nekromanta – Swoją drogą, gdzie kostur? Kto go posiada?
- Zdaje się, że gwardziści wzięli go w opiekę – odpowiedział jeden z uczniów.
- Ah...dobrze. Jeden z Rycerzy Netherila ma niedługo ty przybyć. Póki co, mam dla Was dwa proste zadania. Mimo wszystko chcę żebyście trzymali się razem. Jeśli się rozdzielicie, jest większe ryzyko, że nieprzyjaciel zaciśnie na Was swe pięści. Musicie udać się w dwa miejsca. Po pierwsze odwiedzicie miasto Vesper. W tamtejszej karczmie znajduje się nasz łącznik. Oczywiście nie wygląda jak jeden z nas – mistrz wykrzywił usta w lekkim uśmiechu – Gdy usłyszy hasło ,,tego roku pięknie kwitną bzy" odpowie ,,zaiste, a kwiaty są niezwykle wonne". Będziecie wiedzieli, że to on. Powiedzcie mu, że wyspa potrzebuje ludzi. On zadba by w niedługim czasie pojawiło się tu więcej gwardzistów – zastukał palcami o blat – następnie udacie się do Wieży. Poszukacie tam śladów nieprzyjaciela. Może natraficie na coś, co naprowadzi nas na ich trop. Tam dołączy do Was wspomniany Gwardzista. Ruszajcie...
Młodzieńcy weszli do karczmy rozglądając się uważnie. By zachować pozory, zamówili trunki i poprosili dziewkę karczemną o wolny stolik. Odziany w czerń akolita przechadzając się po sali spostrzegł pewnego mężczyznę, który ukradkiem się mu przyglądał.
(http://i.imgur.com/LtaZjcq.png)
- Wolne? – zapytał uczeń podchodząc do stolika. Mężczyzna wzruszył ramionami. Reszta uczniów dołączyła po krótkiej chwili.
- Czego chcecie? – bąknął nieznajomy.
- Dobrze jest pogawędzić w przerwach podróży przez ziemie Sosarii – kontynuował akolita.
- Jak chcecie gadać to przynieś piwo, śmierdzi tu trupem... - skrzywił się lekko.
Nieumarły mag szczelniej ukrył swe ciało w fałdach szaty. Wypili kilka łyków złocistego trunku przyglądając się sobie na wzajem. Akolita zerknął przez okiennice.
- Tego roku pięknie kwitną bzy, nieprawdaż? – zapytał czekając na reakcję mężczyzny.
- Zaiste, a kwiaty są niezwykle wonne... - łącznik potwierdził swoją tożsamość – Kto Was przysłał?
- Mistrz Rhodar.
- Jakie rozkazy?
- Kazał przekazać, że Zamek potrzebuje ludzi. – szepnął jeden z uczniów.
- Przekażcie, iż niedługo może się ich spodziewać. Góra trzy dni. Są rozsiani na świecie, niczym liście na wietrze. Muszę ich zebrać.
Wszyscy przytaknęli lekkim skinieniem głowy. Pociągnęli po łyku ze swych kufli i wyszli. Kolejny cel – Wieża Nekromantów.
Przed wejściem do dawnej siedziby Magów Śmierci pojawił się lśniący niebieskim blaskiem portal. Po chwili wyłoniło się z nich trzech magów. Wprowadzili swe wierzchowce do środka i odstawili do tutejszej starej stajni.
- Czy nie miał na nas tu czekać któryś z Rycerzy? – zauważył jeden z uczniów.
- Hm...rozglądnijmy się trochę, może niedługi się zjawi.
Udali się ku wyższym piętrom. Przeszukali cześć mieszkalną, potem bibliotekę. I tak pomieszczenie za pomieszczaniem lecz nie znaleźli nic, co wskazywało by na obecność nieprzyjaciela.
(http://i.imgur.com/vX8OSUm.png)
Trafili także to obszernego pomieszczenia, gdzie znajdował się ołtarz ofiarny.
- Nigdy nie byłem w tej komnacie – powiedział jeden z uczniów w szarej todze.
- Ah...pamiętam jak pierwszy raz składałem tu ofiarę z mistrzem Mortalisem – akolita odziany w czerń zamyślił się lekko zerkając na ołtarz – Krew pięknie wypełniła ten symbol. Powstały wtedy wir energii widać było w samej Delucji. Niebo przybrało czerwoną barwę, a w okolicznych lasach słychać było wycie i zawodzenie.
Sali jeszcze chwilę, przyglądając się świętym znakom po czym wyszli z pomieszczenia udając się za zewnątrz.
- Nic tu nie ma, żadnych śladów – jeden z akolitów spojrzał w górę.
- Może nie przeszukaliśmy wszys... - odpowiedział drugi lecz przerwał w pół słowa. Z za zakrętu wyłoniła się czarna sylwetka jeźdźca.
- Witajcie – skinął lekko gwardzista. Uczniowie odpowiedzieli tym samym – Znaleźliście coś?
- Nic a nic Panie, żadnych śladów.
- Wejdźmy jeszcze raz – powiedział rycerz zeskakując z wierzchowca.
(http://i.imgur.com/gn7uMB6.png)
Szybkim krokiem obeszli większość sal nie znajdując niczego. W pewnym momencie znaleźli się w małym pomieszczeniu, które było kompletnie puste. Uczniowie obrócili się z zamiarem wyjścia lecz gwardzista udał się na jego drugi koniec by po chwili zniknąć w ciemności. Młodzieńcy popędzili za nim. Ledwie widoczne przejście skierowało ich do olbrzymiej komnaty. Rozglądnęli się uważnie. Rycerz przyklęknął przy czarnym pentagramie.
- Wygląda na to, że z tego była zrobiona jego broń – powiedział zbrojny – Same okruchy, może w zamku będą wiedzieli co to – pozbierał starannie resztki i schował do torby.
Trzech młodych akolitów pod przewodnictwem Rycerza Śmierci dotarło na wyspę i skierowało swe kroki ku kamiennym schodom, prowadzącym ku zamku. Przed wejściem stało dwóch strażników.
- Hm...kim jesteście żołnierze? – zapytał gwardzista Netherila.
- Zdaje się, że to ludzie od naszego łącznika z Vesper – powiedział jeden z młodzieńców.
Wojskowi przepuścili mężczyzn.
(http://i.imgur.com/OabJnYy.png)
- Witajcie – odparł mistrz Rhodar – wojskowi przybyli, więc jedno zadanie spełniliście. Jak drugie?
- Cóż...znaleźliśmy coś – odparł rycerz – Ale nie wiemy do końca co to – wyciągnął zawiniątko – Bardzo sypkie – przesypał dokładnie okruchy w dłonie mistrza. Ten przyglądał im się chwilę.
(http://i.imgur.com/a7wuDH7.png)
- To może być wiele rzeczy, ale to już coś.
- Widziałem to już wcześniej – kontynuował zbrojny – Pochodzi z lodowej wyspy. Podobno ten minerał już dawno został wykorzystany ale po ostatnim trzęsieniu, otworzyło się kilka nowych szczelin i ukazało się kilka nowych złóż. Mam podejrzenie, że była z niego zbudowana broń, która uśmierciła Khan'Yena.
- Jeśli to co mówisz jest prawdą to może być dobry trop – nekromanta przeciągnął swoją szponiastą dłonią po brodzie – Wstrzymajmy się z opinią aż przeprowadzę ekspertyzę. Jeśli jeszcze mógłbyś zrelacjonować mi to wydarzenie, co działo się wtedy gdy mistrz...Nasi uczniowie wiedzą niewiele...
Gwardzista usiadł w kamiennym fotelu.
- Mistrz został dźgnięty sztyletem, prawdopodobnie właśnie z tego materiału. Z rany uniósł się błękitny dym a gdy jego ciało padło na ziemię... - widać było, że każde kolejne słowo wydobywające się z ust rycerza sprawia mu większy ból - ...jego oczy mieniły się niebieskim światłem. Usta rozwarły się jakby w krzyku i zastygły a wnętrze było wypalone. Na nic było szukać jego duszy, już jej nie było...nigdzie... - ciężko oparł się o stół.
- Rozumiem – Rhodar skinął lekko – Ten opis jest niezwykle cenny choć brzmi zatrważająco. Może jest jeszcze nadzieja, ale najpierw badania – przesypał okruchy do małej fiolki i schował do kieszeni – Ah...bym zapomniał. Kostur? Masz go?
- Mam – odparł gwardzista.
- Wspaniale, pilnuj go za cenę swojego życia. Pozwoliłem sobie ściągnąć na wyspę naszych ludzi. Będą pilnowali dobytku. Możesz rozmawiać z Beralthem, na szczycie zamku, to ich dowódca - Mistrz Rhodar zerknął na uczniów - Myślę, że jeden...lub dwóch z tych uczniów zbliżają się do tej chwili, w której mogliby zakończyć nauki...ale to zostawiam Twojej opinii.
Nekromanta ruszył ku wrotom po czym wyszedł bez słowa.
Młody mag oparł się o grzbiet potężnego, kościanego konia i zaczął podziwiać ogromne fale, które co róż uderzały z przenikliwym rykiem w brzeg wyspy. Cisnął w zamyśleniu jakiś kamień w odmęty burzliwego ogromu wody i zerknął w stronę gwardzistów. Dwie postacie pilnujące wejścia na zamek... Stali tam, zakuci od stóp po czubki głów w czarne, płytowe zbroje. Uczeń mógł oczywiście wejść do środka... ale szczerze powiedziawszy nie chciał. Ostatnio zrobiło się tam tłoczno... Nagle coś zakłóciło jego rozmyślania... tak... przepływ magii przez wyspę został zakłócony... Mężczyzna odwrócił się na pięcie –Przybyłeś nareszcie, witaj - Nowo przybyły odciągnął poły kaptura ukazując swoją twarz. Niegdyś należała do elfa, jednak ostatnimi czasy coś zmieniło się. Skóra stała się nieco bledsza, tkanka zaczynała obumierać... - Witaj. Czemu mnie wezwałeś... bracie?- Nord uśmiechnął się mimowolnie... fizycznie nie mieli prawdopodobnie nawet jednej wspólnej kropli krwi... Jednak ostatnio zaczynał cenić nieumartego jako towarzysza podróży. – Mistrz ma dla nas zadanie. – Spojrzał w stronę zamku i westchnął cicho – wejdźmy do środka.
Wiesz jak zabić licza?- nie czekając na odpowiedź zaczął opowiadać. Nieumarły przerwał mu jednak podniesieniem dłoni –Wiem jak zabić licza... mistrz już mi to wyłożył...
- Doskonale – Żywszy z uczniów podrapał się po brodzie –Ponieważ zabijemy jednego...
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Na twarzy chłopca, siedzącego naprzeciw odrzwi yewieńskiego banku malował się strach zmieszany z nutką fascynacji. Obserwował potężnego konia przywiązanego za lejce w jednym z boksów. Postrzępiona skóra zwisała luźno z grzbietu, odsłaniając gdzieniegdzie gołe, choć już pożółkłe kości. Bestia zarżała cicho, po czym wbiła przesiąknięty żądzą mordu wzrok w konar drzewa. Dzieciak poczuł jak ciepła plama rozlewa się po jego spodniach. Nie miał wątpliwości, TO wiedziało, że on tam jest... Nagle drzwi banku otworzyły się. Ze środka wynurzyła się postać z twarzą skrytą pod obszernym kapturem. Podała potworowi wielki, ociekający jeszcze świeżą krwią udziec jelenia, następnie otworzyła juki i zaczęła upychać w nich jakieś woreczki. Nagle niewiadomo skąd wynurzyła się druga postać. Odziana w niemal że czarną togę, chociaż nie ukrywała swojej twarzy pod kapturem. Podeszła do maga. Ten odwrócił się, odpowiedział coś, po czym skinął głową... a może ukłonił się...? Chłopiec nagle stwierdził że pod wpływem chłodnej, już prawie że zimowej pogody, ciepła plama na jego kroczu zaczyna zamieniać się całkiem nieprzyjemnie zimną plamę. Noszące się na czarno postacie ruszyły w stronę stajni. Malec chciał już popędzić za nimi, lecz nagle poczuł na kostce silny uchwyt odzianej w grubą skórę dłoni. Strażnik brutalnie ściągnął dzieciaka z drzewa – A ty co tak się chowasz?! Pewnie żeś coś zwinął mały łachmyto! – Zacisnął brutalnie rękę na karku chłopca, tak że ten aż pisnął- Pójdziesz teraz ze mną.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
-Powiadomiłeś go?- Gwardzista przyjrzał się uważnie uczniowi – Tak mistrzu.
- Dobrze, słuchaj teraz uważnie. Dowiedziałem się, że pewien mroczny elf wszedł w posiadanie starego dziennika. Należał on do inkwizytorów, którzy polowali na licza imieniem Volgaar. Udacie się do Podmroku i odnajdziecie tenże dziennik. Z jego pomocą wyśledzicie i zabijecie licza. – Uczeń pokiwał powoli głową. – Wyruszymy niezwłocznie mistrzu. – ukłonił się po czym wyciągnął księgę run.
- jeszcze jedno uczniu. Podmrok to niebezpieczne miejsce... miejcie się na baczności.
(http://i.imgur.com/ywhy1gk.png)
Czerwona brama okalana czarnymi cegłami rozbłysła mocniej. Z wnętrza wyszedł młody mag. Rozejrzał się dookoła. Od kiedy w świątyni Netherila pojawił się artefakt.. złota kula... niegdyś niemal że iskrzące od energii śmierci miejsce stało się jak by cichsze... spokojniejsze... bardziej... puste. Uczeń wspiął się powoli po czarnych schodach. Spojrzał na zegarek. ,,powinien być tu lada chwila". Nie pomylił się. Niemal że w tym samym momencie brama ponownie błysnęła krwistą czerwienią. W Środku zamajaczyła postać kolejnego czarnego maga. Nieumarły zadarł głowę i widząc, że jego towarzysz już czeka, ruszył na szczyt. – Witaj – Człowiek skinął głową a następnie wyjął z plecaka prosty, lecz solidnie wykonany sztylet. – Czas zaczynać - Chwycił broń w obie dłonie i ruszył w stronę ołtarza. – Myślę, że w kręgu będzie lepiej... -Nord kiwnął głową- pewnie masz rację- złożył broń ostrożnie w centrum pentagramu wymalowanego krwią na czarnej posadzce. – mam nadzieję, że mocy wystarczy – Uczniowie cofnęli się, a następnie pogrążyli w cichej modlitwie. Ostrze sztyletu zalśniło lekko. Młodzieniec zbliżył doń dłoń -z bliska broń emanowała mocą... chociaż była ona ledwie wyczuwalna- chwycił pewnie sztylet i schował go do torby. – Teraz musimy udać się do Podmroku... tam powinniśmy odnaleźć dziennik z którego dowiemy się gdzie szukać naszego celu.
(http://i.imgur.com/vnR7LvY.png)
Chociaż czarni magowie nie wiedzieli gdzie szukać Podmrku, w okolicach Vesper znaleźli przemytnika, który zgodził się zabrać ich w to ponure miejsce, a co ważniejsze.... nie zadawać pytań. W zamian za sowitą opłatę rzecz jasna...
Przez jaskinię przepływała szeroka rzeka, a mimo to i tak było tam pełno miejsca. Młodzieniec przyjrzał się sklepieniu. Jeśli chodzi o miejsca w których rozważał zamieszkanie, to zdecydowanie nie było pierwsze na jego liście... Baa, ono nie mieściło się chyba nawet w trzeciej ćwiartce tej listy... nie zerkając na towarzysza rzekł – Mistrz uważa że może być tu niebezpiecznie, możesz przywołać smoka? – Nieumarły rozejrzał się po jaskini przelotnie, po czym, również uznawszy że smok zdecydowanie jest tym co będzie im tu potrzebne, zaczął szykować zaklęcie.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Ledwie zdołali przejść most, a już zostali zaatakowani. Cienie dookoła zaczęły odklejać się od ścian. Zabójcy upadłego domu. Mroczne elfy pognały w ich stronę... i to był błąd... Ryk powietrza spowodowany uderzeniami ogromnych, smoczych skrzydeł przewalił się po jaskini. Niumarła bestia wpadła w elfy niczym taran, zaczęła się rzeź. Po ledwie kilku chwilach akolici uznali, że walka jest praktycznie skończona... nie mogli niestety mylić się bardziej. Krzyki mordowanych drowów zwabiły coś jeszcze... z głębi korytarza wynurzył się ogromny pożeracz umysłów. Starszy uczeń, mający więcej doświadczenia w walce, niemal bez namysłu zaczął ciskać w stwora zaklęciami. Energia rozrywała powietrze, rozbijała się o magię ochronną przeciwnika. Jego kompan, który wcześniej nie miał okazji nawet czytać o czymś takim, szybko otrząsnął się z osłupienia i również zaczął inkantacje. Zamiast jednak skupić się na ataku, postanowił osłabić przeciwnika. ,,DES SANCT!" Moc owinęła się dookoła stwora i zaczęła powoli osłabiać jego szpetne ciało. Szybko jednak wyszło na jaw, iż coś takiego nie wystarczy. Uczniowie spojrzeli po sobie. Nieumarły wydał rozkaz smokowi by ten odwrócił uwagę pożeracza. Przygotowali odpowiednie składniki a następnie wyciągnęli dłonie w stronę demona. Zakrzyknęli niemal jednocześnie ,,ENERVARE!". Dwie cieniutkie pajęczynki czarnej energii bezgłośnie pomknęły w stronę potwora. Owinęły się dookoła cielska, a następnie zaczęły wciskać się wszystkimi porami do środka. Magia śmierci błyskawicznie zaczęła pożerać tkankę, niszczyć komórki a następnie atakować następne. Pożeracz zadał sobie sprawę, że już przegrał, wydał z siebie głośny, przenikliwy syk, po czym osunął się na ziemię...
Człowiek podparł się ciężko na kosturze, wciągnął głęboko powietrze starając się uspokoić oddech. –Znajdźmy to po co przyszliśmy i wynośmy się... wyraźnie nie jesteśmy tu mile widziani...
Uczniowie przedzierali się przez stare kamienne korytarze, sukcesywnie przeszukując wszystkie pomieszczenia i wybijając mieszkańców. Nagle młodszy z nich usłyszał coś... jakiś głos... syczący prosto do jego ucha. ,,Czy wiesz do kogo należą te tunele...". Odwrócił się błyskawicznie i tuż przed sobą ujrzał hebanową twarz. Szybko odskoczył, unikając drowiego noża... tyle że nie było żadnego noża. Elf stał tak przez chwilę, uśmiechając się arogancko. –Co was sprowadza tak głęboko pod ziemię?- Nord zbladł trochę bardziej niż zwykle, zdołał tylko wybąkać – ee...witaj... - był to pierwszy Drow, który chciał rozmawiać, od kiedy znaleźli się w tym nieprzyjaznym miejscu. Nieumarły szybko jednak włączył się do rozmowy. – Witaj... szukamy pewnej księgi... wiesz może gdzie znajdziemy więcej pomieszczeń takich jak to? – wskazał palcem na drzwi jednej z bibliotek. Elf pokiwał głową – Wiem... jeśli pójdziecie tym korytarzem dalej, natraficie na kolejną bibliotekę, większą... o wiele większą... Po drodze jednak spotkacie Matkę domu tych plugawych istot – szturchnął butem ciało kapłanki upadłego domu, zabitej przez akolitów dosłownie kilka chwil wcześniej... zwłoki drgały jeszcze w pośmiertnych konwulsjach. Przez umysł Norda przemknęła myśl ,,ależ zabawnie powieka jej lata..." uśmiechnął się w duchu. Mroczny elf kontynuował jednak – Nie puści was bez walki, będziecie musieli ją zabić...- Starszy uczeń skinął oszczędnie głową – pozwolisz jednak, iż wcześniej przejrzymy jeszcze te pomieszczenia? – Elf spojrzał na nieumartego tak, jak by zobaczył najbezczelniejszą istotę w swoim życiu a następnie westchnął
– Pozwolę... dzisiaj jest wyjątkowy dzień...
- A czy możesz zdradzić nam czemuż to ten właśnie dzień jest wyjątkowy?
- A to akurat zachowam dla siebie. – Widząc iż twarz nieumartego zaczyna nabierać nieco bardziej wojowniczego wyrazu szybko dodał – Pamiętajcie że darowałem wam życie. – Człowiek również wyczuł, że jego towarzysz dość szybko traci cierpliwość- I jesteśmy za to niezwykle wdzięczni. Wybacz jednak ale czas goni nas niemiłosiernie...- Podejrzewał, że jego kompan mógłby zabić elfa, jednak on nie czół się tak pewnie w ferworze walki, a wiedział że coś zawsze może pójść nie tak... nie... na ten czas krwi rozlano dosyć. Drow uniósł dłoń w pożegnalnym geście a następnie wypowiedział coś w swoim języku, którego uczeń nie rozumiał oczywiście ni w ząb. Co prawda mogło być to życzenie powodzenia w poszukiwaniach... ale równie dobrze mogło być też jakąś obelgą. Tyle że ucznia zwyczajnie nie obchodziło to, uznał że ich zadanie jest istotniejsze, dla tego też oszczędnie skinął głową i zamilknął póki nie uznał, że elf znalazł się po za zasięgiem słuchu. – Dokończmy pierw przeszukiwanie tej komnaty, może nie będzie potrzeby walczenia z tą całą matką...
(http://i.imgur.com/qNY5ggG.png)
Biblioteka okazała się znacznie zasobniejsza niż wskazywał by na to jej rozmiar, chociaż przynajmniej pomysł przeszukania jej okazał się trafnym. Uczniowie przekopali wszystkie półki, nie dbając przy tym o to by być jakoś przesadnie delikatnymi... sądząc po książkach, które leżały na ziemi, ich obecni właściciele też za bardzo o nie nie dbali... I gdy już zdawało się, że nic tu nie znajdą, Młodzieniec dostrzegł jeszcze jedną, starą, zniszczoną, leżącą pod stosem innych... podszedł powoli i podniósł ją. Problem w tym że okładka była spięta jakimś zamkiem. Nord wymamrotał pod nosem zaklęcie otwierające... i nie stało się absolutnie nic... więc powtórzył zaklęcie, raz, drugi, trzeci... -Niemożliwe!- otwierał już tym zaklęciem dużo bardziej skomplikowane zamki, czemu ten nie chciał ustąpić? Nieumarły spojrzał na towarzysza i wzruszył ramionami. – Zostaw, pewnie i tak nie tego szukamy... -Człowiek pokręcił jednak głową. –Obawiam się, że nawet jeśli to nie jest ta książka, to teraz już pęknę jeśli jej nie otworzę.- Nieumarły ponownie wzruszył ramionami i odparł – Jak chcesz... sprawdzę co jest dalej.- Nord skinął głową by dać do zrozumienia, iż przyjął ów wiadomość do informacji, a następnie przysiadł na jakimś stołku i zaczął obracać książkę w palcach... "Może gdzieś tutaj jest jakiś klucz..." zaczął rozglądać się po komnacie lecz nic nie znalazł. W końcu nerwy mu puściły, w złości cisnął książką o ścianę. Ta przeleciała cały pokój, z trzaskiem uderzyłam o kamień... i otworzyła się. Człowiek podrapał się po głowie. ,,Hah... może brutalna siła to faktycznie jest jakieś rozwiązanie...." Podniósł powoli dziennik i przekartkował go. ,,a jednak to tego szukamy" uśmiechnął się pod nosem. Rozsiadł się wygodnie, odszukał potrzebny fragment i zaczął czytać. Po wszystkim zatrzasnął okładki i od niechcenia rzucił, teraz już niepotrzebną książkę, w kąt sali. ,,No, to nudniejszą część zadania mamy z głowy... teraz ta trudniejsza" Ruszył w stronę wyjścia by odszukać swego kompana.
(http://i.imgur.com/jjpBexm.png)
Księżycowa brama unosiła się leniwie nad ziemią. Dokładnie w centrum kręgu stworzonego ze sporej wielkości menhirów. Na soczyście zielonej trawie gdzieniegdzie przebijały się kolorowe płatki kwiatów. Dookoła polany wyrastał ogromny las. W powietrzu niósł się śpiew ptaków... zupełnie jak by pora roku panująca w całej Sosarii nie dotarła do tego skrawka kontynentu. Nagle powietrze zabuczało. Szmaragdowa plama wysiąknęła z ziemi, na samym skraju polany. Plama rozlała się, zupełnie jak każda inna ciecz... a następnie zupełnie nie normalnie i przecząc wszelkim prawom logiki zaczęła unosić się i formować w jajowaty dysk. Z wnętrza wynurzyły się dwie, odziane na czarno postacie. Stanęły pewnie na polanie i rozejrzały się. Młodsza z nich wciągnęła powietrze i zapytała. – Gdzie właściwie jesteśmy...?
- To właśnie puszcza Trinsic...
- Ah... myślałem że znowu trzeba będzie biegać... urokliwe miejsce – Nord uśmiechnąć się. Uczniowie wcześniej uradzili, że nim ruszą do Hythloth, sprawdzą zgliszcza w puszczy. Może znajdą tam coś, co przeoczyła inkwizycja. Nieumarły westchnął ciężko – Nigdy nie uda nam się przeszukać całej puszczy... powinniśmy rozdzielić się, to zwiększ nasze szanse.- Młody pokiwał głową, po czym spiął konia i ruszył na wschód. W brew temu co podejrzewał, żadna istota większa od wilka nie mąciła spokoju tego miejsca. Wtem poczuł jakąś myśl.. na samym dnie swojego umysłu... myśl która z pewnością nie należała do niego. Zerkną przez ramię, w stronę w którą wyruszył nieumarły... musiał coś znaleźć. Wyciągnął z sakiewki trochę ziół i wymamrotał zaklęcie. Voco Animu Vinculum. Czarna plama rozlała się pod jego stopami, zafalowała i utworzyła magiczny portal. Popatrzył na bramę. ,,HA, za pierwszym razem. Coraz lepiej mi to wychodzi..."
Ledwie zdążył wyjść po drugiej stronie, a już usłyszał głos nieumarłęgo. –zdaje się że widziałem jednego ze sługusów naszego licza. - wyciągnął z plecaka garść kości i rzucił je na ziemię. Manes Turbidi Sollictique Resolverent. Kości nagle zaczęły podskakiwać, uniosły się w powietrzu i zaczęły łączyć ze sobą. Po chwili w miejscu kościanej kupki stał ogromny smok. Akolita wysłał bestię na szpicy, po czym ruszył za nią. Faktycznie znaleźli się w pobliżu starej siedzimy Volgaara. Co więcej była otoczona jego sługami. W budynku znaleźli też nieumartego, który aż buzował czarną energią. To dobry znak, możliwe, że znaleźli to czego szukali. Chociaż licz, który wskrzesił nieumartych bez wątpienia był potężny, nie było mowy by zwykły spirytyzm mógł mierzyć się z magią będącą darem samego Netherila. Zwłaszcza, że sam bóg śmierci pragnął egzekucji złodzieja... A i upiór strzegący dawnej siedziby Volgaara również udowodnił, iż jego umysł dawno przeżarły robaki. Bez większych problemów dał się wyciągnąć na otwartą przestrzeń... gdzie smok miał zdecydowanie większe pole do popisu. Walka nie była prosta, jednak zdecydowanie nie przysporzyła większych trudności. Nieumarły podszedł do tego co zostało o oponenta i przeszukał go dokładnie. –jakiś klucz... ciekawe co otwiera.- wyciągnął ze zwłok kawałek czarnego metalu i schował go do kieszeni. Następnie oboje ruszyli obadać zgliszcza. Wewnątrz, między kilkoma nadpalonymi półkami, pełnymi zmurszałych, rozlatujących się książek znaleźli czarną skrzynię. Nieumarły nawet nie sprawdzał czy jest otwarta. Wyciągnął klucz, wsunął go do zamka i przekręcił. Przyjemny dla ucha szczęk rozniósł się po okolicy. Akolita powoli uchylił wieko. –Jest serce- odsunął się od skrzyni, robiąc miejsce- Czyń honory bracie.
Nord wyciągnął serce, chwycił je pewniej w dłoni. Miał dziwne wrażenie że organ cały czas pulsuje... ale może tylko zdawało mu się. Przyłożył do poczerniałej masy tkanek pobłogosławione mocą samego Netherila ostrze i pchnął zdecydowanym ruchem, jednocześnie wymawiając, tak wyraźnie jak tylko potrafił ,,VOLGAAR". Pierścień energii wyszedł z organu i rozszedł się po okolicy, poruszając liśćmi drzew. Uczeń miał wrażenie, że usłyszał jęk dobiegający jakby z oddali. serce w jego dłoni obkurczyło się, a następnie rozleciało w drobny pył. – Ruszajmy na Hythloth.
(http://i.imgur.com/UHic1kL.png)
Statek przybił ciężko do brzegu wyspy. Sternik rozłożył trap. Akolici zeszli pośpiesznie na ląd, ciągnąc za uzdy konie. –A więc to jest Hythloth? Przyjemna okolica... - Starszy uczeń przykucnął nad ziemią szukając śladów obecności ich celu. –No nie wiem czy taka przyjemna... wyspa jest zamieszkana przez najróżniejsze, często niebezpieczne stwory... a w centrum znajduje się świątynia ognia... raczej nie warto wchodzić tam samemu... - Wyprostował się i zerknął na towarzysza – Nic nie mogę znaleźć, chyba trzeba będzie przeczesać okolicę. Uznawszy, że skoro i tak nie mają punktu zaczepienia to każdy kierunek jest dobry, zdecydowali się ruszyć na wschód, wzdłuż skalnej ściany. Nieumarły wskoczył na grzbiet swego widmowego konia i zmusił go do galopu. Kościana szkapa ledwie mogła za nim nadążyć, jednak jeźdźcowi udało się nie zgubić towarzysza z pola widzenia. Szczęście najwyraźniej im sprzyjało, albowiem wybrany kierunek okazał się kierunkiem dobrym. Po kilku, może kilkunastu minutach ujrzeli kamienną kryptę... miejsce, które zdecydowanie mogło przypaść do gustu komuś, kto ośmielił się wykraść część mocy samego boga śmierci, by tylko utrzymać swoją marną egzystencję na tym świecie. Był tylko jeden problem... w krypcie nie było nikogo. Licz już wiedział, że może przyjść mu zapłacić za to co tak bezczelnie wykradał... i wiedział, że skoro serce zostało zniszczone, to ścigający go ludzie doskonale zdają sobie sprawę jak uczynić, by już nigdy nie powrócił do tej namiastki życia, którą ostatnimi czasy tak skrupulatnie pielęgnował. Na jego nieszczęście zostawił jednak w budynku wystarczająco dużo śladów, by starszy z uczniów mógł go dalej wyśledzić. Teraz odnalezienie plugastwa było właściwie formalnością... w każdym razie na pewno większą niż zabicie go. Akolici pognali śladem zostawionym przez nieumarłego, co jakiś czas zatrzymując się by sprawdzić nowy trop. Po pewnym czasie dobiegli do ogromnego masywu górskiego. Siedzący na grzbiecie widmaka mag uśmiechnął się pod nosem – Schował się w jaskini... uważaj, nie jest sam.
Bracia w swej służbie zajęli dogodne do walki miejsca naprzeciw wejścia do groty. Następnie jeden z nich, ten trochę mniej żywy, przywołał kościanego smoka. Zmusił stwora by ten wydal z siebie przeraźliwy ryk. Liczyli że Volgaar nie mający dokąd uciekać stanie do otwartej walki. Licz wysłał jednak swoje sługi, nie chcąc samemu narażać się na niebezpieczeństwo bez potrzeby... głupi błąd... błąd za który zapłaci życiem... gdyby wsparł swoich parobów podczas walki, zwiększył by swoje szanse. Kościana bestia niemal że bez trudu poradziła sobie z nieumartymi, rozwlekając ich szczątki po okolicznych drzewach. Teraz czas na najtrudniejszą część zadania. Nord roztarł w dłoniach kilka ziół, trochę siarki i rozsypał wszystko na ziemi. Kal Vas Xen Flam. Płomyki ognia zaczęły łapczywie pożerać pył, jednocześnie rosnąc. W końcu uformowały całkiem sporych rozmiarów ognistego żywiołaka. Istota rozejrzała się po okolicy po czym figlarnie strzeliła iskrami z palców w stronę stwórcy. Czarodziej na ten widok westchnął ciężko – mi zawsze trafi się jakiś bubel...- Żywiołak zaczął go parodiować... - Mag obrzucił płomyka pogardliwym spojrzeniem – oj, niebezpiecznie sobie pogrywasz...- biedna istota nie miała prawa wiedzieć, jaka jest jej rola... a miała być ona wyjątkowo krótka.
Licz wyszedł powoli z jaskini, spojrzał na akolitów i zaśmiał się widząc, że uciekał przed ledwie uczniami. Młody podniósł powoli palec w kierunku Volgaara i wysyczał- Zabij- Żywiołak zaryczał wściekle, jednak wbrew pozorom wola maga, który go związał była nieugięta, musiał wykonać polecenie. Zaszarżował wściekle na licza. Ten jednak, nie robiąc sobie niż z przeciwnika uniósł tylko dłoń i leniwym gestem odwołał go... od tak... i całkiem zgodnie z planem... Atak żywiołaka dał kilka cennych sekund, w trakcie których smok mógł zbliżyć się do swego celu. Bestia zamachnęła się ogromną łapą i cisnęła ofiarą, niczym szmacianą lalką, o pobliskie skały. Błyskawicznie doskoczyła i uderzyła w miejsce, w którym znajdowała się głowa złodzieja... znajdowała, bowiem nieumarty wykazał się niebywałym wręcz wigorem jak na kogoś w tak zaawansowanym stadium rozkładu. Wprawnie wyminął szpony i uderzył kosturem. Jedna z kości smoka, gruba niczym przedramię rosłego górala, trzasnęła jak wykałaczka. Uczniowie spojrzeli po sobie, następnie zaczęli wykrzykiwać zaklęcia lecznicze by wesprzeć smoka. Jednak nieumarty widząc co się dzieje, wywołał potężny podmuch energii, ciskając kościanego napastnika w drzewa i łamiąc je przy tym. Co prawda zaklęcia regeneracyjne zaczęły działać niemal że od razu, łącząc kości ze sobą i odbudowując smoka, jednak to dało Volgaarowi wystarczająco czasu. Nieumarła istota rozłożyła ręce i zaczęła recytować zaklęcie. Ulties Manum Necarent! Starszy z czarnych magów bezbłędnie rozpoznał słowa, zdążył jednak tylko zakrzyknąć ,,PADNIJ!!!" Potężny podmuch energii śmierci przewalił się tuż nad ich głowami, sprawiając, że cała roślinność dookoła zaczęła obumierać. Kandydaci na nekromantów pozbierali się błyskawicznie. ENERVARE! Niezawodne zaklęcie pomknęło bezszelestnie w stronę swej ofiary i oplotło ją. Jednak w przypadku nieumartego, który na co dzień musiał używać magii by utrzymać swoje ciało w całości, takie zaklęcie działało zdecydowanie wolniej. Licz przymknął oczy by skupić się na nowej inkantacji, przez co nie zauważył, że smok jest już niemal kompletny. Akolici wiedzieli co muszą zrobić. Oboje sięgnęli do swoich, błyskawicznie topniejących zapasów many i uderzyli na nieumartego, niszcząc jego zaklęcia ochronne. Smok stanął na nogi i skoczył w stronę Volgaara, który dokładnie w tym samym czasie uwolnił zaklęcie. VAS CORP POR! Smok rzucił się na nieumartego i objął go łapami, Energia potężnego zaklęcia rozlała się po ogromnych kościach i eksplodowała, pochłaniając ich obu. Starszy uczeń podparł się na kolanach, spojrzał w stronę kupki gnatów leżącej w miejscu wybuchu i dysząc ciężko wyspał – je...żeli to go... nie... zabiło... to już nie wiem... co może... – W momencie śmierci, magia, która utrzymywała smoka w całości została uwolniona, kości błyskawicznie spróchniały. Wiatr rozwiał popiół na wszystkie strony świata, odsłaniając czarne, spalone i poszarpane ciało licza. Akolici podeszli powoli do szczątek. Jeden z nich przykucnął, złapał głowę za włosy i uniósł ją na wysokość swojej twarzy. Uśmiechnął się blado i spojrzał na towarzysza- zadanie wykonane, możemy wracać...
(http://i.imgur.com/2771tPg.png)
Uczeń stał przed długim, kamiennym stołem. Naprzeciwko niego siedziało kilka postaci... wszystkie bez wyjątku okryte szatami w odcieniach czerni. Przyglądali mu się... Młodzieniec poczuł lodowatą stróżkę potu, spływającą po jego plecach. Wzdrygnął się. Bywał w tej komnacie wcześniej, jednak taki stres, do tej pory towarzyszył mu tylko raz. Uśmiechnął się w duchu, na wspomnienie swojego pierwsze spotkania z nekromantami... ileż czasu upłynęło od tego momentu... chociaż mogło by się zdawać, że w ciągu tych lat nie zmieniło się nic, nie było to słuszne założenie. Sposób myślenia, światopogląd... dawne wartości legły bezpowrotnie w gruzach... a na ich miejscu pojawiły się nowe. Potrząsnął nieznacznie głową. To nie czas na takie wspomnienia. Dzisiaj Rada ma zdecydować czy uczeń jest godnym, by wstąpić w szeregi nekromantów. Musi skupić się. Pamiętać o lekcjach, które odbył pod czujnym okiem swego mistrza.
Szczęk metalu poniósł się po komnacie. Rycerz śmierci wstał powoli z kamiennego siedziska, przyjrzał się twarzą zebranych, a następnie ruszył wzdłuż rzędu krzeseł. Stanął na szczycie stołu. Nie usiadł jednak na stojącym obok niego tronie. Uczeń śledził swego mistrza wzrokiem. Ta, z pozoru nieznacząca drobnostka miała ogromne znaczenie. Miejsce to zwyczajowo było zarezerwowane do mistrza rady. Gwardzista, chociaż sam Khan wyznaczył go na swego zastępcę, nie był jednak jeszcze głową rady. Swoim gestem pokazał wszystkim, iż zdaje sobie z tego sprawę... dał jednak też do zrozumienia, iż pojmuje nałożone na niego obowiązki i zamierza wypełniać je rzetelnie.
- Wezwałem was, ponieważ uważam, iż nadeszła odpowiednie pora, by zdecydować o przyszłości tego ucznia... Zakończył on wszystkie etapy nauczania. Razem z drugim kandydatem wypełnili również powierzone przeze mnie zadanie, oraz zdali mi raport z przebiegu swojej misji.
Kapłanka zerknęła na rycerza i powiedziała jakby od niechcenia – gdzie zatem jest ten drugi... kandydat?- Gwardzista wzruszył nieznaczeni ramionami – Jego mistrz i tak jest nieobecny, więc nie mieli byśmy najważniejszej opinii o uczniu... później się nim zajmiemy. A teraz jeśli pozwolisz... - Przeniósł wzrok na młodego akolitę – Opowiedz proszę raz jeszcze o tym, jak przebiegło wasze polowanie.
Uczeń skinął głową, po czym nabrał głęboko powietrza i zaczął opowiadać. Większość radnych sprawiała wrażenie, jak by w ogóle nie interesowały ich słowa młodzieńca, jednak celne pytania, zadawane od czasu do czasu sugerowały, iż w rzeczywistości doskonale wiedzą co dzieje się dookoła. Nagle jeden z zebranych zamknął z trzaskiem księgę, którą przeglądał do tej pory... przerywając tym samym uczniowi po raz enty z kolei. – Zatem przebiłeś serce... skąd pewność że należało ono do tego... Volgara?- Uczeń spojrzał na nekromantę z dziwnym wyrazem twarzy – Nigdy nie można mięć całkowitej pewności... - Twarz nekromanty nie zdradzała prawie żadnych emocji- Zatem przebiliście serce... jakiegoś licza, i uznaliście że musi ono należeć to tego, którego szukaliście?- Kapłanka parsknęła cicho śmiechem, jednak akolita pokręcił głową – Gdy dotarliśmy na Hythloth i o odszukaliśmy siedzibę licza, wspomnianą w dzienniku inkwizycji, wszelkie ślady zdradzały iż została ona opuszczona niedawno, i w wielkim pośpiechu... Co oznacza iż złodziej poczuł zagrożeni i salwował się ucieczką... Cóż innego mogło by wystraszyć nieśmiertelnego, jeśli nie utrata tej że właśnie nieśmiertelności?- Mag śmierci pokiwał powoli głową, poczym machnął ręką, dając uczniowi znak, by kontynuował.
Gdy tylko opowieść dobiegła końca, czarny mag ziewnął ostentacyjnie i ponownie wbił wzrok w akolitę – Zatem... powiedz mi, dla czego zabiliście właściwie tego licza?
- Ponieważ wykradał moc naszemu Panu...
- Zatem... według ciebie każdy licz powinien zostać zniszczony...?
-Tak... jeżeli korzysta z mocy Netherila, nie dając jednocześnie nic w zamian... to tak.
Nekromanta rozejrzał się po zebranych po czym pokiwał głową. – Cóż... wojownik z niego raczej nie będzie... Patrzę jednak na tego młodzieńca, i widzę... że gotów paść nam tutaj na zawał serca za chwilę... - Kapłanka ponownie parsknęła śmiechem. Uczeń wbił wzrok w podłogę, powiedział już co miał do powiedzenia. Rhodar, który do tej pory nie zabierał praktycznie głosu, odchrząknął lekko i powiedział do ucznia –Dobrze... udaj się zatem teraz na dziedziniec zamkowy. Zaczekaj tam, aż twój mistrz nie zejdzie po ciebie.
(http://i.imgur.com/DNvrj4C.png)
Tafla wody była niespotykanie spokojna. Otoczak odbił się od niej płasko i pomknął dalej, tylko po to by po chwili znów podskoczyć... i tak dalej i dalej... ,,Sześć" Uczeń patrzył chwilę w punkt, w którym kamień zanurzył się w odmętach morza. Westchnął ciężko. Rada nigdy nie podejmowała ważniejszych decyzji na temat swoich uczniów w ich obecności... jednak czekanie chyba nigdy nie dłużyło mu się tak bardzo. Spojrzał na gwardzistów ,,nawet nie drgną... czy oni nigdy się nie ruszają...? A gdyby tak..." Podrzucił trzymany w dłoni otoczak i uśmiechnął się pod nosem. Szybko jednak rozmyślił się i cisnął kamyk w piach. Nie, to nie był jeden z tych pomysłów, z których człowiek jest później dumny... A nie dość że był głupi, to mógł też bardzo szybko awansować do miana ostatniego pomysłu w życiu norda... Dźwięk otwieranych wrót wyrwał akolitę z zadumy. Na szczycie schodów stanął jego mistrz... nie był jednak sam. Nekromanci wychodzili po kolei z zamku i kierowali się w stronę plaży. Kapłanka przystanęła na jej środku i wyrecytowała zaklęcie. Buczenie energii poniosło się echem po okolicy. Szmaragdowa szczelina rozbłysła w powietrzu i po chwili uformowała idealne jajo. –Chodź z nami uczniu.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Magowie z rycerzem śmierci na czele wspinali się powoli po schodach rzeźbionych w czarnym kamieniu. Świątynia Netherila zaczynała odżywać. Trawa nabierała intensywniejszej barwy, Na powyginanych konarach starych drzew zaczęły wyrastać listki. Uczeń przysiągł by nawet, że słyszał skrzeczenie jakiegoś ptaka w oddali... tak, natura wracała do swojego pierwotnego stanu... problem w tym że... nie powinna. Złota kula, artefakt pozostawiony przez Mercellusa, z każdą sekundą wysysała coraz więcej mocy... i najwyraźniej jej zadanie dobiegało powoli do końca. Śmierć znikała z tego miejsca nieubłagalnie... Mistrz Rhodar przyjrzał się kuli uważne, jako jeden z niewielu, a może nawet jedyny z zebranych, nie widział jej jeszcze. Wyciągnął z kieszeni odłamki kryształu, fragmenty broni, którą zabito mistrza Thrasta. – Widzicie pewne podobieństwo? Śmiem twierdzić, iż zarówno kula, jak i sztylet zostały wykonane z tego samego materiału... - Przyklęknął nad kulą i wyciągnął w jej stronę rękę, badając aurę artefaktu. Magowie przyglądali mu się cierpliwie. W końcu jeden z nich nie wytrzymał – Skoro kula pochłania energię... a broń wykuto z tego samego surowca, to jest szansa na...- Rhodar podniósł głowę na nekromantę- Wskrzeszenie Mistrza?- Pokiwał powoli głową – Tak... myślę że to jest możliwe... Wydaje mi się, że kryształ mógł nie tyle zniszczyć duszę mistrza, co wchłonąć ją... Teraz jednak nie jestem w stanie powiedzieć nic więcej... Może gdyby zniszczyć kulę... - Gwardzista powoli pokręcił głową – Próbowaliśmy- Wtedy do dyskusji dołączyła się wampirzyca- A co z tymi kryształami?- Wskazała dłonią cztery zielone kamienie, rozstawione symetrycznie wokół artefaktu. – badaliście je? – Zebrani spojrzeli po sobie z głupimi minami... nikt z nich najwidoczniej nie wpadł na ten pomysł wcześniej. Rhodar podrapał się po brodzie, a następnie skierował dłoń w stronę jednego z kryształów pobłyskujących mocą. Tkwił w takiej pozycji przez chwilę, następnie podniósł się ciężko i otrzepał kolana. –Wygląda na to, iż są one jakoś powiązane z kulą... być może utrzymują ją przy działaniu... - Znowu podrapał się po brodzie- Chyba mam pewien pomysł... gdybyśmy przeciążyli moc kryształów, być może ta... kula, przestała by pochłaniać energię ze świątyni...- Widząc entuzjastyczne spojrzenia otaczających go istot szybko jednak dodał – Jednak uszkodzenie chociażby jednego z nich może mieć tragiczne konsekwencje... może gdybyśmy zniszczyli wszystkie jednocześnie... Jeden słup ognia na kamień powinien wystarczyć... -Szybko przeliczył nekromantów – Trzech... Brakuje nam jednego... - Wszyscy jednocześnie spojrzeli w stronę stojącego na uboczu ucznia. Młodzieniec zmieszał się lekko po czym wybąkał – No... nie wiem czy to dobry pomysł... To zaklęcie średnio mi jeszcze wychodzi... - Rhodar spojrzał na ucznia pogodnie... Wyglądał teraz bardziej jak dobry dziadek, a nie stary oziębły czarodziej, za którego akolita zwykł go uważać. – Skup się, jesteś nam teraz potrzebny. Przygotuj moc i wypowiedz słowa zaklęcia... Spokojnie, damy ci tyle czasu ile potrzeba... Gdy będziesz gotowy, daj znać, wtedy my dołączymy... - Akolita przełknął głośno ślinę, rozłożył dłonie i zaczął zbierać moc. Przestał myśleć o otaczającym go świecie, w tym krótkim momocie nic nie miało już znaczenia. Przyśpieszył przepływ mocy i zaczął zbierać ją w dłoniach. Gdy tylko w palcach pojawiło się charakterystyczne mrowienie wysyczał – Kal Vas... Flam!- Powietrze między jego palcami zafalowało, zrobiło się cieplejsze i nareszcie! Dłonie młodzieńca zapłonęły żywym ogniem. Najtrudniejsza część zadania za nim, teraz musi utrzymać moc wystarczająco długo... Nekromanci widząc gotowość ucznia zaczęli przygotowywać swoje zaklęcia. Po kilku chwilach każdy z nich trzymał w dłoniach moc. Rhodar rozejrzał się pośpiesznie po magach- Na mój znak!
3...
2...
1!
Gwardzista odwrócił się gwałtownie, zasłaniając twarz ręką. Podmuch gorącego powietrza pozrywał kaptury z głów magów. Kryształy, wszystkie jednocześnie, zapłonęły mocą, eksplodowały w słupach magicznego ognia. Powierzchnia magicznej kuli pokryła się gęstą pajęczyną pęknięć. Filar czarnej energii pomknął w górę. Moc Pana śmierci rozlała się po niebie, przysłaniając słońce. Na krótką chwilę ciemność gęstsza od bezgwiezdnej nocy rozlała się po całym kontynencie. Słudzy Netherila zadarli głowy w górę. Udało im się. Powietrze zaczęło skrzyć magią. Akolita spojrzał w stronę jednego z drzew. Liście zaczęły żółknąć, odpadać i nim dotknęły ziemi, zmieniały się w popiół rozwiewamy przez wiatr. Świątynia śmierci na nowo zaczęło pulsować mocą boga, ku czci którego została wybudowana. Rhodar spojrzał na resztki artefaktu i poprawił rękaw togi. – Dobrze... skoro świątynia odzyskała moc... zajmijmy się teraz drugą sprawą... Kapłanko, pozwolisz? – Spojrzał na wampirzycę i wykonał zapraszający gest w stronę ołtarza. Ta skinęła beznamiętnie głową, po czym skierowała się w stronę kamiennego blatu. Rozłożyła ręce i zaczęła inkantować zaklęcie. Uczeń błyskawicznie rozpoznał słowa, w jego Codex Damnorum była odpowiednia strona... jednak miną prawdopodobnie lata nim w ogóle poważy się pomyśleć o tak zaawansowanej magii.
Ciało wampirzycy zdawało się pochłaniać światło. Czarna energia rozlała się po jej ciele trawiąc ubrania, skórę, włosy. Tkanka zaczęła zmieniać się w błyskawicznym tempie, starzała i umierała na nowo. Po kilku chwilach nie było już kapłanki, w jej miejscu stała poskręcana, nieumarta istota, która aż ociekała mocą Netherila. Licz odwrócił powoli głowę w stronę ucznia i wycharczał – Podejdź...- Młodzieniec przełknął ślinę, nie było nawet mowy by sprzeciwił się woli istoty. Niestety jego nogi uważały inaczej. W końcu jednak udało mu się oderwać je od ziemi. Ruszył powolnym krokiem w stronę nieumartego, z trudem utrzymując nerwy na wodzy. Gdy stanął naprzeciwko swojego przeznaczenia, kapłanka zerwała z niego brutalnie burą szatę, którą zwykł nosić dotychczas. Tkanina odsłoniła poniszczoną, kościaną zbroję i poleciała na ziemię, zajmując się momentalnie ogniem. – Uklęknij... - Uśmiechnęła się pod nosem widzą jak młodzieniec pada przed nią ciężko na kolana. Chwyciła pewnie jego prawą dłoń i brutalnie ścisnęła, miażdżąc kościaną rękawicę. Stare, poniszczone kości pękły z trzaskiem. Rękawica rozleciała się. Kapłanka jednak nie zwolnił uścisku, wręcz przeciwnie. Zacisnęła żelazny uchwyt jeszcze bardziej. Przez jej ciało przepływała moc... ogromna moc... Energia tak straszna i potężna, że młodzieniec nie wytrzymał, osunął się i podparł lewą dłonią o kamienną posadkę. Licz trzymała jednak jego prawicę pewnie, nie puszczając nawet na chwilę. ,,Taka moc..." krople potu wypłynęły na jego twarz, zacisnął zęby. Wampirzyca ścisnęła dłoń jeszcze bardziej. Akolita począł jak jej spód zaczyna palić go żywym ogniem, nie wytrzymał, krzyknął... I Nagle, od tak, wszystko ustało. Młodzieniec spojrzał na swoją dłoń. Blizny na jej spodzie tworzyły symbol. Skóra wewnątrz była spalona, czarna... Hebanowa laska, taka sama jak na runach w wieży, na zamku czy w samej świątyni... symbol Netherila. Człowiek czuł moc Pana śmierci przelewającą się przez jego duszę. – Powstań... nekromanto... Na znak twej lojalności będziesz do końca swych dni miał to znamię...- Następnie bez słowa wręczyła młodzieńcowi kostur wykonany z hebanowego drewna. Młody nekromanta uśmiechnął się pod nosem. –A to...- Kapłanka uderzyła norda grzbietem dłoni, powalając go tym samym na ziemię – byś zapamiętał, że kara za nieposłuszeństwo będzie straszliwa...- Czarodziej zacisnął zęby i spojrzał gniewnie w jej stronę. Na szczęście Rhodar, widząc jego minę i zdając sobie sprawę co może zrobić zezłoszczona wampirzyca, wywołał go. – Podejdź chłopcze – Neofita pozbierał się i stanął przed starym nekromantą. Ten natomiast otworzył swoją torbę, wyciągnął z niej małe, czarne zawiniątko. –Szczerze powiedziawszy, nie rozumiem do końca co widział w tobie mistrz Thrast... jednak najwyraźniej cieszyłeś się jego przychylnością... Teraz jesteś jednym z nas, ta szata będzie symbolem twych nowych obowiązków- Podał nordowi zawiniątko po czym uśmiechną się nieznacznie. Młody nekromanta przyjął paczuszkę i skłonił się. Następnie spojrzał w stronę swojego mistrza, również składając ukłon, w końcu to on doprowadził go do tej chwili...
(http://i.imgur.com/h7mNWiI.png)
(http://i.imgur.com/0GOzq2s.png)
Czerwony portal rozbłysnął mocniej. Z jego wnętrza zaczęły wynurzać się przypominające cienie postacie. Młody neofita był na końcu. Przystanął na kamiennych schodkach i odetchnął głęboko... udało mu się, został nekromantą... spojrzał w niebo i rozciągnął usta w szerokim uśmiechu. Gwardzista zerknął na byłego ucznia, po czym obrzucił spojrzeniem również pozostałych – Jeśli pozwolicie... chciałbym porozmawiać z wami na zamku.- Kapłanka skinęła głowa, po czym otworzyła księżycową bramę.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Magowie przyglądali się uważnie gwardziście, stojącemu na szczycie stołu. W końcu przemówił –W związku z ostatnimi wydarzeniami... a dokładniej śmiercią Mistrza Khana... - spojrzał nieobecnym wzrokiem na puste miejsce. Rhodar przerwał mu jednak uprzejmie. -Być może nie słyszałeś mnie w świątyni. Jest szansa na powrót Mistrza...- Rycerz przeniósł wzrok na starego nekromantę. –Ależ słuchałem bardzo uważnie... Jednak na tę chwilę Mistrza nie ma z nami. A na swojego zastępcę wyznaczył mnie... Nie chcę zajmować jego miejsca. Możecie zwracać się do mnie mistrzu, gwardzisto lub po imieniu... Nie dbam o to... czy ktoś nie zgadza się? – Powiódł wzrokiem po nekromantach, ci po kolei pokręcili głowami na znak iż nie mają z tym problemu. – Doskonale zatem teraz musimy zastanowić się co dalej... skoro nasi wrogowie raz umieścili artefakt w świątyni... i najwyraźniej mieli dostęp do tego kryształu wcześniej, oraz w większej ilości niż podejrzewaliśmy... nic nie stoi obecnie na przeszkodzie by stworzyli nową kulę... -Rhodar wtrącił się ponownie- Mógł bym polecić wysłanie jednego z gwardzistów do świątyni, by obserwował okolicę...- Rycerz pokiwał głową- Chyba nic lepszego teraz nie wymyślimy... Czy ktoś z was odkrył coś na temat mordercy Mistrza?- Nekromanci ponownie pokręcili głowami. Gwardzista westchnął ciężko – zatem pozostaje nam już chyba tylko czekać na ruch przeciwnika...
(http://i.imgur.com/UL2CK3F.png)
- Idąc ciemną doliną zła... zła... *hmm*
To był ciężki dzień. Miałem potwornego prekaca na samą myśl o kolejnym zebraniu mającym uhonorować kolejnych przedstawicieli nowopowstałego nurtu przeciętnyzmu. Ponoć nurt ten powstał gdzieś na rubieżach wypiździjewa wielkiego. Nie wiem, nie zagłębiałem się w genezę powstania czy też w jego sens. Aktualnie zaprzątało mnie egoistyczne praktykowanie egoizmu. W końcu po co mam myśleć o kimś skoro w życiu chodzi tylko o zaspokajanie własnych potrzeb?
- zła... *hmm*
To jest moment kiedy myślę nad nową sentencją, która sprawi, że reszta tego uniwersum dozna mentalnego orgazmu i zacznie sobie tatuować to zaraz nad dupą a może i nawet, w przypadku kultu straceńców, gdzieś w rejonie nosa. Istnieje też spora szansa, że sentencja ta zostanie przetłumaczona na kilka języków!
W każdym razie przyszedłem na zebranie na czas choć nie przed Eralą. W sali obok słyszałem jak Rhodar uczy czegoś mądrego bezmózgą uczennicę. Nie była ładna nawet w momencie kiedy trafiła na bezpośrednie nauki Rhodara a było to z goła 60 lat temu! Muszę poważnie przemyśleć rozmowę ze starym przyjacielem...
Siedzę i rozmawiam z wampirzycą podziwiając piękno pomieszczenia pełnego wielkich wspomnień. Tak, wspominam i żyję przeszłością. Wtedy wszystko miało sens, tak przynajmniej myśleliśmy. My, głupi idealiście, którzy wierzyli, że idziemy w imieniu Pana a reszta pójdzie za nami. Nic bardziej mylnego. Idealiści umarli, zostałem sam paląc codziennie to samo zielsko, szczep vesperyjski, i wykorzystując mój nadludzki intelekt żeby odtworzyć z pamięci obrazy tej idei.
Zaproszony przed oblicze Thazara, Erenena oraz Alvora wiedziałem, że pomimo bliskiej przyjaźni nas łączącej będę stał. To nawet nie była kultura - są w życiu takie momenty, że człowiek stoi. Tak jest i tyle.
Stałem i chłonąłem zaproszenie do elitarnego grona przyjaciół połączonych jednym celem choć różnorak rozumianym a oni siedzieli. I wszyscy wiedzieliśmy, że tak ma być.
Teraz jednak tak nie było. Kolejny naśladowca, wręcz klon - to słowo wymyśliłem wczoraj, oznacza naśladowców - siedział w obecności mojej i Erali. Nie widział tej sytuacji i w sumie żyjąc moim egoizmem zignorowałem ten brak pojmowania chwili.
- balbalba - Cholera, znów nie słuchałem... Rozmowa trwa dalej a ja rozumiem, że Erala jest mniej cierpliwa ode mnie. Bawi mnie to. Postanawiam się uśmiechnąć.
*uśmiecha się*
*przestaje się uśmiechać*
Erala wstaje i idzie pod ścianę. Jestem stary i lubię siedzieć więć zostaję.
*siedzi dalej*
Pojawia się mój stary druch i gwardzista Netherila, który aktualnie pełni funkcję mojego pseudo szefa. Wszyscy wiemy jak jest. Tu nie ma szefa. Tu jest po prostu jedna osoba, na którą reszta spluwa. Wspólny cen obelg i chamstwa. Zupełnie jak w życiu. Lubię go - stwierdzam. Myślał, że będzie inaczej ale ja tam byłem, widziałem, przeżyłem i wytarłem ślinę. Postaram się mało pluć. W końcu doświadczyłem tego śmiesznego zaszczytu...
Pojawia się Rhodar i drugi uczeń. Rhodar to swój człowiek. Nie znam bardziej oddanego radzie człowieka. Drugi uczeń przypomina mi swoją pewnością siebie dziewicę przed pierwszym rżnięciem. Boję sie głośniej otworzyć powieki żeby nie zemdlał. Ale stoi! To jest ciekawy objaw funkcji motorycznych ciała. Drugi dalej siedzi.
Zostaję zapytany, a raczej my, o to czy chcemy posłuchać jakei zadanie mieli uczniowie. Wszyscy milczą ale ja zaczynam zasypiać więc...
- Tak, poproszę. - mówię ale dopiero po chwili dociera do mnie, że prawdopodobnie zapewniłem sobie nockę z literaturą pokroju tej naszego lokalnego trinsciowego wieszcza i jego utworu pod tytułem "Baby". Dramat trwa.
Słucham w miarę dokładnie i bawi mnie obserwowanie jak Rada się przekształca. Z umysłów Sosarii staje się mięśniami cholera-wie-czego ale ważne, że trwa. Kilka chwil wcześniej wstał ten drugi uczeń choć nie wiem w sumie po co - już okazał swoje poglądy więc równie dobrze mógłby oszczędzić swoje stawy. W końcu jako nieumarły musi dbać o resztki tego co go trzyma w pionie.
Rozmowa ewidentnie się nie klei. Nie wiedzią po co to zrobili choć wiedza, że powinni to zrobić. W sumie odczuwam ciekawość. Jeden wyjątkowo wystraszony a drugi wręcz prostacko chamski. Ciekawe połączenie spirytusu krasnoludzkiego z sokiem pomidorowym z rozbitych, kafarem, pomidorów. Piłem to przed przyjściem tu, przypomniała mi się moja pierwsza dziewica - Mery. Po nocy zacząłem ją nazywać krwawą i tak już zostało.
Postanawiam przemawiać w imieniu mojej inteligencji, która jest ewidentnie obrażana w tym momencie.
- I... tyle?
Nagle ten drugi, trupek, wychodzi. Robi się zabawnie. Sok pomidorowy zaraz zemdleje a spirytus się zawinął i wracamy do wariantu dziewicy przed zerwaniem gwintu.
Ha. Dołącza Felixor. Mam słabość do niego. W sumie nawet chyba go uczyłem swego czasu. Był nieobiecującym klonem a dziś został jako jedyny poza mną i Rhodarem z pierwszych etapów tworzenia tego miejsca. Chyba powiem więc...
- Cześć Fel!
Co też uczyniłem. Fel zawsze siada koło mnie. To dobrze.
W tej chwili postanawiam przypomnieć sobie słowa czaru wskrzeszenia. Na wszelki wypadek. Ten facet wygląda jakby miał zaraz zejść...
Chyba sobie przypomnę kilka innych rzeczy, moja rola spełniona. Wskazałem innym, przy wykorzystaniu palca, to co zostało przed nami pokazane. Rhodar podpowiedział kilka rzeczy po czym uczeń jest wyproszony.
W życiu na to nie mogę pozwolić bo...
- Czekaj! Masz pierwsze zadanie ode mnie...
Podaję mu kilka surowych żeber z myślą o Ashigarocie. Mój przyjaciel wiernie czekający przed budynkiem musi być już całkowicie głodny.
- Weź to i nakarm Ashigarotha, podchodź od boku, nie patrz w oczy
Mogę tego nie mówić ale bawi mnie myśl, że był nieumarły i żywy a za chwile będzie nieumarły, który w sumie uciekł, oraz w pełni martwy z powodu własnego strachu.
Odprowadzam młodego wzrokiem.
Śmiejemy się i decydujemy. Młody przejdzie dalej i zobaczymy czy przeżyje kolejne lekcje... Ale najpierw słyszę...
- [...] świątyni? - głos Rhodara
Cholera jasna znów nie słucham. Szybko rzucam czar przypomnienia i staję w przestrzeni i czasie obok ciała kilka chwil wcześniej. Potwierdzam.
- Dobrze, chodźmy.
Idziemy do świątyni i prowadzimy bogaty dialog na temat zniszczenia tych kamieni. Nagle wchodzi sobie jakiś wiejski przygłup żeby postać w świątyni. Gwardzista reaguje tak jak wiem, że każdy by zareagował. Szkolenie w czarnej wieży jednak przynosi efekty.
Rhodar podpowiada żeby rzucić słupy ognia. Każdy we własny kamień.
- *prrrrrrrk*
He he , uczeń ma poważne brak w klasycznej magii. Śmiesznie!
Jeszcze raz.
- Kal Vas Flam - Erala
- Kal Vas Flam - Rhodar
- Kal Vas Flam - Eral
- Kal Vas Flam - ja
I słyszę głos Erali...
- Trzeba jeszcze raz.
No tak, widziałem, trafiła w jakieś gwiazdeczki latające w koło kamienia a nie w kamień. Na razie nie idzie po myśli Rhodara ale co tam, czarujemy znów.
- Kal Vas Flam - Erala
- Kal Vas Flam - Rhodar
- Kal Vas Flam - Eral
- Kal Vas Flam - ja
Trafiam i upewniam się, że inni trafili. Trafili. Rhodar patrzy na Gwardzistę i wszyscy wiemy, że czas magii minął, teraz jest czas silnej woli, wiary i tytanium w formie kosy.
Bierze zamach. Myślę o zapaleniu fajki. Trafia. Kula się rozpada. Rozwiązanie jednak było prostsze niż myślałem. Ale to nie koniec dnia. Uczeń uzyskuje prawie jednogłośnie stopień akolity i wchodzi w barwy Rady. Już nie ma odwołania. Teraz musi dupę utwardzić bo na każdym kroku będą chcieli go lać.
Wracamy na wyspę.
[cdnn]
Dalsza część spotkania to prywatne sprawy Rady.
Styl Kapa przypomina mi pewnego skavena z opowieści o gotreku i felixsie; )
Nekromanci mieli się spotkać na wyspie. Ten zajęty, po tym słucha zaginął, ten coś tam... Nelin i Haureus udali się na wyspę, gdzie spotkali Rhodara.
- Jakieś wieści od Gwardzistów z świątyni? - rzekł Gwardzista.
- Niestety, nic specjalnego się nie zdarzyło, ale prosiłem o raport kilka dni temu. Sam spytaj się dowódcy. - rzekł pośpiesznie Rhodar i udał się znów do swojego pomieszczenia.
Obaj osobnicy ruszyli na dach zamku, gdzie stał kapitan gwardzistów.
(http://i.imgur.com/av24B5l.png)
Nelin porozmawiał z nim chwilę i dowiedział się czegoś niepokojącego. Ostatni raport przyszedł bez podpisu. Mężczyźni postanowili to sprawdzić. Po wejściu do świątyni zastali tam jakiegoś człeka. Od razu nabrali podejrzeń, gdyż jak na gwardzistę, zachowywał się nietypowo. Nie znał żadnego z mężczyzn, a do tego jego ubiór nie był należyty. Dużo czasu nie potrzebowali, aby go zdemaskować, obezwładnić i zabrać do wieży. Na początku twierdził, że jest twardy, ale już po samym zastraszaniu puścił parę z ust. Wystarczyła mu obietnica wyjścia z sytuacji cało... nasi wrogowie słabo dobierają szpiegów.
(http://i.imgur.com/kitMA8x.png)
Miał podrabiać raporty przez jakiś czas. Dodatkowo, podsłuchał rozmów o księdze, zauważył, że osobnicy mają przy sobie hebanową laskę. To dziwne... niedobrze. Zakończyli przesłuchanie i zgodnie z obietnicą, wypuścili szpiega wolno, ze wszystkimi kończynami i takie tam...
(http://i.imgur.com/hQcftxf.png)
Rozmyślanie nad kolejnym krokiem przerwał im czarny gołąb, który siadł na ramieniu Nelina. To od gwardzisty ze świątyni. Znalazł ciało i prosi o przysłanie kogoś. A więc udali się do świątyni ponownie. Czekał tam już nieco wystraszony strażnik. Tym razem prawdziwy. Pokazał mężczyznom ciało. W sumie ciężko było rozpoznać czyje ono było... całe zmasakrowane, nie widać twarzy, kończyny zgruchotane i rozwalone wkoło. Gdy Haureus zbliżył się do szczątek i próbował je zbadać za pomocą magii, stało się coś.. hm.. dziwnego. Nekromanta zaczął się trząść, a po chwili upadł. Leżał jakąś minutę i wstał, jakby nigdy nic, wpatrując się w góry pustym wzrokiem. Gdy Nelin sprzedał mu sutego policzka, twarz Nekromanty zwróciła się ku niemu i zaczęła coś bełkotać, dziwnym głosem, jakby w innym języku, INNYM.
(http://i.imgur.com/lvQ7QtA.png)
Po dość długim i całkowicie niezrozumiałym monologu, postać przemówiła ludzkim językiem.
- Nędzny śmiertelniku. Nie zatrzymasz mnie. Nikt nie zdoła. Wkrótce świat pozna śmierć o której nikt już nie pamięta. Powrócę...
Po tym zdaniu człowiek padł na ziemię. Nelin jeszcze przez chwilę stał zamurowany, uznał jednak, że nie może odczuwać ni krzty strachu. Odetchnął głęboko, wyjął bukłak z wodą i chlusnął nią prosto w twarz leżącego towarzysza. Haureus ocknął się, cały się trząsł. Nie było jednak czasu na użalanie się, Nelin wciąż musiał sprawdzić jeszcze jedną rzecz. Poprosił Nekromantę o portal pod jakiś bank. Pojawili się w Skara. Gwardzista pobiegł do banku, gdzie przechowywał hebanowy kostur, który odebrali Marcellusowi. Już gdy go zdobyli coś się Nelinowi nie podobało... postanowił to wreszcie sprawdzić.
- Mam wątpliwości Haureusie, co do autentyczności tego kostura. Ale potężnych artefaktów nie da się zniszczyć od tak, prawda?
Po tych słowach Gwardzista złapał kostur w obie ręce i uderzył nim z całej siły o kolano. Laska pękła, nic specjalnego się nie stało. Cholera... Muszą iść do Rhodara. Kilka minut później znaleźli się na wyspie. Opowiedzieli Rhodarowi o wszystkim. Zły kostur, śmierć której nikt nie pamięta, bożek o ciele pająka i głowie lwa...
(http://i.imgur.com/6whbWJg.png)
Nie bardzo wiedzieli co zrobić. Wtedy Nelinowi przypomniały się słowa szpiega. Mówił, że podsłuchał coś z rozmowy o jaskini, o jakimś monolicie. Jedyna jaskinia, którą im pokazali, to ta, w której chciano ich zabić. Czy byliby na tyle głupi, żeby ujawnić im takie miejsce? Nelin nie wierzył w to, ale postanowił to jeszcze sprawdzić. Popędził czym prędzej do jaskini nieopodal legowiska trolli. Gdy tam wszedł...
(http://i.imgur.com/n6bIdxB.png)
Nie wierzył... to nie mogła być prawda. Popędził czym prędzej do Rhodara. To się zbliża...
CDN
Nelin płynął już na wyspę, aby opowiedzieć Rhodarowi o odkryciu. Wpatrywanie z namysłem w taflę wody przerwało mu jakieś ptaszysko na jego ramieniu. Przy nóżce miało zawiniątko. Wojownik odczepił list, a zepchnął z ubrania. Zawracamy.
(http://i.imgur.com/8Cjijh9.png)
Po co ten parszywy śmieć miałby mnie zapraszać? Nie mam o czym z nim rozmawiać! Nelin uznał, że informacja o jaskini może poczekać, jednak teraz musi sprawdzić o co chodzi, miał szanse odnaleźć jakiś trop. Po długiej żegludze, a następnie dość żwawej podróży lądowej, dotarł do karczmy. Upewniając się, że nie wpadnie w jakąś pułapkę, podpłynął wpław na małą wysepkę za kamiennym budynkiem i wszedł tylnym wejściem.
(http://i.imgur.com/EW4oweS.png)
Zaczął ostrożnie iść wzdłuż ścian, niemal bezszelestnie. Zobaczył go. Illeasar siedział na krześle, tyłem do pozycji Nelina. Jedno naciągnięcie łuku, jeden strzał... jednak nie. Nic to nie da. Raczej nie byłby na tyle głupi, żeby brać ze sobą jakieś ważne dokumenty, do tego tyle straży, nie tutaj, nie teraz. Nelin wszedł tylnym wyjściem, twarze strażników były wyraźnie zaskoczone. Elf poprosił wojownika, aby ten usiadł. Nelin ostrożnie usiadł do stołu, jednak wiedział, że gdyby chcieli go zabić, zrobiliby to od razu. Czego chcesz?
(http://i.imgur.com/pqM5adk.png)
- Mam dla ciebie ofertę. Walczymy przeciwko sobie, jednak uważam, że byłbyś świetnym rekrutem dla naszego kultu. Bądź realistą Nelinie, rośniemy w siłę, podczas gdy wy, słabniecie i to bardzo.
Nelin natychmiast wyczuł okazję do infiltracji. Nie mógł się jednak podpalać, musiał grać, lepiej niż kiedykolwiek, w końcu miał oszukać osobę, która sama go przechytrzyła.
- Chyba żartujesz psie, miałbym być zwykłym pionkiem dla waszego bożka? Wolę zginąć w służbie memu Panu.
- Ależ nie będziesz zwykłym pionkiem, bardziej generałem. Choć na chwilę porzuć swój fanatyzm i spójrz na to jak realista.
- Hmm. Powiedzmy, że się zgodzę. Co mam zrobić?
- Obaj wiemy, że potrafisz dobrze grać, musisz kogoś zabić, żebyśmy ci uwierzyli.
- Zabijanie to żadna nowość, kogo?
- Masz zabić Rhodara.
Nelin starał sie zachować kamienną twarz. Wstał. Illeasar wręczył mu jeszcze kryształowy sztylet, którym miał uśmiercić Nekromantę. Podróż dłużyła się bez końca. Wreszcie wyspa. Nelin wbiegł do sali z impetem. Usiadł naprzeciw Rhodara i zaczął opowiadać.
(http://i.imgur.com/X8fMLWk.png)
Wytłumaczył mu, co sie wydarzyło. Dał sztylet do oględzin. Rhodar po długim namyśle opowiedział swoją wizję. Nie mieli żadnej wskazówki, nic. A wróg był blisko zwycięstwa. Nekromanta złoży ofiarę. Rhodar wiedział, że tylko tak Nelin będzie mógł się zbliżyć wystarczająco blisko wroga, aby zadać śmiertelny cios. Wojownik podszedł chwiejnie do oczekującego Rhodara. Jego ręka drżała jak nigdy. Nekromanta był gotów.
(http://i.imgur.com/yFYZ1AT.png)
Sztylet rozbłysnął błękitnym światłem. Oczy Nelina zastygły na kilka minut wpatrując się w zwłoki Rhodara. Już nie ma odwrotu, trzeba działać. Nelin w milczeniu opuścił zamek i udał się do karczmy...
CDN
Cytat: Kap w 2015 01 26, 13:51:53
Nagle ten drugi, trupek, wychodzi. Robi się zabawnie. Sok pomidorowy zaraz zemdleje a spirytus się zawinął i wracamy do wariantu dziewicy przed zerwaniem gwintu.
Ha ha ha dobre zdecydowanie poprawiło mi humor po całonocnym dyżurze z debilami ;)
Cytat: Kap w 2015 01 26, 13:51:53
Ha. Dołącza Felixor. Mam słabość do niego. W sumie nawet chyba go uczyłem swego czasu. Był nieobiecującym klonem a dziś został jako jedyny poza mną i Rhodarem z pierwszych etapów tworzenia tego miejsca. Chyba powiem więc...
- Cześć Fel!
Halo halo... a ja ?
Illeasar przyjął go z uśmiechem. Nelin powoli podszedł do stołu, starał się nie wyrażać żadnych emocji. Położył na stole sztylet i powoli przesunął go w stronę elfa. Długouchy wziął go, po czym przyglądając mu się bardzo uważnie, stwierdził, że rzeczywiście jest to dusza Rhodara, a nie jakiegoś wieśniaka... Nelin bez zwłoki spytał się o kolejne zadanie. Otrzymał buteleczkę z dziwnym, czarnym płynem. Miał wylać go pod najzdrowszym drzewem w Wężowej Twierdzy. Mniejsza, nie zrobi tego. Trzeba zacząć działać. Nie można przynosić wrogowi kolejnych komponentów czekając na łud szczęścia. Udał się do karczmy, do której wysłał wcześniej jedną z gwardzistek, jako szpiega. Miała doszukiwać się zadań od wroga.
Nelin popędził czym prędzej do karczmy Yew. Gwardzistki tam jednak nie zastał. W karczmie tłoków nie było, wczesna pora, wszyscy pokutują za grzechy poprzedniego wieczora... Był jedynie tam jakiś jeden pijaczyna. Wojownik podszedł do niego, zamówił mu szklanice miodu pitnego i zaczął dopytywać.
(http://i.imgur.com/w26PYvG.png)
Szybko dowiedział się, że przesiadywała w karczmie kobieta, nic nie chciała pić, tylko obserwowała. Aż w końcu wyszła z jakimś mężczyzną w błękitnej todze i tyle jej było. Tyle starczyło. Połknęli przynętę.
Nelin zebrał towarzyszy i ruszyli na wyspę. Tam dopytał kapitana gwardzistów o raporty od szpiega. Potwierdził tylko to, że udało się mu włączyć w szeregi wroga. Miał szukać teraz sigilu w wieży Rady. Nelin znał to miejsce jak własną kieszeń, o sygilu jednak nigdy nie słyszał. Wszyscy ruszyli szybko do wieży. Spotkali tam, jak można się spodziewać, swojego szpiega. Nie odnalazł on sygilu, ale go wciąż szukał. Po dłuższej chwili spięć i narad, postanowili odprawić szpiega, miał wrócić na wyspę i nie pokazywać się więcej wrogowi.
(http://i.imgur.com/eSfpnVQ.png)
Zostali w potrzasku, nie mogą niczego dać już Illeasarowi, ale nie mają jak go powstrzymać. Nelin uznał, że zabezpieczy chociaż wartościowe rzeczy i przeniesie je z wieży na zamek. Laboratorium, kilka fiolek z dziwnym płynem, jakiś kryształ. Sala obrad Rady... Sentyment do tego miejsca jest ogromny, jednak na razie przechodzi ono w stan spoczynku. Nelin schował księgę, Słowo Pana, leżała tam chyba od zawsze. Gdy już miał wychodzić, coś go zaniepokoiło. W mgnieniu oka zdjął zawieszony na plecach łuk, naciągnął strzałę na cięciwie i wycelował w róg sali. Ktoś się tam skrył. Reszta towarzyszy zareagowała równie szybko, jedni obezwładnili ją czarami, inny odciął pomieszczenie ścianą energii.
(http://i.imgur.com/riFHGxz.png)
Jak się szybko okazało, była to uczennica Rhodara. Cóż, staruszek zaskakuje nawet po śmierci. Nikt nie wiedział, że miał on uczennice. Przyznała się jednak, że jest w szeregach wroga, aby zemścić się na Radzie i swoim mistrzu, za to, że traktowali ją bardziej jak służkę niż uczennicę. Oj, głupio z jej strony... Nelin dwoma szybkimi ruchami wbił po strzale w dłoń kobiety, żeby nic nie kombinowała. Chciał ją zmusić do gadania, jednak ta była twarda. Cóż, mają baaardzo dużo czasu. Gdy już miał zabrać się za standardowe tortury okaleczające, wpadł na inny pomysł. Wyjął butelkę z czarnym płynem którą dostał od Illeasara. Była uczennica zdecydowanie wiedziała co to. Albo zacznie gadać, albo... okaże się co się stanie gdy ktoś to wypije. Szybko uległa. Powiedziała wiele. Płyn miał służyć do zabicia całej flory i fauny w Wężowej Twierdzy, byłby to doskonały podkład na przyjście nowego bóstwa Śmierci. Powiedziała również, gdzie jest sigil. Nie była już dłużej potrzebna, Nelin miał ją już zabić, jednak coś zaświtało. Zaproponował kobiecie wybaczenie jej zdrady, a także nowe, lepsze niż poprzednie nauki. W zamian miała sprowadzić podstępem Hekatosa. Nie było to łatwe... Wcale nie wychodził ze swojej magicznej jaskini. Ustalili, że uczennica poprosi go o pomoc w wieży. Ryba połknęła haczyk. Po jakiejś godzinie Hekatos zjawił się w wieży.
(http://i.imgur.com/unOXBqf.png)
Stawiał duży opór, jednak po nierównej walce, padł. Można rzec, królowa wyeliminowana, teraz czas na króla.
Nelin otrzymał list od kapitana straży zamku. Mieli się spotkać. Gwardzista czym prędzej ruszył do budowli na wyspie. Spotkał się z Bheraltem w sali Rady. Kapitan oznajmił Nelinowi, iż złapali dziwną istotę, którą przetrzymują na górze. Właściwie, to sama oddała się w ich ręce. Wojownik poszedł na wyższe piętro, żeby zobaczyć więźnia. Okazał się nim jakiś humanoidalny twór. Nie wiedzieć czemu, gwardzista od początku miał dziwne przeczucie, że istota ma dobre intencje. Zwykle nie jest zbyt ufny wobec nieznajomych, lecz tym razem było inaczej, miał przeczucie. Dziwna istota zaczęła rozmowę jak gdyby nigdy nic, wypytując o sprawy Rady, przedstawiając się następnie, nazywał się Jallar. Nelin przecinając więzy, co by zachęcić szybciej humanoida do wyjawienia celu przybycia do zamku.
(http://i.imgur.com/7K4W1xH.png)
Jallar wiedział jak zniszczyć pole energii w jaskini, w której przesiaduje Illeasar. Gdy Nelin to usłyszał, od razu serce zaczęło mu szybciej bić. Istota zdradziła jednak nie zbyt wiele. Powiedział jedynie, że na końcu jaskini pełnej trolli, jest urządzenie. Po jego użyciu pole energii zniknie w ułamku sekundy. Jednak użycie go, będzie wojownika wiele kosztować. Nelin jednak nie zbyt zwrócił uwagę na ostatnią informację. Ruszył czym prędzej do wyjścia. Poinformował jedynie uczennicę, Parmillę, która dołączyła się niedawno do walki z wrogiem, aby zebrała gwardzistów pod jaskinią trolli i czekała na niego w ów miejscu. Sam wyruszył to siedliska półmózgich istot. Po jakiejś połowie godziny, żmudnego wycinania trolli znalazł wspominane przez Jallara urządzenie.
(http://i.imgur.com/0p0Du9f.png)
Oglądał je dokładnie. Miało kształt jakiegoś zwierzęcia, stworzenia może. Twarz wyrzeźbiona na urządzeniu miała rozwartą paszczę, jakby czekającą aby coś włożyć do środka. Naprzeciw posągu znajdował się pieniek z toporem obok. Obraz miejsca był dość jednoznaczny, Nelin wiedział już, co przyjdzie mu zrobić. Miał nadzieję jednak, że da rade urządzenie uruchomić inaczej. Włożył dłoń do paszczy zwierzęcia. Nie było nic, żadnego przycisku, żadnej dźwigni, jednak dłoń pasowała jak na wymiar. Wojownik wziął głęboki oddech. Był zdeterminowany i wiedział, co musi robić i jaka nagroda będzie za to poświęcenie. Podszedł po topór leżący na ziemi. Ujął go pewnie w prawej ręce, a lewą przyłożył do pieńka, w którym było idealne wcięcie na nadgarstek. Nie wahał się, był pewny swego. Szybkim i pewnym ruchem oddzielił swoją dłoń od reszty ciała.
(http://i.imgur.com/kvuQ62L.png)
Po jaskini przeszedł jedynie głuchy jęk. Szybko zawinął bandażami kikuta i chwiejącą się prawą ręką podniósł dłoń z ziemi. Na kolanach podszedł do posągu i wrzucił tam część ciała. Oczy bestii zaświeciły się, w środku było słychać ruch jakichś mechanizmów. Po chwili dłoń zniknęła w paszczy posągu, a on znowu zastygł. Nelin, pomimo niewyobrażalnego bólu, postanowił, że musi iść. Związał mocno bandażem kikut, w prawą dłoń złapał niezbyt pewnie kosę i ruszył w stronę wyjścia z jaskini. Gdy wyszedł powitał go widok zwartych i gotowych gwardzistów. Wiedzieli, że coś się stało, każdy poczuł tę potężne wyładowanie energii. Wojownik bez wahania kazał gwardzistom ruszyć do jaskini obok i pojmać Illeasara.
(http://i.imgur.com/8LtYZTb.png)
Osłabiony nie był w stanie ruszyć do walki, uczennicy kazał wrócić do zamku, nie była gotowa, aby walczyć z tak silnym wrogiem. O dziwo dźwięki walki ustały szybko, nie obyło się jednak bez ofiar. Gdy Nelin wszedł do jaskini zastał jedynie pokiereszowanego i związanego Illeasara, a przy nim jedną gwardzistkę. Kapitan straży i jeszcze jeden gwardzista polegli... Ich ofiara nie zostanie zapomniana. Mieli już jednak elfa.
(http://i.imgur.com/n7v8ZpM.png)
Zabrali Illeasara do zamku, gdzie pokazali go Jallarowi. Mężczyźni najwyraźniej znali się i niezbyt lubili.
(http://i.imgur.com/2Blr4f5.png)
Jallar zdradził, że był szpiegiem w kręgach wroga, jednakże nawet Rada nie mogła o nim wiedzieć, ponieważ Thrast zabronił mu kontaktować się z nią, nim nastąpi odpowiedni moment, wiedział bowiem jak dobry wywiad miał ich wróg. Nelin kazał odesłać elfa do innego pomieszczenia i porządnie go związać. Zabrał mu jeszcze tylko coś czego potrzebował, a mianowicie dłoń. Niestety medyk rozczarował go tym, iż nie może mu ów dłoni przyszyć, z różnych względów. Wojownik wrócił, więc do Jallara, aby dowiedzieć się czegoś jeszcze. Humanoid zdradził mu, że kultyści zdążyli uwięzić Netherila... Na tę wiadomość Nelin zamarł. Jallar zdradził jednak gdzie jest Pan i jak wojownik może go uwolnić. Humanoid kazał człekowi zabrać sztylet który uśmiercił Mistrza Thrasta i udać się na Hythloth w poszukiwaniu jaskini z uwięzionym Netherilem. Jallar poprosił również o uwolnienie go. Nelin uznał, że po tym, jak zasłużył sie dla niego, nie sposób mu nie ufać. Jednocześnie nadał miał to dziwne uczucie zaufania mu, które poczuł już przy pierwszym jego spotkaniu. Puścił więc humanoida wolno, a sam udał się na Hythloth. Po długim rejsie, wreszcie dobił do brzegu wyspy. Postanowił pierw przeszukać jaskinie w górach na południowym-wschodzie. Dobrze trafił. Gdy wszedł do jaskini jego serce zaczęło bić po stokroć szybciej, nie mógł uwierzyć temu co widzi.
(http://i.imgur.com/bx3eGWV.png)
Postać, mimo, że zamieniona w kryształ i tak emanowała energię którą Nelin doskonale znał. To był jego Pan. Rozglądając się po jaskini wojownik trafił na znajome urządzenie. Tym razem było ułatwienie, obok stała gilotyna. Nelin nie miał pojęcia jak włoży do otworu prawą dłoń, nie mając już lewej. Był jednak bardziej zdeterminowany niż podczas pierwszej próby. Ułożył prawą rękę w urządzeniu.
(http://i.imgur.com/2mrbAuR.png)
Na boku urządzenia umieszczony był przycisk. Nelin zacisnął mocno zęby i uderzył kikutem w niego. Ostrze opadło w mgnieniu oka, pozbawiając wojownika kolejnej dłoni. Roztrzęsiony wojownik, ledwo łapiąc część ciała dwoma kikutami, wrzucił dłoń do posągu. Wcisnął prawy kikut w szaty, aby lekko powstrzymać krwawienie i obsunął się na ziemię. Miał mroczki przed oczami, czuł że zaraz zemdleje. Energia pola siłowego wokół postaci zanikła, to było wyczuwalne. Jednak sama postać nadał pozostawała w kryształowym opakowaniu. Wojownik nie miał sił, nie mógł nic zrobić. Gdy zaczął tracić przytomność czuł jedynie, że ktoś wyjmuje spod jego szat kryształowy sztylet. Nelin majaczył, nie widział nawet kto zabrał mu broń. Widział jedynie, że postać ta podchodzi do kryształowej statuy Netherila i wbija w nią sztylet. Wszystko było jak przez mgłę.
(http://i.imgur.com/2q5iQGV.png)
Kryształowa powłoka zaczęła znikać powoli, aż ukazała się postać. Wymownie spojrzała jedynie na osobę naprzeciwko niej. Nelin pod wpływem emocji, zaczął znów nieco lepiej postrzegać rzeczywistość, mimo upływu ogromnej ilości krwi. To był Jallar. Humanoid pokręcił jedynie głową do samego Netherila i wskazał na Nelina. To on. Czarna postać pojawiła się nagle przed siedzącym na ziemi i wspierającym się o posąg wojownikiem. Ujęła go za oba kikuty. Człek poczuł niewyobrażalny ból, a towarzyszył mu smród zgnilizny.
(http://i.imgur.com/wDYrd1y.png)
Nagle, gdy Nelin spojrzał na ręce, nie wierzył własnym oczom. Znów miał dłonie. Były one jednak całe czarne, jakby stworzone ze skondensowanej energii. Mógł od razu nimi sprawnie operować, nawet lepiej niż wcześniej. Spojrzał się z niedowierzaniem na Netherila, ten jednak zniknął po chwili. Postać Pana nie wyrażała żadnych emocji, wojownik czuł jego zadowolenie. Musiał się jeszcze spytać jednak, jak to możliwe, że sztylet z duszą Mistrza Rhodara, był w stanie uwolnić Netherila. Jallar zaśmiał się tylko delikatnie i wyszedł z jaskini, znikając zaraz gdzieś w lesie.
Przez ten cały czas Pan był bliżej niż ktokolwiek z Rady się spodziewał...
Wróg pokonany, jednak żadne zwycięstwo nie przychodzi łatwo i bez strat.
Nelin miał jeszcze kilka spraw do załatwienia. Wciąż posiadał sztylet z duszą Rhodara, którą musiał odebrać przyjacielowi w zamian za zaufanie i możliwość infiltracji wroga. Pora sprawdzić jak przywrócić Nekromantę do "życia". Wojownik udał się więc do sali w której złożony był kryształowy oręż z duszą Rhodara. Następnie zszedł do piwnicy, gdzie na samym środku stała trumna z ciałem przyjaciela. Jedyny pomysł jaki przychodził mu do głowy, to wbić sztylet w ciało, tak jak zrobił to Jallar w przypadku Netherila. Nelin nachylił się więc na nieco rozkładającym się już ciałem i powoli wsunął sztylet w klatkę piersiową. Ciało lekko zadrgało. Wojownik poczuł przypływ emocji. Czyżby miało zadziałać tak łatwo? Nagle Nekromanta przebudził się.
(http://i.imgur.com/lJX6wXx.png)
Siedząc w trumnie rozglądał się po pomieszczeniu, totalnie zdezorientowany. Nelin stanął naprzeciw przyjaciela mając niewielki uśmiech na twarzy. Nekromanta miał wiele pytań. Wojownik wytłumaczył mu pokrótce co zaszło podczas jego nieobecności. Oznajmił również, że zbliża się nowe zagrożenie. Lich... jest potężny. Rhodar nie ma dużo czasu na odpoczynek. Nelin poprosił jeszcze przyjaciela, aby w miarę możliwości zdobył kamienie mocy, na wzór tych których używał wróg. Pora lepiej zabezpieczać swoje rzeczy. Nekromanta udał się do swojego pokoju, aby postudiować nieco na temat nowego wroga. Jednak wojownik miał jeszcze jedno do załatwienia. Złożył komuś obietnicę po pojmaniu Illeasara. Nelin udał się więc, tym razem na dach zamku, gdzie przetrzymywanego póki co w bibliotece, pilnowała Via. Za swoje zasługi, a również z powodu śmierci poprzedniego kapitana, miała zostać jego następcą. Na początek swojej kadencji, miała znaleźć nowych rekrutów. Jako, że gwardia zmalała do zaledwie dwóch osób, potrzebowali świeżego materiału na wojowników. Miała również zmienić nieco więzienie w piwnicy i przenieść tam Illeasara.
(http://i.imgur.com/JQvTsxE.png)
***
Po kilku dniach, na wiadomość od nowego kapitana, Nelin przybył na wyspę. Byli już na niej nowi rekruci. Nie są może oni zabijakami, a ich rynsztunek pozostawia wiele do życzenia, ale to wszystko jest łatwe do zrobienia. Najważniejsza w gwardii jest wiara i dyscyplina, a tego zdecydowanie im nie brak.
(http://i.imgur.com/dQQrP0i.png)
Wojownik udał się do kilku rzemieślników. Musiał zakupić dla rekrutów nowy rynsztunek. Upewnił się, że nie będą to jakieś zwykłe klepidruty, a osoby, które znają się na fachu. Zakupił komplet dla każdego rekruta i powrócił na wyspę. Każdemu z świeżaków wydzielił wartę i dał nowy ekwipunek.
(http://i.imgur.com/yaptL07.png) (http://i.imgur.com/io2ufUG.png) (http://i.imgur.com/drs90iu.png)
(http://i.imgur.com/N4mjcyC.png)
Znów mogą służyć Panu z wielką siłą.
Jednocześnie uważam ten wątek za zamknięty, a dalsze perypetie opisywane od różnych osób będzie można znaleźć w TYM (http://dm-uo.pl/forum/index.php/topic,31077.0.html) wątku.