Dzień 531 od powrotu. Jesień, kilka chwil przed świtem.
Do osady przybyłem nad ranem. Gnałem co sił, mój
ostard dzielnie dawał sobie radę ale chyba muszę
na niego bardziej uważać. Na ławce przy ognisku
spał jakiś mężczyzna, nie budziłem go.
Odprowadziłem wierzcha do zagrody i jak zawsze
wszedłem na wierze aby wyczekiwać przybycia
Cheysuli.
Tego samego dnia. Rano.
Mężczyzna na dole wstał chwilę po moim przybyciu,
nie zszedłem się przywitać. Nie znam go, mimo ze
jest Asheyem. Poczekam na przybycie Córki Wiatru.
Nie pomyliłem się, widziałem jak wpływa do portu
dzielna nie wysoka czerwonoskóra kobieta. Stała
na dziobie niewielkiego statku handlowego.
Widocznie Port w Ocllo jednak ma się dobrze.
Trap uderzył o molo a Cheysulia wyprowadziła
pierwsza swojego wierzchowca i pognała w stronę
osady. Znając ją będzie tutaj przed południem.
Tego samego dnia. Południe.Proste skinienie głowy w tych czasach zastępuje
słowa i inne bardziej wyszukane gesty. Brakuje mi
tych pełnych emocji przywitań z przed lat.
Czekaliśmy jeszcze tylko na Qua bo na pewno
usłyszała wezwanie i przybędzie. Gronmara nikt
dawno nie widział a młodemu Williamowi znowu
morze zagrało w sercu. Ahh jeszcze jest Zang i
Anghil ale z tego co wiem to drugi szkoli
pierwszego w szamańskich sztukach.
Tego samego dnia. Narada i nie istotne "obcych"
problemy.Cały czas obserwowałem jak Cheysulia i Qua
reagują na ta ckliwa historyjkę Vatoo. Rozumiem,
trzeba mu pomóc ale czy problemu by nie było
gdyby jego plemię nie było tchórzliwe? gdyby
walczyli do końca to nikt by im tego DARU nie
odebrał. Xis Maur zawsze dokonuje dobrego wyboru
ale czy tym razem? mam wątpliwości.
Wyruszamy. Chandalen, Cheysulia i Quaveyl.
Zostawiam tu notatkę gdzie wyruszyliśmy jakby
zjawił się ktoś jeszcze. Zachodni Kontynent -
Oaza nieopodal twierdzy Cieni tam będziemy
obozować kilka dni przed "szturmem" - jak to
napisałem sam wyśmiałem nasz pomysł. Szturmować
twierdze w trójkę !
Dzień 534. Jesień. Świt.Cholerne bagna, nie zgubiliśmy się ale mogliśmy
wybrać inna drogę. Nie wiem kto wpadł na ten
pomysł aby podróżować przez BAGNA! Dobrze ze
zaraz będzie jaskinia i skrót potem tylko kilka
ognistych bestii do ubicia i jesteśmy w oazie,
kąpiel i wreszcie zjemy bez pospiechu.
Ten sam dzień. Zmierzch. Droga do wąwozu była nad wyraz spokojna kilka
płonących jaszczurek nie sprawiło nam problemu a
nawet było przyjemną rozrywką w tej i tak
bezcelowej podróży.
Psia jego mać! nie spodziewaliśmy się tego. Na
wyjściu z wąwozu tuż przed samą oazą stał wielki
CIENISTY jaszczur. Chciał nas zatrzymać, groził
że nie przejdziemy dalej ze to nie nasze ziemi i
nie mamy po co tam iść. Cheysulia starała się z
nim rozmawiać, co oczywiście okazało się
bezcelowe. Więc wpakowaliśmy mu kilkanaście
strzał a ten stał nie wzruszony ! Wydawało się
jakby się uśmiechał pełny pychy i pewności
siebie. Kilkukrotnie musieliśmy się ratować
ucieczką co nie było łatwe bo Gad był piekielnie
szybki. Na szczęście mieliśmy przy sobie pęk
strzał uświęconych przez Anghila co okazało się
wreszcie wyrządzać jakaś krzywdę temu czemuś.
Wydaje się ze jaszczur padł chociaż jego truchło
po prostu znikło. Dotarliśmy do oazy. Oberwaliśmy
jak nigdy, morale trochę opadły. Zostaniemy tu na
kilka dni mam nadzieję że nic nie przerwie nam
odpoczynku.
Dzień 535. Jesień. PopołudnieKłótnia z kobietami o tym co powinniśmy zrobić i
czego nie zrobiliśmy w walce z tym czymś wczoraj
pokazała że jednak wyprawa w trójkę nie była
rozsądna. Chciałbym bezpośredniej konfrontacji z
tymi Cienistymi padalcami. One chcą wejść tam po
cichu. Ruszamy jutro rano i kompletnie nie wiem
co zrobimy.
(http://vlep.pl/fjo98x.jpg)
Dzień 536. Jesień. Środek nocy.Nieoczekiwane wsparcie, Zang przybył na swoim
polarnym niedźwiedziu. Wielka bestia. Morale się
podniosły chociaż nadal nie będziemy atakować
otwarcie. Młody szaman stanął po stronie Kobiet.
Tego samego dnia. Świt.Ruszyliśmy pełni entuzjazmu. Zang poświęcił nam
jeszcze kilka strzał na miarę swoich niewielkich
umiejętności, na pewno nie będą tak skuteczne jak
te od Anghila ale zostały mi tylko dwie takie po
walce z poprzednim Cieniem. Pełen obaw obstawiam
tyły Cheysulia przodem a Qua i Zang w środku.
Dzień 537. Jesień. Popołudnie.To było straszne, myślałem ze walka z poprzednim
Cieniem była ciężka ale to na co trafiliśmy
wczoraj było PRZERAŻAJĄCE. Stwór wyglądał
dokładnie tak jak poprzedni tylko w rekach
trzymał wielki berdysz, patrząc na niego bałem
się naprawdę czułem strach który z niego
emanował. Tak jak i poprzednim razem pertraktacje nic nie
dały, panikę było czuć w powietrzu. Zangenis
starał się przywoływać moce natury i rozganiać
grozę ale jego siły były za małe chociaż widziałem
jak dwoił się i troił. Nie wiem czy to wina
małych umiejętności Zanga czy po prostu stwór tak
był tak silny ale nawet święte strzały nie dawały
nam przewagi. Nie wiem jak to się stało, czuję ze
po prostu pozwolono nam przejść dalej, ze ktoś
chce się z nami spotkać a może to siłą naszej
wiary powaliła potwora? Ruszyliśmy dalej,
opuściliśmy pustynie, zjedliśmy w siodłach.
Wkraczamy na tereny Cieni mrok na niebie nie
nastraja pozytywnie.
Dzień 538. Jesień. Nie jestem pewny jaka jest
pora dnia ponuro i ciemno wszędzie.Wyruszyliśmy tutaj po przedmiot, po dar. Vatoo i
jego plemię otrzymało od Xis Maur kamień ciemny
jak sama noc, czerń jakiej nie da się uzyskać w
żaden inny sposób. Jak oni to stracili? napadły
na nich cienie a jego klan uciekał w popłochu.
Teraz my o to walczymy. Wielki Chorąży Legionu
Cieni tak przedstawił nam się gargulco podobny
jegomość ubrany w elementy zbroi płytowej oparty
o wielki miecz dwuręczny. Chcieliśmy odzyskać co
nasze, Cheysulia znowu próbowała dyskutować,
Chorąży zaoferował nam ze pozwoli nam odejść za
duszę jednego z nas. Byłem nawet skłonny darować
mu życie za takie obelgi. Byliśmy zmęczeni,
Brakowało nam strzał, Zangenis jeszcze nie
odpoczął na tyle aby jego interwencje miały sens.
Qua - Łowczyni okazała się tez niezłą włóczniczką
ale i to nie za wiele nam dało. Cheysulia prężyła
się w siodle prowokując Chorążego. Sytuacja
zrobiła się patowa, ucieczka nie była możliwa
ponieważ z jakiś dziwnych przyczyn nie
potrafiliśmy znaleźć drogi powrotnej. Skończyły
mi się strzały, chciałem zając go walka w
zwarciu, nawet przyjąłem kilka ciosów na luk co
poskutkowało jego roztrzaskaniem. W chwili w
której myślałem ze już mogę witać się z rodzina w
kręgu Matki Natury zasłoniłem się moją mithrilową
ręką, Zangenis rzucił mi się na ratunek
rozpościerając aurę natury na nas dwoje,
Cheysulia posłała swoje ostatnie strzały a Qua
szarżowała z włócznia, Chorąży jakby osłabł i
zaczął się wycofywać, rozpostarł wielkie czarne
skrzydła i po prostu odleciał. Nigdy nie byłem
tak szczęśliwy, wszyscy odetchnęliśmy z ulga.
Wróciliśmy do oazy, musimy odpocząć, nie możemy
kontynuować tego w takim stanie.