Do Władcy Księstwa Yew
Lauresa De La'mere ha-Mephorash
Panie, dawno się nie widzieliśmy. Twój wyjazd poza Księstwo Yew bardzo się dłuży i bardzo wiele się dzieje w ostatnich zimowych tygodniach.
Piszę ten list dzięki memu przyjacielowi który był rad mnie wysłuchać w karczemnym zaciszu i spisać to w jak najbardziej oddany sposób.
Jak wspomniałem na początku wiele się działo ostatnimi czasy w naszym Księstwie. Zaczęło się bowiem od ogromnego huku w okolicach wschodniej bramy. Strażnik pełniący wartę w przerażeniu wpadł do karczmy i oznajmił, iż pod bramami stoi ogromna katapulta i dwugłowe grubasy z głuszy leśnej biją w tarabany i za parę chwil wbiją w miasto. I tak też się stało, nawet nie zdążyliśmy dopić ostatnich łyków piwa i zebrać oręża a te paskudztwo już panoszyło się po mieście. Na szczęście dzięki kilku dostojnikom Legionu oraz pomocy kilku niziołków i magowi naszego miasta udało się przegonić ta grubą, żądną jedzenia watahę leśną.
Niestety nie byli sami! Przybyli wraz z nimi z północy towarzysze - Ogry! Wraz z ich dostojnikiem wielkim władcą. Walka trwała parę godzin. Na szczęście łby się posypały i trup ogrzy słał się gęsto od północnej do południowej bramy Yew. Z przykrością nie obyło się bez strat, Panie. Cała południowa brama, oddzielająca nas od lasów i potwornej jaskini Shame spłonęła, mimo naszych prób gaszenia. Tak to smutne ale myślę, że w przeciągu kilku dni uda nam się ją odbudować i wszystko wróci do normy.
To było dwa tygodnie temu i miałem nadzieję, że nasze trudy zaowocują spokojem na ten ciężki zimowy okres. Wyruszając na wyprawę poza granicę księstwa nie myślałem jak bardzo się mylę z tym spokojem. Ledwo przedarłem się przez puszczę w Trinsic dotarły do mnie złe wieści. Za ogrzym ciosem poszedł władca Barbarzyńców z południa. Otrzymawszy gołębia trzeba było ruszać.
Dudnienie bębnów słychać było już na granicach miasta Skara Brae. Wjechaliśmy do miasta obok kilku ciał i rozrzuconego bitewnego oręża. Słychać było tylko jęk dogorywających mieszkańców i barbarzyńców którzy zostali odparci na wschodniej bramie. Widziałem, że ta potyczka trwa już od dobrych paru godzin. Ruszyłem w kierunku spalonej południowej bramy. Z daleka ujrzawszy dzielną wojownicze otoczoną przez zgraję żądnych krwi barbarzyńców, rzuciłem się z odsieczą. Krew lała się strumieniami po ubitej przez wierzchowce ziemi. Z jednej strony dzielny mag odpierał atak 2 wojowników, z drugiej strony dwaj niziołkowie siedzieli na barkach ogromnego barbarzyńcy i okładali go bez wytchnienia po hełmie. Mi i przybyłej z pomocą dzielnej wojowniczce Leionu przyszło zmierzyć się z potężnym magiem barbarzyńskiej hordy. Mimo wielkiej siły i doświadczania wojowniczki walkę dokończyłem w pojedynkę. Udało się! Padł a wraz z nim kilku potężnych popleczników. Reszta uciekła w ciemne lasy południa.
Stoję na środku miasta, rozglądam się wokoło, ściskając w ręku kawałek potarganego materiału z herbem barbarzyńskiego rodu Harroth i mam nadzieję, że w końcu zaznamy spokoju...lecz to co przyniosą następne dni i lata jest wielką niewiadomą.
Podpisano
Komes Księstwa Yew
Cristof Bacatore
(http://i.imgur.com/y4bOc6O.png)
Gdzie Władca ? , gdzie Komes ?
Nadchodzą Czerwone Topory ! Ciągną za sobą potężną machinę ! Ratuj się kto może !
Tyle udało mi się usłyszeć od zmarłego na moich rękach łowcy , który zauważył niebezpieczeństwo...