Cheysulia siedziała na wysokim pagórku nieopodal potężnego masywu Destard. Rumak pasł się spokojnie, kiedy ona wpatrzona w blask zachodzącego słońca odejmowała fajkę od ust i wypuszczała gęstą smugę dymu. Ostatnie pociągnięcia wydały syk, spalanego tytoniu. Grotem strzały czyściła cybuch, kiedy ciepły wiatr niósł płatek śniegu. Złapała go, i oglądała jak stopił się na dłoni, a gdy niewielka kropelka zaczęła spływać w kierunku nadgarstka, złapała ją językiem i wymruczała cicho:
-Pieprzone lodowe smoki...
Uniosła wzrok, i na niebie dostrzegła gołębia który leciał w kierunku osady na wyspie. Zerwała się na równe nogi, i podchwyciwszy łuk i kołczan, gwizdnęła na rumaka. Cheysulia zaczęła biec, i rumak też zaczął biec, a gdy zrównał się z nią, chwyciła się kulbaki, i chwilę później już gnała w kierunku Skara Brae ciekawa wieści ze świata. A te nie były optymistyczne...
-Pieprzone lodowe smoki się pałętają pod Delucją! - odczytał zarządca w budynku ratuszowym Skara Brae.
Cheysulia nie znała się na polityce na tyle, by wiedzieć, że pokój między miastami nie wymaga zbrojnej pomocy, ale nim zarządca jej o tym przeczytał, poprawiała już puśliska, by kilka chwil później puścić konkretnego pawia.
Paw zawierał resztki wężowej bagietki (klasyczna Asheyska potrawa, kiedy po wyjęciu szkieletu węża i wnętrzności, upycha się do środka przyprawione warzywa, a następnie opieka na ruszcie. Po zdjęciu skóry kroi się na kawałki i zjada posypane oregano!) wymieszane ze słabym winem. O ile w podróży statkiem dało się tego uniknąć, to podróż portalem dla Cheysulii zawsze kończył się w ten sposób, no ale przynajmniej zaoszczędziła wiele tygodni drogi.
Gdy zbliżała się do miasta, z oddali słychać było smocze ryki i dźwięk oręża uderzający o lodową łuskę. Gdy stanęła u bram, choć straż była zaabsorbowana sytuacją w mieście i nie kontrolowała przyjezdnych, dziewczyna nie ośmieliła się przekroczyć bramy Delucji, dopóki nie uzyska zgody władz. Nie zdążyła.
Z głośnym plaśnięciem poczuła na twarzy chłód skrzydła. Lodowy demon się przypałętał, ale roztopiła jego zapał.
-Roztopiłam...! - śmiała się sama do siebie, zadowolona ze swojego poczucia humoru.
(https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/736x/76/81/82/76818205e10ad9aff4310b87eeb19e36.jpg)
Nie miała na to za dużo czasu, bo koń zaparskał ostrzegawczo. Sięgnęła po srebrną strzałę którą oparła na cięciwie, kiedy poczuła zapach, i miała ją wypuścić kiedy dojrzała sporych rozmiarów bestię biegnącą wprost na nią. Tyle tylko, że to nocne stworzenie nie tyle biegło za nią, co biegło przed smokiem który trząsł chaszczami przelatując przez nie i kładąc je samym sobą.
Tak o to w jednym tańcu były aż trzy stworzenia. Na zmianę błyskały wilcze kły, smocze szpony, groty strzał. Znowu błysk, tym razem mignęło z czaru. Pełna kooperacja dwóch istot przynosiła efekty, a smok musiał przejść do defensywy. Zagoniony pod skałę, z poszarpanymi skrzydłami i bez magicznej mocy, był chyba jeszcze bardziej groźny. Syczał ostrzegawczo mieniać się w blasku księżyca, raz po raz przyjmując na siebie wilczy skok, a to znów ciemna strzała przemknęła z impetem godnym Corp Pora i zagościła na dobre pomiędzy lodowymi łuskami.
Dobrą passę przerwał wschód słońca. Życiodajne promienie nie były promieniami nadziei dla tej dwójki, bowiem jeden jakoś tak schudł, a druga była już nie lada zmęczona. A o jej rumaku nawet nie wspominam.
I kiedy już wydawało się, że to koniec, ich koniec, z Delucji nadeszła odsiecz!
-Matko, daj siłę ramionom. Firfenie rozpal we mnie ogień. I niechaj Vi niesie me strzały celnie... - pomodliła się cicho, i ze zdwojoną siłą powróciła na plac bitwy.
I padło bydle!
A potem jeszcze trzy.
Wilczy choć nieco mniejszy, zawył przeciągle dumnie się wyciągając, a potem zniknął między drzewami.
To i na mnie czas... - pomyślała dziewczyna, i ruszyła w stronę portalu.
Wkroczyła w niebieski owal, i znowu zwróciła...
(https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/736x/96/96/28/9696288b98cff3df26f0b4461d24a619.jpg)
Edit: zła odmiana gramatyczna.
Jak zawsze pieknie opisane. Bedzie wiecej, tego mozecie byc pewni :)
Spektakularnie - to dobre słowo by opisać to, w jakim stylu wpadła na śnieżną polanę Cheysulia. Chwacki rumak sprawnie przedzierał się przez śnieg, a gdy przechodzili środkiem, pośród polany usianej ciałami tych który oddali życie w imię sprawy, odbite od śniegu słońce stwarzało w około łuczniczki i jej rumaka aurę niezwykłości. Bo oto przybyła dziewica dzierżąca łuk, na swym umiłowanym wierzchowcu.
Koń stanął w jaskini, a Cheysulia wyjęła z juków kusze i na prędce złożyła mechanizm, dokręcając śrubę łączącą łuczysko i kolbę. Gdy wybiegała z jaskini, bełt już był nałożony na łoże i czekał by wystrzelić w kierunku pokracznej bestii która strzegła skarbu.
-Kto tu dowodzi?! - Krzyknęła, ale jej głos nie przedarła się przez hałas panującej tutaj krwawej jadki. Obok niej jakiś jegomość spadł z wierzchowca. Dobiegła i padła przy nim na kolana, wyjmując z torby "AZN", czyli Asheyski Zestaw Naprawczy. Otwarła paczkę zawierającą bandaże i różne fiolki o niezwykłych kolorach. Na prędce owijała ranę, a gdy demon przelatywał obok, uniosła tylko kuszę i nacisnęła spust. Czarny bełt świstem rozdarł powietrze i ugodziło bydle pod skrzydło spowalniając na jakiś czas.
-Żryj to bydlaku - pomyślała Cheysulia i zawiązała bandaż na ranie, po czym pomogła jegomościowi wstać. Rzecz jasna rzeczy zbierał sobie z ziemi już sam, bo ona pognała między czarodziejów. Ładuj - wal - ładuj - wal. I tak do samego końca, aż się demon ryjem w śnieg nie wrył.
Cheysulia oparła broń na barku i cmokneła zachwycona w stronę zbrojnego, który zwarł się chwilę wcześniej w majestatycznym tańcu z ta pokraczną kreaturą. Pachnieli podobnie, ale nie o tym.
Cheysulia zachwycona rozwojem sytuacji, podeszła do ciała i wyjęła niepołamane bełtu które wsunęła do kołczanu.
-Następny? - Spytała z nadzieją w głosie.
-Ten był ostatni - odpowiedział jakiś mag i wtedy do niej dotarło.
Nikt nie był w stanie ukryć zmęczenia na twarzy. Brudne szaty, poplamione krwią twarze i dłonie, walającą się zioła po ziemi i trupy wierzchowców oznaczały, że nie przyszła by w chwale walczyć o krasnoludzkie ziemie, ale przyszła niemal na gotowe.
Zabrała tylko bełty. Nic więcej.
I wróciła do Skara Brae statkiem.
Klnąc gorzej od kapitana okrętu...
(http://zapodaj.net/images/74c68922c13a2.jpg)
Rzecz o smoczych jeźdźcach.
O Bogowie! Co tu się dzieje do stu puszczalskich matek... - skomentowała łagodnie Cheysulia rozgrardiasz jaki panował na wyspie piratów. Być może dlatego że piraci lepiej się czuli na łajbach był tutaj taki chaos? Właściwie nie chaos, ale do rzeczy.
Kiedy dotarła na wyspę, właśnie mijał ją jakiś jegomość. Dzielny zbrojny był o tyle dziwny, że gdy tylko ją minął padł na twarz, ryjąc w ziemi głęboką bruzdę zasłoną hełmu, a stwór który go gonił, z szelmowskim uśmiechem triumfu spojrzał na Cheysulie. -Szlag... - wymamrotała i stuknęła piętami boki konia. W jednej chwili prawa ręka zdejmowała łuk, lewa trzymała fiolkę którą odkorkowała zębami, a nogami prowadziła wierzchowca prosto w las. W jednej chwili łyknęła zawartość fiolki, aż jej się spieniło w kącikach ust kiedy posyłała strzałę w tył. Szybki unik, by nie zahaczyć czerepem o gałąź i nie zwalić się prosto pod nogi stwora za nią, i w spektakularnym stylu obróciła się w siodle i zakręciwszy nad głową bolą, posłała w kierunku ścigającego ją demona.
Szybkie Tour de Bucc i znowu była na ścieżce, gdzie w ramach klasyki pełne nieogarnięcie posyłało na glebę kolejne osoby. I wtedy ich zobaczyła... Smoczy jeźdzcy!
Ni stąd ni z owąd nad jej głową przemknęły 4 smoki które wgryzły się w ciało demona. Przeraźliwy ryk osaczonego bagiennego skrzydlaka rozdarł niebo - w końcu coś konkretnego - pomyślała i słała strzałe za strzałą idealnie w ciało demona. Strzały śmigały koło smoków, ale żadna, ŻADNA nie musneła choćby jego łuski, i wszystkie docierały celu. Szło pięknie, szło jak po maśle, jak po oliwie z Ocllo. -To co się zdarzyło, że się zchędożyło?! Cholera wie... Demon wypałętał się spomiędzy smoków, rozpychając rekami i jak trzepnął jednego z atakujących to poleciał dobre kilka metrów i trzepnął cielskiem o drzewo. -Ups... - zdołała z siebie wykrztusić Cheysulia i próbowała odwrócić konia, i pogonić go od razu w galop, w cwał najdzikszy, ale... nie zdążyła. Jak nie świsło skrzydło, jak jej nie pizło, to też przeleciała kilka metrów, ale na szczęście poleciała w krzaki. Upadek odebrał jej tchnienie w płucach, więc wyciągała ręcę do nieba łaknąc powietrza, ale próby sprawiały ogromny ból, potłukła sobie żebra w czasie upadku. Ogromny ból zawirował także w głowie, od czego zemdlała na chwilę, a gdy ocknęła się, zaczęła się czołgać do konia który leżał kilka metrów dalej. Zwierze ciężko dyszało z ogromną dziurą w brzuchu, więc Cheysulia wyjęła z buta nóż, i położywszy dłoń na pysku wierzchowca przyłożyła policzek bo boku konia nasłuchując serca, a kiedy usłyszała delikatne stuknięcia, wbiła nóż w serce kończac cierpienie zwierzęcia. -Galopuj po bezkresnych łąkach w stronę słońca... - szepnęła, i chciała sięgnąć po jedną z fiolek kiedy...
-Kurwie syny... okradli mnie... - ale nie było czasu na płacze, gorzkie żale i topienie smutków w bukłaku z rumem. Dociągnęła pasek z kołczanu, i puściła się biegiem w stronę zawieruchy. Wjechała ślizgiem, próbując wyhamować pęd. (http://zapodaj.net/images/a328dbe8692bb.jpg) W jednym poślizgu wypuściła dwie strzały, i wtedy odezwał się ból w żebrach, który zgiął ją w pół. Nieco zwolniła ze strzelaniem, bo teraz smoki posłusznie trzymały przeciwnika w szachu, kierowane przez swoich panów. Jeden po drugim padały kolejne demony, dając się niewieście wyżyć artystycznie. Jakaś niewiasta literą "N" chrzczona zagadała o łby bestii, i w sumie kiedy z namaszczeniem Cheysulia odrzynała łeb, w tym czasie padał kolejny klient do dekapitacji. Oprawiała głową z jęzorem wystawionym na bok w pełnym skupieniu. -Jestem co raz lepsza w te klocki - powiedziała oglądając trofeum z każdej strony i wręczając klienteli.
Miała się zbierać, kiedy jakaś niewiasta ją zaczepiła i wręczyła zawiniątko. Przyjęła z uśmiechem, ale uśmiech zszedł jej z twarzy kiedy rozwinęła materiał... Próbowała przymierzyć owy płaszcz, ale po narzuceniu na plecy, połamał lotki w strzałach. A kołczan ważniejszy, niż dobra stylówka. Oddała więc płaszcz znajomemu. (http://zapodaj.net/images/95ffbbf3b071d.png) | (http://zapodaj.net/images/d5490b705d41b.jpg) |