*Wyciąga z szafy stary zwitek papieru, po czym mocząc pióro w kałamarzu zaczyna pisać* Drogi Saltarze Przechadzając się ostatnio po lasach nie opodal stolicy usłyszałem
jakieś wołania z zaświatów, jakaś dziwna niespokojna aura towarzyszyła mi w
drodze powrotnej do miasta. Kiedy dotarłem na miejsce zobaczyłem dwa potężne
smoki które łażąc po dachach kamienic niszczyły nasz wspólny dobytek.
Kompania z Yew z Tulkasem na czele dzielnie pomogła nam walczyć ze smokami,
lecz coś dziwnego wydarzyło się w trakcie bitwy.
(http://s19.postimg.org/6rm4meq9f/Araal_1_16_22_41.jpg)
Bankier, ten z deka nadwrażliwy pamiętasz go? wyszedł szybkim krokiem
z swojego stanowiska pracy przed bank i krzyczał ze skradziono płaszcz.
Jaki płaszcz? Złapali się wszyscy za głowę, kiedy powiedział że był to sam
podarunek od pana dobra i sprawiedliwości wielkiego Methestela.
Więc to tak! Sługusy Daywadosa wkradli się do naszych własności po cenny
artefakt w czasie bitwy... wyczułem jakąś zorganizowaną akcje, wskoczyłem
więc na konia i pognałem w stronę naszej świątyni. Na miejscu zastałem tych
rzezimieszków uprowadzających jedną z naszych kapłanek.
(http://s19.postimg.org/wcycm9dgz/Araal_1_16_23_07_1.jpg)
Moje krzyki i lamenty nie wzruszyły niczym bandziorów po czym poczułem zimny
grot włóczni przebijający moją pierś. Ocknąłem się po chwili i ujrzałem nad sobą
Izabellę, która uratowała mi życie. Siedząc na ziemi rozejrzałem się do okola, wszędzie
był ogień i dostrzegłem jeszcze zbezczeszczone ciało jednej z naszych kapłanek.
Po chwili ugasiliśmy ogień i siedząc w podniszczonym budynku naszego pana otrzymaliśmy z
ołtarza po długiej modlitwie jasny przekaz, "Musicie odbić uprowadzoną kapłankę, jeśli jej
dziewicza krew złączy się z ostrzem zła, Daywados uzyska moc panowania nad Sosarią".
(http://s19.postimg.org/ngnkibmur/Araal_1_16_23_22_1.jpg)
Tak więc zebraliśmy ludzi i prowiant, dzielna kompania z Yew pomogła nam dokonać
szturmu na Delucję, miasto zapomnianych. Wchodząc tam trzęsły mi się nogi,
czułem śmierć w powietrzu i jakiś dziwny odór zgnilizny. Do ataku! słyszałem
gwizdy i okrzyki. Po chwili było już po wszystkim, odniosłem porażkę lecz
dzielnie udało się jednej z nas odzyskać kapłankę i prze eskortować ją na miejsce.
(http://s19.postimg.org/ja2q2zn8z/Araal_1_16_23_36.jpg)
Tak oto widzisz, druhu mój żebyś tu był wszystko mogłoby potoczyć się inaczej.
Teraz mamy dużo sprzątania i musimy mieć się na baczności bo czuję, że siły zła
planują coś okrutnego. Jeśli to czytasz, proszę... wróć do nas, słyszałem że ktoś
widział cię ostatnio z bandą jakiś łotrów. Nawróć się na drogę naszego pana i
krocz ścieżka światłości razem z nami... gdziekolwiek jesteś, Potrzebujemy cię.
Araal*Wziął kilka gołębi pocztowych po czym rozesłał list po wszystkich karczmach w Sosarii"
A więc dalej, prosto do miejsca gdzie nie dociera już nawet płomyk światła Methestela...
A więc nastał ten dzień w którym zło panoszy się po Sosaryjskich ziemiach bez
choćby najmniejszego oporu. Błąkając się po lasach znów poczułem narastający
nie do wytrzymania niepokój. Spakowałem jakieś jedzenie, zapaliłem lampę
po czym wyruszyłem w stronę świątyni gdyż jest to głowne źródło mojej ostatniej
trwogi.
(http://s19.postimg.org/ego0v8x2r/Araal_1_17_18_27.jpg)
Zbliżając się do celu zauważyłem jakieś błękitne światło wydobywające się ze środka
świątyni. Tak! oto wszystkie moje najwspanialsze oczekiwania spełniły się wkońcu
i ujrzałem postać samego najwyższego Methestela.
(http://s19.postimg.org/eupcuuh6b/Araal_1_17_18_28_1.jpg)
Lecz gdy mineło raptem kilka chwil cała moja ekstaza zamieniła się w niepokój.
Zostawiłem pogrążoną w zadumie postać najwyższego i wyszedłem zrobić obchód.
Wychodząc z miejsca kultu ujrzałem na własne oczy Wielkiego demona!
zakradłem się z boku i z za drzewa oglądałem przebieg sytuacji.
Przemawiał do swoich sług licznego Legionu żeby nie marnowali sił na
Pana mojego który w owych czasach stracił pokłady swojej mocy na rzecz
Daywadosa, więc priorytetem okazał się wymarsz na Delucję...
(http://s19.postimg.org/ejchvtq43/Araal_1_17_18_31.jpg)
Jakaś ciekawość ogarnęła mój umysł i zacząłem szpiegować liczne jednostki
legionu. Wkrótce po intensywnym biegu oparłem się o mury czerwonego miasta.
Zajrzałem przez bramę z daleka słychać było tylko łomot uderzających o siebie
ostrzy oraz okrzyki magiczne w ogóle nie zrozumiałym dla mnie języku.
Wyciągnąłem swój notes i począłem opisywać sytuację lecz gdy podniosłem
głowę, ujrzałem dwóch wysłąnników legionu nademną.
(http://s19.postimg.org/6f4dr33oz/Araal_1_17_18_48_2.jpg)
Zacząłem uciekać zrobiło mi się czarno przed oczami i wpół przytomny słyszałem
słowa jednego z wojowników Asmodaya.
(http://s19.postimg.org/hz00rmxyr/Araal_1_17_18_49_2.jpg)
Te słowa jeszcze bardziej napełniły mnie trwogą i zapadłem w sen po którym obolały
oraz z licznymi ranami na ciele wróciłem do Stolicy...
W tym samym czasie stworzenia mieszkające w murach naszej wspaniałej Brytanii
wyciągały się leniwie i beztrosko upływał im czas.
-
ohhhh..... Saltarze, żebyś tu był...
- Co to za zbir? – zastanawiał się Saltar patrząc przed siebie. Jeszcze chwilę mu to zajęło zanim zorientował się, że patrzy w lustro. Nagle ocknął się i rozejrzał. - Musiałem przysnąć w tej spelunie, zdecydowanie za dużo czasu tu spędzam...
Wypił resztki cieczy z kufla stojącego przed nim i zaczął grzebać w plecaku. Wyciągnął pustą sakwę na monety – Muszę mieć coś czym mogę zapłacić lichwiarzowi, bo inaczej długo nie pożyje... - rozejrzał się – Szczególnie, że przesiaduję całymi dniami w jednym i tym samym miejscu.
(http://s20.postimg.org/6q6wsb3r1/Saltar_1_18_18_13_3.jpg)
Po chwili udało mu się chwycić za mały przedmiot na dnie plecaka, był to kielich. Ale nie byle jaki kielich, a mianowicie symbol wiary Methestela, który dostał od ojca gdy ten jeszcze żył.
– Na pewno byłbyś zawiedziony, chciałeś bym był taki jak ty... Ale nie każdy nadaje się by być w osobistej gwardii lorda Britisha...
Siedział tam w brudnych i poprzecieranych ubraniach i zastanawiał się ile może być warty złoty kielich i czy powinien go sprzedać. Ale jego przemyślenia nie trwały zbyt długo, gdyż przerwała je wysoka postać która zatrzymała się przy stoliku przy którym siedział. – Saltar? – Spytał niskim głosem nowo przybyły mężczyzna.
- Znaleźli mnie szybciej niż myślałem! – krzyknął w myślach Saltar i już się poderwał do ucieczki gdy zobaczył list z pieczęcią w ręku mężczyzny – To kompania pocztowa... - odetchnął z ulgą.
- Przyszedł gołąb z wiadomością dla ciebie... - Zaczął bez czekania na odpowiedz, po czym rzucił świstek papieru na stół i odwrócił się na pięcie.
- Widocznie nie wyglądam na kogoś kogo stać na napiwki – Zaśmiał się pod nosem. Szybko złamał pieczęć i zaczął czytać.
List był długi i widocznie napisany w pośpiechu. Araal nie pierwszy raz słał mu gołębia odkąd Saltar opuścił stolicę kilka lat temu.
- Zaraz! Skąd on wie gdzie ja jestem? - jednak długo się nie zastanawiał, gdyż zaciekawiła go treść listu. Kilka chwil później ściskał zwitek papieru w ręku stojąc nad pustym kuflem.
- A więc porwali kapłankę... Słudzy zła... Ale kim ja jestem w oczach Methestela? Zwykłym łotrem? Sprzedajnym najemnikiem? Zakończyłem życie wielu niewinnych ludzi. A w imię czego? Za worek złotych monet... - zacisnął zęby - Nie mogę wrócić, już nie jestem tą osobą...
- Tak w ogóle to co mnie obchodzi Methestel? To w jego imieniu umarł mój ojciec. - zmarszczył czoło - Ale mojemu przyjacielowi grozi niebezpieczeństwo.
Szybkim krokiem wyszedł z tawerny.
Było już nad ranem, gdy Saltar dotarł do swojej drewnianej chatki. Wewnątrz unosił się odór zgnilizny i próchna - Dawno mnie tu nie było - pomyślał, po czym ruszył w kierunku starej skrzyni z rozwalonym zamkiem. Nie minęło wiele czasu, zanim wygrzebał wszystkie części zbroi pierścieniowej. Wolał je od ciężkich pancerzy płytowych, gdyż nie krępowały jego ruchów w tym stopniu - co było ważne przy wykonywaniu tak zwanych "cichych" zleceń.
- Brakuje jeszcze tylko... - rozejrzał się, po czym odgarnął nogą stertę starych ubrań. Spod nich wyłonił się krótki lecz nadal ostry zdobiony kryss z adamantytu. W pełni ubrany wyszedł przed dom i klepiąc klacz po grzbiecie głośno westchnął - Wracam do domu...
(http://s20.postimg.org/86n0o6w1p/Saltar_1_18_18_28_7.jpg)
Po kilku godzinach około południa już przetrzeźwiał i przemierzał Yeweńskie lasy - Długa droga przed nami... - powiedział bardziej do siebie niż do konia.
POMOCY! - Usłyszał nagle Saltar i spostrzegł między drzewami największego ettina jakiego przyszło mu kiedykolwiek zobaczyć.
Po ostatnich wydarzeniach w stolicy nie przestała mnie jeszcze boleć głowa nim
zrozumiałem że coś wokół mnie jest nie tak. Wołałem o pomoc, wysyłałem gołębie,
chciałem by armia stolicy złączyła się ze mną w smutku ostatnich wydarzeń
by móc powstać na nowo po raz kolejny, oczyścić sumienia i po długiej modlitwie
wyruszyć na odsiecz. Niestety...
*Rozejrzał się dookoła*
Sam jak palec stałem pośrodku wielkiego dziedzińca z fontanną.
- Dzień jak co dzień
Pomyślałem w duszy, po czym na nowo samotność dała mi się we znaki.
Przyglądałem się stworzeniom w stolicy codziennie, i widziałem te
same ruchy, układ czynności każdego dnia rozplanowany co do sekundy.
Jak szare myszy chodzą do pracy, snują się po budynkach po czym znikają
w swoich domach beztrosko.
Te miasto nie ma szans, gdzie te sławne legiony Lorda Britisha?
Gdzie lata świetności pięknego miasta!
*łezka poleciała Araalowi z oka*
Nie mogę tu dłużej zostać, muszę go odnaleźć wiem że przebywa teraz pewnie w
jakiejś karczmie i opija swoje smutki...
Wyruszyłem kolejnego dnia, ubrany jak zawsze, z tym samym skupionym
wyrazem twarzy prosto w ciemny północny las mijając cmentarz przy mieście.
Podróżowałem z karczmy do karczmy by szukać mojego towarzysza broni, przemierzałem
długie mile sosaryjskie i tak mijały dni i noce.
Straciłem rachubę czasu, cały brudny i śmierdzący zbliżałem się do kolejnego miasta
w którym szukałem swojego przyjaciela.
Lecz zaciekawił mnie szmer w oddali, podchodziłem coraz bliżej i bliżej i ujrzałem coś
dziwnego. Był to wielki ettin który mienił się w złoto miedzianym kolorze.
Oto mój rysunek pamięciowy:
(http://i.imgur.com/f8lNQ9X.jpg?1)
Jakieś dzikie głosy w mojej głowie mowiły mi bym zabił tego wielkiego stwora.
Ruszyłem do ataku, szarżowałem prosto na przeciwnika z sztyletem w ręku.
Po kilku ciosach padłem jak kamień na trawę.
- POMOCY! - Krzyczałem ile zostało mi tchu w piersiach.
Ettin zatrzymał się, obrócił i w tym samym momencie usłyszałem okrzyk Saltara.
Zmienił się nie do poznania, jak on mógł walczyć w w takiej zbroi pomyślałem.
Łomoty i zgrzyty ostrza rozdzierały leśny spokój.
(http://s19.postimg.org/elabop8qb/Araal_1_17_14_09.jpg)
Tak oto Ettin runął na ziemię po kilku fachowych ciosach.
W milczeniu staliśmy chwilę w bezruchu.
- Chcesz zmówić modlitwę? - Zapytałem cicho.
- Wiesz, nie robiłem tego od śmierci Ojca...
Po krótkiej ciszy przyklęknąłem na jedno kolano. Saltar zbliżył się i powtórzył mój
ruch. W skupieniu przez kilka chwil prosiłem łaski największego, po czym podał
mi rękę żebym wstał na nogi.
- To więc, wiesz zapewne co działo się ostatnimi czasy w Stolicy?
- Wiem, dlatego zmierzam do domu - Odparł Saltar
- Ehh... mam dość tej stolicy - Araal wyjmował drzazgę z palca
- Chodź więc, zobaczymy czy jest jeszcze do czego wracać - Saltar uśmiechnął się szeroko,
po czym ruszyli wspólnie w Stronę Brytanii...
W końcu, znalazłem czas by spisać minione wydarzenia ostatnich kilku dni w spokoju.
Wiele się zmieniło patrząc przez pryzmat miejsca w którym się znajduje, od czego tu zacząć?
*Podrapał się po głowie Araal, założył kolano na kolano i zanurzył pióro w kałamarzu*
(http://s19.postimg.org/6f5rd7iib/Araal_1_21_13_53.jpg)
Więc, po powrocie do Stolicy Saltar tylko utwierdził mnie w przekonaniu że niema
co trwożyć się nad losem naszego rodzinnego miasta. Smród i ciągłe kłótnie
zniechęcają mnie najbardziej. Ileż można prosić by ktoś pochował w końcu ciało biednego
bankiera, który w wyniku emocji ostatniej kradzieży padł na zawał w samym środku miasta.
(http://s19.postimg.org/x1i826mpf/Araal_1_20_22_27.jpg)
Pomijając nawet tą prywatną złość zdarzyło się w Brytanii ostatnio coś gorszego.
Gdy pewnego razu siedziałem w tawernie z Saltarem przy popołudniowym piwie
(tak, przez niego zacząłem pić alkohol). Wpadł mi w dłonie pocztowy gołąb który
niósł niepokojące wiadomości.
Do Arrala.
Musicie stawić się w świątyni swojego pana.
Niedługo rozpocznie się bitwa przy śnieżnym zamku.
Do walki pędzi legion Asmodaya, o reszcie nam nie
wiadomo.
*podpis*
Na ostarda! krzyknąłem, jak to możliwe! nieee, proszę, nie teraz!
Wyskoczyliśmy z karczmy, Saltar od razu pojechał samotnie strzec okolic świątyni
gdy ja w tym czasie próbowałem zebrać posiłki...
Oglądałem się na lewo i prawo, wydzierałem się by ktoś pomógł nam stanąć do walki
w obronie honoru. Bezskutecznie, w milczeniu z opuszczoną głową również wyruszyłem
w stronę świątyni. Po dotarciu na miejsce nie czekaliśmy długo na rozwój wydarzeń.
Przed wejściem pojawiła się tajemnicza brama która prowadziła jakby z listu wynikało
prawdopodobnie do Śnieżnego zamku. Skinąłem głowa w stronę Saltara, a Więc idziemy na
śmierć? przechodząc przez błękitny obłok zrobiło się chłodno, wszędzie leżał śnieg.
W oddali widziałem potężną fortecę uwitą z kamienia.
A więc zaczęło się, Legiony demona z daleka już nacierały prosto na naszą dwójkę
szybko zostaliśmy rozdzieleni w tym chaosie, więc zacząłem uciekać myśląc
co ja tu właściwie robię, mogłem jak reszta zostać w wspaniałym mieście i
czekać na powolną śmierć...
(http://s19.postimg.org/eagas0s4z/Araal_1_17_21_03.jpg)
Szaro, zrobiło mi się szaro przed oczami i znów ocknąłem się na szpitalnym łożu
w pobliskim szpitalu. Mam tego dość! zacząłem się wiercić i krzyczeć przeraźliwie.
Widząc jak druh mój leży w łożu obok cały poobijany popijając jakąś flaszkę
wyrwałem mu ją z ręki i sam przechyliłem resztę zawartości, chyba zaczęło mi się
to podobać.
Musimy się wyprowadzić ze stolicy, oznajmiłem po czym Saltar otworzył szerzej oczy.
- W końcu to zrozumiałeś! - rzucił z uśmiechem.
I tak oto po kilku tygodniach spędzonych u uzdrowiciela wróciłem na stare śmieci,
zabrałem swój majątek i wyruszyłem w drogę.
Po kilku godzinach przed oczami ukazała mi się ruina z piaskowca na plaży niedaleko Brytanii.
Sporządziłem krótki szkic pamięciowy.
(http://s19.postimg.org/tb4ckoprn/dom.jpg)
Po wejściu do środka ogarnął mnie zapał do pracy. Począłem sprzątać i rozstawiać swoje rzeczy,
naoliwiłem zawiasy w drzwiach i założyłem nowe zamki. Teraz przyszło mi już tylko czekać
na powrót Saltara który po opuszczeniu uzdrowiciela zginął gdzieś bez śladu.
Pewnie leży gdzieś pijany w rynsztoku z kumplami po fachu.
*machnął ręką*
Skończą mu się monety to przyjdzie. Musimy wiele jeszcze zrobić w naszej nowej siedzibie...
*Przechylił szybko kielich po czym zaczął nalewać kolejną porcję z butelki*
Co to za zbir? – spytał łysy mężczyzna swojego kompana. Obaj siedzieli na ławce przed bankiem i wyglądali jakby dopiero co wyszli z kopalni.
- Pewnie górnicy... - pomyślał Saltar patrząc na ich brudne ubrania – Naprawdę myślą że ich nie słyszałem, czy chcą mnie sprawdzić?
Pozbawiony włosów górnik wskazał dyskretnie (na tyle ile to możliwe) palcem na Saltara, a drugi pokręcił wymownie głową. Ten drugi wyglądał na dużo młodszego i miał jeszcze wszystkie włosy – czarne, ale ciężko było stwierdzić czy to po prostu nie jest warstwa węgla.
- No i tak sobie myślę, co się stanie gdy taka magiczna brama pojawi się na wskroś człowieka? – kontynuował młody jakby ostatnie pytanie nigdy nie padło – Bo te magiczne bramy tak się ciągle pojawiają tu wszędzie pod bankiem... Pewnie by rozerwało na strzępy! – zrobił kwaśną minę.
- Głupoty gadasz, się nie znasz! – krzyknął ten starszy kręcąc głową – Mój przyjaciel pracuje w bibliotece jako skryba... I podsłuchał rozmowy dwóch magów - podniósł głowę do góry jakby chciał podkreślić swą wyższość i kontynuował – I ci mówili, że są jakieś bezpieczniki... I że brama nie zadziała... Czy coś takiego.
- Ty to znasz wszędzie ludzi – zaczął z aprobatą młody górnik, lecz Saltar przestał już słuchać tej dziwnej rozmowy, gdyż zbliżał się umówiony kupiec. Szedł pewnym krokiem, ale rozglądał się co jakiś czas w lewo i prawo.
- Pewnie wypatruje strażnika – pomyślał najemnik – Nie, przecież wybraliśmy taką godzinę, że akurat jest zmiana... – jednak nie było czasu na dalsze rozmyślanie gdyż ubrany w szatę z kapturem mężczyzna zatrzymał się przed nim.
- Dawno już nic nie brałeś, co krucho z monetami? – rzucił prześmiewczo ,,kupiec" – Za ostatnią paczkę dłużny mi jesteś jeszcze garść złota. Masz? – spytał wyciągając rękę.
(http://s20.postimg.org/qbozssxj1/image.jpg)
Saltar był znany z tego, że nie odzywa się gdy nie musi – w jego zawodzie to akurat zaleta. Zza pazuchy wyciągnął sakwę pełną złotych monet i rzucił ją w stronę przybysza. Minęło kilka chwil zanim policzył monety, po czym wyciągnął dwie duże paczki z torby wiszącej mu na ramieniu i wręczył je skrytobójcy.
- Żegnam, jak będziesz miał złoto to wiesz gdzie mnie szukać... - rzucił handlarz i zaczął się szybko oddalać.
Droga przez główne ulice dłużyła się – Jeśli ktoś mnie zatrzyma by skontrolować podejrzanie wyglądające paczki to znajdzie tylko zwyczajny tytoń z Vesper – próbował się uspokoić zastanawiając się czemu te spotkania odbywały się zawsze w tak zatłoczonych ulicach. Paczki były mądrze pakowane, z zewnątrz wyłożone zwykłym tytoniem z Vesper, a wewnątrz ukryty był prawdziwy skarb – ziele Morkara. Tak było nazywane przez ludzi wtajemniczonych, a w prawdzie jest to specjalna odmiana tytoniu, która rośnie tylko na bagnach przy Papui. Strasznie uzależnia, dlatego strażnicy mają rozkaz natychmiastowego skonfiskowania gdy gdzieś to zauważą – Więc nie dość, że bym stracił mój tytoń, to jeszcze miałbym problemy.
Saltar gdy miał złoto zawsze brał dwie paczki – jedną dla siebie, a drugą na sprzedaż w Yew gdzie znał ludzi którzy będąc w potrzebie potrafili zapłacić nawet podwójną cenę.
- Narkotyk ten nie jest jeszcze zbyt popularny w Sosarii, ale z takim wpływem na ludzi szybko się stanie – powiedział do siebie w myślach przypominając sobie ostatni raz gdy palił. Całe zmartwienia i troski uciekają gdzieś, nie czuje się poczucia winy ani smutku. Jedynym efektem ubocznym są nagłe ataki kaszlu, które towarzyszą Saltarowi już od kilku miesięcy.
Po kilkunastu minutach niechlujnie ubrany najemnik był już przed swoją ulubioną speluną, robiło się już ciemno. Karczmarz nie musiał długo czekać na zamówienie:
- Kufel ciemnego piwa i kiełbasę z pieca! – krzyknął Saltar stojąc jeszcze we drzwiach, po czym usiadł tam gdzie zwykle. Tego dnia było dość dużo ludzi jak na tą porę, co w ogóle mu nie przeszkadzało – wręcz odwrotnie, lubił obserwować różne reakcje miejscowych i słuchać dziwnych opowieści. Ostatnio słyszał jak to bandyci z Delucji napadli jednego z kupców w Britt w biały dzień, a straż nawet nie zareagowała – Albo przekupieni, albo bali się o swoje życie – pomyślał.
- Przecież Araal pisał w liście i opowiadał o tym jak to wykradli płaszcz Methestela z banku i tym samym uśmiercili starego bankiera, a gwardia lorda Britisha zanim się zebrała ze swoich wygodnych bogato urządzonych apartamentów to słudzy Daywadosa już dawno odeszli – rozmyślał dalej – Przecież z tego co pamiętam to Methestel nauczał by żyć skromnie i że najważniejsza jest sprawiedliwość, jak to mawiał ojciec. Biedni ludzie umierają w slamsach w całej Sosarii, słudzy zła się panoszą w biały dzień na terenach należących niby do Lorda Britisha, a tym samym czasem rycerze piją drogie wino i zabawiają prostytutkami z egzotycznych krain... - zacisnął pięść i wziął łyk piwa.
Kiełbasa nie smakowała na świeżą, ale popita piwem była zjadliwa.
(http://s20.postimg.org/qcyxm7zct/image.jpg)
- A słyszeliście o dzieciaku stolarza? – Usłyszał Saltar rozmowę ze stolika obok – Stary stolarz został powieszony na gałęzi zaraz przed Cove... - opowiadający ściszył nieco głos – Rabusie z Delucji. Jego córka z braku chleba żebrała pod zamkiem w Britt, gdzie podszedł do niej kapłan Methestela i zaproponował jej złote monety za pewne usługi... Po czym kopnął ją gdy się nie zgodziła.
- Kłamstwo! – krzyknął inny mężczyzna siedzący przy tym stole – Ludzie tak mówią bo są zawistni...
Saltar wypił ostatni łyk piwa i uderzył pięścią w stół, wszystkie oczy w karczmie zwróciły się na niego. Bez żadnego słowa wstał i wyszedł szybkim krokiem kierując się do stajni, gdzie zostawił konia.
Pędził w miejsce opisywane przez Araala w liście – Koniec tego! Jak może panować taka znieczulica w tym kraju? - jego myśli szalały – Ktoś coś musi zrobić!
Świtało już gdy najemnik dotarł do budynku z piaskowca opisanego przez Araala. Zeskoczył z konia i bez przywiązywania go do słupka od razu ruszył kierunku domu. Drzwi były otwarte a przyjaciel siedział w fotelu przy kominku.
- Wstawaj bracie! Zakładamy bractwo by przywrócić sprawiedliwość w tym zapomnianym przez Methestela kraju! – krzyknął Saltar będąc jeszcze w progu.
- Saltarze? Ale o co chodzi? – zaczął zmieszany mag – Siadaj, podam ci parzonych ziół i mi wszystko opowiesz.
- A masz piwo? – spytał wojownik z nadzieją w głosie, po czym zaczął opowiadać co słyszał i co widział ostatnimi czasy. Nie oszczędzał szczegółów, i starał się przybliżyć swój pomysł przyjacielowi.
(http://s20.postimg.org/o9oiejzjx/image.jpg)
- Jako najwyższą wartość ceni sobie Methestel sprawiedliwość... - zamyślił się Araal – Czemu jest jej najmniej wśród jego wyznawców?
Ciągle to samo, *Ociera pot z czoła*
Co noc śni mi się Methestel, cały w błękicie siedzi na swoim tronie.
Leży przed nim mój druh i przemawia do niego, za każdym razem siedze z boku
i jestem biernym uczestnikiem tej rozmowy. Honor i odwaga, mówi ciągle o honorze i odwadze,
o tym że nie można się lękać zła i wyjść mu naprzeciw z podniesioną głową.
Lecz ten wypiera się że nie chce dzielić losu swojego ojca i że nie będzie mu dłużej posłuszny... Jakbym umiał w śnie zrozumieć jego rozgoryczenie...
I tak zrywam się zaraz gdy jego twarz z błękitnego płomienia obraca się nagle w moją stronę.
Ehh... dość tych bzdur! przecież to tylko sny, jakieś zlepki naszych wyobrażeń.
Ciekawe czy Saltar jeszcze śpi, idę przynieść keg ciemnego piwa z naszych zapasów.
Po wczorajszej balandze do rana na cześć powstającego Bractwa wypiło się kilka
butelek dobrego alkoholu.
Tak więc... *okrył się pościelą siedząc z kuflem piwa na łóżku lecz nagle usłyszał
głośny łomot docierający z góry*
- A ty co! - powiedział w pośpiechu Saltar.
- Myślałem, że jeszcze śpisz... dawno nie widziałem cię takiego żywego - uniósł tylko ledwo
kąciki ust nie zdradzając wewnętrznej radości.
- Pakuj się i ruszajmy na ćwiczenia! - co dzień chodziliśmy na wspólne treningi
z różnych dziedzin walki, lecz zawsze to jego ledwo co dało się wyciągnąć z łóżka...
przeraża mnie ten jego entuzjazm.
Po ciężkim dniu, gdy niebo dogasało na horyzoncie wracaliśmy tą drogą co zawsze, przez
południową bramę stolicy. Podzieliłem się z przyjacielem moimi ostatnimi nocnymi widzeniami
i nagle coś ruszyło go w środku, zaczął opowiadać że też miewa co noc te same sny.
Dziwne pomyślałem, zaczął po chwili opowiadać że widzi mnie rannego i klęczącego przed nim.
I w oddali słyszy Błękitnego anioła który woła do niego "Honor i Odwaga"
(http://s19.postimg.org/ng5qtsz8z/Full_Size_Render_2.jpg)
Saltar podobnie jak ja nie mógł zrozumieć znaczenia obu snów...
Mam nadzieję że nie wróży to żadnej nadchodzącej katastrofy...
Wspaniale... *pociągnął duży łyk piwa z drewnianego kufla*
Analizowałem ostatnio wiele aspektów naszego życia poza miastem.
Próbowałem z wszystkich sił podtrzymać moje szare komórki w pełnym skupieniu.
Wychodziłem ostatnio każdego wieczora z Saltarem do karczmy w dzielnicy portowej.
By tam dowiedzieć się nowinek ze świata i nie ukrywam lekko się zabawić.
Zawsze spotykamy tam wiele sierot, łajdaków i prostytutek, majątek w takich miejscach
przepływa przez palce jak woda.
Ciągle czuć tam smród ryb i taniego alkoholu.
- Chodź, wstąpimy na butelkę wina - Saltar nigdy nie zwracał uwagi na środowisko
życia tych ludzi, chyba dlatego że sam prawie całe życie spędził w takich warunkach.
- No dobra - nigdy długo nie musiał mnie namawiać.
(http://s19.postimg.org/jp5tich9v/Araal_2_3_16_09_1.jpg)
Siedzieliśmy kilka długich godzin w tej spelunie, po czasie zrobiło się naprawde tłoczno.
- Słuchajcie, Słuchajcie! - tak krzyczał jeden brudny i zapijaczony człowiek.
Nagle zapanowała wielka cisza...
- Słuchajcie ludzie, doszły mnie słuchy że gdzieś daleko na nie znanych nam terenach znajdują
się ludzie o 30 razy więksi od nas.
- I jak to!? - pytali licznie zgromadzeni ludzie z półswiatka Brytanii.
- I ponoć posiadają wielkie skarby! - tłum zaczął szeptać pomiędzy sobą.
Ściągnąłem krzykliwego głupca ze stołu, i cisnąłem go do pokoju obok.
- Do rubieży i złodziejstwa ludzi nakłaniasz!, masz pewność co do istnienia tych
olbrzymów?
- Zapłać mi 20 000 sztuk złota a ta mapa będzie twoja... - wyłożył naszkicowany starannie zwój z wykreśloną na nim drogą.
Nie zastanawiając się rzuciłem mu woreczek z monetami i zabrałem podniszczoną mapę.
- Saltar, zbieramy się! - rzuciłem wybiegając z karczmy.
Trochę pijany i nie ogarnięty druh mój dopił pośpiesznie piwo ciskając kuflem w stronę baru.
- Co robimy? - pytał jak zawsze.
- Musimy prędko dostać się do osady niziołków, a potem... *rozwinąłem naszkicowany zwój po czym przycisnąłem narysowany na
niej krzyżyk* o tu!
Biegliśmy co tchu, zrobiło się ciemno, zdążyliśmy trochę prze trzeźwieć w galopie.
Gdy byliśmy blisko Osady niziołków skręciliśmy ostro według mapy w stronę gór.
Błąkając się trochę po dziwnych lochach dotarliśmy do potężnego wejścia.
(http://s19.postimg.org/ers8x8far/Araal_2_2_23_18.jpg)
Przekroczyliśmy bramę i znaleźliśmy się w ogromnych pomieszczeniach.
A więc to prawda! ujrzałem w oddali cień padający na ścianę z czerwonego kamienia.
(http://s19.postimg.org/a762iavlf/Araal_2_2_23_18_1.jpg)
Chodź, po cichu spróbujemy dostać się bliżej. Nic z tego jednak, po chwili
usłyszałem nad głową świst pięciometrowego miecza.
- Jak z nim walczyć! - Saltar krzycząc wskoczył na ubranie przeciwnika i zaczął piąć się w górę.
- Uda ci się! - Dopingowałem przyjaciela wymawiając przy okazji kilka wiązek magicznych słów.
Cios za ciosem, w szyje, w nos, w oczy potwora! Oburącz wbijał z trudem z całych sił Saltar
swojego krysa. Straszny widok! Jaki to był straszny widok! Czułem w środku że robimy coś bardzo
złego, że przez ciekawość moją naruszyliśmy spokój kolosów.
Padł, runął na ziemię niszcząc przy okazji kawałek ściany za sobą, i wywołując lekkie trzęsienie ziemi.
Wyrzuty sumienia wylały się na moje serce...
(http://s19.postimg.org/7i6oej0qb/Full_Size_Render_3.jpg)
- Wracajmy - Powiedziałem zrezygnowany w stronę druha.
- Przecież to ty wymyśliłeś tą całą szopkę z przybyciem tutaj po wielkie skarby! - rzucił oburzony.
Ehh... moje myśli kłębiły się głowie coraz mocniej.
Miałem dziwne sny, teraz zacząłem popijać, interesuje mnie złoto, coś jest nie tak...
- Co to za zbir? – zastanawiał się Saltar obserwując podpływającą łódkę z flagą królewską do portu w Britt.
Mijały dni i tygodnie, a najemnik nie robił nic poza odwiedzaniem karczmy po drugiej stronie zatoki. Po ostatniej wyprawie do olbrzymów Araal stracił chęci do przygód i szukania skarbów i od tamtej pory siedział całymi dniami i opróżniał kolejne kufle piwa. Nic dziwnego więc, że ulubionym zajęciem Saltara było teraz siedzenie w łódce przed ich domem z piaskowca i obserwowaniu co się dzieje w dzielnicy portowej Britt.
(http://s20.postimg.org/gnve5u01p/kor_1.jpg)
- Może podpłynę zobaczyć co się tam dzieje – pomyślał, pociągając porządnego bucha z fajki nabitej tytoniem z Vesper – I tak dziś nic nie złowię – zaśmiał się w duchu zwijając wędkę.
Saltar łowił prawie codziennie, ale nigdy nic nie łapał – nie miał szczęścia do ryb. Ale tu nie chodziło o ryby, tylko o zapach tytoniu i smak piwa połączony z szumem fal i morską bryzą.
- Ehhh – westchnął głośno, przypominało mu to te dwa lata, które niegdyś spędził na otwartym morzu podróżując z piratami – Może od razu odwiedzę Araala w karczmie gdy będę na miejscu...
***
Saltar usiadł zaraz obok swojego przyjaciela, który właśnie osuszał kolejny kufel ciemnego piwa.
- Widziałeś tu jakieś nowe twarze? – spytał szturchając łokciem Araala, uśmiechając się przy tym niczym dziecko, które ma zamiar spłatać komuś figla.
- Stoi przy karczmarzu... – odpowiedział zrezygnowany mag, spoglądając do pustego kufla.
Człowiek stojący przy barze nazywał się Barlas Batrodon i pracował dla kompanii pocztowej – zwykły pijak jak cała reszta ludzi żyjących w dzielnicy portowej, ale czasem posiadał przydatne informacje.
- Kolejka krasnoludzkiego spirytusu na mnie – rzucił Saltar podchodząc do lady – Witaj starcze!
(http://s20.postimg.org/rm1lqwibh/kor2.jpg)
- A witaj... - uśmiechnął się sztucznie – Czego chcesz?
Ostatnim razem gdy się widzieli obaj byli pijani i doszło do bójki pomiędzy nimi, może stąd ta niechęć...
- Masz co ciekawego? – spytał najemnik poważniejąc – Pamiętaj, że dłużny mi jesteś przysługę.
Mina żeglarza zrzedła i zaczął się niepokojąco rozglądać. Kilka miesięcy temu Saltar ,,pozbył się" człowieka przeszkadzającego Barlasowi w drodze do kariery, mimo że ten nie miał wystarczającej ilości złota za taką ,,usługę".
- Mam tu list gończy, który należy rozwiesić w całym mieście – zaczął niechętnie – Powiedzmy, że go zgubiłem... - urwał podając zapieczętowaną kopertę.
***
Było już późno zanim Saltar i Araal zjawili się w domu.
- Kal Vas Flam – mruknął mag jednocześnie machając ręką w kierunku kominka.
Buchnęło ciepłem z taką mocą, że kilka drewienek wypadło na dywan.
- Miałeś nie używać magii w takim stanie! – krzyknął Saltar – Ledwo co utrzymujesz się na nogach...
Chwilę później Araal wchodził po schodach by pościelić sobie łóżko, a najemnik został sam zagrzewając ręce w cieple płomieni.
- A właśnie! List gończy... - przypomniało mu się nagle.
Szybkim ruchem ręki złamał pieczęć i wyciągnął starannie złożony papier.
- Wyjątkowo złośliwa kreatura nękająca ludzi mieszkających w pobliżu... Bla bla... - czytał Saltar półgłosem - Skóra koloru ZŁOTEGO... Nazywany przez niektórych Koraxem! Przewidziana wysoka NAGRODA!
Wstał z fotela podekscytowany.
- A więc to tak! Nikt w stolicy jeszcze nie wie, więc nie będzie konkurencji... - zamyślił się - Ruszamy z samego rana!
***
Araal miał pewne obawy co do tej wyprawy, ostatnio w ogóle nie pokazywał entuzjazmu do niczego.
- Może gdy zabijemy te wynaturzenie zwane Koraxem i odbierzemy tyle złota ile potrafimy unieść to się rozchmurzy i wróci ten irytujący uśmiech na jego twarz – rozmyślał Saltar jadąc na czarnym rumaku obok swojego towarzysza – Właśnie tego mu trzeba! Czekałem na taką wyprawę...
Jeszcze przed południem obaj dotarli do opisanej w liście gończym zamarzniętej jaskini.
- Słyszałeś?! – zerwał się Araal – Jaki potężny ryk...
Najemnik zacisnął mocno kryssa trzymanego w prawej dłoni i ruszył wolnym krokiem przed siebie. Wchodzili coraz niżej w głąb jaskini i robiło się coraz zimniej.
- Coś jest nie w porządku... - wyszeptał Saltar – Jakoś nagle tak cicho...
Oboje weszli przez szczelinę w ścianie do dużego pomieszczenia o wysokim suficie. Wszędzie było pełno ludzkich szczątek, a na ścianach widniała krew.
- Kto zakłóca mój spokój?! – rozległ się głośny ryk wyjątkowo złośliwej kreatury siedzącej na lodowym tronie – CORP POR!
(http://s20.postimg.org/se9bn7su5/Full_Size_Render_22_3.jpg)
I nagle magiczna energia uderzyła wojownika w tarcze i zepchnęła go na bok. Uderzenie było tak silne, że nie był w stanie zaczerpnąć powietrza. Spojrzał na bestie stojącą kilka kroków przed nim, jego skóra była jakby ze złota. Nigdy nie widział tak wielkiego Koraxa – a już miał okazję kilku zobaczyć z daleka.
- Saltar! Twój kryss! – krzyknął Araal wskazując na broń leżącą kilka metrów dalej.
- W jaki sposób mi wypadł? – zalał go strach – Jestem bezbronny...
Korax ruszył w stronę Saltara.
(http://s20.postimg.org/gayy2jbgd/image.jpg)
- An Ex Por! – krzyknął Araal – Uciekaj!
Złota bestia podbiegła w mgnieniu oka do maga, i silnym uderzeniem posłała go stronę przemarzniętej ściany. Odbił się od niej i opadł bez ruchu na ziemie.
- ARAAL! – krzyknął najemnik chwytając kryssa z ziemi.
Zwinnie zakręcił bolą, która poleciało prosto w nogi Koraxa. Sekundę później stworzenie wierzgało się spętane na ziemi. Saltar szybkim pchnięciem kryssa w tył głowy uśmiercił kreaturę.
- Araal, wstawaj... - spostrzegł krew sączącą się z tyłu jego głowy – Przyjacielu!
Najemnik przerzucił maga przez ramię i zaczął biec ile sił przez zlodowaciałą jaskinię.
- To moja wina... Czemu go na to namówiłem? – myśli mu szalały – Żadne złoto nie jest tego warte.
Dokładnie wiedział gdzie go zabrać, więc biegł prosto do wyjścia z jaskini...
- Co się dzieje? - pomyślałem rozglądając się po brudnej izbie.
A no tak, myślałem że już nie żyję, a może jestem w jakimś innym wymiarze...
Po chwili do pomieszczenia weszła znajoma, córka karczmarza z naszego rewiru.
Zaraz po szwaczkach w hierarchii jedyna porządna kandydatka na żonę...
- Co się stało i co ja tu robię? -zanim zdążyłem dokończyć zdanie już na schodach pojawił
się znany mi wąsaty jegomość.
-Saltar, co ja u licha tu robię?!
Po chwili wszystko było wiadome, to ten przeklęty korax ugodził mnie mocno w głowę.
- No i co dalej, udało ci się go zabić?
- Tak, był nie lada wyzwaniem, aczkolwiek jak widać żyję i mam dla ciebie łupy z ostatniej przygody.
- Wracajmy do domu - rzuciłem podnosząc się z łóżka.
Po powrocie do domu, gdy Saltar przechadzał się po lasach w okolicy Brit usłyszałem dziwne
głosy. ( Tą część opowieści opisuję w wątku "Tymczasem w Stolicy").
Dobre rozdanie... Nie ma szans żebym przegrał – pomyślał Saltar spoglądając na karty.
- I jak stary złodzieju? Wchodzisz? – Spytał znajomy paser.
- Czterdzieści tysięcy monet! – odpowiedział żwawo najemnik kładąc dwa wypchane po brzegi złotymi monetami worki na stole.
Zaraz podwoje moje zyski z ostatniej wyprawy – cieszył się w myślach.
- Ouh! Co to? – zdziwił się paser.
Palce u stóp i dłoni zdrętwiały, powietrze w około Saltara zrobiło się jakieś rzadkie. Migoczące światełka? Czyżby... - Rozległ się potężny błysk światła zanim zdążył dokończyć myśl. Otworzył oczy i ujrzał plaże... Znajomy dom z piaskowca... i... ARAAL!
Znów mnie przyzwał w najgorszym momencie! – zacisnął pięści myśląc o pozostawionych sakwach ze złotem.
- Jestem Heidrek, goniec królewki... - zaczął mężczyzna stojący kilka kroków obok doniosłym głosem. - Mości Saltarze, gen. Taemar Rochlos zaprasza was na ucztę.
Saltar przyjrzał się gońcowi, był ubrany elegancko i schludnie. Spojrzał na Araala który się szeroko uśmiechnął.
(http://s20.postimg.org/j5fx8qu9p/goniec.png)
- Że co? Jaką ucztę? I z jakiego powodu? – wydukał najemnik.
- Tak jak już tłumaczyłem Araalowi... – głos gońca rozbrzmiewał dźwięcznie. – Za specjalne zasługi obrony portu i miasta generał Taemar Rochlos zaprasza was na ucztę, która odbędzie się za sześć dni o godzinie 20 w najlepszej karczmie w mieście niedaleko siedziby Świętej Inkwizycji. – zaczerpnął głośno powietrza.
- Musimy zakupić stroje wieczorowe – rzucił Araal.
Przecież ja się nie nadaję na oficjalne przyjęcia... Pewnie nie będzie nawet ciemnego piwa – Zamyślił się Satar, lecz goniec kontynuował.
- Ponadto należą wam się honory zgłoszenia kandydatury na następną kadencję urzędnika miejskiego, który będzie zasiadał w głównym banku – zasmucił się widocznie, pewnie na myśl o niedawno zmarłym starym bankierze – Czy znacie kogoś odpowiedniego na tę posadę?
- To będzie musiał być ktoś uczciwy i pracowity – Araal popatrzył na Saltara i w tym samym czasie krzyknęli – Evilsen!
Evilsen Pentiro był zarządcą tkalni umiejscowionej w centrum dzielnicy portowej. Zakład ten słynął z wspaniale zszytych masztów, które były w stanie wytrzymać najgorsze sztormy. Dzięki szwalni i Evilsenowi wiele osób miało pracę i można powiedzieć, że był to główny przychód dzielnicy portowej.
Araal zaczął opowiadać o wspaniałomyślności i doświadczeniu Evilsena gońcowi, oczywiście przedstawiając go w jak najlepszym świetle pomijając rzeczy, które mogłyby mu zaszkodzić. W tym czasie Saltar przygotowywał łódź by przeprawić się na drugą stronę do portu.
***
Kilkadziesiąt minut później cała trójka stała w gabinecie zarządcy szwalni – Evilsena Pentiro.
- Witaj Evilsenie! – rzucił od razu Saltar. - Kopę lat.
(http://s20.postimg.org/62kaph41p/Saltar_2_22219_34.jpg)
- Witaj – odpowiedział uśmiechając się.
- Mamy dla ciebie dobrą fuchę...
- Trochę szacunku Saltarze! – przerwał mu Araal i wskazał niespostrzeżenie na królewskiego gońca. – Evilsenie, szukamy kandydata na stanowisko urzędnika miejskiego w głównym banku.
- Znałem starego bankiera – posmutniał. – Ale czemu ja?
- Znasz się na takiej pracy zarządzając szwalnią i jesteś najuczciwszym człowiekiem jakiego znam tu w portowej – kontynuował perswazję Araal.
- To jak? Mam dopisać do listy kandydatów? – niecierpliwił się goniec.
- Ale kto zajmie się szwalnią? Przecież nie zostawię jej bez zastępstwa...
- Może Saltar! – rzucił szybko Araal – Nie raz ci pomagał i zna się na fachu... Zna ,,odpowiednich" ludzi do interesów.
Dobra robota by była i dodatkowo byłbym się często z nią widział... - pomyślał Saltar o czarnowłosej kobiecie którą regularnie odwiedzał po pracy przez ostatni miesiąc.
- No i jeszcze jest powiązany z jedną z szwaczek, Ratheri Meveri – zaśmiał się głośno. – To ułatwi kontakt z pracownikami.
- Cicho Araal! – zaczerwienił się.
- Wiesz Saltar, że tu trzeba mieć gadane, a ty się dużo nie odzywasz – Evilsen spoważniał. – Na razie w moje miejsce przyślę kuzyna, tego co ostatnio z nim mi pomagałeś... A ty będziesz zastępcą zarządcy, zobaczymy jak się sprawdzisz. Dobrze?
Saltar przytaknął głową i poczuł się lżej na myśl, że jednak nie będzie miał takiej odpowiedzialności na swoich barkach.
No to wszystko ustalone! – królewski goniec zrobił krok w kierunku Evilsena i podał zawinięty zwój papieru z królewską pieczęcią – Wszystkie instrukcje dalszego postępowania są zawarte tu...
Saltar i Araal spojrzeli po sobie zadowoleni z siebie.