Zachęcam do umieszczania w tym wątku opisu swoich spotkań z paragonami. Można również wysłać taki opis do mnie na PW a ja zadbam by znalazły się w odpowiednim miejscu.
Dotarł w końcu do karczmy w Twierdzy krótkonogich brodaczy. Rozsiadł się wygodnie i wlał w gardziel swój ulubiony trunek. Po chwili wpadł nizioł z łukiem roztrzepany niczym rażony piorunem. Pomocy - krzyknął. Jak tylko się uspokoił i ochłonął opowiedział historię zaginionego brata jedynemu brodaczowi w karczmie. Gruby to pomocny dzik postanowił wyruszyć do wielkiej kuźni gdzie prawdopodobnie zaginał owy niziołek. Przetrząsł cała kuźnię, od sypialni wielkich olbrzymów po kuchnie i pokoje. Nigdzie nie spotkał małej zguby. Wszystko było ogromne - łożka, wielkie krzesła i nawet olbrzymia plansza do gry w szachy na których rozsypany był złoty pył, pewno ktoś liczył wielkie złote monety.
(http://i.imgur.com/hQmOzew.jpg)
Czy mały nizioł przypadkiem nie posłużył za wykałaczkę jakiego z olbrzymów? a może schował się za jakimś regałem? Krasnolud zbiegł po schodach i zobaczył wielkiego wojownika - oho tera chyba już wim co się stało temu małemu dzikowi...wymamrotał pod nosem...i roztrzęsioną ręką dobył broni...
Niestety olbrzymi wojownik wysoce odznaczony szybko pokazał krasnalowi gdzie jego miejsce. Nie było szans w pojedynkę obalić tak wprawionego w bojach i rozwścieczonego potwora. Na całe szczęście nie był tak szybki i zwinny by dogonić brodatego na swym zwierzu. Jeszcze tukej wróca ty dziki bydlaku!!! - krzyczał krasnal wybiegając z kuźni. Nie czekając ani chwili udał się do karczmy gdzie spotkał niziołka. Nie było wyjscia i mimo swego wielkiego strachu, malec pozbierał swoje graty i obaj udali się na odsiecz z nadzieją znalezienia brata i obalenia wojaka. Walka była bardzo
zacięta...
(http://i.imgur.com/4NA9qbO.png)
(http://i.imgur.com/6OefoRm.jpg)
Takich dwóch jak nos trzech nie ma ani jednego! - wykrzyczał krasnal oddając ostatni śmiertelny cios powalający wojownika. Z jego wielkiej sakwy wysypało się dwadzieścia pięć tuzinów zielonych jadeitów. Prawdopodobnie to ich szukał mały brat pasibrzucha z Krainy Niziołków, lecz ślad po nim zaginął...
Krawiec wielce zdumiał się gdy ujrzał co też przynieśli mu poszukiwacze przygód. Zdarzyło mu się owszem, szyć z niespotykanych i rzadkich skór takich jak węża morskiego, smoka czy nawet bazyliszka. Takiej jak ta jednak nie widział nigdy wcześniej. Poszukiwacze przynieśli jej zaledwie strzępy, w dodatku niezbyt wprawnie zdjęte jednak krawiec i tak nie mógł opanować zachwytu nad tym niezwykłym materiałem. Starając się stracić jak najmniej z surowca oczyścił prawidłowo i wygarbował skórę. Kilkudniowa obróbka przy użyciu olejów nadała jej odpowiednią miękkość by dało się ją przeszyć, ozdobić i wykończyć. Gdy poszukiwacze wrócili odebrać zamówienie ich oczom ukazało się gotowe dzieło.
(http://i.imgur.com/tRR1DUB.jpg)
Walka ze śmiercią.
- To miała być zwykła wyprawa, do jasnej... - nie zdążył rzucić przekleństwa, bo potężny cios pozbawił go tchu, czego następstwem był dziwnie znany szary świat. - ... cholery. Trzeba było zostać w karczmie i chlać piwo. - dodał gdy świat znów nabrał pełni barw.
(http://i63.tinypic.com/2d5lk9.png)
Po głowie chodziły mu natrętne myśli, dlaczego... dlaczego on się na to zgodził... Już dwie noce i dwa dni siedzą w tym lochu... walcząc ze swoją własną śmiercią.
(http://i64.tinypic.com/2s10qk8.png)
Śmierć ta miała piękne srebrzyste łuski, mroczną aurę od której każdy był zaledwie na wpół żywy, wytrącała broń wzrokiem co chwila, przywoływała jakoweś mroczne demony bez ustanku i pozbawiała tchu w połowie przekleństwa... lepiej nie kląć. Na dodatek śmierć jak na śmierć wypada była strasznie żywotna... To już był wieczór trzeciego dnia gdy przestała czarować, ale nie pomogło to zupełnie w niczym... życie śmierci jakby nie chciało zostawić.
(http://i64.tinypic.com/28jelhk.png)
- Nic z tego, nie dobijemy jej tak... - zabrzmiał kobiecy głos spod płytowego hełmu, żeby wiedziała jak to śmiesznie słychać Eliza pewnie by się wcale nie odzywała - ... odpocznijmy i wrócimy jutro z nowym planem.
Wrócili po kilku dniach, znowu zaszyli się w lochu w pełni walki. Poszło sprawniej... wiedzieli już co robić a i dyscyplina była większa... a z czterema łucznikami wygląd potwora szybko zaczął przypominać krawiecką poduszkę naszpikowaną szpilkami, z tą jedną różnicą, że poduszka nie gryzie i nie zieje ogniem.
Potwór padł... najbardziej ekscytujący moment.
- Będziemy sławni i bogaci... - wykrzyczał ktoś z tłumu bijących - nie zbierajcie, chce zobaczyć!
Cóż widok nie był za specjalny, w zasadzie biedna ta śmierć, więcej zysku z zabicia ettina lorda. Na pewno mniej strat, potwór nie miał absolutnie nic swoich rzeczy poza kilkoma eliksirami, elfim szczawiem (wegetarianin chyba)... nawet jednego kamienia nie było a co tam mówić o artefaktach czy magicznych przedmiotach... Dodatkowo soki trawienne miał tak silne, że zdążył już strawić część zbroi i innych przedmiotów.
Był piękny letni dzień, upał doskwierał bardziej niż zwykle, można sobie wyobrazić co czuje zakuty w ciężkie blachy wojownik, to też walka szła dziś wyjątkowo opornie.
Zwiedzając niebezpiecznie trakty wojak trafił na coś, co bardzo go zdziwiło. W miejscu spodziewał się zastać bestie z piekła rodem. Cerberusa.
Jego oczom zaa skały ukazał się znany mu kształt istoty, jednak była ona dużo większa, lepiej zbudowana i posiadała wielką magiczną aurę, która była wręcz widoczna gołym okiem. Bój okazał się ciężki, potwór atakował jak opętany, raz to ogromnymi łapami z ostrymi jak brzytwa pazurami, a raz czarami. Bohaterowi niewiele brakowało by paść, bestia raz po razie czarowała potężne trzęsienia ziemi oraz potężne słupy ognia. Po długim boju padła, a wojownik padł na ziemie zasypiając, będąc potwornie zmęczonym.
Po stoczonym boju stwierdził, że łup był zadziwiająco niski jak na tak wymagającego potwora.
(http://oi64.tinypic.com/ie47f4.jpg)
Shuerra ze skupieniem rozkładała kamienie, w określony sposób- głos w jej głowie prowadził ją niemalże za rękę. Kilka ziaren piasku wystarczyło aby na posadzce świątynnej utworzony został prostu symbol przedstawiający miecz. Jego ostrze, wykonane z szafirów kierowało się na północ, adekwatnie dobraną domenę. Całość wieńczył czarny opal, jeden z najdoskonalszych przewodników energii.
Kilka kolejnych minut drowka spędziła na tworzeniu matrycy zaklęcia, a jej dłonie raz po raz ustawiały się w odpowiednich pozycjach - tworząc znaki.
Energia magiczna wypełniła zarezerwowany przez matryce wymiar, a symbol rozświetlił błękitny blask.
(http://i.imgur.com/fruQJ7v.png)
Kryształy zaczęły wirować, zmieniać swoją pozycję, a wokół czarnego opalu zaczęła skraplać się woda, z powietrza.
Shuerra szeptała słowa zaklęcia, a jej dłonie tworzyły z każdą chwilą coraz to nowsze znaki, coraz szybciej.
Błękitna poświata rozlała się w wyznaczonym terenie, a kropelki wody zwiększały swoje rozmiary - powietrze z okolicy stawało się coraz bardziej suche, wszystko lgnęło do kręgu. Kryształy spękały, oczy drowki wypełnił blask.
(http://i.imgur.com/PkkFGP4.png)
- Vendui, Faerz'Undus. Czułam, że chcesz się skontaktować - Wyszeptała, gdy przed jej oczami pojawiła się materializacja elementalisty.
- Owszem, musisz coś dla mnie zrobić. Odpłacę Ci wiedzą. - Odrzekł głos, pusty, metaliczny, z pewnością nie ludzki. Głos, który raczej każdy chciałby zapomnieć. - Niezbyt dokładnie uformowana z wody postać wyciągnęła dłoń w stronę drowki.
- Słucham? - Mroczna elfka uniosła brew, była głodna wiedzy.
- Znajdź go, zabij. Zdobądź
kryształową łzę. Popatrz - Woda chlusnęła wprost w Shuerre, wypełniając jej płuca.
Czarodziejka padła na posadzkę, zaklęcie prysnęło, krztusiła się wodą.
Gdy tylko złapała oddech na jej twarzy pojawił się uśmiech, wiedziała czego szukać.
Powędrowała do Wind, przynajmniej tak się jej wydawało. Wizja z jej głowy ukazała marmury, ukazała źródełko w pewnej jaskini. Jej myśli podążały szlakiem przez setki lat drążącego skałę potoku. Wtedy go zobaczyła...
Arcymag ognia!
Walka była zacięta, lecz wiedza Faerz'Undusa pomogła drowce osiągnąć cel.
Gdy złożyła dłonie w ostatni ze znaków wodne macki otoczyły przeciwnika i wypełniły jego płuca.
(http://i.imgur.com/Yk4oeVV.png)
Shuerra chwyciła przedmiot w dłonie, uśmiechnęła się tajemniczo. Była coraz bliżej celu...
(http://i.imgur.com/C3bAx5O.png)
To był wyjątkowo spokojny dzień w mieście Pajęczej Królowej. Atrachasis Silin'aerl właśnie wracał z patrolu w korytarzach Podmroku i miał udać się do świątyni Lloth.
W chwili gdy szedł ze swoim jaszczurem do stajni, zaczepił go pewien mag z dość zatroskaną miną.
Mag odsunął z twarzy kaptur i okazało się, że jest to Zaref Ol'oth.
- Atrachasis'ie, byłeś ostatnio w korytarzach ,,Upadłych"? Podobno ich fechmistrz stał się wyjątkowo potężny...
- Byłem ale do zdrajcy naszej Królowej nie zaglądałem, zresztą ktoś taki jak on nigdy mi nie dorówna.
- Taki jesteś pewny? Udajmy się zatem i sprawdźmy – Podpuszczał mag.
- Jaki masz w tym cel? O co Ci dokładnie chodzi? – Zacisnął zęby Atrachasis i zmrużył nabiegłe krwią oczy.
- O nic, o nic – uśmiechnął się zadowolony z siebie mag – to co? Idziemy?
Wojownik, Sargtlin Yorn – Lloth, wyprostował się dumnie i kiwnął głową tak, że długie mleczno-białe włosy zakryły mu na twarz. – Chodźmy, tylko założę coś bardziej odpowiedniego.
Wyruszyli razem z miasta w kierunku Upadłego domu mrocznych elfów. Przedarli się przez pomniejsze istoty, mieszkańców podmroku jak i zgraje zdrajców Pajęczej Królowej.
Chodząc po Starym Mieście i wybijając upadłych, usłyszeli śmiech fechmistrza... wyszedł zza załomu budynku
- Oto jesteście w mej domenie – zacharczał.
Atrachasis zacisnął jeszcze bardziej zęby i spojrzał na maga obok...
- to o to Ci chodziło - spojrzał zdzwiony wojownik...
Fechmistrz był jakiś inny, wyjątkowo mroczna aura biła od tego drowa. Był większy i gołym okiem było widać, że jest szybki! Oj jakże szybki był ten zdrajca.
Nie czekając na dalsze zbędne słowa, ruszyli na siebie! Zaref spojrzał i zaczął mroczną inkantację!
W momencie gdy fałszywy fechmistrz uderzył mieczem o tarczę Atrachasis'a, echo poniosło się po całym podmroku a tarcza wydała z siebie odgłos protestu – Wytrzymała!
Walka była zażarta i długa, zgrzyt mieczy, krople potu i krwi – Odgłosy walki jakiej cały podmrok od dawna nie widział.
- To Twój koniec, Zdrajco Lloth! Z`ress Lloth darthilr! – Wykrzyczał Atrachasis.
Padł, Fechmistrz upadłego domu poległ.
- I widzisz magu? Mówiłem, że mi nie dorówna – Wypiął dumnie pierś.
- Tak, miałeś rację. A teraz skarby!
- Wiedziałem, że masz w tym jakiś cel! - Powiedział wojownik i cicho się zaśmiał.
Troszkę inne spojrzenie na powyższą historyjkę. Za brak screenów przepraszam ;( Zapomniałem zrobić (z resztą quinggu też xD )
Pewnego spokojnego na pozór wieczoru, zmęczony codziennymi ćwiczeniami Zeref postanowił pozwiedzać stary Podmrok.
Założył na siebie swoją ulubioną, fioletową zbroję z kości demona, dobrał odpowiednie zioła i z grymasem na twarzy opuścił
bank. Z grymasem dlatego, że pisanie zwojów weszło mu dość mocno w nałóg i zaczęło nawet sprawiać przyjemność. Ale na myśl o tym, że mógłby skończyć jak pewien stary skryba z Vesper, który z kolei upodobał sobie tamtejszy bank postanowił rozprostować kości.
I tak oto dzielny mag krwi zaczął przeglądać zakamarki starego poczciwego miasta, rzucając kulą energii to w lewo, to w prawo, od czasu do czasu formując włócznie z krwi i ciosając je w co bardziej odpornych przeciwników. Wnet jego oczom ukazała się niezwykła postać. Co dziwne nigdy wcześniej kogoś takiego tu nie widział, no ale wiadomo różne cudy i dziwy na świecie się zdarzają. Również w tym podziemnym. Postać wyglądała podobnie do fechmistrza, ale zaznaczam, tylko podobnie. A to dlatego, że miała na sobie żarówiastą zbroję, która niemal rozświetlała korytarze starego miasta, a w ręku dzierżył toporek. Po chwili namysłu Zeref z dumnego domu Ol'oth postanowił przyzwać pomniejszego sługę aby przetestować siłę nowego nabytku Podmroku. Po chwili skupienia, paru gestach w powietrzu, skoncentrowało się ono w jedną formę, przesiąkniętą trucizną. Trucizną tak silną, że w miejscu w którym powstała istota kamienna posadzka lekko się zagłębiła. Jednym ruchem ręki ów mag posłał magiczną istotę do boju, w stronę niecodziennego drowa. Tamten gdy tylko go zobaczył, zamachną się małym na pozór toporkiem i zaatakował żywiołaka. Cóż zaatakował to mało powiedziane, on po prostu niemal najlepszy mag jednym uderzeniem odesłał go w miejsce, z którego przybył. Z oddali widać było, że poszukuje on władcy esencji trucizny. Ale Zeref stał na tyle daleko, że był poza zasięgiem jego wzroku.
- Hmm, samemu będzie ciężko, wręcz niewykonalnie... może by tak...
Zeref skupił się na otaczającej go aurze, zaczął poszukiwać kogoś, kto byłby w stanie mu pomóc. Na swoje szczęście i nieszczęście, wyczuł jednego ze swoich dworich braci.
- Atrachasis.. - zamruczał pod nosem.
I nie byłoby w tym nic złego, że to właśnie tego drowa wyczuł dumny mag z domu Ol'oth, gdyby nie fakt, że to przedstawiciel Silin'aerl'ow. Od razu przez myśl przemknęło mu wspomnienie upokorzenia jego małżonki z tego rodu.. A następnie kolejna myśl... "Moja kochanka jest Silinem...". Po chwili zadumy, bez większego wyboru Zeref wybrał się na poszukiwanie Najlepszego wojownika Silinów. Wspomniany wcześniej wojownik znalazł się w banku niedawno zdobytego miasta. Siedział w zadumie na przeciwko bankiera.
- Atrachasisie, Vendui! Jak mija Ci ten wspaniały dzień?
- Vendui Zerefie, całkiem w porządku, nie najgorzej ale zawsze mogło by być lepiej.
Po usłyszeniu tych słów oczy Zerefa rozbłysły krwistoczerwonym blaskiem.
- Może zatem chcesz się sprawdzić i przekonać się ile warta jest zbroja, którą nosisz?
Wojownik mocniej ścisną broń, którą trzymał w dłoni.
- Wyzywasz mnie na pojedynek? - mrukną oschle.
- Ależ skąd, gdzież ja słaby mag mógłby równać się z tak potężnym wojownikiem. Ale mam dla Ciebie inne wyzwanie. Jest ktoś kto chętnie by Cię sprawdził. Oczywiście będę Ci asystował. Wtedy ten pojedynek będzie równy.
Atrachasis spojrzał z zaciekawieniem
- O kogo chodzi?
- O pewnego drowa w mieście upadłych. Myślę, że będzie on godnym przeciwnikiem.
Silin splunął na bok po czym krzykną:
- Byle zdrajca nie będzie ani wyzywał mnie na pojedynek ani panoszył się bezkarnie po świecie. Prowadź do niego!
Nie minęło wiele czasu i dwaj rządni przygód i wielkich skarbów wysłannicy Lloth stanęli na przeciwko dziwnego drowa. Atrachasis przyjrzał mu się dokładnie.
- On nie jest normalny. Wygląda na niesamowicie szybkiego i silnego. Może poczekamy na Werfena?
Po tych słowach Atrachasis ugryzł się w język, szybko dostrzegając swój błąd. Spojrzał w stronę Zerefa, a pod przepięknego kaptura togi zerwanej z upadłego anioła wyłaniał się szyderczy uśmiech.
- Albo nie, zobaczymy co on jest wart.
Wojownik mocno zacisną broń w ręku i z okrzykiem ruszył do ataku. Mag natomiast widząc jak odporny na uderzenia jest ten dziwny drow postanowił wypróbować czegoś nowego.
- Przytrzymaj go jakiś czas a ja się zajmę nim na swój sposób.
Wojownik z gracją omijał części ciosów upadłego, jednak były one na tyle szybkie, że nie zawsze się to udawało. Mag natomiast rozpoczął inkantację. Krew która jak dotąd swobodnie wirowała wokół niego nagle zaczęła przyjmować kształt setek dłoni, a może raczej szponów, które z impetem uderzały w potępieńca i starały się go zatrzymać. W pewnym momencie, mag krzykną - WIĘCEJ! - po czum rozbił o siebie dwie duże fiolki z krwią. W tym momencie ziemia lekko zadrżała, a z przesiąkniętej krwią posadzki starego podmroku wypłynęły niesamowite ilości krwi formując się w łańcuchy ze szponami. Wszystkie w jednym momencie omotały przeciwnika i unieruchomiły go w miejscu.
- No to teraz jesteś nasz.... - rzekł dumny mag Ol'othów z lekką zadyszką.
Zdezorientowany Atrachasis zatrzymał się i popatrzył w stronę upadłego.
- No to teraz można Ci się na spokojnie przyjrzeć. Wygląda na fechmistrza, ale przepełnia go o wiele bardziej złowroga aura niż zwykle.. Słyszałem o takich potworach, ale żeby tu się pojawił? tak czy inaczej nie ważne, jesteś nasz...
Atrachasis zdjął z pleców przepiękną tytanową halabardę i przyłożył ją do gardła fechmistrza. Jednocześnie mag Ol'otchów uformował krwisty pocisk zaraz za plecami upadłego.
- A teraz GIŃ! - wykrzyknęli obydwaj równocześnie atakując.
Chwilę później na ziemi leżały zwłoki niecodziennego drowa.
- No to czas zebrać skarby... Dobra robota - rzekł mag.
- I wzajemnie, jak znajdziesz znowu coś tak interesującego daj znać, wyruszymy znowu na łowy.
- Masz to jak w banku - Zeref uśmiechnął się lekko i pomyślał w duchu "jak na Silina nie było tak źle, nie było tak źle..."
Po wszystkim obydwaj ruszyli w stronę domu pełni zadowolenia ze zdobytych skarbów.
- Czasem warto oderwać się od pisania tych przeklętych zwojów - mruknął pod nosem i uśmiechnął się szyderczo.
Tymczasem w Delucji Cornelia usłyszała wycie starego ghula :
- Chce dostać czarnego jak piekło konia! Koszmara !
- Już sie robi stary zgredzie ! - wykrzyczała młoda dama - Urnar wsiadaj na chimere , płyniemy do Njujelm , zapolujemy w Kazamatach na koszmara.
- Ajaj Pani Kapitan - wykrzyczał Urnar.
Cała trójka uwielbia przygody , każdy powód jest dobry by wyjść zza dusznych murów miasta.
Poprosili znajomego szmuglera by ten za garstkę złotych monet zawiózł ich do pustynnego miasta :
- Spotkajmy sie w Jhelom, stamtąd wyruszymy - powiedział szmugler.
Podróż nie trwała zbyt długo , kilka partii w kości , jedna obrzydliwa opowieść starego ghula o jedzeniu zwłok i byliśmy na miejscu. Pogoda była spokojna, letnia bryza kąsała załogę. Po udaniu się na cmentarz miasta i odnalezieniu starego włazu , drużyna zeszła w Katakumby..
Ghul z Urnarem przecinali korytarze miażdząc wszystko co spotkało ich na drodze. Cornelia żując liście koki podziwem spogladała na swoich osiłków.
Gdy zbliżali się do gniazda czarnego jak piekło konia , usłyszeli dziwny dzwięki.. Ni to jęki ni to piski.. a Urnar na to wypalił :
- Berethorze, czyżbyś znowu był głodny?
Ale to nie był Berethor.. Szybko zorientowali się , że dzwięki dochodzą z dołu katakumb. Berethor pognał na dół by zobaczyć co się dzieje, a za nim Cornelia i Urnar. Gdy oboje dobiegli do Ghula on już w swoim stylu jęczał, jęczał jakby miał zaraz kogoś rozszarpać. Gy Cornelia zobaczyła na co się tak Ghul patrzy Urnar krzyknał :
- To Pteraptus !! Lepiej stad idzmy, on ma purpurowe kurwiki w oczach...
Nagle całe katakumby ogarnał jeden wielki przerażliwy pisk po którym rozpoczeła się bitwa na smierć i życie...
(http://wgrajo.pl/img/bez tdtd.jpg)
Pteraptus był silny, ale Berethor jak pizgnał młotem to ten odrazu osłabł. Walka nie trwała długo , a po zwycięskiej potyczce Ghul zajęczał tak głośno , że Urnar aż zbladł niczym ściana.
(http://wgrajo.pl/img/beztytava.jpg)
Cornelia przecieła łeb potwora by Ghul mógł zrobić sobie z niej trofeum lub zjeść, ale to co było dalej niech pozostanie tajemnicą.
:D
(http://i.imgur.com/nZMu4CW.png)
(http://i.imgur.com/WWQFMVw.png)
(http://i.imgur.com/gjUNcEn.png)
Magiczna kula, w całości wykonana z lodu lewitowała nad podkładką z czarnych opali. Przepiękny, błękitno-biały blask przedmiotu zdawał się mącić pewien cień, kształt niewyraźny i nieco niepokojący. Mroczna elfka wyszeptała pod nosem słowa zaklęcia, pragnęła klarownej wizji.
Gdy tylko go zobaczyła jej oczy zabłysły, uśmiechnęła się delikatnie, a to wystarczyło - chwila dekoncentracji sprawiła, że lodowa kula natychmiast się stopiła, rozlewając po kamiennym stole i niezwykle cennych kamieniach.
- Wiem gdzie jesteś - Powiedziała na głos, zwracając przy tym uwagę Atrachasisa. - Widziałam coś, co może posiadać pożądany przeze mnie przedmiot. Szykuj się, weź tarczę, nie wiem czego możemy się spodziewać.
Kilka chwil później duet wyruszył w poszukiwaniu tajemniczego cienia...
Kapłanka posiłkowała się swymi wizjami w drodze do celu, a jej moce kumulowały się.
- Jesteś pewna, że go tam znajdziemy? - Zapytał drow, a jego wierzchowiec niepewnie stąpał po prowizorycznie wykonanym moście z bambusów.
- Tak jestem, widziałam, czułam go. - Odpowiedziała, a woda w głębi jaskini zdawała się pokrywać cienką warstwą lodu.
Gdy dwójka wyszła za zakręt ich oczom ukazał się potężny cień, a z jego skrzydeł spływała tajemnicza maź - która parowała natychmiast w kontakcie z podłożem jaskini, w postać gęstego, czarnego dymu.
- Ruszaj! - Wrzasnęła drowka, a jej dłonie uniosły się w gorę niczym para tancerzy, do rytmu szeptanych zaklęć. Nie minęła chwila, gdy pół-materialne dłonie potwora otoczyły wodne pnącza, które momentalnie zamarzły utrudniając mu przy tym wyprowadzanie ciosów.
-Znalazłem słaby punkt - wrzasnął Atrachasis, gdy jego broń cięła przez pół-przezroczyste ciało potwora. - Jest nasz! - Zawtórował, odbijając przy tym cios tarczą.
Drowka poczuła impuls, tak, to były posiłki! Nim się jednak pojawiły Shuerra wyszeptała słowa zaklęcia a z dłoni utworzyła trójkąt, a następnie dmuchnęła przez niego wprost na potwora. Powietrze w jaskini zawirowało, oderwało ostre kawałki ze stropu, które następnie wbiły się w demoniczny cień, odrywając mu przy tym jedno ze skrzydeł.
Portal o kolorze krwi i podobnej konsystencji otworzył się.
Oczom walczących ukazał się mag Zaref, oraz wojownik Werfen - demon ryknął głośno, nie wiadomo czy z bólu, czy z irytacji.
Cieniste szpony rozlazły się po jaskini szarpiąc i drapiąc przeciwników.
- Zaref, we dwójkę - Wykrzyczała kobieta. - Magowie natychmiast zabrali się do roboty, aby powstrzymywać złowieszczą plagę cieni.
- Na Lloth, uważaj! - Wrzasnął Werfen wbiegając pod nogi demona, aby osłonić Atrachasisa od krytycznego ciosu. Przez chwilę, gdy magowie zajęci byli inkantacjami, walcząca dwójka dzieliła się lawiną ciosów, starając się osłabić przeciwnika.
- To już pora... - Wyszeptała Shuerra. - Zarefie! - Zawołała.
Werfen natychmiast odsunął się od przeciwnika, a Atrachasis osłonił się tarczą.
Wykonane z krwi macki otoczyły nogi cienistej istoty i powaliły ją na ziemie, a oczy Zarefa zaszły krwią.
Shuerra złączyła dwa palce lewej dłoni i machnęła nią szybko, a rozpędzone do granic możliwości cząsteczki piasku - w wirującym szale - odcięły demonowi głowę, która runęła wprost na tarczę Atrachasisa.
To była dobra walka. a niezwykle CIASNY korytarz wypełniła cisza.
Przepraszam, że nie dorzucam screenów, warto byłoby to uwiecznić.
Nad Har'oloth Videnn wiszą czarne chmury - wręcz CZARNE UPADŁE CHMURY! Grupa uderzeniowa składająca się z militarnej elity miasta, wybrała się do niegdyś swojego miasta by zażegnać niebezpieczeństwo. Werfen, Zeref i Qualn'fryn (wszyscy z Domu Ol'oth) wraz z Bezdomnym Shi'ntluth'nym'em wybrali się na rzeź! Sprytna Nowa Władczyni zakradła się na tyły straży Upadłych byśmy mieli mniej do problemów z przedzieraniem się. Kiedy dostaliśmy sygnał, że możemy dołączać do Władczyni, Zeref przeniósł resztę czarnym portalem w sam środek miasta.
Rozpętało się piekło!
Zszokowani Upadli padali jak muchy. Werfen był w stanie bronić się przez 3 czy 4 przeciwnikami naraz. Dopiero, gdy go otaczano miał większe problemy. Mijały godziny a grupa przebija się dalej, do najważniejszego punktu miasta jaki jest świątynia.
A w niej znajdowała się nowa Matka Opiekunka, od niedawna znana jako Mistrzyni Ostrzy.
Grupa wiedziała, aby zażegnać problem wiszący nad miastem, muszą się pozbyć głowy Upadłych.
Walka była straszna i męcząca. W miejscu, gdzie grupa podjęła się wyzwania leżało sporo zwłok Werfena ( w sumie jak zawsze).
Echem po korytarzach niosły się przekleństwa, wykrzykiwane słowa czarów i brzdęk metalu.
Nowa Opiekunka wyzionęła ducha! Aby jej dusza przepadła w Otchłani Królowej Pajęczyn!
Paragony cały czas są uzupełniane? Czy to jakieś niedobitki zostały?
Dzieki za odp :)
Staram się uzupełniać na bieżąco do 3. Widać poprostu mało kto się chwali że zabił.
W ciemnościach...
Z każdym stopniem niżej ogień lizał coraz delikatniej pochodnie.
-Te cholerne mroczne smoki dały nam w kość, mam nadzieje że dobrze nas prowadzisz Rennardzie.- Mówiąc cichym, drżącym nieco głosem Sativ Indic obalił swe miano nieustraszonego. Arnealia wczuwając się w klimat otoczenia przygrała nieco smutniejszą, wolniejsza muzykę. Nieprzyjemny zapach, wilgotne powietrze, odór śmierci przyprawiało o dreszcze. Niewielkie zalążki światła jakie wydawały z siebie pochodnie ukazały korytarz a właściwie skrzyżowanie dwóch. Po lewej stronie było ciemno,lecz w oddali można było dostrzec zakręt, korytarz na wprost prowadził jakby w górę, a na prawo ciemno.
-No Renn, jestem pewna że znasz to miejsce dobrze, ruszajmy do wyjścia!- powiedziała nieco głośniej Teona puszczając oczko do Rennarda. W tym samym momencie z ciemnego korytarza dobiegł głeboki oddech, zdało się zauważyć jedynie wielkie krwisto-czerwone ślepia. W jednej chwili kobieta która uderzenie serca temu wykrzyczała radośniej zdanie, teraz leżała na ziemi. Wszyscy jak jeden mąż spojrzeli na jej zwłoki. Wysokie tony harfy zabrzmiały kiedy Arnealia upadła na ziemie
-W nogi! - krzyknął Urkass po chwili wypowiadając słowa zaklęcia które miały sparaliżować bestię.
-Za nami! Biegnij przed siebie, do zakrętu! Tam go zgubimy!- krzyknął Sativ.
Dzięki doświadczeniu towarzysze w jeden moment sparaliżowali nienaturalnie ogromną bestię, przy pomocy Spirytysty moc Nethrila przywróciła do życia chwilę temu poległych. Dalsze zorganizowanie nie trwało dłużej niż rozpuszczenie dymu tytoniowego w powietrzu. Rennard trącił toporem w pysk bestii, ta rzuciła się na niego w euforii. Magowie rzucili na siebie sekundowe spojrzenia po czym zaczęli niemal wyśpiewywać słowa z ksiąg-,,Tym Jux'', ,,Enervare'' oraz ,,Ort Rel'', przeplatały się nawzajem jakby były refrenem tej pieśni. Cyklicznie co kilka sekund można było dostrzec błysk światła pochodni które odbijało się od grotów strzał wbijających się w łapska skrzydlatego. Trwało to dłuższa chwilę...
Po wyczerpujących minutach bestia padła z hukiem na ziemie, pochodnie wiszące na ścianie rozbłysły na raz, ciemność przepadła.
-Boże, dopiero teraz widzę jaki on był wielki!- krzyknęła Teona. Rennard fachowym cięciem rozpłatał zwłoki. Tak wielki przeciwnik musiał mieć w sobie wiele skarbów, to było pewne.
Tytanowe serce skrywało wszystkie togi znane na świecie, nie czekając długo, ubrudzone jeszcze we krwi, zostały przywdziane przez śmiałków. Identyfikator zajął się magicznymi przedmiotami które były pochowane w reszcie truchła. Tego dnia trafili na coś unikalnego...
-Aha! Teraz już pamiętam, tam jest wyjście! - wskazał palcem Rennard.
Zagubieni w labiryncie
-Cholerne krowy...- westchnął Rennard. Błądzili w labiryncie już od kilku godzin nie mogąc się z niego wydostać. Każdy z minotaurów wyglądał tak samo, każda ze ścian ubryzgana we krwi. Nie sposób było się zorientować czy nie kręcili się w kółko.
-Trzymajmy się jednej strony, w końcu wyjdziemy- rzuciła Teona do towarzyszy. Tak też zrobili. Trzymając się prawej strony korytarze zaczęły wyglądać nieco inaczej niż kilka minut wcześniej. Co dziwne muczenie stawało się coraz to cichsze. Zadowoleni że oddalają się od legowiska minoraurów przyśpieszyli tępa. Raptem jeden z magów stanął jak wryty. Przed nim stała bestia. Rogi długie na dwie piki, cielsko jakby pożarł ze dwie krowy, jeszcze ta okropna wydzielina spływająca z pyska.
-Ciii... jeszcze nas nie usłyszał- szepnął Amram, po czym cofnęli się za ścianę. Jednogłośnie stwierdzili że podejmą się wyzwania.
Bez dłuższego zastanowienia wojownik ruszył na bestię. Magowie zaczęli osłabiać przeciwnika wszystkimi znanymi im zaklęciami. Rennard biegał z nim to w lewo to w prawo, w wąskich korytarzach ciężko było się poruszać swobodnie. W końcu, rogata bestia zahaczyła rogiem o płaszcz Teony zrzucając ją z jednorożca, ciągnąc po ziemi kilka metrów, nie przejmując się tym wcale ciągle podążała za tym samym przeciwnikiem.
Zwykły płaszcz rozdarł się szybko, wstała lekko poobijana wskoczyła w moment na swego zwierza. Wszyscy stanęli tak blisko ściany jak to tylko możliwe by sytuacja się nie powtórzyła. Pszczoły kąsające kopyta bardzo osłabiły rogacza. Rozmiary bestii były bardziej wadą niż zaletą, trafienie czarami nie sprawiało większego kłopotu, po kilku dłuższych minutach rogi zaorały ziemię.
Przeszukując zwłoki znaleźli kłębek złotej nici.
-Urkass przywiąże koniec tutaj, będzie rozwijać, nie zgubić się.- Jak na głupiego orka, pomysł był genialny. Po drodze trafili jeszcze na kilku słabszych muczących, aż w końcu do wyjścia.
Z chustą na nosie...
Zapędzając się coraz głębiej oboje zastanawiali się co krasnolud mógł dzisiaj jeść przed wyjściem.
-Jezu, Rennard daj nam odpocząć trochę!- krzyknęła Teona. Przywykła do zachowań krasnoludzkich nieokrzesanych druhów, lecz zapach zdawał się nasilać z każdym krokiem naprzód.
-To nie ja Tełonko, to siarka, od dłuższego czasu ją czuję, gdybym to był ja to by Ci tak oczy nie łzawiły- zaśmiał się Rennard po czym ruszył galopem jako przewodnik. Po drodze trafili na kilka zwłok, a raczej na to co po nich zostało. Czy to możliwe że siarczyste powietrze aż tak wypaliło zwłoki?
Dotarli do mostu na końcu którego najwyraźniej coś urządzało sobie ucztę ze zwłok. Kilka kroków w przód nie zakłóciło posiłku dziwnego stworzenia. Odważny Rennard trącił toporem ciało, w tym samym momencie przedziwne stworzenie ruszyło do ataku.
Krew rozlała się na boki, Urkass sparaliżował stwora, chwile później oboje z sukkubem wypowiedzieli słowa zaklęć które osłabiły zaciekłość do walki. Krasnolud uderzył tarczą, część ciała wgniotła się na chwile po czym napęczniała z powrotem jak by była z gąbki.
-Aaa! Czegoś takiego to jeszcze nie widziałam!- Ciosy fizyczne nie zdały się na wiele, magowie rzucali zaklęcia jedno po drugim, z każdym zaklęciem potwór stawał się wolniejszy, z każdym zaklęciem jakby bardziej szorstki, twardszy niczym skorupa.
-Corp Por!- krzyknął spirytysta i wtem postać szarżująca w stronę krasnoluda rozpadła się w drobny, czarny proszek. Powietrze przesiąkło jeszcze większym odorem smrodu.
-Aha! To teraz byłem ja- z uśmiechem na twarzy krasnolud puścił bardzo głośnego bąka. Kumulacja zapachów nie okazała się przyjazna żołądkowi Teony. Zwymiotowała.
-Czego to te ścierwa nie zjedzą, jakieś szkło, jakieś kamienie, no wszystko!- beknął głośno, po czym rozejrzał się, wziął głęboki wdech- Tak, tutaj mógłbym zamieszkać, ciekawa okolica, chodźcie zobaczymy co jest dalej w korytarzu- rzucił Rennard. W miarę kroków do przodu, odór stawał się mniej znośny...
,,Zaginione skarby"
Zwykły dzień, troche ponury z racji opadających liści z drzew oraz lekkiego powiewu chłodnego powietrza. Teona sączyła swoj napar z ziół w zaciszu biblioteki pisząc kolejny tom księgi.
-Tełonko! Znalazłem! Wiem gdzie trzeba nam iść!
Czarodziejka podskoczyła zaszokowana nagłym krzykiem Rennarda. Napar wylał się na stolik zalewając cenne dla niej zwoje i zapiski.
-Zabije Cię jak tak zrobisz ponownie!
Krzyknęła, ale zaraz jej się humor poprawił jak zobaczyła krasnoluda obranego w ciężka zbroję obwieszonego bronią i różnego rodzaju butelkami które w sumie nie są mu potrzebne do niczego poza wyglądem. Rozpromieniona podeszła do niego bardzo zmysłowym i lekkim krokiem, ucałowała mała istotkę.
-Znowu znalazłeś jakieś niby wielkie skarby i chcesz je zdobyć?
-Ouu. No tego... w sumie to tak. Ale nie! Zaraz! Znalazłem coś lepszego!
Krasnolud machał rękami a wszystko co miał przytroczone do swojej zbroi zaczęło odpadać.
W pośpiechu zaczął zbierać wszystko i ciągnął dalej.
-Krasnale z Aurin maja problem z dziwnym smokiem! On zabrał im skarby i na pewno tam będzie dużo ciekawych i starych papierów które będziesz chciała przeglądać. I złoto(dodał pod nosem krasnolud).
Teona podparła dłonie na biodrach.
-Dobra. Ale jak będzie dalej tak samo jak zawsze to będziesz spać z Urkassem w jego zagrodzie obok domu.
Krasnolud poczerwieniał ze złości.
-Dobra to chodź zobaczysz sama i jak będę miał racje to...
-CICHO! Nie będzie żadnego warunku. Albo idziemy albo idziesz mi do miasta po nowe zwoje bo zalałam je jak mi wpadłeś do biblioteki i zacząłeś się wydzierać. Jeszcze butów nie wytarłeś! I w ogóle to DOMYŚL SIĘ!
Trochę się Rennowi oberwało za wszystko i oczywiście jak to mężczyzna nie domyślił się o co chodziło Teonie. Ruszyli zatem do Aurin a z osady zaraz poszli do jaskiń klanu czarnobrodych i ich skarbca by ubić mocarne smoczydło.
-Dobra. Miałeś racje.
Teona postukała w hełm Renna swoim sztylecikiem który miała sprytnie przymocowany pod rękawem swojej szaty tak by w razie kłopotu szybko go dobyć i pozbyć się w sprawny sposób zagrożenia albo jakiegoś natarczywego chłopa.
-Argh!
Renn ruszył do boju irytując smoka śpiącego na stercie złotych monet który rzucił się ze wściekłym rykiem na swój cel. Walka była dość męcząca bo smok który nażarł się krasnoludzkich szamanów przejął ich dziwne moce których te nie powinny posiadać. W cieniu jaskini można było usłyszeć tylko szczęk stali i ryki smoka. Zaś Teona skupiona w swej aurze magii szeptała zaklęcia osłabiające bestię. Renn biegł w strone smoka by zadać morderczy cios toporem.
-CORP POR!
Bestia padła. Renn zatrzymał się i gapił na smoka a potem na Teonę.
-Znowu to zrobiłaś! Zawsze mnie musisz wyprzedzić tymi swoimi czary mary.
-A źle Ci ze mną?! Weź przestań jojczeć i tnij bydle bo ja poplamię swoje ubrania i wracamy do domu bo pisać miałam i jak zawsze mi się nie udało.
-Czemu to Tełonko?
-DOMYŚL SIĘ
Renn rozciął smoka mamrocząc pod nosem jakieś kocopoły. Z ciała smoczydła wypadł worek który jak się okazało należał do jakiegoś wysoce postawionego krasnoluda z klanu czarnobrodych.
Po pozbieraniu złota, kamieni i starych ksiąg para ruszyła do wyjścia i do domu gdzie Teona wróciła do swoich ksiąg a Renn odetchnąwszy, że nie będzie musiał spać obrok Urkassa poszedł do kuchni i otworzył sobie butelkę ciemnego piwa, po czym poszedł do swojej pracowni wyczyścić zbroje i odreagować humorki Teony.
Zabity, uwolniony ...
Wszystkie wyglądały tak samo, jednak nie każdy był tak samo silny. Pierwszy przerośnięty żółw upadł kiedy magowie nie zdążyli rozgrzać swych strun głosowych. Drugi zaś dawał się we znaki. Wyglądał dokładnie tak samo jak poprzedni, ale silny jak cholera!
-Ciekawe te skorupiaki, nawet po gębie nie rozpoznasz- powiedziała Jawil'dia
-Nie skorupiaki tylko żółwie... - poprawił Shi'ntluth'nym
-Na plecach jakaś skorupa? To skorupiaki dla mnie!- skwitowała ponownie.
Tak przemierzali korytarze, jedyne co się zmieniało to pnącza na ścianach oraz liczebność przeciwnika. Monotonne zabijanie sprawiło że na chwile przestali się do siebie odzywać, jakby nadszedł czas na refleksje. Wojownik podniósł jedne ze zwłok, chcąc określić wagę stworzenia.
-No, takie ze trzy kamienie- puknął w skorupę- ale puste w środku- poza czarnym wrzosem który wypadł spod pancerza towarzyszył jedynie smród stęchlizny.
-Haha! Patrzcie na tego, ma tak wielką skorupę że mu się nogi uginają!- wrzasnął Esse.
Owy przeciwnik wyglądał zupełnie inaczej niż poprzednich kilkunastu. Potężny bagaż który nosił na plecach sprawiał że był nieco zgarbiony a jego nogi powyginane jak sękaty patyk. Zauważył ich od razu, wystawił długie pożółkłe zęby i ruszył na nich.
Machał na wszystkie strony patykami, a obracając się obijał wszystkich skorupą. Magowie umysłu poczuli słabość przeciwnika, wydał się inteligentniejszy od poprzednich, lecz jego myśli były pomieszane, zagubione, jakby wołał o pomoc. Walka przypominała bardziej agonię, może po prostu sam przebywał w tych komnatach zbyt długo. Trwało to nie wiele dłużej niż opróżnienie kufla ciemnego piwa. W końcu wydał z siebie głośny jęk, padł na ziemie, oddech stał się na chwilę spokojniejszy, uwolnili go.
Co za przypadek...
Krew smoka, tak pożądana, tak ciężko dostępna. Wystarczy wprawny ruch ostrza na podgardlu i można zdobyć kilka fiolek tego płynu. Ta z czerwonych smoków podobno ma więcej właściwości, ale prawdę zna tylko kilku alchemików w tych krainach....
... W grocie było wystarczająco ciemno aby zapalić pochodnie. Każdy ze śmiałków miał uwiązane przy pasie puste fiolki, znali bardzo dobrze to miejsce, wiedzieli ile dokładnie będzie potrzebnych. Po kilku minutach wszystkie smoki leżały martwe, zaczęto spuszczać krew ze wszystkich zwłok. Abira jako że nie potrzebowała zielonej cieczy, udała się do pobliskiego oczka wodnego umyć kilka bandaży.
-Co my tu mamy ... to się do niczego nie przyda ...- przeglądając worek z łupami, znalazła wyszczerbiony sztylet. Tak jak stała tak rzuciła go za siebie. Chwila dziwnej ciszy, brak dźwięku upadającego przedmiotu. Sekundę później grotę wypełnił pisk jakby tysiąca kobiecych głosów. Całej szóstce włosy zjeżyły się na karku. Dosiedli wierzchów tak szybko jak to było możliwe, nie zwracając uwagi na tłuczące się fiolki. Stanęli wszyscy jak jeden mąż obok siebie. Przed sobą widzieli ogromnego smoka, co dziwniejsze, ze sztyletem w oku. Zanim zorientowali się w sytuacji w ich stronę pędził ogromny obłok ognia. Lekko spanikowani zajęli w miarę strategiczne miejsca jak na zaistniałą sytuację.
Jawil'dia przygrała uspokajającą melodię, co tylko rozgniewało jeszcze bardziej przeciwnika. Magowie za wszelką cenę chcieli pozbawić smoka energii magicznej by ten nie był zdolny do rzucania czarów. Ze sztyletem w lewym oku miał pełen obraz jedynie prawej strony, Abira więc zaganiała go w lewą stronę tak aby nie widział pozostałych.
-Teraz moja szansa aby dowieść ile jestem warta- Aerin naciągnęła cięciwę z mithrilową strzała, przymknęła jedno oko czekając dłuższą chwilę.
-Na prawo, biegnij na prawo teraz! - kiedy wojowniczka zrobiła zwrot w prawo, wzrok smoka powędrował za nią, palce łuczniczki popuściły cięciwę. Trafiła. Momentalnie przestrzeń dookoła wypełnił ogień, siarczyste powietrze utrudniało oddychanie jak i ograniczyło widoczność. Ślepy już smok nie widząc swych przeciwników zaczął machać ogonem na oślep. Shi'ntluth'nym został strącony z konia, uderzenie było na tyle potężne że zatrzymał się na ścianie kilka metrów dalej, zemdlał. Mimo wszystko mieli przewagę, ślepy przeciwnik. Abira zrobiła szybki zwrot w stronę smoka, wydobyła długą na dwie belki pikę i wbiła w podgardle bestii. Być może to że była już ślepa, albo po prostu jej brak uwagi, nie iż to długa broń. Odruchowo z impetem chciała skulić głowę tuż po ataku, w nikłej obronie co sprawiło że długi rdzeń piki oparł się o podłoże i własną siłą smok przypieczętował swoją śmierć przeszywając na wylot czaszkę. Stłumiony podmuch gaszonego ognia, właściwie obłok dymu wydobył się z jego paszczy. Padł na ziemi, nade wszystko ciężar sprawił iż w moment pika przeszła na wylot w 3/4 długości. Tak jak spadała głowa, tak zatapiała się głębiej. Ociężałe powietrze opadło. Wszyscy wzięli głęboki wdech.
Abira wyciągnęła z grymasem na ustach sztylet z oka pokonanej bestii.
-A jednak na coś się przydałeś ... - Wyrzuciła go znów za siebie.